Poselskie pomysły na powódź pozwów o najem pojazdu zastępczego

Car_crash_1 (1)
By Thue (Own work) [Public domain], via Wikimedia Commons

W zasadzie już od dobrych kilku lat odkąd Sąd Najwyższy poluzował swoje orzecznictwo dotyczące szkody w postaci ponoszonych kosztów najmu pojazdu zastępczego sądy, zwłaszcza te w dużych miastach, przeżywają istną inwazję pozwów wnoszonych przez warsztaty naprawcze w związku z naprawą pojazdu z OC sprawcy.

Piszę teraz z pamięci, ale jeżeli dobrze kojarzę to pojawiły się nawet statystyki, iż 20-40% wszystkich spraw rozpoznawanych przez wydziały gospodarcze sądów w Warszawie, to sprawy o najem pojazdu zastępczego.

Niewątpliwie jest to spory problem dla sądownictwa, przynajmniej w zakresie obciążenia tych jednostek sądowych, które znajdują się w większych miastach. Jednocześnie siłą rzeczy rozpatrywanie dziesiątków tysięcy spraw o zapłatę za wynajem pojazdu zastępczego rzutuje na terminowość rozpatrywania innych spraw, co tradycyjnie wpływa na statystykę.

Problem ten zauważany jest przez parlamentarzystów, którzy zgłosili ostatnio projekt zmiany przepisów Kodeksu postępowania cywilnego. Moim zdaniem jest to jednak rozwiązanie chybione i od złej strony pomyślane.

Posłowie PSL zaproponowali zmianę, a właściwie dodanie przepisu do ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (t.j. Dz.U. z 2013 r. poz. 392), który modyfikowałby, a właściwie tworzyłby właściwość wyłączną dla tej jednej kategorii spraw.

Proponowany przepis miałby brzmieć w ten sposób: „powództwo o odszkodowanie z ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych wytacza się wyłącznie przed sąd miejsca zamieszkania albo siedziby poszkodowanego zdarzeniem powodującym szkodę albo przed sąd miejsca zaistnienia tego zdarzenia. Przelew wierzytelności nie wpływa na właściwość sądu”.

Niewątpliwie wprowadzenie wyłącznej właściwości sądu dla tych spraw odciążyłoby wydziały sądów w Poznaniu, Warszawie, czy Wrocławiu, spychając trud orzekania w tych sprawach na jednostki mniejsze. Jednakże moim zdaniem jest to rozwiązanie nie do końca przemyślane. Za pomocą doraźnego przepisu doszłoby do wprowadzenia nieuzasadnionego wyjątku w procedurze, wyjątku uzasadnionego tak naprawdę tylko i wyłącznie wygodą sądów w metropoliach, a w zasadzie tego w Warszawie.

Moim zdaniem rozwiązaniem nad jakim można by tutaj pomyśleć, to nie grzebanie w przepisach kodeksu postępowania cywilnego, ale rozwiązanie o charakterze bardziej systemowym, które jednocześnie pozwoliłoby na wyeliminowanie większosci pozwów o zapłatę za najem pojazdu zastępczego. Nie ulega bowiem wątpliwości, iż o ile należy się zgodzić z linią orzeczniczą Sądu Najwyższego zaliczającą koszty najmu pojazdu zastępczego do szkody, to jednak liberalizacja orzecznictwa doprowadziła także do pewnego rodzaju patologii. Często bowiem pojazdy zastępcze są „wciskane” niejako na siłę poszkodowanym, którzy w wielu przypadkach pojazdu tego w ogóle by nie potrzebowali. Zwłaszcza w sytuacji, w której mieliby sami za niego płacić, lub chociaż musieli ponosić ryzyko dochodzenia roszczeń w własnym imieniu.

Rozwiązanie, o którym myślę to przyjęcie regulacji naszego zachodniego sąsiada. W Niemczech bowiem osobie poszkodowanej należy się ryczałtowy dodatek do odszkodowania. Jeśli poszkodowany nie najmuje pojazdu zastępczego, przysługuje mu roszczenie w granicach 30 – 40 proc. uśrednionych kosztów najmu. To szczególne roszczenie traktuje się standardowo jako odszkodowanie za „utratę używania pojazdu”. Co istotne poszkodowany nie musi wynajmować pojazdu zastępczego aby dodatek ten otrzymać. Jednocześnie nie ma przeszkód aby dochodził on odszkodowania za najem w kwocie wyższej, o ile wykaże jego konieczność.

Wydaje się zatem, iż wprowadzenie takiego rozwiązania do naszego systemu praktycznie zastopowałoby powódź pozwów o zwrot za najem. Racjonalnie myślący poszkodowany w sytuacji, w której mógłby funkcjonować jakiś czas bez auta, wolałby bowiem otrzymać dodatkową gotówkę do odszkodowania niż wynajmować na siłę pojazd zastępczy. Jednocześnie gdyby faktycznie pojazd ten był absolutnie niezbędny, wówczas zachowałby prawo do zwrotu kosztów jego wynajmu.

Nie wiem tylko czy takie rozwiązanie nie pozostawałoby w sprzeczności z interesami zakładów ubezpieczeń, które w zasadzie z mocy prawa – bez konieczności procesu musiałyby zwiększyć wysokość odszkodowań, i stąd może brak jego wprowadzenia do naszego systemu.

Reklamy

Odpowiedzialność zarządcy drogi za skutki zdarzeń drogowych- kiedy zasada ryzyka

HollygroveJan1106Streethole
Autor: Infrogmation (Praca własna) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) lub CC BY 2.5 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.5)%5D, Wikimedia Commons

W zasadzie jedną z najpowszechniejszych przyczyn powstania szkody w pojeździe jest szkoda związana z najechaniem na dziurę, wyrwę w drodze, pozostawiony na drodze kamień, czy inną przeszkodę.

W momencie zgłoszenia szkody do zarządcy drogi ten kieruje poszkodowanego do swojego ubezpieczyciela, który w zasadzie w 90 % przypadkach wydaje decyzję odmowną. Typowym uzasadnieniem tej decyzji jest wskazanie, iż ubezpieczyciel jako gwarant zarządcy drogi ponosi odpowiedzialność za skutki jego działań lub zaniechań jedynie na zasadzie winy ( art. 415 K.c.), a w żaden sposób poszkodowany nie wskazał, iż winę za istnienie danej wyrwy na drodze, czy innej przeszkody ponosi właśnie zarządca drogi.

Przyjmując tę koncepcję w zasadzie poszkodowany musiałby udowodnić, iż zarządca drogi np. zbyt rzadko patroluje ulice celem wykrycia dziur, czy innych obiektów leżących na drodze o dziurze tej już wiedział bo była zgłoszona, a nie zabezpieczył ani nie usunął. Nie jest to może postępowanie dowodowe bardzo trudne, ale niestety czasami poszkodowany może nie dysponować wystarczającymi środkami dowodowymi.

Jest jednak cała kategoria zdarzeń w obrębie drogi, które konieczność dowodzenia braku swojej winy przerzucają na zarządce drogi i reprezentujący ten podmiot zakład ubezpieczeń. W skrócie za niektóre szkody na drodze zarządca i ubezpieczyciel odpowiadają na zasadzie ryzyka.

Sam w mojej praktyce zasadę ryzyka udało mi się wywieść w apelacji od wyroku oddalające powództwo związane ze szkodą spowodowaną przez wpadniecie mojego klienta kołem pojazdu do źle zabezpieczonej studzienki drogowej.

W pierwszej kolejności warto może przytoczyć treść art. 434 Kodeksu cywilnego, który stanowi, iż

Za szkodę wyrządzoną przez zawalenie się budowli lub oderwanie się jej części odpowiedzialny jest samoistny posiadacz budowli, chyba że zawalenie się budowli lub oderwanie się jej części nie wynikło ani z braku utrzymania budowli w należytym stanie, ani z wady w budowie.

Wobec treści powyższego istotne stają się dwa zagadnienia: 1) czy w przedmiotowej sprawie doszło do oderwania się części budowli oraz 2) czy ubezpieczony u pozwanego odpowiadał w granicach samoistnego posiadacza budowli.

Odpowiadając na pierwsze pytanie przypomnijmy, że w sprawie ustalono, że gdy pojazd powoda najechał na studzienkę kanalizacyjną, zakrywający ją właz podskoczył i uszkodził pojazd powoda. Powstaje zatem zagadnienie czy przedmiotowy właz był częścią budowli. Na pytanie to należy odpowiedzieć twierdząco. Bez względu bowiem na to, czy właz należy uznać za część drogi czy też kanalizacji ogólnospławnej w obu przypadkach mamy do czynienia z budowlą. W związku z faktem, że Kodeks cywilny nie zawiera definicji terminu „budowla”, stosownie do reguł wykładni systemowej należy odwołać się do definicji legalnej tego pojęcia zawartej w ustawie Prawo budowlane. Stosownie do przepisu art. 3 pkt 3 powołanej wyżej ustawy przez budowlę należy rozumieć:

każdy obiekt budowlany niebędący budynkiem lub obiektem małej architektury, jak: obiekty liniowe, lotniska, mosty, wiadukty, estakady, tunele, przepusty, sieci techniczne, wolno stojące maszty antenowe, wolno stojące trwale związane z gruntem urządzenia reklamowe, budowle ziemne, obronne (fortyfikacje), ochronne, hydrotechniczne, zbiorniki, wolno stojące instalacje przemysłowe lub urządzenia techniczne, oczyszczalnie ścieków, składowiska odpadów, stacje uzdatniania wody, konstrukcje oporowe, nadziemne i podziemne przejścia dla pieszych, sieci uzbrojenia terenu, budowle sportowe, cmentarze, pomniki, a także części budowlane urządzeń technicznych (kotłów, pieców przemysłowych, elektrowni wiatrowych, elektrowni jądrowych i innych urządzeń) oraz fundamenty pod maszyny i urządzenia, jako odrębne pod względem technicznym części przedmiotów składających się na całość użytkową

Przepis art. 3 pkt 3a powołanej ustawy definiuje obiekt liniowy jako:

obiekt budowlany, którego charakterystycznym parametrem jest długość, w szczególności droga wraz ze zjazdami, linia kolejowa, wodociąg, kanał, gazociąg, ciepłociąg, rurociąg, linia i trakcja elektroenergetyczna, linia kablowa nadziemna i, umieszczona bezpośrednio w ziemi, podziemna, wał przeciwpowodziowy oraz kanalizacja kablowa, przy czym kable w niej zainstalowane nie stanowią obiektu budowlanego lub jego części ani urządzenia budowlanego

W świetle treści powołanych przepisów nie może ulegać wątpliwości, że w przedmiotowej sprawie nastąpiło oderwanie się części budowli, albowiem i drogę i kanalizację ogólnospławną należy uznać za budowlę a właz do studzienki za ich część.

Co za tym idzie do zarządca drogi winien udowodnić, iż szkoda (oderwanie się części instalacji) nie wynikła ani z braku utrzymania instalacji we właściwym stanie, ani z wady w budowie.

Przyjąć należy, iż także najbardziej powszechne sytuacje związane z najechaniem na wyrwę w jezdni można by potraktować jako „zawalenie się budowli” i w tym kontekście, to pozwany miałby obowiązek wykazania, iż nie ponosi on odpowiedzialności za istnienie wyrwy.

Niestety nie uda się jednak zasady ryzyka przerzucić na te szkody, które powstały w wyniku najechania na porzucony na jezdni przedmiot- kamień, oponę itd. Trudno bowiem w tym przypadku mówić o zawaleniu się budowli czy oderwaniu jej części. W takiej sytuacji pozostaje jedynie wykazywanie winy zarządcy drogi.

autor: Bartosz Kowalak radca prawny w Kancelarii adwokacko radcowskiej Kacprzak Kowalak sp.p. w Poznaniu: http://kacprzak.pl/odszkodowania

Rzecznik Ubezpieczonych o stawkach za robociznę blacharską i lakierniczą

Wpis kolegi z pracy adwokata Damiana Nowickiego, któremu udostępniam niniejsze łamy:

Rzecznik Ubezpieczonych o stawkach za robociznę blacharską i lakierniczą

W najnowszym numerze wydawanego przez Biuro Rzecznika Ubezpieczonych Monitora Ubezpieczonych (61/2015) znalazł się raport dotyczący stawek za roboczogodzinę prac blacharskich, lakierniczych i mechanicznych1. W raporcie tym poczyniono kilka istotnych uwag, o których warto wspomnieć słów kilka.

Rzecznik Ubezpieczonych, przeanalizował skargi poszkodowanych na zakłady ubezpieczeń i dostrzegł nieprawidłowości w rozliczaniu szkód polegających na permanentnym obniżaniu stawek za robociznę, a co za tym idzie obniżaniu należnego odszkodowania. Ubezpieczyciele trzymają się stanowiska, że stawki warsztatów naprawiających dane samochody rzekomo są wyższe od przeciętnych lub średnich obowiązujących na rynku i „przycinają” je do uśrednionych wysokości. Innymi słowy, ubezpieczyciele weryfikują wartość rbg posiłkując się kryterium makroekonomicznym, czyli biorąc pod uwagę sytuację na rynku. Takie podejście ma jednak istotną wadę. Serwis serwisowi nie jest równy i nie można do jednego kotła wrzucać wszystkich warsztatów, wyliczając wspólną arytmetyczną stawkę. Faktem jest, że na rynku działają zarówno firmy jednoosobowe, jak i wieloosobowe, świadcząc usługi w warunkach garażowych, czy w dużych specjalistycznych halach; posiadając dodatkowe wyposażenie, jak flota pojazdów zastępczych, pomoc drogową, salon, czy parking strzeżony; mając autoryzację, działające w sieci, współpracujące z zakładami ubezpieczeń, czy indywidualnie. Wszystkie te różnorodne cechy (mikroekonomiczne) kreują inne koszty utrzymania, a to oznacza, że adekwatna stawka za robociznę nie będzie identyczna dla każdego zakładu naprawczego. Nie można więc uśredniać – co czynią zakłady ubezpieczeń – stawek rbg, bo dla wielu firm tak ustalony poziom nie pozwala na rentowne prowadzenie działalności gospodarczej.

Rzecznik Ubezpieczonych kwestionuje zresztą samą metodykę likwidacji szkód polegającą na weryfikowaniu stawek za rbg w oparciu o kryterium średnich czy przeciętnych stawek rynkowych. Słusznie w raporcie zacytowano uchwałę Sądu Najwyższego z dnia 13 czerwca 2003, w sprawie III CZP 32/03. W orzeczeniu tym SN jednoznacznie uznał, że zakłady ubezpieczeń mają obowiązek pokryć cały koszt robocizny, nawet jeżeli stawki przewyższają średnie wartości rynkowe. W orzecznictwie sądów powszechnych rozwinięto stanowisko SN w ten sposób, że uprawnienie do korekty stawek rynkowych może nastąpić dopiero wówczas, gdy wysokość stawki za robociznę danego serwisu przekroczy w sposób rażący średnie stawki rynkowe, czyli o około 20-30 złotych. Nie jest to rozwiązanie idealne, bo znowuż odwołuje się wyłącznie do kryterium makroekonomicznego oraz niejako sankcjonuje samo to kryterium jako wystarczające do rozstrzygnięcia sporu. Z drugiej strony ustalenie adekwatnej stawki dla konkretnego warsztatu w praktyce wymagałoby sporządzenia audytu, co jest bardzo kosztowne i istotnie wydłużyłoby i tak nie krótkie postępowanie. Powstała więc sytuacja patowa. Zakłady ubezpieczeń niezmiennie obniżają stawki za robociznę powołując się na średnie i przeciętne stawki rynkowe, a poszkodowany nie chcąc się na zgodzić z taką decyzją, musi odwołać się do sądu, gdzie na podstawie opinii biegłego ustalane będzie, czy dana stawka w sposób rażący odbiega od średnich rynkowych.

Nieprawidłowości zaobserwowane przez Rzecznika Ubezpieczonych dotyczą też danych o wysokościach stawek za rbg przytaczanych przez ubezpieczycieli. Zakłady ubezpieczeń szafują dowolnie „uśrednionymi” wysokościami stawek, w zależności czy pojazd naprawiono czy też nie oraz czy czy szkoda jest częściowa czy całkowita, czy odpowiedzialność wynika z polisy OC czy autocasco. Sama ta arbitralność twierdzeń zakładów ubezpieczeń potwierdza nieuczciwość towarzystw ubezpieczeniowych. Co najważniejsze Rzecznik dostrzega, że podawane przez ubezpieczycieli wysokości stawek wcale nie są średnie czy przeciętne, ale minimalne. Dowodzą temu istniejące opracowania dotyczące roboczogodzin. Wskazywane przez ubezpieczycieli średnie stawki za rbg w rzeczywistości odpowiadają wysokości tym, jakie obowiązywały w 2009, a więc są mocno nieaktualne.

Damian Nowicki – prawnik w Kancelarii Adwokacko-Radcowskiej Kacprzak Kowalak z siedzibą w Poznaniu: www.kacprzak.pl

Kluczyki w płaszczu, dowód rejestracyjny w torebce – czyli odmowa wypłaty z AC wskazującej na rażące niedbalstwo.

By chen chin (ducktail964) from taipei, taiwan (Flickr) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons
By chen chin (ducktail964) from taipei, taiwan (Flickr) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)%5D, via Wikimedia Commons

W ostatnim tygodniu na ramach prasy przewinęły się relacje z dwóch wyroków o dość przeciwstawnych wnioskach. Najpierw prasa doniosła o wyroku Sądu Apelacyjnego w Lublinie ( sygn. akt I ACa 718/12), w którym to wyroku Sąd ten uznał, iż nie można przypisać rażącego niedbalstwa w przechowaniu dokumentów pojazdu kierowcy, który dokumenty te trzymał w kieszeni płaszcza przewieszonego przez krzesło.

W drugim wyroku ( akt: I CSK 479/14 ), tym razem wydanym już przez Sąd Najwyższy, a więc o szczebel wyżej- Sąd ten rozpatrywał sytuację kierowcy, któremu auto skradziono w wyniku wcześniejszej kradzieży kluczyków. Kluczyki te miał natomiast umieszczone w płaszczu odwieszonym na wieszaku położonym obok zajmowanego stolika. W tym przypadku Sąd rażącego niedbalstwa w zabezpieczeniu kluczyków się dopatrzył.

No to w zasadzie jak jest z tymi kluczykami, czy dokumentami? W zasadzie najwłaściwszą odpowiedzią na tak postawione pytanie jest to zależy, ale od początku.

Całe zagadnienie jakie stanowi podstawę wydania obu wyżej wskazanych wyroków sprowadza się do treści tworzonych przez zakłady ubezpieczeń ogólnych warunków umowy ubezpieczenia (o.w.u.). Standardem w przypadku polis autocasco, od którego raczej nie ma odstępstwa, jest wprowadzenie w OWU warunku zabezpieczenia z należytą starannością poza pojazdem kompletu kluczy i dokumentów pojazdu.
Tytułem przykład z treści OWU PZU Auto ustalonych uchwałą Zarządu Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Spółki Akcyjnej nr UZ/358/2014 z dnia 5 grudnia 2014 r.”

WYŁĄCZENIA ODPOWIEDZIALNOŚCI § 12 1. AC nie są objęte szkody:

11) kradzieżowe, jeżeli: a) kierowca wysiadł z pojazdu, pozostawiając wewnątrz kluczyk lub sterownik służący do otwarcia pojazdu lub uruchomienia pojazdu (lub oba te urządzenia) bez ich zabezpieczenia przed możliwością uruchomienia pojazdu przy ich pomocy przez osobę niepowołaną lub
b) po opuszczeniu pojazdu i pozostawieniu go bez nadzoru kierowcy lub pasażerów, pozostawiono w pojeździe lub nie dokonano zabezpieczenia poza pojazdem: dokumentów pojazdu, kluczyka lub sterownika służącego do otwarcia pojazdu lub uruchomienia pojazdu lub kluczyka lub sterownika służą- cego do uruchomienia zabezpieczeń przeciwkradzieżowych (lub łącznie wszystkich tych dokumentów i urządzeń)

Pamiętać przy tym należy, iż taki warunek w umowie nie upoważnia zakładu ubezpieczeń do wyłączenia jego odpowiedzialności w każdym przypadku stwierdzenia kradzieży pojazdu z dowodem rejestracyjnym lub kartą pojazdu czy też kluczykami. Zakład ubezpieczeń z sankcji tej może skorzystać, gdy ich niezabezpieczenie miało postać co najmniej rażącego niedbalstwa.

I tu pojawia się problem, gdyż ocena czy dana sytuacji kwalifikuje się na rażące niedbalstwo, czy tylko na lekkomyślność poszkodowanego w zasadzie jest kwestią wysoce indywidualną. W zasadzie kryterium oceny będzie tutaj po prostu zdrowy rozsądek i zasady doświadczenia życiowego. Nie muszą więc dziwić takie sytuacji, gdy dwa różne Sądy, w dwóch podobnych sprawach wydadzą całkowicie przeciwstawne wyroki.

Wnioski – pewnie po oszacowaniu ryzyk procesowych warto jednak wejść z zakładem ubezpieczeń na drogę sądową.

 

Nowy wspaniały Świat

TheMatrix
Dread83 from it [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)%5D, via Wikimedia Commons

W zasadzie w dniu wczorajszym zbiegły mi się dwie informacje, które skłoniły mnie do niniejszego wpisu.

Najpierw po ostatnim wypadzie wakacyjnym skorzystałem z możliwości utworzenia tzw. backupu zdjęć na serwerach firmy będącej wielkorządca światowego internetu. Mimo że mogłem się tego spodziewać, to i tak dość się zdziwiłem gdy dostałem powiadomienie o utworzeniu automatycznych, krótkich prezentacji moich zdjęć- zawierających informację o ich temacie. Przy czym nie mam i nie korzystam z geolokalizacji zdjęć w aparacie. System więc albo sam porównał treść zdjęć z bazą danych w internecie i określił – prawidłowo, co ja na tym zdjęciu widzę, albo też umiejętnie mnie śledził, pod kątem wyszukiwania w internecie, co chcę obejrzeć i gdzie bookuje nocleg. No cóż matrix ?!

Wieczorem natomiast dotarł do mnie news, o wprowadzeniu przez jednego z ubezpieczycieli ( Link 4) specjalnej aplikacji, której zadaniem będzie zliczanie pokonanego dystansu, analiza stylu jazdy, bezpiecznie i przepisowo pokonanych kilometrów. Słowem program będzie badał, czy kierowca swoim zaufaniem stwarza większe lub mniejsze ryzyko powstania szkody na drodze.
Aplikacja na razie nie będzie miała przełożenia, na to co najbardziej interesuje kierowców, czyli wysokość składki ubezpieczeniowej.

Słowem matrix wkracza także do ubezpieczeń. Co prawda tego typu działanie, na razie dobrowolne, budzi pewne kontrowersje, to jednak ja osobiście znalazłbym uzasadnienie, dla przyjęcia regulacji pozwalających na masowość tego typu badań i powiązanie ich wyników z kosztem produktu ubezpieczeniowego. Przynajmniej jeżeli chodzi o sposób korzystania z samochodu. Tak naprawdę tego typu wyniki byłyby bardziej miarodajne niż nabywanie na podstawie tabel bonus-malus procentowych zniżek składki za lata bezszkodowe – a w zasadzie są tym samym.
Oczywiście bardziej kontrowersyjna byłaby kwestia uzależniania dostępności i cen polis na rynku ubezpieczeń osobowych.

W każdym razie rynek ubezpieczeń czeka rewolucyjna zmiana, a już za rogiem czai się kolejne wyzwanie jakim będą samochody autonomiczne.

autor: Bartosz Kowalak radca prawny w Kancelarii adwokacko radcowskiej Kacprzak Kowalak sp.p. w Poznaniu: http://kacprzak.pl/odszkodowania

Przyczynienie a odmowa poddania się zabiegowi operacyjnemu

Ivan_Vavpotič_-_Dr._Šlajmer_v_Leonišču (1)
Ivan Vavpotic Domena Publiczna

Instytucją Kodeksu cywilnego często wykorzystywaną w bojach dotyczących wysokości zadośćuczynienia jest przyczynienie- normowane w art 362 Kodeksu cywilnego.

Dla przypomnienia: Art. 362 Jeżeli poszkodowany przyczynił się do powstania lub zwiększenia szkody, obowiązek jej naprawienia ulega odpowiedniemu zmniejszeniu stosownie do okoliczności, a zwłaszcza do stopnia winy obu stron.

Przepis i wynikająca z niego norma wydaje się dość prosta, natomiast jego zastosowanie czasami się komplikuje.
W przypadku szkód osobowych, a więc wówczas gdy doszło do uszczerbku na zdrowiu czy rozstroju zdrowia problematycznym jest często podnoszony zarzut związany z niepodjęciem środków zaradczych w celu zapobiegania skutkom wypadku w postaci zaniechania podjęcia leczenia lub jego niekontynuowania- gdy jest to zalecane. Wydaje się raczej oczywistym, iż w takiej sytuacji tak podnoszony zarzut przyczynienia się może okazać się skuteczny. Oczywiście o ile ubezpieczyciel wykaże, iż gdyby poszkodowany do lekarza zgłosił się, czy przeszedł np. turnus rehabilitacyjny, to doznany przez niego uszczerbek na zdrowi, czy ogólnie pojęta krzywda byłaby mniejszy. Co z praktyki wcale nie jest takie oczywiste.

Z reguły pacjenci odpuszczają sobie leczenie w sytuacji, gdy raczej nie wiele ono wnosi, np. brak poprawy po rocznym leczeniu psychiatrycznym, czy wizytach u psychologa. Trudno zatem po pierwsze udowodnić pacjentowi zła wolę, a po drugie, iż w wyniku tych działań jego krzywda zwiększyła się. Niemniej jednak teoretycznie można sobie taką sytuację – skutkującą zmniejszeniem sumy orzekanej w wyroku wyobrazić.

Trochę bardziej skomplikowana sprawa jest w przypadku zabiegów, które z jednej strony mogą dać radykalną poprawę zdrowia i zmniejszenie uszczerbku na tymże zdrowiu, ale z drugiej wiążą się dla poszkodowanego pacjenta z istotnymi ryzykami medycznymi.

Mowa tu oczywiście o zabiegach operacyjnych.

Poglądów w tym zakresie jak i różnych orzeczeń jest mnóstwo. Niemniej jednak wydaje się, iż
najczęściej akceptowanym w orzecznictwie sądów jest pogląd, iż jeżeli operacja jest skomplikowana i wiąże się z pewnym ryzykiem, poszkodowany ma prawo mieć obawy o jej skutek. Jeśli jednak jest to prosty zabieg i daje zawsze rezultat pozytywny, ocena pasywnej postawy poszkodowanego może być inna (wyrok z dnia 11.01.1978 r III PR 183/77, OSPiKA 1979, nr 1, poz.17).

W skrócie nie można uznać aby odmawiając poddania się jakiejkolwiek operacji związanej z ryzykiem na zdrowiu poszkodowany do zwiększenia się szkody przyczyniłby się. Jeżeli natomiast byłaby to operacja o praktycznie zerowym ryzyku, bez znieczulenia ogólnego, to ewentualną odmowę można by poddać pod osąd pod kątem treści art. 362 K.c.

Z moich obserwacji mogę jedynie dodać, iż nigdy nie zdarzyło mi się aby Sąd zmniejszył zadośćuczynienie z uwagi na nie poddanie się zabiegowi operacyjnemu. Jednakże sytuacje, gdy zarzut taki był podnoszony były dość rzadkie i dotyczyły zabiegów, które już na pierwszy rzut oka niosły ryzyko- jak np. zabieg na kręgosłupie.

Dzień bez śmiertelnego wypadku

Wiem, może temat odbiega trochę od wątku głównego bloga jakim są odszkodowania, ale ileś już lat przerabiania spraw, których clue jest właśnie tragedia na drodze spowodowało u mnie pewne zboczenie zawodowe.

W zasadzie moje zainteresowanie przyciąga zawsze informacja o wypadkach, zderzeniach, kolizjach, karambolach i innych takich. Po części obok oczywistej tragedii ludzkiej lata rutyny w przeliczaniu śmierci osoby bliskiej, czy uszczerbku na zdrowiu na wyższe lub niższe odszkodowanie spowodowały także, iż zwykle każde takie zdarzenie jakoś bardziej do mnie trafia osobiście. Niby mówi się, iż prokurator po kilku latach pracy w zasadzie drugie śniadanie zjada nad świeżo wyłowionym topielcem – bez utraty apetytu, Niemniej jednak u mnie każde takie zdarzenie powoduje jednak odczucie niepokoju.

W tym kontekście bardzo ucieszył mnie nagłówek w jednym z dzisiejszych dzienników, donoszący o cudzie na polskich drogach. Cudem tym był dzień 8 czerwca 2015 r., w którym to dniu mimo kilkudziesięciu wypadków i prawie setki osób poszkodowanych nikt jednak nie zginął. Jak się można domyślić jest to zdarzenie bardzo rzadkie, sam pamiętam taką informację sprzed kilku lat dotyczącą 25 grudnia. Natomiast jak donosi dziennik średnio dzień taki przypada raz, dwa razy do roku. Można mieć tylko nadzieję, iż zaostrzone niedawno przepisy odwrócą tę tendencję i liczyć będzie się te dni, w których ktoś stracił życie.