Niedoubezpieczenie- małe zamieszanie w sporach z ubezpieczycielami dzięki Sądowi Najwyższemu.

512px-Burning_house,_Bekonscot
MichaelMaggs (Praca własna) [CC BY-SA 2.5 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.5)%5D, Wikimedia Commons

W zasadzie odkąd pamiętam jednym z pierwszych zarzutów branych pod uwagę przez ubezpieczyciela przy ocenie wysokości należnego poszkodowanemu odszkodowania było ustalenie, czy w danej szkodzie zachodzi niedoubezpieczenie. Co za tym idzie, czy zakład ubezpieczeń może zastosować tzw. zasadę proporcji przy wypłacie odszkodowania.

Ale po kolei, co to jest to niedoubezpieczenie?

Otóż idąc do naszego agenta z chęcią ubezpieczenia naszego mienia, możemy to zrobić w trojaki sposób. Możemy ustalić sumę ubezpieczenia w wysokości idealnie odpowiadającej wartości naszego ubezpieczanego mienia. Możemy ustalić wartość sumy ubezpieczenia w wartości wyższej jak to mienie- ale to nam nic nie daje poza koniecznością zapłaty wyższej składki. Odszkodowanie z reguły ograniczone jest pułapem szkody, stąd wyższa suma ubezpieczenia nie przekłada się w tej sytuacji na wyższe odszkodowanie.

Wreszcie możemy się ubezpieczyć na sumę mniejszą niż wartość ubezpieczanego mienia. I w tej sytuacji wystąpi tzw. niedoubezpieczenie- a więc sytuacja, w której suma ubezpieczenia jest niższa jak wartość ubezpieczanego mienia.

Przekładając powyższe na język przykładów, można to zobrazować w następujący sposób.

Dom wart na milion, możemy ubezpieczyć polisą opiewającą na a) milion, b) półtora miliona (nadubezpieczenie), c) pół miliona (niedoubezpieczenie).

W zasadzie z tak określonym poziomem naszego ubezpieczenia nie byłoby większego problemu, gdyby nie pewna sztuczka, którą ubezpieczyciela wprowadzili do swoich ogólnych warunków ubezpieczenia (OWU).

Otóż wydawałoby się, iż nawet gdy mamy dom ubezpieczony na pół miliona, to w sytuacji, w której szkoda wyniosłaby dajmy na to 100 tyś, to taką kwotę jako nieprzekraczającą sumy pół miliona powinniśmy byliby otrzymać. Nasze ryzyko ograniczałoby się natomiast do sytuacji, gdy szkoda przekroczyłaby pół miliona. I np. w sytuacji spalenia się domu w całości i straty na poziomie 1 mln i tak otrzymalibyśmy jedynie sumę ubezpieczenia, w kwocie pół miliona.

Jednakże ogólne warunki ubezpieczenia (OWU) w zasadzie chyba wszystkich ubezpieczycieli zawierają pewną klauzulę odnoszącą się do sytuacji niedoubezpieczenia. Klauzula ta sprowadza się do wprowadzenia zasady proporcji w wypłacie odszkodowania.

Według większości zapisów w sytuacji niedoubezpieczenia i wystąpienia szkody, wysokość odszkodowania ustalana jest w proporcji do stosunku niedoubezpieczenia.

Żeby nie być gołosłowny sięgnijmy do przykładowego zapisu z Ogólnych warunków ubezpieczenia mienia od ognia i innych żywiołów dla małych i średnich przedsiębiorców ustalonych uchwałą nr UZ/562/2008 Zarządu Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Spółki Akcyjnej z dnia 6 listopada 2008 r. ze zmianami ustalonymi uchwałą nr UZ/430/2010 z dnia 8 grudnia 2010 r. oraz uchwałą nr UZ/411/2011 z dnia 22 grudnia 2011 r.:

„W sytuacji, kiedy wskazana w umowie ubezpieczenia

suma ubezpieczenia jest niższa, niż wartość mienia

1) w przypadku zaistnienia szkody częściowej odszkodowanie zmniejsza się w takim stosunku, w jakim pozostaje zadeklarowana suma ubezpieczenia do wartości odtworzeniowej albo rzeczywistej mienia w zależności od wartości mienia zadeklarowanej do ubezpieczenia z zastrzeżeniem 23ust.2. W takim samym stosunku zmniejszane są koszty, o których mowa w § 6, również w przypadku, gdy poniesione zostały na polecenie PZU SA;

2) w przypadku zaistnienia szkody całkowitej – odszkodowanie ogranicza się do wysokości sumy ubezpienia mienia będącego przedmiotem szkody”

W praktyce wygląda to tak, odwołując się do naszego przykładu. Ubezpieczyliśmy mienie warte milion na kwotę 500 tys złotych, a więc połowę jego wartości. Czyli mamy polisę z sumą ubezpieczenia na kwotę 500 tys zł.

Gdy doszło do powstania szkody wyliczonej na kwotę 100 tys złotych ubezpieczyciel porówna wartość sumy ubezpieczenia do wartości mienia- w naszym przykładzie wyjdzie mu 50%. I tak ustaloną wartość podstawi do ustalonej wartości szkody.

W konsekwencji zakład ubezpieczeń w tym konkretnym przykładzie wypłaci nam jedynie 50 tys złotych, a więc połowę szkody.

Taka praktyka Ubezpieczycieli spotkała się jednak z brakiem zrozumienia z strony Sądu Najwyższego, który w wyroku pod sygn. akt III CSK 302/13 zapadłym w dniu 16 października 2014 r. nie uznał stosowania zasady proporcji w stosunkach ubezpieczyciel-konsument jako dopuszczalnej.

Sąd doszedł do wniosku, iż stosowanie zasady proporcji naruszałoby zasadę ekwiwalentności świadczeń. Ubezpieczony płaciłby bowiem składkę od wartości sumy ubezpieczenia, a otrzymywałby nieekwiwalentnie pomniejszone odszkodowanie.

Oddając głos Sądowi:

„W przypadku ubezpieczeń majątkowych składka ta, co do zasady odpowiada ryzyku ubezpieczeniowemu wyrażającemu się sumą ubezpieczenia. Skoro zatem ubezpieczyciel pobrał składkę odpowiadającą ryzyku ubezpieczeniowemu do określonej kwoty (suma ubezpieczenia), to w razie wystąpienia szkody na skutek zdarzenia objętego ubezpieczeniem (wypadek ubezpieczeniowy) powinien ponosić odpowiedzialność będącą równowartością świadczenia (składki), które otrzymał od ubezpieczającego (art. 805 § 1 i § 2 pkt 1 k.c.). …. Kontrahenci ci nie powinni wyłącznie ponosić skutków określenia przez siebie sumy ubezpieczenia, która może nie odpowiadać wartości przedmiotu ubezpieczenia (tak nadubezpieczenia jak niedoubezpieczenia), skoro nie wartość a suma ubezpieczenia decyduje o wysokości składki, w której nie uwzględnia się przecież żadnych późniejszych, możliwych proporcji rzeczywistej wysokości świadczenia.”

Podsumowując ubezpieczyciel nie może zmniejszać świadczenia proporcjonalnie do niedoubezpieczenia, jeśli szkoda nie przekracza kwoty ubezpieczenia. Co jest dla każdego ubezpieczonego konsumenta bardzo dobrą wiadomością.

Reklamy

Zderzenie z dzikiem- czy mamy szansę na odszkodowanie

V0021303EL An elk (moose) standing on the grassy verge of a forest. Col Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images images@wellcome.ac.uk http://wellcomeimages.org An elk (moose) standing on the grassy verge of a forest. Colour halftone. 1926 Published: 1926 Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/
V0021303EL An elk (moose) standing on the grassy verge of a forest. Col
Credit: Wellcome Library, London. Wellcome Images
images@wellcome.ac.uk
http://wellcomeimages.org
An elk (moose) standing on the grassy verge of a forest. Colour halftone.
1926 Published: 1926
Copyrighted work available under Creative Commons Attribution only licence CC BY 4.0 http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

Jedną z najczęstszych przyczyn kolizji komunikacyjnych w Polsce, kolizji w których także giną ludzie, są zderzenia z dziko żyjącą zwierzyną. Dzik, łoś, sarna wbiega na drogę tuż przed maskę pojazdu- w zasadzie zdarzenie nie do uniknięcia.

Sytuacje te są dość częste, co mogę potwierdzić po dość sporej ilości zapytań jakie pojawiają się od poszkodowanych w ten sposób klientów. Pytanie jakie wówczas się nasuwa, to czy ktoś nam zapłaci za rozbity samochód, czy połamane kości.?

Niestety przyglądając się tego typu zdarzeniom prze lata mogę stwierdzić, iż szansę są na to wysoce iluzoryczne, i o ile nie mieliśmy autocasco, to rozsądniej sobie dochodzenia odszkodowania odpuścić niż narażać się na dość wysokie koszty prowadzenia procesu, Oczywiście zawsze decyzja co do takiego kroku winna być wydana po dokładnej analizie sprawy.

Taką też decyzję podejmowała większość moich klientów, która po poinformowaniu o ewentualnych kosztach jakie mogą ponieść i bardzo wysokim ryzyku procesowym sprawę sobie odpuszczała.

Dlaczego tak ta sprawa wygląda w praktyce. Po pierwsze dzika zwierzyna jako tak jest dzika i nie ma podmiotu, który miałby ponosić odpowiedzialność za jej zachowanie. Co wydaje się być truizmem.

Teoretycznie jednak mogą zdarzyć się sytuacje, w których można by się dopatrywać czyjejś winy za wybiegnięcie dzika, czy łosia na jezdnie pod koła auta.

Pierwszą taką dość oczywistą przesłanką, która mogłaby prowadzić do przypisania winy jest prowadzenie nagonki na polowaniu w wyniku, której spłoszone zwierze wybiega pod koła. Wówczas mielibyśmy odpowiedzialność koła łowieckiego lub organizatora polowania. Praktycznie jednak nigdy się z taką sytuacją nie spotkałem. Nie wiem, czy polowania nie są prowadzone w pobliżu dróg, czy też raczej poszkodowany przjeźdźając lasem po prostu nie miał wiedzy, iż dzik uciekał akurat przed sforą psów.

Drugim podmiotem, któremu teoretycznie można by przypisać winę jest właściwy zarządca drogi.

Wskazać przy tym należy, iż tej winy nie domniemujemy, a musimy wykazać konkretnie, który z swoich obowiązków naruszył, a w wyniku tego naruszenia doszło do kolizji. Podstawowym obowiązkiem zarządcy jest ostrzeganie o potencjalnym niebezpieczeństwie, a więc najczęściej zamieszczenie odpowiedniego znaku drogowego informującego o ryzyku spotkania na drodze dzikiej zwierzyny. Zgodnie bowiem z treścią art. 20 ustawy z dnia 21 marca 1985 r. o drogach publicznych (tekst jedn. Dz. U. z 2007 r., nr 19, poz. 115 z późn. zm.) do zarządcy drogi należy w szczególności utrzymanie nawierzchni drogi, chodników, drogowych obiektów inżynierskich, urządzeń zabezpieczających ruch i innych urządzeń związanych z drogą. Przez utrzymanie drogi natomiast należy rozumieć wykonywanie robót konserwatoryjnych, porządkowych i innych zmierzających do zwiększenia bezpieczeństwa i wygody ruchu. W tym także do stawiania znaków informacyjnych.

Co za tym idzie teoretycznie można by w sytuacji, w której znaku takiego by w miejscu zdarzenia nie było zastanawiać się nad winą zarządcy. Przy czym nie wątpliwie do zdarzenia może dojść także poza miejscem gdzie zwierzęta normalnie jezdnie przekraczają. Trudno oczekiwać ustawienia znaku uwaga zwierzęta w mieście,a do którego to miasta wtargnął dzik lub łoś.

Wreszcie nawet gdybyśmy doszli do sytuacji, w której znaku nie ma, a jest to miejsce zwykłego występowania zwierzyny, to pojawia się pewien problem orzecznicy.

Sądy przyjmowały bowiem także, iż nawet w takiej sytuacji wobec nagłego wtargnięcia zwierzyny znak by nic nie dał i nie pozwolił na uniknięcie wypadku.

Zresztą i tu pojawia się kolejny problem, zwykle w praktyce znak jest, albo poszkodowany nie ma żadnej wiedzy na temat tego czy on był.

Podsumowując, mimo iż niekiedy można by poszukiwać odpowiedzialności osoby trzeciej za zdarzenie z dzikim zwierzęciem, to na poszkodowanym spoczywa obowiązek wykazania winy, co w praktyce redukuje szanse na uzyskanie odszkodowania do minimum.

Tak więc przezornie lepiej wykupić autocasco a widząc znak ostrzegający o dzikiej zwierzynie zwolnić i wypatrywać rogów czy szabel wyłaniających się z lasu.

 

Odmowa wypłaty zadośćuczynienia z uwagi na brak trwałego uszczerbku na zdrowiu.

A_machine_monitors_a_man's_broken_leg_Wellcome_V0049896
[CC BY 4.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/4.0)%5D, Wikimedia Commons

Co prawda jakbyśmy poszukali skojarzeń z słowami wypadek i poszkodowany, to raczej przed oczami stają nam osoby, które w wyniku tego zdarzenia ucierpiały w sposób szczególny. Czy to doświadczyły złamania nogi, pęknięcia czaszki czy utraty śledziony. W zasadzie w takiej sytuacji sprawa z punktu widzenia odpowiedzialności za skutki takiego wypadku z OC jest dość jasna.

Krzywda jest ewidentna i raczej trudno sobie wyobrazić aby uznając swoją odpowiedzialność zakład ubezpieczeń odmówił wypłaty zadośćuczynienia ( inną kwestią jest jego wysokość).

Gro jednak wypadków kończy się, na szczęście, dla osób poszkodowanych znacznie lżejszymi konsekwencjami zdrowotnymi. Poszkodowany może doznać wstrząśnienia mózgu, skręcenia mięśni szyi, czy po prostu być solidnie poobijanym.

W takiej sytuacji po pewnym czasie w zasadzie wraca do zdrowi i może funkcjonować w pełni jak przed wypadkiem.

W tej sytuacji kwestia wypłaty zadośćuczynienia nie jest, przynajmniej dla ubezpieczycieli, taka oczywista. Często wydając decyzję zakład ubezpieczeń odmawia wypłaty zadośćuczynienia, lub te proponuje w rażąco niskiej kwocie, takiej osobie wskazując, iż nie zaistniał w jej przypadku trwały uszczerbek na zdrowiu.

O ile faktycznie z tą konstatacją ubezpieczyciela należy się zgodzić, biegli którzy ewentualnie badaliby takiego poszkodowanego również orzekliby o zerowym uszczerbku na zdrowiu. To w żaden sposób fakt doznania szkody/krzywdy w mniejszym rozmiarze nie oznacza, iż szkody tej nie ma.

W takiej sytuacji pozostaje nam oczywiście droga sądowa. Wydaje się, iż dobrze szacując szkodę warto także zrezygnować z opinii biegłego, która raczej zagrałaby na niekorzyść poszkodowanego i zdać się na osąd sędziego rozpoznającego sprawę. W Kancelarii tego typu spraw, czyli klient poobijany z sińcami i ustępującymi bólami, prowadziliśmy co najmniej kilkanaście. Wychodząc z roszczeniem od dwóch do kilkunastu tysięcy złotych- w zależności od stanu faktycznego.

Co ciekawe większość tych spraw kończyła się ugodą. Dla zakładu ubezpieczeń sprawa o 2-3 tysiące złotych nie jest warta zaangażowania całego batalionu prawników i ponoszenia dalej idących kosztów.

Tak więc w zasadzie nie ma żadnych ograniczeń w intensywności uszczerbku na zdrowiu, które mogłyby stanowić przeszkodę dla dochodzonego roszczenia.

autor: Bartosz Kowalak radca prawny w Kancelarii adwokacko radcowskiej Kacprzak Kowalak sp.p. w Poznaniu: http://kacprzak.pl/odszkodowania

 

Odpowiedzialność zarządcy drogi za skutki zdarzeń drogowych- kiedy zasada ryzyka

HollygroveJan1106Streethole
Autor: Infrogmation (Praca własna) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) lub CC BY 2.5 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.5)%5D, Wikimedia Commons

W zasadzie jedną z najpowszechniejszych przyczyn powstania szkody w pojeździe jest szkoda związana z najechaniem na dziurę, wyrwę w drodze, pozostawiony na drodze kamień, czy inną przeszkodę.

W momencie zgłoszenia szkody do zarządcy drogi ten kieruje poszkodowanego do swojego ubezpieczyciela, który w zasadzie w 90 % przypadkach wydaje decyzję odmowną. Typowym uzasadnieniem tej decyzji jest wskazanie, iż ubezpieczyciel jako gwarant zarządcy drogi ponosi odpowiedzialność za skutki jego działań lub zaniechań jedynie na zasadzie winy ( art. 415 K.c.), a w żaden sposób poszkodowany nie wskazał, iż winę za istnienie danej wyrwy na drodze, czy innej przeszkody ponosi właśnie zarządca drogi.

Przyjmując tę koncepcję w zasadzie poszkodowany musiałby udowodnić, iż zarządca drogi np. zbyt rzadko patroluje ulice celem wykrycia dziur, czy innych obiektów leżących na drodze o dziurze tej już wiedział bo była zgłoszona, a nie zabezpieczył ani nie usunął. Nie jest to może postępowanie dowodowe bardzo trudne, ale niestety czasami poszkodowany może nie dysponować wystarczającymi środkami dowodowymi.

Jest jednak cała kategoria zdarzeń w obrębie drogi, które konieczność dowodzenia braku swojej winy przerzucają na zarządce drogi i reprezentujący ten podmiot zakład ubezpieczeń. W skrócie za niektóre szkody na drodze zarządca i ubezpieczyciel odpowiadają na zasadzie ryzyka.

Sam w mojej praktyce zasadę ryzyka udało mi się wywieść w apelacji od wyroku oddalające powództwo związane ze szkodą spowodowaną przez wpadniecie mojego klienta kołem pojazdu do źle zabezpieczonej studzienki drogowej.

W pierwszej kolejności warto może przytoczyć treść art. 434 Kodeksu cywilnego, który stanowi, iż

Za szkodę wyrządzoną przez zawalenie się budowli lub oderwanie się jej części odpowiedzialny jest samoistny posiadacz budowli, chyba że zawalenie się budowli lub oderwanie się jej części nie wynikło ani z braku utrzymania budowli w należytym stanie, ani z wady w budowie.

Wobec treści powyższego istotne stają się dwa zagadnienia: 1) czy w przedmiotowej sprawie doszło do oderwania się części budowli oraz 2) czy ubezpieczony u pozwanego odpowiadał w granicach samoistnego posiadacza budowli.

Odpowiadając na pierwsze pytanie przypomnijmy, że w sprawie ustalono, że gdy pojazd powoda najechał na studzienkę kanalizacyjną, zakrywający ją właz podskoczył i uszkodził pojazd powoda. Powstaje zatem zagadnienie czy przedmiotowy właz był częścią budowli. Na pytanie to należy odpowiedzieć twierdząco. Bez względu bowiem na to, czy właz należy uznać za część drogi czy też kanalizacji ogólnospławnej w obu przypadkach mamy do czynienia z budowlą. W związku z faktem, że Kodeks cywilny nie zawiera definicji terminu „budowla”, stosownie do reguł wykładni systemowej należy odwołać się do definicji legalnej tego pojęcia zawartej w ustawie Prawo budowlane. Stosownie do przepisu art. 3 pkt 3 powołanej wyżej ustawy przez budowlę należy rozumieć:

każdy obiekt budowlany niebędący budynkiem lub obiektem małej architektury, jak: obiekty liniowe, lotniska, mosty, wiadukty, estakady, tunele, przepusty, sieci techniczne, wolno stojące maszty antenowe, wolno stojące trwale związane z gruntem urządzenia reklamowe, budowle ziemne, obronne (fortyfikacje), ochronne, hydrotechniczne, zbiorniki, wolno stojące instalacje przemysłowe lub urządzenia techniczne, oczyszczalnie ścieków, składowiska odpadów, stacje uzdatniania wody, konstrukcje oporowe, nadziemne i podziemne przejścia dla pieszych, sieci uzbrojenia terenu, budowle sportowe, cmentarze, pomniki, a także części budowlane urządzeń technicznych (kotłów, pieców przemysłowych, elektrowni wiatrowych, elektrowni jądrowych i innych urządzeń) oraz fundamenty pod maszyny i urządzenia, jako odrębne pod względem technicznym części przedmiotów składających się na całość użytkową

Przepis art. 3 pkt 3a powołanej ustawy definiuje obiekt liniowy jako:

obiekt budowlany, którego charakterystycznym parametrem jest długość, w szczególności droga wraz ze zjazdami, linia kolejowa, wodociąg, kanał, gazociąg, ciepłociąg, rurociąg, linia i trakcja elektroenergetyczna, linia kablowa nadziemna i, umieszczona bezpośrednio w ziemi, podziemna, wał przeciwpowodziowy oraz kanalizacja kablowa, przy czym kable w niej zainstalowane nie stanowią obiektu budowlanego lub jego części ani urządzenia budowlanego

W świetle treści powołanych przepisów nie może ulegać wątpliwości, że w przedmiotowej sprawie nastąpiło oderwanie się części budowli, albowiem i drogę i kanalizację ogólnospławną należy uznać za budowlę a właz do studzienki za ich część.

Co za tym idzie do zarządca drogi winien udowodnić, iż szkoda (oderwanie się części instalacji) nie wynikła ani z braku utrzymania instalacji we właściwym stanie, ani z wady w budowie.

Przyjąć należy, iż także najbardziej powszechne sytuacje związane z najechaniem na wyrwę w jezdni można by potraktować jako „zawalenie się budowli” i w tym kontekście, to pozwany miałby obowiązek wykazania, iż nie ponosi on odpowiedzialności za istnienie wyrwy.

Niestety nie uda się jednak zasady ryzyka przerzucić na te szkody, które powstały w wyniku najechania na porzucony na jezdni przedmiot- kamień, oponę itd. Trudno bowiem w tym przypadku mówić o zawaleniu się budowli czy oderwaniu jej części. W takiej sytuacji pozostaje jedynie wykazywanie winy zarządcy drogi.

autor: Bartosz Kowalak radca prawny w Kancelarii adwokacko radcowskiej Kacprzak Kowalak sp.p. w Poznaniu: http://kacprzak.pl/odszkodowania

Rzecznik Ubezpieczonych o stawkach za robociznę blacharską i lakierniczą

Wpis kolegi z pracy adwokata Damiana Nowickiego, któremu udostępniam niniejsze łamy:

Rzecznik Ubezpieczonych o stawkach za robociznę blacharską i lakierniczą

W najnowszym numerze wydawanego przez Biuro Rzecznika Ubezpieczonych Monitora Ubezpieczonych (61/2015) znalazł się raport dotyczący stawek za roboczogodzinę prac blacharskich, lakierniczych i mechanicznych1. W raporcie tym poczyniono kilka istotnych uwag, o których warto wspomnieć słów kilka.

Rzecznik Ubezpieczonych, przeanalizował skargi poszkodowanych na zakłady ubezpieczeń i dostrzegł nieprawidłowości w rozliczaniu szkód polegających na permanentnym obniżaniu stawek za robociznę, a co za tym idzie obniżaniu należnego odszkodowania. Ubezpieczyciele trzymają się stanowiska, że stawki warsztatów naprawiających dane samochody rzekomo są wyższe od przeciętnych lub średnich obowiązujących na rynku i „przycinają” je do uśrednionych wysokości. Innymi słowy, ubezpieczyciele weryfikują wartość rbg posiłkując się kryterium makroekonomicznym, czyli biorąc pod uwagę sytuację na rynku. Takie podejście ma jednak istotną wadę. Serwis serwisowi nie jest równy i nie można do jednego kotła wrzucać wszystkich warsztatów, wyliczając wspólną arytmetyczną stawkę. Faktem jest, że na rynku działają zarówno firmy jednoosobowe, jak i wieloosobowe, świadcząc usługi w warunkach garażowych, czy w dużych specjalistycznych halach; posiadając dodatkowe wyposażenie, jak flota pojazdów zastępczych, pomoc drogową, salon, czy parking strzeżony; mając autoryzację, działające w sieci, współpracujące z zakładami ubezpieczeń, czy indywidualnie. Wszystkie te różnorodne cechy (mikroekonomiczne) kreują inne koszty utrzymania, a to oznacza, że adekwatna stawka za robociznę nie będzie identyczna dla każdego zakładu naprawczego. Nie można więc uśredniać – co czynią zakłady ubezpieczeń – stawek rbg, bo dla wielu firm tak ustalony poziom nie pozwala na rentowne prowadzenie działalności gospodarczej.

Rzecznik Ubezpieczonych kwestionuje zresztą samą metodykę likwidacji szkód polegającą na weryfikowaniu stawek za rbg w oparciu o kryterium średnich czy przeciętnych stawek rynkowych. Słusznie w raporcie zacytowano uchwałę Sądu Najwyższego z dnia 13 czerwca 2003, w sprawie III CZP 32/03. W orzeczeniu tym SN jednoznacznie uznał, że zakłady ubezpieczeń mają obowiązek pokryć cały koszt robocizny, nawet jeżeli stawki przewyższają średnie wartości rynkowe. W orzecznictwie sądów powszechnych rozwinięto stanowisko SN w ten sposób, że uprawnienie do korekty stawek rynkowych może nastąpić dopiero wówczas, gdy wysokość stawki za robociznę danego serwisu przekroczy w sposób rażący średnie stawki rynkowe, czyli o około 20-30 złotych. Nie jest to rozwiązanie idealne, bo znowuż odwołuje się wyłącznie do kryterium makroekonomicznego oraz niejako sankcjonuje samo to kryterium jako wystarczające do rozstrzygnięcia sporu. Z drugiej strony ustalenie adekwatnej stawki dla konkretnego warsztatu w praktyce wymagałoby sporządzenia audytu, co jest bardzo kosztowne i istotnie wydłużyłoby i tak nie krótkie postępowanie. Powstała więc sytuacja patowa. Zakłady ubezpieczeń niezmiennie obniżają stawki za robociznę powołując się na średnie i przeciętne stawki rynkowe, a poszkodowany nie chcąc się na zgodzić z taką decyzją, musi odwołać się do sądu, gdzie na podstawie opinii biegłego ustalane będzie, czy dana stawka w sposób rażący odbiega od średnich rynkowych.

Nieprawidłowości zaobserwowane przez Rzecznika Ubezpieczonych dotyczą też danych o wysokościach stawek za rbg przytaczanych przez ubezpieczycieli. Zakłady ubezpieczeń szafują dowolnie „uśrednionymi” wysokościami stawek, w zależności czy pojazd naprawiono czy też nie oraz czy czy szkoda jest częściowa czy całkowita, czy odpowiedzialność wynika z polisy OC czy autocasco. Sama ta arbitralność twierdzeń zakładów ubezpieczeń potwierdza nieuczciwość towarzystw ubezpieczeniowych. Co najważniejsze Rzecznik dostrzega, że podawane przez ubezpieczycieli wysokości stawek wcale nie są średnie czy przeciętne, ale minimalne. Dowodzą temu istniejące opracowania dotyczące roboczogodzin. Wskazywane przez ubezpieczycieli średnie stawki za rbg w rzeczywistości odpowiadają wysokości tym, jakie obowiązywały w 2009, a więc są mocno nieaktualne.

Damian Nowicki – prawnik w Kancelarii Adwokacko-Radcowskiej Kacprzak Kowalak z siedzibą w Poznaniu: www.kacprzak.pl

Kluczyki w płaszczu, dowód rejestracyjny w torebce – czyli odmowa wypłaty z AC wskazującej na rażące niedbalstwo.

By chen chin (ducktail964) from taipei, taiwan (Flickr) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons
By chen chin (ducktail964) from taipei, taiwan (Flickr) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)%5D, via Wikimedia Commons

W ostatnim tygodniu na ramach prasy przewinęły się relacje z dwóch wyroków o dość przeciwstawnych wnioskach. Najpierw prasa doniosła o wyroku Sądu Apelacyjnego w Lublinie ( sygn. akt I ACa 718/12), w którym to wyroku Sąd ten uznał, iż nie można przypisać rażącego niedbalstwa w przechowaniu dokumentów pojazdu kierowcy, który dokumenty te trzymał w kieszeni płaszcza przewieszonego przez krzesło.

W drugim wyroku ( akt: I CSK 479/14 ), tym razem wydanym już przez Sąd Najwyższy, a więc o szczebel wyżej- Sąd ten rozpatrywał sytuację kierowcy, któremu auto skradziono w wyniku wcześniejszej kradzieży kluczyków. Kluczyki te miał natomiast umieszczone w płaszczu odwieszonym na wieszaku położonym obok zajmowanego stolika. W tym przypadku Sąd rażącego niedbalstwa w zabezpieczeniu kluczyków się dopatrzył.

No to w zasadzie jak jest z tymi kluczykami, czy dokumentami? W zasadzie najwłaściwszą odpowiedzią na tak postawione pytanie jest to zależy, ale od początku.

Całe zagadnienie jakie stanowi podstawę wydania obu wyżej wskazanych wyroków sprowadza się do treści tworzonych przez zakłady ubezpieczeń ogólnych warunków umowy ubezpieczenia (o.w.u.). Standardem w przypadku polis autocasco, od którego raczej nie ma odstępstwa, jest wprowadzenie w OWU warunku zabezpieczenia z należytą starannością poza pojazdem kompletu kluczy i dokumentów pojazdu.
Tytułem przykład z treści OWU PZU Auto ustalonych uchwałą Zarządu Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń Spółki Akcyjnej nr UZ/358/2014 z dnia 5 grudnia 2014 r.”

WYŁĄCZENIA ODPOWIEDZIALNOŚCI § 12 1. AC nie są objęte szkody:

11) kradzieżowe, jeżeli: a) kierowca wysiadł z pojazdu, pozostawiając wewnątrz kluczyk lub sterownik służący do otwarcia pojazdu lub uruchomienia pojazdu (lub oba te urządzenia) bez ich zabezpieczenia przed możliwością uruchomienia pojazdu przy ich pomocy przez osobę niepowołaną lub
b) po opuszczeniu pojazdu i pozostawieniu go bez nadzoru kierowcy lub pasażerów, pozostawiono w pojeździe lub nie dokonano zabezpieczenia poza pojazdem: dokumentów pojazdu, kluczyka lub sterownika służącego do otwarcia pojazdu lub uruchomienia pojazdu lub kluczyka lub sterownika służą- cego do uruchomienia zabezpieczeń przeciwkradzieżowych (lub łącznie wszystkich tych dokumentów i urządzeń)

Pamiętać przy tym należy, iż taki warunek w umowie nie upoważnia zakładu ubezpieczeń do wyłączenia jego odpowiedzialności w każdym przypadku stwierdzenia kradzieży pojazdu z dowodem rejestracyjnym lub kartą pojazdu czy też kluczykami. Zakład ubezpieczeń z sankcji tej może skorzystać, gdy ich niezabezpieczenie miało postać co najmniej rażącego niedbalstwa.

I tu pojawia się problem, gdyż ocena czy dana sytuacji kwalifikuje się na rażące niedbalstwo, czy tylko na lekkomyślność poszkodowanego w zasadzie jest kwestią wysoce indywidualną. W zasadzie kryterium oceny będzie tutaj po prostu zdrowy rozsądek i zasady doświadczenia życiowego. Nie muszą więc dziwić takie sytuacji, gdy dwa różne Sądy, w dwóch podobnych sprawach wydadzą całkowicie przeciwstawne wyroki.

Wnioski – pewnie po oszacowaniu ryzyk procesowych warto jednak wejść z zakładem ubezpieczeń na drogę sądową.

 

Przyczynienie a odmowa poddania się zabiegowi operacyjnemu

Ivan_Vavpotič_-_Dr._Šlajmer_v_Leonišču (1)
Ivan Vavpotic Domena Publiczna

Instytucją Kodeksu cywilnego często wykorzystywaną w bojach dotyczących wysokości zadośćuczynienia jest przyczynienie- normowane w art 362 Kodeksu cywilnego.

Dla przypomnienia: Art. 362 Jeżeli poszkodowany przyczynił się do powstania lub zwiększenia szkody, obowiązek jej naprawienia ulega odpowiedniemu zmniejszeniu stosownie do okoliczności, a zwłaszcza do stopnia winy obu stron.

Przepis i wynikająca z niego norma wydaje się dość prosta, natomiast jego zastosowanie czasami się komplikuje.
W przypadku szkód osobowych, a więc wówczas gdy doszło do uszczerbku na zdrowiu czy rozstroju zdrowia problematycznym jest często podnoszony zarzut związany z niepodjęciem środków zaradczych w celu zapobiegania skutkom wypadku w postaci zaniechania podjęcia leczenia lub jego niekontynuowania- gdy jest to zalecane. Wydaje się raczej oczywistym, iż w takiej sytuacji tak podnoszony zarzut przyczynienia się może okazać się skuteczny. Oczywiście o ile ubezpieczyciel wykaże, iż gdyby poszkodowany do lekarza zgłosił się, czy przeszedł np. turnus rehabilitacyjny, to doznany przez niego uszczerbek na zdrowi, czy ogólnie pojęta krzywda byłaby mniejszy. Co z praktyki wcale nie jest takie oczywiste.

Z reguły pacjenci odpuszczają sobie leczenie w sytuacji, gdy raczej nie wiele ono wnosi, np. brak poprawy po rocznym leczeniu psychiatrycznym, czy wizytach u psychologa. Trudno zatem po pierwsze udowodnić pacjentowi zła wolę, a po drugie, iż w wyniku tych działań jego krzywda zwiększyła się. Niemniej jednak teoretycznie można sobie taką sytuację – skutkującą zmniejszeniem sumy orzekanej w wyroku wyobrazić.

Trochę bardziej skomplikowana sprawa jest w przypadku zabiegów, które z jednej strony mogą dać radykalną poprawę zdrowia i zmniejszenie uszczerbku na tymże zdrowiu, ale z drugiej wiążą się dla poszkodowanego pacjenta z istotnymi ryzykami medycznymi.

Mowa tu oczywiście o zabiegach operacyjnych.

Poglądów w tym zakresie jak i różnych orzeczeń jest mnóstwo. Niemniej jednak wydaje się, iż
najczęściej akceptowanym w orzecznictwie sądów jest pogląd, iż jeżeli operacja jest skomplikowana i wiąże się z pewnym ryzykiem, poszkodowany ma prawo mieć obawy o jej skutek. Jeśli jednak jest to prosty zabieg i daje zawsze rezultat pozytywny, ocena pasywnej postawy poszkodowanego może być inna (wyrok z dnia 11.01.1978 r III PR 183/77, OSPiKA 1979, nr 1, poz.17).

W skrócie nie można uznać aby odmawiając poddania się jakiejkolwiek operacji związanej z ryzykiem na zdrowiu poszkodowany do zwiększenia się szkody przyczyniłby się. Jeżeli natomiast byłaby to operacja o praktycznie zerowym ryzyku, bez znieczulenia ogólnego, to ewentualną odmowę można by poddać pod osąd pod kątem treści art. 362 K.c.

Z moich obserwacji mogę jedynie dodać, iż nigdy nie zdarzyło mi się aby Sąd zmniejszył zadośćuczynienie z uwagi na nie poddanie się zabiegowi operacyjnemu. Jednakże sytuacje, gdy zarzut taki był podnoszony były dość rzadkie i dotyczyły zabiegów, które już na pierwszy rzut oka niosły ryzyko- jak np. zabieg na kręgosłupie.