Pytanie, na które mało kto odpowiada wprost
Kilka dni temu zadzwonił do mnie potencjalny klient. Standardowa sytuacja – kolizja od tyłu, uraz biczowy, odmowa ubezpieczyciela. Rozmawialiśmy przez telefon prawie godzinę. Tłumaczyłem mu procedury, szanse, terminy. I pod koniec, już niemal od niechcenia, zapytał:
„Panie mecenasie, ale czy to jest trudna sprawa? Bo ja słyszałem, że takie sprawy są skomplikowane…”
Zapanowała cisza. Bo wiedziałem, że powinienem mu odpowiedzieć zgodnie z prawdą. A prawda brzmi:
Tak. Sprawy o zadośćuczynienie za uraz biczowy to jedne z najtrudniejszych spraw odszkodowawczych, jakie prowadzę.
I zaraz wyjaśnię dlaczego.

Paradoks urazu biczowego – poważny uraz, który „nie istnieje”
Tu tkwi sedno problemu. Uraz biczowy (smagnięcie biczem, whiplash, dystorsja szyjnego odcinka kręgosłupa) to uraz, który nie zostawia śladów na badaniach obrazowych.
Poszkodowany robi RTG. Wynik: bez zmian.
Robi rezonans magnetyczny. Wynik: brak cech pourazowych.
Robi tomografię. Wynik: w normie.
A poszkodowany cierpi. Ma bóle szyi, głowy, zawroty, nudności, problemy ze snem. Ale w dokumentacji medycznej nie ma „twardego dowodu” – połamanej kości, uszkodzonego dysku, zmiany widocznej na obrazie.
I to jest prezent dla ubezpieczycieli.
Jak ubezpieczyciel to wykorzystuje
Ubezpieczyciel patrzy na dokumentację. Widzi: „brak zmian na MR”. I natychmiast rozpoczyna kampanię kwestionowania:
- „Nie ma urazu, skoro nie widać go na badaniach”
- „Dolegliwości wynikają ze zmian zwyrodnieniowych, które pan/pani miał wcześniej”
- „To było inne zdarzenie, nie ten wypadek”
- „Pan/pani przesadza, symuluje, wyłudza”
A jeśli poszkodowany faktycznie ma jakieś wcześniejsze problemy z kręgosłupem (co w dzisiejszych czasach jest normą – większość dorosłych ma jakieś zmiany zwyrodnieniowe) – ubezpieczyciel triumfuje: „Widzi pan? To nie był wypadek, to pana choroba!”
Rzeczywistość procesu – co się dzieje w sądzie
Pamiętam jedną z moich pierwszych spraw o uraz biczowy. Byłem młodym prawnikiem, pełnym entuzjazmu i naiwności. Myślałem: „To prosta sprawa. Mamy dokumentację medyczną, wyraźny mechanizm urazu, wszystko się zgadza.”
Sprawa trwała trzy i pół roku.
Co się wydarzyło przez te trzy lata?
Rok pierwszy: Walka o dokumentację
Ubezpieczyciel złożył wniosek o „całą historię leczenia powoda z ostatnich pięciu lat”. Chciał sprawdzić, czy klient nie miał wcześniej jakichkolwiek problemów z kręgosłupem.
Zbieraliśmy dokumentację z różnych przychodni, szpitali, rehabilitacji. Każde zaświadczenie kosztowało. Każde trwało tygodnie.
Rok drugi: Biegły z rekonstrukcji wypadków
Ubezpieczyciel zażądał opinii biegłego z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych. Argument? „Należy ustalić, czy przy danych prędkościach zderzeń mogło dojść do wyzwolenia sił powodujących uraz.”
Biegły analizował prędkości, siły uderzenia, punkty kontaktu. Sporządzał obliczenia fizyczne. Robił symulacje komputerowe.
I wydał opinię: „W mechanizmie zderzenia mogło dojść do urazu biczowego.”
Ubezpieczyciel złożył zastrzeżenia do opinii. Biegły musiał ją uzupełniać. Kolejne miesiące.
Rok trzeci: Biegli medyczni
Wreszcie doszło do opinii medycznych. Biegły ortopeda. Biegły neurolog. Czasem biegły psychiatra (bo często uraz biczowy ma skutki psychiczne).
Każda opinia – to kilka miesięcy czekania.
Ubezpieczyciel składał zastrzeżenia. Biegły uzupełniał. Kolejne miesiące.
Rok trzeci i pół: Wyrok
W końcu wyrok. Klient wygrał. Dostał zasądzone zadośćuczynienie.
Ale przez trzy i pół roku walczył z systemem. Przez trzy i pół roku ubezpieczyciel robił wszystko, by sprawę jak najbardziej skomplikować, przedłużyć, utrudnić.
Dlaczego to takie trudne?
Bo ubezpieczyciele w sprawach o uraz biczowy przyjęli strategię: walczyć do upadłego.
Nie chodzi już o ustalenie prawdy. Chodzi o zmęczenie poszkodowanego.
Jeśli sprawa będzie trwać trzy lata, wielu poszkodowanych w międzyczasie odpuści. Zaakceptuje niską ugodę, bo „nie mogę już czekać, potrzebuję pieniędzy teraz”.
I to działa. Z mojego doświadczenia około 30-40% klientów rezygnuje w trakcie procesu, akceptując propozycję ugody znacznie niższą niż należne im zadośćuczynienie.
Absurdy, które widziałem na własne oczy
Przez lata prowadzenia spraw o uraz biczowy widziałem rzeczy, które oscylują na granicy groteski.
Absurd 1: Zniszczony fotel, ale „brak sił”
To był mój ulubiony przypadek. Kolizja od tyłu, kierowca wozi na tylnym siedzeniu dzieci. Uderzona z tyłu. Fotelik dziecięcy – kompletnie zniszczony. Całkowicie. Producent fotelika w instrukcji pisał: „Po takim uderzeniu fotelik nadaje się wyłącznie do utylizacji.”
Klientka – uraz biczowy, bóle szyi, głowy.
Ubezpieczyciel zamówił opinię biegłego z rekonstrukcji. Biegły obliczył, że „siły uderzenia były niewystarczające do spowodowania urazu kręgosłupa szyjnego”.
Pytam na rozprawie biegłego: „Panie profesorze, jak to możliwe, że siły były wystarczające do całkowitego zniszczenia fotelika dziecięcego – konstrukcji zaprojektowanej specjalnie, by wytrzymywać uderzenia – ale niewystarczające do urazu delikatnych struktur szyjnych człowieka?”
Biegły milczał. Sędzia uniosła brew. Ubezpieczyciel próbował zmienić temat.
Wygraliśmy tę sprawę. Ale kosztowało to dwa lata.
Absurd 2: „Pan jest za młody, by mieć zmiany zwyrodnieniowe”
Inny przypadek. Klient, 28 lat, uraz biczowy. Ubezpieczyciel twierdzi: „Dolegliwości wynikają ze zmian zwyrodnieniowych kręgosłupa.”
Biegły ortopeda w opinii pisze: „Pacjent ma 28 lat. Zmiany zwyrodnieniowe w takim wieku są rzadkością. Dolegliwości wynikają z urazu pourazowego.”
Ubezpieczyciel w odpowiedzi na opinię: „Biegły nie wziął pod uwagę, że zmiany zwyrodnieniowe mogą występować również u młodych osób.”
Czytam to i myślę: „Chwila, chwila. Przed chwilą twierdziliście, że to zmiany zwyrodnieniowe. Teraz biegły mówi, że w tym wieku to rzadkość. A wy odpowiadacie, że jednak mogą występować? To której wersji się trzymamy?”
Ale taka jest rzeczywistość – ubezpieczyciele stosują sprzeczne ze sobą argumenty, byle tylko podważyć roszczenie.
Absurd 3: Historia leczenia sprzed dekady
Ubezpieczyciel żądał historii leczenia klienta z dziesięciu lat wstecz.
Dziesięć lat. Klient miał wtedy 18 lat. Był w liceum.
Pytam: „Po co panu historia leczenia z liceum?”
Ubezpieczyciel: „Chcemy sprawdzić, czy powód nie miał wcześniejszych problemów z kręgosłupem.”
Znaleźli jedno zaświadczenie sprzed ośmiu lat. Klient zgłosił się kiedyś do lekarza z bólem szyi po grze w siatkówkę.
Ubezpieczyciel triumfalnie: „Widzi pan? Powód miał problemy z kręgosłupem już osiem lat temu! To dowodzi, że obecne dolegliwości nie wynikają z wypadku!”
Jeden. Epizod. Osiem. Lat. Temu.
To jest poziom desperacji ubezpieczycieli w sprawach o uraz biczowy.
Ile to trwa i ile kosztuje?
Z mojego doświadczenia, proces o zadośćuczynienie za uraz biczowy trwa przeciętnie:
- Najkrócej: 18 miesięcy (rzadko)
- Przeciętnie: 2-3 lata
- Najdłużej: 4 lata (zdarza się)
Dlaczego tak długo? Bo ubezpieczyciele celowo przedłużają postępowanie:
- Żądają dodatkowych opinii
- Składają zastrzeżenia do każdej opinii
- Domagają się uzupełnień
- Odwołują się od każdego niekorzystnego postanowienia
To nie jest przypadek. To strategia.
Co to oznacza dla poszkodowanego?
Wyobraź sobie, że przez trzy lata:
- Musisz jeździć na rozprawy (zwykle 4-6 razy)
- Musisz jeździć na badania do biegłych (jeszcze 2-3 razy)
- Musisz zbierać dokumentację medyczną
- Musisz czekać, czekać, czekać
A przez cały ten czas masz ból. Masz ograniczenia. Nie możesz normalnie funkcjonować.
I słyszysz od ubezpieczyciela: „Pan symuluje.”
To jest psychicznie wyczerpujące.
Czy da się wygrać samodzielnie, bez prawnika?
Teoretycznie – tak. Każdy ma prawo reprezentować siebie w sądzie.
Praktycznie? Odradzam.
I nie chodzi tu o reklamę mojej kancelarii. Chodzi o realia.
Dlaczego samodzielnie to bardzo trudne?
1. Musisz znać przepisy
Nie wystarczy wiedzieć, że „należy mi się odszkodowanie”. Musisz znać:
- Kodeks cywilny (art. 444, 445, 446, 361)
- Kodeks postępowania cywilnego (procedury, terminy, wnioski dowodowe)
- Orzecznictwo Sądu Najwyższego w sprawach odszkodowawczych
- Zasady ustalania wysokości zadośćuczynienia
2. Musisz umieć pisać pisma procesowe
Pozew o zadośćuczynienie za uraz biczowy to nie jest proste pismo. To często 15-20 stron szczegółowej argumentacji prawnej, medycznej i faktycznej.
Bez doświadczenia – praktycznie niemożliwe do napisania poprawnie.
3. Musisz umieć współpracować z biegłym
Biegły zadaje pytania. Musisz wiedzieć, jak odpowiadać, by nie zaszkodzić swojej sprawie. Musisz umieć złożyć zastrzeżenia do opinii, jeśli jest niekorzystna. Musisz umieć zaproponować pytania uzupełniające.
To wymaga znajomości medycyny i prawa równocześnie.
4. Musisz umieć negocjować
W większości spraw dochodzi do prób ugody. Ubezpieczyciel proponuje jakąś kwotę. Musisz wiedzieć, czy to dobra propozycja, czy zaniżona. Musisz umieć negocjować.
Bez doświadczenia – ryzykujesz zaakceptowanie oferty znacznie niższej niż należna.
5. Musisz wytrzymać psychicznie
To jest najtrudniejsze. Przez trzy lata walczyć z agresywną korporacją, która ma armię prawników i nieograniczony budżet. Która co tydzień wymyśla nowe argumenty, by podważyć twoje roszczenie.
Samodzielnie – bardzo trudno to wytrzymać.
Moja szczera rada
Po latach prowadzenia spraw o uraz biczowy moja rada jest prosta:
Weź prawnika. Nie próbuj sam.
I nie mówię tego, bo chcę zarobić (mogę sobie pozwolić na szczerość – prowadzę wystarczająco dużo spraw). Mówię to, bo widziałem, jak wiele osób próbowało samodzielnie – i przegrywało, mimo że ich sprawy były dobre.
To nie jest sprawa o niealimentację, gdzie wystarczy złożyć wniosek. To nie jest sprawa o drobny dług. To skomplikowany proces, który wymaga specjalistycznej wiedzy prawnej i medycznej.
Czy to się opłaca?
Pytanie, które zawsze pada: „Ale ile pan bierze prowizji?”
Zazwyczaj 20% od uzyskanej kwoty. Czyli jeśli wygrasz 15 000 zł – zapłacisz 3 000 zł prawnikowi.
Czy to dużo? Czy to mało?
Pomyśl tak: samodzielnie masz szansę przegrać albo uzyskać znacznie niższą kwotę. Z prawnikiem – praktycznie pewna wygrana (94% spraw kończy się sukcesem) i maksymalna kwota zadośćuczynienia.
Wolisz mieć 12 000 zł (po prowizji), czy 0 zł (bo przegrałeś samodzielnie)?
Odpowiedź jest oczywista.
Podsumowanie – prawda, której nikt nie chce usłyszeć
Wracając do pytania z tytułu: Czy proces o zadośćuczynienie za uraz biczowy jest trudny?
Odpowiedź: Tak. Bardzo trudny.
Trudny merytorycznie – bo wymaga wiedzy prawnej, medycznej i procesowej.
Trudny proceduralnie – bo ubezpieczyciele celowo komplikują sprawę, domagając się dziesiątek opinii i dokumentów.
Trudny psychicznie – bo trwa latami i wymaga ciągłej walki z agresywną korporacją.
Ale – i to jest kluczowe – da się wygrać.
Większość spraw (94%) kończy się sukcesem. Większość poszkodowanych otrzymuje zadośćuczynienie. Nie zawsze w pełnej wysokości, jaką wnioskowali, ale zawsze więcej niż proponował ubezpieczyciel.
Więc jeśli jesteś poszkodowany z urazem biczowym – nie daj się zastraszyć. Tak, to będzie trudne. Tak, to będzie długie. Ale warto.
Bo na końcu tej drogi jest sprawiedliwość. I pieniądze, które ci się należą.
A ubezpieczyciel? Ubezpieczyciel będzie musiał zapłacić. Może nie od razu. Może nie dobrowolnie. Ale sąd go do tego zmusi.
I to jest piękno systemu prawnego – pomimo wszystkich jego wad, ostatecznie sprawiedliwość zwycięża.
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl