Pytanie, które wraca jak bumerang
W praktyce kancelarii regularnie spotykam się z jednym pytaniem, które zadają niemal wszyscy klienci po kolizji drogowej: „Ile mi się należy?”
To pytanie brzmi prosto, ale odpowiedź nigdy nie jest jednoznaczna. Nie ma cennika „uraz biczowy = X złotych”. Każda sprawa jest inna – inny mechanizm wypadku, inne dolegliwości, inny przebieg leczenia, inny uszczerbek na zdrowiu.
Ale są rzeczywiste wyroki sądowe, które pokazują konkretne liczby. I właśnie o tym chcę dziś napisać – o realnych kwotach, jakie sądy zasądzają za uraz biczowy kręgosłupa, i o tym, dlaczego warto walczyć nawet wtedy, gdy ubezpieczyciel „już coś zapłacił”.
Sprawa, która pokazuje typowy schemat
Niedawno analizowałem wyrok Sądu Rejonowego w Kłodzku (sygn. akt I C 2418/15 z 14 listopada 2017 r.), który doskonale ilustruje mechanizm, z jakim mamy do czynienia w większości spraw o zadośćuczynienie za uraz biczowy.
Stan faktyczny był klasyczny dla tego typu kolizji:
Listopad 2009 roku, trasa między małymi miejscowościami, śliską drogą jedzie kobieta, która zamierza skręcić w prawo do przydrożnego warsztatu. Za nią – kierowca, który nie dostosował prędkości do warunków. Mimo hamowania uderza w tył jej samochodu.
Po zderzeniu kobieta wyszła z auta o własnych siłach. Przez dwie godziny czekała z sprawcą na policję. Nie uskarżała się na żadne dolegliwości. Sprawca i jego pasażerowie również nic im nie było. Karetka nie była potrzebna.
Brzmi niegroźnie, prawda? Typowa „stłuczka parkingowa”, jak mógłby powiedzieć ubezpieczyciel.
Ale po powrocie do domu zaczęły się problemy.
Gdy ból przychodzi później
Kobieta zaczęła odczuwać ból w okolicach karku i odcinka lędźwiowego kręgosłupa. Teść zawiózł ją do centrum medycznego, gdzie w oddziale ratunkowym wykonano RTG kręgosłupa szyjnego.
Wynik? Zniesienie lordozy szyjnej – klasyczny objaw urazu biczowego. Badanie fizykalne wykazało bolesność palpacyjną. Diagnoza: uraz skrętny kręgosłupa odcinka szyjnego.
Zalecenia: miękki kołnierz Schanza na 2 tygodnie, leki przeciwbólowe, do domu.
I tu zaczyna się to, co obserwuję w dziesiątkach podobnych spraw – długa droga przez dokumentację medyczną, rehabilitację, negocjacje z ubezpieczycielem, i w końcu – sąd.
Co powiedział ubezpieczyciel, a co powiedział sąd
Tu robi się interesująco. Ubezpieczyciel – jak to ubezpieczyciel – uznał swoją odpowiedzialność. To już rzadkość, więc punkt dla niego. Wypłacił poszkodowanej 3 000 złotych tytułem zadośćuczynienia.
Dla wielu osób to brzmi jak „sprawa załatwiona”. Dostałam pieniądze, koniec tematu.
Ale kobieta nie dała się zbić z tropu. Poszła do prawnika. Złożono pozew.
Biegły sądowy z zakresu ortopedii przeprowadził badanie i ustalił, że urazy związane z wypadkiem skutkują do chwili obecnej (czyli kilka lat po kolizji) dolegliwościami bólowymi odcinka szyjnego kręgosłupa oraz bólami i parestezjami kończyny górnej prawej.
Ustalono 2% długotrwały uszczerbek na zdrowiu pozostający w związku przyczynowym ze zdarzeniem.
Co ważne – biegły zmniejszył wysokość uszczerbku ze względu na to, że ruchomość kręgosłupa nie była ograniczona powyżej 20 stopni. Czyli gdyby ograniczenie było większe, uszczerbek mógłby być wyższy.
Werdykt sądu
Sąd zasądził dodatkowe 3 000 złotych. Razem z wcześniejszą wypłatą dało to łącznie 6 000 złotych.
Czy to dużo? Czy to mało? To zależy od perspektywy.
Ale kluczowe jest to: ubezpieczyciel zapłacił połowę tego, co ustalił sąd. Gdyby poszkodowana zaakceptowała pierwotną ofertę i nie poszła do sądu – straciłaby 3 000 złotych.
To nie są „drobne” pieniądze. To równowartość kilku miesięcy minimalnej płacy w 2017 roku.
Co wpływa na wysokość zadośćuczynienia za uraz biczowy?
Z praktyki kancelarii wiem, że klienci często pytają: „Dlaczego w jednej sprawie jest 6 000 zł, a w innej 15 000 zł?”
Odpowiedź jest złożona. Sądy biorą pod uwagę wiele czynników:
1. Procent uszczerbku na zdrowiu
To podstawa. Im wyższy uszczerbek, tym wyższe zadośćuczynienie. W omawianej sprawie było to 2% – stosunkowo niewiele. Widziałem sprawy z uszczerbkiem 5%, 8%, nawet 10% przy ciężkich urazach biczowych z długotrwałymi skutkami.
Orientacyjnie – za każdy procent uszczerbku można oczekiwać około 2 500 – 4 000 złotych, ale to tylko bardzo ogólne ramy. Wszystko zależy od konkretnych okoliczności.
2. Czas trwania dolegliwości
Czy ból trwał 3 miesiące, czy 3 lata? To ogromna różnica. W sprawie z Kłodzka dolegliwości utrzymywały się przez wiele lat – to wpłynęło na wysokość zasądzonej kwoty.
3. Intensywność cierpienia
Czy to były lekkie dyskomforty, czy potworny ból uniemożliwiający normalną pracę i życie? Czy poszkodowany musiał brać mocne leki przeciwbólowe? Czy miał problemy ze snem?
4. Zakres leczenia i rehabilitacji
Ile serii rehabilitacji? Ile wizyt u specjalistów? Czy były zabiegi inwazyjne? Im więcej dokumentacji medycznej, tym lepiej dla poszkodowanego.
5. Wpływ na życie codzienne
Czy uraz wpłynął na możliwość wykonywania pracy? Czy poszkodowany musiał zmienić zawód? Czy miał problemy z opieką nad dziećmi? Czy nie mógł uprawiać sportów, których wcześniej używał?
6. Wiek poszkodowanego
Młodsza osoba z długotrwałymi skutkami urazu będzie cierpiała przez więcej lat życia – to wpływa na wysokość zadośćuczynienia.
Dlaczego ubezpieczyciele płacą mniej, niż powinni?
To pytanie, które słyszę po każdej wygranej sprawie. „Panie mecenasie, jeśli sąd zasądził 6 000 zł, to dlaczego ubezpieczyciel od razu nie zapłacił tej kwoty? Po co ta cała walka?”
Odpowiedź jest brutalna w swojej prostocie: bo się opłaca.
Ubezpieczyciel wie, że większość ludzi zaakceptuje pierwszą ofertę. Dlaczego?
- Nie wiedzą, że mogą dostać więcej – bo skąd mają wiedzieć, jaka jest „sprawiedliwa” kwota?
- Boją się sądu – proces brzmi strasznie, długo trwa, kosztuje
- Nie mają prawnika – a samodzielnie trudno wygrać z profesjonalną obsługą prawną ubezpieczyciela
- Potrzebują pieniędzy teraz – czekanie rok-półtora na wyrok to luksus, którego nie każdy może sobie pozwolić
Z punktu widzenia ubezpieczyciela strategia jest prosta: zapłać 50% tego, co realnie się należy. Połowa ludzi się zgodzi. Zaoszczędzisz miliony złotych rocznie.
Cyniczne? Tak. Skuteczne? Niestety też tak.
Moje obserwacje z sali sądowej
Po latach reprezentowania poszkodowanych w sprawach o uraz biczowy wyciągnąłem kilka wniosków, którymi chcę się podzielić:
Wniosek 1: Ubezpieczyciele zawsze zaniżają
Nigdy – dosłownie nigdy – nie spotkałem się z sytuacją, żeby ubezpieczyciel zaproponował na etapie przedsądowym kwotę równą lub wyższą od tej, którą później zasądził sąd.
Zawsze jest mniej. Czasem symboliczne 1 000 – 2 000 zł, czasem połowa należnej kwoty (jak w sprawie z Kłodzka), czasem w ogóle odmowa.
Wniosek 2: Biegli sądowi są po stronie prawdy
Wbrew temu, co mówią ubezpieczyciele, biegli sądowi (neurolodzy, ortopedie) w większości przypadków potwierdzają uraz biczowy i ustalają realny uszczerbek na zdrowiu.
Nie są „po stronie poszkodowanego” ani „po stronie ubezpieczyciela” – są po stronie faktów medycznych. I to działa na naszą korzyść.
Wniosek 3: Każda sprawa jest inna
Nie ma dwóch identycznych urazów biczowych. Nawet przy podobnym mechanizmie kolizji, skutki mogą być drastycznie różne. Dlatego nigdy nie obiecuję klientom konkretnej kwoty – tylko szacuję widełki na podstawie doświadczenia.
Wniosek 4: Warto walczyć
To najważniejszy wniosek. Nawet jeśli proces trwa długo, nawet jeśli jest stresujący – w zdecydowanej większości przypadków poszkodowani otrzymują więcej, niż proponował ubezpieczyciel.
W sprawie z Kłodzka – dwukrotnie więcej. W innych sprawach, które prowadziłem – czasem trzy, cztery razy więcej.
Praktyczne porady dla poszkodowanych
Jeśli doznałeś urazu biczowego i zastanawiasz się, czy warto walczyć o wyższe zadośćuczynienie, oto moje rady:
1. Nie akceptuj pierwszej oferty
Ubezpieczyciel zawsze zaniża. Zawsze. Nawet jeśli propozycja brzmi „w porządku” – prawdopodobnie należy ci się więcej.
2. Skonsultuj się z prawnikiem
Większość kancelarii oferuje bezpłatną konsultację wstępną. Możesz tam przedstawić swoją dokumentację medyczną i usłyszeć ocenę, czy warto iść do sądu.
Nie trać na tym. Nawet jeśli zdecydujesz się nie walczyć – przynajmniej będziesz wiedzieć, co tracisz.
3. Dokumentuj dolegliwości
Im więcej masz dokumentacji medycznej (wizyty u lekarzy, rehabilitacja, badania), tym lepiej. Biegły sądowy będzie to analizował.
4. Nie bój się długiego procesu
Tak, proces o zadośćuczynienie trwa zwykle 12-18 miesięcy. To długo. Ale efekt końcowy – wyrok zasądzający kilka, kilkanaście tysięcy złotych – jest wart czekania.
5. Pamiętaj o odsetkach
Jeśli sąd zasądzi zadośćuczynienie, zasądzi też odsetki ustawowe liczone od dnia wezwania ubezpieczyciela do zapłaty. To dodatkowe pieniądze, które się sumują przez cały czas procesu.
Podsumowanie – ile naprawdę warto?
Wracając do tytułowego pytania: ile warto walczyć?
Odpowiedź jest prosta: warto walczyć o każdą złotówkę, która ci się należy.
W sprawie z Kłodzka poszkodowana wywalczyła dodatkowe 3 000 złotych. To nie jest fortuna, ale to też nie są pieniądze do wyrzucenia. To równowartość kilku miesięcy rehabilitacji, leków, konsultacji lekarskich. To realna pomoc w trudnym czasie.
A przede wszystkim – to sprawiedliwość. To uznanie, że twoje cierpienie było realne, że twój ból był prawdziwy, że ubezpieczyciel musi zapłacić to, co się należy.
Prawo odszkodowawcze fascynuje mnie właśnie dlatego – bo pozwala walczyć o tę sprawiedliwość. Nawet przeciwko wielkim korporacjom z armią prawników.
I najczęściej – wygrywamy.
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl









