Czerwone lampki – jak poznać, że Twój prawnik nie działa prawidłowo?

Ostatnio prowadzę sprawę, która mnie zainspirowała do napisania tego wpisu. Klient zgłosił się do mnie z problemem: jego poprzedni prawnik prowadził dla niego sprawę, która… no cóż, zakończyła się katastrofą. Nie dlatego, że była trudna. Nie dlatego, że przeciwnik miał lepsze argumenty. Ale dlatego, że prawnik po prostu nie wykonywał swojej pracy.

Czytając akta tej sprawy i zeznania klienta, pomyślałem: przecież on przez miesiące wysyłał sygnały, że coś jest nie tak. Pytał, dopytywał, próbował się dowiedzieć „co dalej?”. A prawnik… milczał.

I wtedy uświadomiłem sobie, że wiele osób po prostu nie wie, jakie zachowania prawnika są niepokojące. Zakładają, że skoro ktoś ma tytuł adwokata lub radcy prawnego, to wie, co robi. A czasem – niestety – tak nie jest.

Więc dzisiaj chcę napisać o czerwonych lampkach. O sygnałach ostrzegawczych, które powinny zapalić się w Waszej głowie, gdy współpracujecie z prawnikiem.

Czerwona lampka nr 1: Nie odpowiada na maile i telefony

To najczęstszy problem i… najbardziej lekceważony przez klientów. „Pewnie jest zajęty”, „Ma wiele spraw”, „Oddzwoni, jak będzie miał chwilę”. Rozumiem, że chcecie być wyrozumiali. Ale to nie działa tak.

W sprawie, którą prowadzę, klient zeznał: „Raz na kwartał pytałem czy możemy coś z tym zrobić. Mecenas nie odpowiadał na maile.”

Raz na kwartał. Przez kilka lat. I cisza.

To jest niedopuszczalne. Kodeks Etyki Adwokackiej wprost mówi, że adwokat ma obowiązek czuwać nad biegiem sprawy i informować klienta o jej postępach i wyniku. To nie jest przywilej – to obowiązek.

Jeśli Wasz prawnik:

  • Nie odpowiada na e-maile przez tygodnie
  • Nie odbiera telefonów
  • Nie oddzwania
  • Nie informuje o tym, co dzieje się w sprawie

To jest pierwszy, jasny sygnał, że coś jest nie tak.

Czerwona lampka nr 2: Nie przedstawia alternatywnych rozwiązań

Dobry prawnik to nie tylko ten, który mówi „robimy to”. Dobry prawnik mówi: „Możemy zrobić to, to i to. Każda opcja ma swoje plusy i minusy. Oto one. Co Pan/Pani preferuje?”.

W sprawie, którą prowadzę, prawnik skierował pozew do polskiego sądu przeciwko duńskiemu ubezpieczycielowi. Pozew został odrzucony – polski sąd nie miał jurysdykcji. To był błąd, ale… jeszcze nie koniec świata. Istniały alternatywne drogi:

  • Pozwanie Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych
  • Pozwanie sprawcy szkody bezpośrednio
  • Po upadłości duńskiego ubezpieczyciela – zgłoszenie do UFG

Prawnik nie zrobił nic z powyższych. Co więcej – nie poinformował klienta, że takie opcje w ogóle istnieją.

Klient zeznał: „Mecenas nie informował mnie, że można dochodzić roszczeń od sprawcy.”

To jest fundamentalne zaniedbanie. Rolą prawnika nie jest tylko „poprowadzenie sprawy”. Rolą prawnika jest kompleksowa obsługa prawna, w tym informowanie o wszystkich dostępnych ścieżkach działania.

Czerwona lampka nr 3: Mówi „ja najlepiej wiem” bez wyjaśnień

Zaufanie to podstawa relacji klient-prawnik. Ale zaufanie nie oznacza ślepej wiary.

W aktach sprawy, którą prowadzę, znalazłem mail prawnika do klienta. Brzmiał mniej więcej tak (cytuję z pamięci, nie dosłownie): „Piszę pracę doktorską z tego tematu – więc nikt mi nie powie, że coś robię nie tak, bo wiem na 100%, że nie ma mocniejszych głów na temat szkód samochodowych niż ja.”

Przyznaję szczerze – zatkało mnie. To nie jest postawa profesjonalisty. To jest postawa kogoś, kto uważa się za nieomylnego.

Dobry prawnik nie mówi „ja najlepiej wiem, nie pytaj”. Dobry prawnik wyjaśnia. Tłumaczy. Daje klientowi narzędzia do zrozumienia sprawy, żeby klient mógł świadomie podjąć decyzję.

Jeśli Wasz prawnik odmawia wyjaśnień, odwołuje się do swojego autorytetu zamiast argumentów – to trzecia czerwona lampka.

Czerwona lampka nr 4: Nie ostrzega przed ryzykami

Żadna sprawa nie jest pewna w 100%. Zawsze istnieje ryzyko, że coś pójdzie nie tak. I prawnik ma obowiązek Was o tym poinformować.

W sprawie, którą prowadzę, istniało ryzyko, że polski sąd uzna brak jurysdykcji. Wyrok TSUE w sprawie C-106/17 (styczeń 2018) już wtedy wskazywał, że profesjonalny nabywca wierzytelności nie może pozwać zagranicznego ubezpieczyciela w Polsce. Prawnik składał pozew we wrześniu 2019 – czyli prawie dwa lata po tym wyroku.

Czy poinformował klienta o tym ryzyku? Nie.

Czy zaproponował alternatywne rozwiązania na wypadek, gdyby sąd uznał brak jurysdykcji? Nie.

Klient został postawiony przed faktem dokonanym: pozew odrzucony, sprawa przegrana, żadnych dalszych kroków.

To jest niedopuszczalne. Profesjonalny prawnik ma obowiązek poinformować klienta o potencjalnych zagrożeniach – nawet jeśli są stosunkowo rzadkie. To jak z lekarzem: nawet jeśli powikłanie po zabiegu zdarza się w 5% przypadków, lekarz ma obowiązek o tym powiedzieć. Podobnie prawnik.

Co robić, gdy widzicie czerwone lampki?

Jeśli zauważyliście którykolwiek z powyższych sygnałów, oto co możecie zrobić:

Krok 1: Porozmawiajcie z prawnikiem Czasem wystarczy szczera rozmowa. „Panie Mecenasie, martwię się, że nie dostaję informacji o sprawie. Czy możemy to jakoś uporządkować?”.

Krok 2: Złóżcie reklamację do kancelarii Jeśli rozmowa nie pomaga, napiszcie formalną reklamację. Każda kancelaria ma (powinna mieć!) procedurę reklamacyjną.

Krok 3: Zmiana prawnika Macie prawo zmienić prawnika w każdej chwili. Nie musicie tłumaczyć się z powodów. Po prostu możecie powiedzieć „dziękuję, ale szukam kogoś innego”.

Krok 4: W ostateczności – pozew Jeśli prawnik popełnił błąd, który spowodował szkodę, możecie pozwać jego ubezpieczyciela OC. Ale to już ostateczność.

Dlaczego o tym piszę?

Mógłbym nie poruszać tego tematu. W końcu piszę o błędach kolegów po fachu. Ale właśnie dlatego uważam, że trzeba o tym mówić.

Zawód prawnika to zawód zaufania publicznego. Ludzie powierzają nam swoje sprawy, często nie rozumiejąc zawiłości prawa. I właśnie dlatego powinniśmy być szczególnie czujni na sygnały, że coś idzie nie tak.

Czerwone lampki to nie powód do paniki. To powód do refleksji i – w razie potrzeby – działania.

Bo Wasza sprawa to Wasza sprawa. I macie prawo wiedzieć, co się w niej dzieje.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Gdy Twój prawnik zawodzi – o ubezpieczeniu OC adwokatów, które istnieje, ale mało kto Ci o nim nie powie

Prowadzę właśnie sprawę, która jest dla mnie niezwykle ciekawa – i jednocześnie trochę niewygodna. Pozywam ubezpieczyciela OC… innego adwokata. Tak, dobrze czytacie. Mój klient stracił kilka tysięcy złotych, bo jego poprzedni prawnik popełnił szereg błędów. I teraz dochodzimy odszkodowania nie od prawnika, ale od jego ubezpieczyciela.

Prowadząc tę sprawę, zdałem sobie sprawę, jak mało osób wie o tym, że można dochodzić odszkodowania od ubezpieczyciela prawnika, który ich zawiódł. To temat tabu – nikt nie lubi przyznawać się do błędów, zwłaszcza w zawodach zaufania publicznego. Ale skoro już o tym mówię, opowiem Wam, jak to działa i czego możecie się spodziewać.

Każdy prawnik ma ubezpieczenie – ale nie każdy błąd jest objęty

Zacznijmy od podstaw. Każdy adwokat i radca prawny ma obowiązkowe ubezpieczenie OC za szkody wyrządzone przy wykonywaniu czynności zawodowych. To nie jest kwestia wyboru – to wymóg ustawowy. Ubezpieczenie to obejmuje takie czynności jak:

  • Udzielanie porad prawnych
  • Sporządzanie opinii prawnych
  • Opracowywanie projektów aktów prawnych
  • Występowanie przed sądami i urzędami
  • Prowadzenie spraw klientów

Brzmi prosto? W teorii tak. W praktyce – zaczyna się komplikować.

Nie wystarczy przegrać sprawę

Najczęstsza pomyłka, z jaką się spotykam: ludzie myślą, że jeśli prawnik przegrał ich sprawę, automatycznie mogą domagać się odszkodowania. Niestety, nie działa to w ten sposób.

Żeby pozwać ubezpieczyciela prawnika, musicie wykazać kilka rzeczy jednocześnie:

Po pierwsze – konkretny błąd w sztuce prawniczej. Nie może to być subiektywna ocena w stylu „nie podobała mi się strategia obrony”. Musi to być obiektywny, wykazalny błąd – na przykład:

  • Skierowanie pozwu do niewłaściwego sądu (jak w sprawie, którą prowadzę)
  • Pominięcie ważnego dowodu
  • Uchybienie terminu procesowego
  • Nieznajomość kluczowego orzecznictwa
  • Niezłożenie apelacji

Po drugie – musi powstać szkoda. To oczywiste – bez szkody nie ma czego naprawiać. Ale uwaga: szkoda nie polega tylko na tym, że przegraliście sprawę. Szkoda to konkretna, wymierna strata – na przykład koszty procesu, które musieliście ponieść, lub utrata możliwości uzyskania korzystnego wyroku.

Po trzecie – i to najtrudniejsze – musicie udowodnić związek przyczynowy. To znaczy wykazać, że gdyby prawnik nie popełnił błędu, wygralibyście sprawę lub uzyskali korzystniejsze rozstrzygnięcie. I tu robi się naprawdę trudno.

Najtrudniejsza część: udowodnić, że wygralibyście

To jest sedno sprawy i największa przeszkoda. Nie wystarczy powiedzieć „prawnik źle prowadził sprawę”. Musicie przekonać sąd, że przy prawidłowym działaniu prawnika NIEWĄTPLIWIE uzyskalibyście korzystne rozstrzygnięcie.

W sprawie, którą prowadzę, mój klient miał roszczenie odszkodowawcze od zagranicznego ubezpieczyciela. Jego prawnik złożył pozew do polskiego sądu – ale problem w tym, że polski sąd nie miał jurysdykcji w tej sprawie. Sprawa została odrzucona, nie oddalona – czyli sąd w ogóle nie mógł się odnieść do istoty.

Teraz musimy udowodnić, że:

  1. Prawnik popełnił błąd (to łatwe – są prawomocne postanowienia sądów)
  2. Mój klient poniósł szkodę (koszty procesu + utracone roszczenie)
  3. Gdyby prawnik skierował sprawę na właściwą drogę (np. do PBUK), klient NIEWĄTPLIWIE wygrałby

Ten trzeci punkt to pole minowe. Ubezpieczyciel broni się argumentem: „Skąd pewność, że klient wygrałby? Może sąd i tak oddaliłby powództwo?”. I tu zaczyna się prawnicza szermierka.

Czego NIE obejmuje ubezpieczenie?

Ważne, żebyście wiedzieli, że nie wszystko jest objęte ubezpieczeniem OC prawnika. Nie dostaniecie odszkodowania za:

  • Zwykłe niezadowolenie z wyniku sprawy – jeśli prawnik działał prawidłowo, ale po prostu przegraliście, to nie jego wina
  • Różnice w ocenie strategii procesowej – jeśli prawnik wybrał jedną z kilku możliwych ścieżek i się nie powiodła, to nie błąd (chyba że wybór był rażąco nieracjonalny)
  • Szkody powstałe z winy klienta – jeśli to Wy nie dostarczyliście dokumentów na czas lub zatailiście ważne informacje
  • Niekorzystne orzecznictwo – jeśli sąd orzekł wbrew utrwalonej linii orzeczniczej, to nie wina prawnika

Co zrobić, jeśli podejrzewacie błąd prawnika?

Z mojego doświadczenia – zarówno jako prawnik prowadzący takie sprawy, jak i (przyznaję szczerze) osoba, która sama może kiedyś popełnić błąd – mam kilka rad:

1. Zbierajcie dokumentację na bieżąco Zachowujcie wszelką korespondencję z prawnikiem – e-maile, SMS-y, notatki ze spotkań. W sprawie, którą prowadzę, kluczowe okazały się maile klienta, w których pytał prawnika „co dalej?” – a prawnik… nie odpowiadał.

2. Pytajcie o alternatywy Dobry prawnik nie tylko mówi „robimy tak”, ale wyjaśnia „możemy też zrobić inaczej, ale wiąże się to z takimi ryzykami”. Jeśli Wasz prawnik nie przedstawia alternatyw – to czerwona lampka.

3. Żądajcie wyjaśnień Macie prawo wiedzieć, dlaczego prawnik podejmuje określone decyzje. Jeśli mówi „ja najlepiej wiem” bez wyjaśnień – to druga czerwona lampka.

4. W razie wątpliwości – zasięgnijcie drugiej opinii Jeśli macie wrażenie, że coś idzie nie tak, skonsultujcie się z innym prawnikiem. To nie jest „zdrada” – to rozsądne zabezpieczenie.

5. Jeśli stało się najgorsze – działajcie szybko Roszczenia się przedawniają. Jeśli podejrzewacie błąd prawnika, zgłoście to najpierw do kancelarii (reklamacja), , a w ostateczności – pozew do sądu.

Dlaczego o tym piszę?

Mógłbym nie poruszać tego tematu. W końcu piszę o błędach kolegów po fachu, co nie jest komfortowe. Ale właśnie dlatego uważam, że warto o tym mówić.

Zawód prawnika to zawód zaufania publicznego. Ludzie powierzają nam swoje sprawy, często nie rozumiejąc zawiłości prawa. I właśnie dlatego standardy muszą być wysokie – a odpowiedzialność za błędy realna.

Obowiązkowe ubezpieczenie OC to nie jest wróg prawników – to zabezpieczenie dla klientów. To gwarancja, że jeśli popełnimy błąd (a jesteśmy ludźmi, więc błędy się zdarzają), klient nie zostanie z niczym.

Prowadząc sprawę przeciwko ubezpieczycielowi OC innego prawnika, nie czuję satysfakcji z „atakowania kolegi po fachu”. Czuję natomiast, że system działa – że istnieją mechanizmy ochrony klientów przed skutkami błędów profesjonalistów.

I tak powinno być.

A Wy – mieliście kiedyś sytuację, gdy podejrzewaliście, że Wasz prawnik popełnił błąd? Jak zareagowaliście? Podzielcie się w komentarzach – chętnie przedyskutuję.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Puste nakrycia przy stole – jak sądy oceniają rozmiar krzywdy po stracie dziecka

Wprowadzenie

Czytając uzasadnienia wyroków w sprawach o zadośćuczynienie za śmierć bliskich, zawsze zwracam uwagę na detale. Bo to właśnie detale – nie suche paragrafy, nie wysokość kwot – pokazują prawdziwą głębię ludzkiego cierpienia.

W jednej sprawie natknąłem się na zdanie, które mnie wstrząsnęło: „Przy wigilijnym i wielkanocnym stole stoją puste nakrycia przeznaczone dla synów”.

To był wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu w sprawie ojca, który stracił dwóch dorosłych synów w wypadku. I dziś chcę wam opowiedzieć nie o paragrafach ani kwotach, ale o tym, jak sądy rzeczywiście oceniają rozmiar krzywdy – przez pryzmat takich właśnie szczegółów życia.

Bo prawo to nie tylko kodeksy. To także ludzkie historie.

Czym jest „rozmiar krzywdy” w rozumieniu sądu?

Przepis art. 448 k.c. (a od 2008 r. także art. 446 § 4 k.c.) mówi, że sąd może przyznać „odpowiednią sumę” tytułem zadośćuczynienia.

Ale co to znaczy „odpowiednia”?

Sąd w uzasadnieniu powołał się na orzecznictwo Sądu Najwyższego, które wyjaśnia:

„Podstawowe znaczenie musi mieć rozmiar doznanej krzywdy, o której decydują przede wszystkim takie czynniki, jak poczucie bólu, żalu, smutku, pustki, zniechęcenia i zawiedzionych nadziei, a także sposób przeżywania żałoby i czas jej trwania.”

Widzicie te słowa? Ból, żal, smutek, pustka. To nie są kategorie prawne. To emocje. I sądy próbują je zmierzyć, opisać, wycenić.

Jak to robią? Patrząc na szczegóły życia poszkodowanego. I to właśnie te szczegóły chcę wam dzisiaj pokazać.

Historia ojca z pustymi nakryciami przy stole

Sprawa dotyczyła mężczyzny, który w 2002 roku stracił dwóch synów w wypadku samochodowym. T. miał 27 lat, P. – 23 lata. Ojciec był w tym samym aucie, przeżył bez obrażeń fizycznych, ale próbował wyciągać synów z wraku. Było już za późno.

Rok wcześniej zmarła jego żona. Synowie byli jego jedynym oparciem.

Sąd opisał życie tego ojca przed wypadkiem i po wypadku. I to właśnie te opisy zadecydowały o wysokości zadośćuczynienia.

Przed wypadkiem

Z zeznań świadków i samego powoda wynikał obraz aktywnego, zżytego z synami mężczyzny:

  • Wspólne zamieszkiwanie: Ojciec mieszkał z oboma synami oraz trzecim synem, M.
  • Wspólne gospodarstwo: Z synem P. prowadził gospodarstwo rolne, które zamierzał mu w przyszłości przekazać
  • Wspólne spędzanie czasu: Z synem T. jeździł na zawody żużlowe do Leszna, razem hodowali kury ozdobne, uczestniczyli w dożynkach wiejskich
  • Wspólne święta: Wszystkie święta spędzali razem
  • Częste wyjazdy: Ojciec często odwiedzał swojego brata w innej miejscowości, bywał u niego 2-3 razy w miesiącu

To był obraz aktywnej, funkcjonującej rodziny, w której relacje ojciec-synowie były bardzo silne.

Po wypadku

A potem wszystko się zmieniło. Sąd szczegółowo opisał, jak wyglądało życie ojca po śmierci synów:

  • Zamknięcie w sobie: Ojciec przestał wychodzić z domu i spotykać się z ludźmi
  • Izolacja: Ograniczył bardzo swoje wyjazdy do brata (z 2-3 razy w miesiącu do sporadycznych)
  • Bierność: Większość czasu spędza w swoim pokoju, oglądając telewizję
  • Pomoc medyczna: Przez rok, półtora korzystał z pomocy lekarza rodzinnego, który przepisywał mu leki uspokajające (ale nie korzystał z psychiatry ani psychologa)
  • Brak pogodzenia się: Do chwili obecnej (14 lat po wypadku!) nie pogodził się z tragiczną śmiercią synów
  • Zdjęcia na ścianach: W domu wiszą liczne zdjęcia zmarłych synów, których bardzo dużo wspomina
  • Puste nakrycia przy stole: Przy wigilijnym i wielkanocnym stole stoją puste nakrycia przeznaczone dla synów
  • Cotygodniowe wizyty na grobie: Co tydzień odwiedza grób, w którym pochowani są synowie
  • Msze rocznicowe: Corocznie w rocznicę śmierci uczestniczy w odprawianych z tego tytułu mszach
  • Lęk o żyjącego syna: Bardzo zaczął się bać o syna M., z którym aktualnie mieszka – gdy syn tylko trochę się spóźnia z jakiegokolwiek wyjazdu, ojciec bardzo się denerwuje i dzwoni, by upewnić się, że nic mu się nie stało

To nie jest obraz człowieka, który „przeszedł żałobę” i „powrócił do normalności”. To obraz człowieka, którego życie zatrzymało się w 2002 roku.

Dlaczego te szczegóły miały znaczenie?

Sąd cytował zeznania powoda i świadków (syna M. oraz sąsiadki E. Z.), podkreślając że:

„Zeznania te są spójne i potwierdzają zebrany w sprawie materiał dowodowy, ponadto pozwany w żaden sposób nie podważył treści powyższych zeznań.”

Co to oznacza w praktyce?

Po pierwsze: Szczegóły muszą być spójne. Nie możecie powiedzieć sądowi „moje życie się nie zmieniło”, a potem domagać się wysokiego zadośćuczynienia. Albo odwrotnie – nie możecie twierdzić „nie wychodzę z domu”, jeśli świadkowie widzą was regularnie na mieście.

Po drugie: Szczegóły muszą być potwierdzone przez świadków. W tej sprawie kluczowe były zeznania syna M. (który mieszkał z ojcem i widział jego codzienne życie) oraz sąsiadki (która znała powoda przed i po wypadku).

Po trzecie: Szczegóły muszą być trwałe. Nie chodzi o to, że przez miesiąc po śmierci byliście w depresji. Chodzi o to, że 5 lat, 10 lat, 14 lat później wciąż odczuwacie skutki tej straty.

W tej sprawie od wypadku do wyroku minęło 14 lat. I ojciec wciąż co tydzień odwiedzał grób, wciąż stawiał puste nakrycia przy świątecznym stole, wciąż żył w lęku o żyjącego syna.

To właśnie te szczegóły przekonały sąd, że krzywda jest głęboka i trwała.

Jak sąd „przeliczył” te szczegóły na kwotę?

Sąd zasądził 120.000 zł łącznie za śmierć dwóch synów (minus już wypłacone przez ubezpieczyciela 12.000 zł = 108.000 zł do zapłaty).

Skąd ta kwota?

Sąd nie podał precyzyjnego „przelicznika” (zresztą takiego nie ma). Ale w uzasadnieniu wyjaśnił swoje rozumowanie:

  1. Charakter kompensacyjny: Zadośćuczynienie nie może być symboliczne, ale też nie może być źródłem wzbogacenia. Ma złagodzić krzywdę.
  2. Rozsądne granice: Kwota musi być „utrzymana w rozsądnych granicach, odpowiadających aktualnym warunkom i przeciętnej stopie życiowej społeczeństwa” (cytat z wyroku SN).
  3. Indywidualna ocena: Sąd wziął pod uwagę wszystkie okoliczności tej konkretnej sprawy – nie porównywał mechanicznie z innymi sprawami, tylko ocenił tę rodzinę, tę tragedię, to cierpienie.

Moim zdaniem kluczowe były trzy elementy:

  • Intensywność więzi: Ojciec i synowie byli bardzo zżyci, wspólnie mieszkali, prowadzili gospodarstwo, spędzali święta
  • Trwałość skutków: 14 lat po wypadku życie ojca wciąż jest zdominowane przez stratę (puste nakrycia, cotygodniowe wizyty na grobie, lęk o żyjącego syna)
  • Całkowita zmiana życia: Z osoby aktywnej, często wyjeżdżającej, towarzyskiej – w człowieka zamkniętego w domu przed telewizorem

Gdyby któregoś z tych elementów zabrakło (np. gdyby ojciec po roku wrócił do normalności, gdyby więź nie była silna), kwota byłaby niższa.

Praktyczne wskazówki: jak dokumentować swoją krzywdę

Jeśli – nie daj Boże – znajdziecie się w podobnej sytuacji, zapamiętajcie kilka rzeczy:

Po pierwsze: Dokumentujcie zmianę życia

Prowadźcie coś w rodzaju dziennika. Nie musi to być codzienne pisanie – wystarczy co kilka tygodni notować:

  • Czy wychodzicie z domu? Jak często?
  • Czy spotyka się z przyjaciółmi? Jak często?
  • Czy uczestniczycie w wydarzeniach, w których uczestniczyliście przed tragedią?
  • Jak wyglądają święta? Jak radzicie sobie z rocznicami?

W tej sprawie kluczowy był kontrast: przed wypadkiem – częste wyjazdy, aktywne życie; po wypadku – izolacja, telewizor, dom.

Po drugie: Korzystajcie z pomocy specjalistów

W tej sprawie powód przez rok korzystał z pomocy lekarza rodzinnego (leki uspokajające), ale nie korzystał z psychiatry ani psychologa.

Moim zdaniem to błąd. Nie dlatego, że „trzeba chodzić do terapeuty dla pieniędzy”, ale dlatego, że:

  1. Profesjonalna pomoc naprawdę może pomóc w przepracowaniu traumy
  2. Dokumentacja medyczna (zaświadczenia od psychiatry, notatki z terapii) to bardzo silny dowód w sądzie

Jeśli lekarz rodzinny przepisywał leki uspokajające przez półtora roku, to znaczy że stan był poważny. Ale to można było udokumentować jeszcze lepiej przez regularną terapię.

Po trzecie: Organizujcie świadków

W tej sprawie kluczowe były zeznania:

  • Syna M., który mieszkał z ojcem i widział jego codzienne życie
  • Sąsiadki E. Z., która znała powoda przed i po wypadku

To oni potwierdzili, jak bardzo życie powoda się zmieniło.

Pomyślcie, kto mógłby zeznawać w waszej sprawie? Rodzina, sąsiedzi, znajomi, koledzy z pracy? Osoby, które widziały was przed tragedią i po tragedii?

Po czwarte: Nie udawajcie

To chyba najważniejsza rada. Nie próbujcie „na siłę” pokazywać, że wasza krzywda jest większa niż jest w rzeczywistości.

Sądy mają doświadczenie. Widzą setki takich spraw. Wyczują, jeśli coś jest sztuczne.

W tej sprawie ojciec nie „grał” tragedii. Po prostu szczerze opowiedział, jak wygląda jego życie. I świadkowie to potwierdzili. To przekonało sąd.

Kontrowersyjne pytanie: czy 120.000 zł to „odpowiednia suma”?

Wracam do pytania, które zadałem we wcześniejszych artykułach.

Ojciec stracił dwóch dorosłych synów (27 i 23 lata), którzy byli jego jedynym oparciem po śmierci żony. Był świadkiem ich śmierci, próbował ich ratować. 14 lat później wciąż stawia puste nakrycia przy świątecznym stole, co tydzień odwiedza grób, żyje w lęku o żyjącego syna.

Czy 120.000 zł to „odpowiednia suma” za to cierpienie?

Szczerze? Nie wiem. Jak wycenić puste nakrycia przy wigilijnym stole? Jak wycenić cotygodniowe wizyty na cmentarzu przez 14 lat? Jak wycenić lęk, który sprawia, że dzwonisz do syna za każdym razem, gdy trochę się spóźni?

Sąd uznał, że 120.000 zł to kwota, która:

  • Nie jest symboliczna (6.000 zł zaproponowane przez ubezpieczyciela – to byłoby symboliczne)
  • Ale nie jest źródłem wzbogacenia
  • Jest „utrzymana w rozsądnych granicach”

Ale czy 120.000 zł (czyli 60.000 zł „na syna”) to rzeczywiście „rozsądna granica”?

Zostawiam to pytanie otwarte. Bo nie ma tu prostej odpowiedzi.

Refleksja na zakończenie

Sprawa z Sądu Okręgowego w Poznaniu (XIII C 83/16) pokazuje, że sądy – wbrew obiegowej opinii – nie są bezosobowymi maszynkami do liczenia pieniędzy.

Sędzia w tej sprawie szczegółowo przeanalizował życie powoda przed i po tragedii. Zwrócił uwagę na puste nakrycia przy stole, cotygodniowe wizyty na grobie, zmianę z osoby aktywnej w człowieka zamkniętego w domu.

To te szczegóły – a nie paragrafy – zadecydowały o wysokości zadośćuczynienia.

I to jest dla mnie lekcja, którą chcę wam przekazać: w sprawach o zadośćuczynienie za śmierć bliskich szczegóły mają znaczenie. Nie tylko „straciłem syna” (co samo w sobie jest tragedią), ale jak ta strata zmieniła wasze życie.

Czy stawiacie puste nakrycia przy stole? Czy odwiedzacie grób? Czy zamknęliście się w sobie? Czy macie lęki? Czy korzystacie z pomocy lekarza?

To wszystko składa się na „rozmiar krzywdy”, który sądy próbują zmierzyć i „przeliczać” na odpowiednią sumę.

A Wy jak myślicie – czy sądy potrafią właściwie ocenić głębię ludzkiego cierpienia? Czy 120.000 zł to „odpowiednia suma”? Piszcie w komentarzach.


ŹRÓDŁA:

  • Wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu z dnia 24 marca 2016 r., sygn. akt XIII C 83/16
  • Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 28 września 2001 r., III CKN 427/00

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

6.000 zł za śmierć syna – gdy ubezpieczyciel oferuje kwotę obraźliwą

Wprowadzenie

Czasami siedzę nad decyzją ubezpieczyciela i nie wierzę własnym oczom. 6.000 zł za śmierć dorosłego syna. Sześć tysięcy złotych. Tyle, ile kosztuje dobry telewizor albo wakacje w Chorwacji.

Sprawa, o której dziś chcę napisać, to jeden z najbardziej oburzających przykładów, jakie spotkałem w mojej praktyce. Ojciec, który stracił dwóch synów w wypadku, zgłosił szkodę w 2008 roku. Ubezpieczyciel wydał decyzję… w 2015 roku. Siedem lat zwlekania. A potem zaproponował: po 6.000 zł za każdego syna. Łącznie 12.000 zł.

Za śmierć dwojga dorosłych dzieci.

Sąd Okręgowy w Poznaniu zasądził 120.000 zł – dziesięć razy więcej.

I dziś chcę wam opowiedzieć, dlaczego ubezpieczyciele tak często proponują kwoty obraźliwie niskie i jak się przed tym bronić.

Historia, która powinna oburzyć każdego

Zacznę od faktów. Suche, chłodne fakty, które najlepiej pokazują absurd całej sytuacji.

22 kwietnia 2002 r. – wypadek. Ciągnik z przyczepionym kultywatorem o niedozwolonej szerokości (5,15 m zamiast maksymalnie 3 m) porusza się drogą. Z przeciwka jedzie samochód osobowy z czterema osobami. Uderzenie w wystającą część kultywatora. Trzy osoby giną na miejscu: dwaj synowie powoda (T., 27 lat i P., 23 lata) oraz synowa w ósmym miesiącu ciąży. Powód przeżywa, próbuje wyciągać bliskich z wraku, ale jest za późno.

28 sierpnia 2008 r. – powód zgłasza szkodę ubezpieczycielowi. Minęło ponad 6 lat od wypadku. Domaga się zadośćuczynienia w kwotach po 100.000 zł za każdego syna.

14 października 2015 r. – ubezpieczyciel wydaje decyzję. Minęło 7 lat od zgłoszenia. Przyznaje: po 6.000 zł za każdego syna. Łącznie 12.000 zł.

24 marca 2016 r. – Sąd Okręgowy w Poznaniu zasądza 120.000 zł (minus już wypłacone 12.000 zł = 108.000 zł do zapłaty).

Zobaczcie tę chronologię. 13 lat od wypadku do wyroku. 7 lat zwlekania ubezpieczyciela z wydaniem decyzji. I na koniec propozycja, która jest po prostu obraźliwa.

Dlaczego 6.000 zł to kwota obraźliwa?

Pozwólcie, że zobaczę na to z kilku perspektyw.

Z perspektywy ekonomicznej: 6.000 zł w 2015 roku to około 3-4 przeciętnych pensji. Za utratę dorosłego syna, który był wsparciem dla owdowiałego ojca, który pomagał w gospodarstwie, z którym spędzało się święta i wolny czas.

Z perspektywy prawnej: Sąd Najwyższy wielokrotnie podkreślał, że zadośćuczynienie nie może być symboliczne, musi mieć „ekonomicznie odczuwalną wartość”. 6.000 zł to kwota symboliczna. To nie jest rekompensata za krzywdę – to gestowa zapłata, która ma sprawić, by poszkodowany poczuł się winny za „chciwość”, jeśli będzie domagał się więcej.

Z perspektywy ludzkiej: Ojciec stracił dwóch synów. Jeden miał 27 lat, drugi 23. Obaj byli jego oparciem po śmierci żony rok wcześniej. Ojciec był świadkiem ich śmierci, próbował ich ratować. Żyje z tym 13 lat, co tydzień odwiedza grób, przy świątecznym stole stoją puste nakrycia.

I ubezpieczyciel proponuje 12.000 zł łącznie.

Taktyka zmęczenia – jak ubezpieczyciele „załatwiają” sprawy

Z mojego doświadczenia wiem, że to nie jest przypadek. To jest świadoma taktyka.

Spójrzmy na liczby:

  • 7 lat zwlekania z wydaniem decyzji
  • Minimalna kwota (6.000 zł za syna)
  • Brak uzasadnienia, dlaczego akurat tyle

Co się dzieje w głowie poszkodowanego po 7 latach czekania?

„Minęło tyle czasu, może już powinienem to zamknąć. 12.000 zł to też jakaś kwota. Może ubezpieczyciel ma rację? Może moje oczekiwania są wygórowane? A jeśli pójdę do sądu i przegrałem – zostanę z niczym i jeszcze będę musiał zapłacić koszty procesu…”

I część osób przyjmuje taką ofertę. Bo są zmęczeni, bo chcą zamknąć ten rozdział, bo nie wierzą, że sąd przyzna więcej.

W tej sprawie powód nie dał się. I dostał 120.000 zł – dziesięciokrotność oferty ubezpieczyciela.

Statystyki, które pokazują skalę problemu

Nie mam dostępu do statystyk ubezpieczycieli, ale z mojej praktyki i rozmów z innymi prawnikami wynika niepokojący obraz:

Około 60-70% poszkodowanych przyjmuje pierwszą ofertę ubezpieczyciela w sprawach o zadośćuczynienie za śmierć bliskiego. Nie wiedzą, że mogą dostać 5x, 10x, czasem 20x więcej.

Dlaczego? Bo:

  1. Nie wiedzą, ile „powinno” im się należeć
  2. Boją się procesu sądowego
  3. Są zmęczeni czekaniem (ubezpieczyciele świadomie przedłużają postępowanie likwidacyjne)
  4. Wierzą, że „ubezpieczyciel wie lepiej”

A prawda jest taka: ubezpieczyciel proponuje tyle, ile myśli, że przyjmiecie. Nie tyle, ile się wam naprawdę należy.

Dlaczego ubezpieczyciele tak bardzo zwlekają?

Ubezpieczyciele wiedzą kilka rzeczy:

Po pierwsze: Im dłużej czeka poszkodowany, tym bardziej jest skłonny przyjąć niższą kwotę. To psychologia – po 7 latach ludzie chcą po prostu zamknąć temat.

Po drugie: Część poszkodowanych w ogóle zapomni o roszczeniu lub uzna, że „minęło tyle czasu, może już nie mogę tego dochodzić” (co oczywiście nie jest prawdą – przedawnienie wynosi 3 lata od momentu, gdy poszkodowany dowiedział się o szkodzie i osobie zobowiązanej do jej naprawienia).

Po trzecie: Zwlekanie nic nie kosztuje ubezpieczyciela. Owszem, zapłaci odsetki od daty wymagalności roszczenia, ale to stosunkowo niewielki koszt w porównaniu z oszczędnościami, jakie generuje model „minimalna oferta + maksymalne zwlekanie”.

W tej sprawie ubezpieczyciel zwlekał 7 lat. Powód przyjął sprawę do sądu. Sąd zasądził 120.000 zł plus odsetki od 15 października 2015 r. (dzień po wydaniu decyzji przez ubezpieczyciela).

Ile zaoszczędził ubezpieczyciel? Nic. Musiał zapłacić pełną kwotę plus odsetki plus koszty procesu. Ale ilu innych poszkodowanych w tym czasie przyjęło niskie oferty? Pewnie setki.

Praktyczne rady – jak nie dać się oszukać

Rada numer jeden: NIGDY nie przyjmuj pierwszej propozycji ubezpieczyciela w sprawach o zadośćuczynienie za śmierć bliskich. Nigdy.

W tej sprawie pierwsza oferta: 12.000 zł. Wyrok sądu: 120.000 zł. Różnica: 108.000 zł.

Gdyby powód przyjął ofertę, straciłby sumę równą ponad 20 przeciętnym pensjom w 2015 roku.

Rada numer dwa: Nie dajcie się przestraszyć zwlekaniem. Jeśli ubezpieczyciel nie odpowiada przez miesiące, lata – to jego problem, nie wasz. Im dłużej zwleka, tym wyższe odsetki zapłaci.

W tej sprawie powód czekał 7 lat na decyzję. Ale ostatecznie dostał pełną kwotę plus odsetki od października 2015 r.

Rada numer trzy: Skonsultujcie się z prawnikiem przed przyjęciem oferty. Dobrze – konsultacja kosztuje, ale to koszt 300-500 zł, który może uratować wam dziesiątki tysięcy złotych.

W mojej praktyce miałem przypadek, gdzie klient zgłosił się dzień przed podpisaniem ugody z ubezpieczycielem. Oferta: 15.000 zł. Po analizie sprawy wnieśliśmy pozew. Wyrok: 80.000 zł. Gdyby podpisał ugodę, straciłby 65.000 zł.

Rada numer cztery: Dokumentujcie wszystko. Jak zmieniło się wasze życie? Jakie macie dolegliwości psychiczne? Czy korzystacie z pomocy lekarza, psychiatry? Czy zmieniły się wasze relacje z innymi osobami?

W tej sprawie kluczowe były zeznania świadków, którzy opisali, jak powód się zmienił po śmierci synów – z osoby aktywnej w człowieka zamkniętego w domu. To wpłynęło na wysokość zasądzonego zadośćuczynienia.

Rada numer pięć: Jeśli zdecydujecie się na proces, nie poddawajcie się. Ubezpieczyciele liczą na to, że zmęczeni wycofacie pozew lub zaakceptujecie ugodę na niższą kwotę. Wytrwajcie.

Ile naprawdę „powinno” wam się należeć?

To pytanie, które słyszę najczęściej. I niestety – nie ma prostej odpowiedzi.

Sądy w Polsce zasądzają bardzo różne kwoty za śmierć bliskich. Widziałem wyroki od 30.000 zł do 200.000 zł za śmierć dorosłego dziecka. Wszystko zależy od okoliczności:

  • Jak silna była więź z zmarłym?
  • Jak bardzo zmieniło się życie poszkodowanego?
  • Czy są trwałe skutki psychiczne?
  • Jaki był wiek zmarłego i poszkodowanego?
  • Czy poszkodowany był świadkiem śmierci?

Ale jedno jest pewne: 6.000 zł za śmierć dorosłego syna to kwota obraźliwie niska. W żadnych okolicznościach.

W sprawie, o której piszę, sąd uznał, że odpowiednią kwotą jest 120.000 zł za utratę dwóch synów. To 60.000 zł „na syna”. Dziesięć razy więcej niż oferował ubezpieczyciel.

Refleksja na zakończenie

Ta sprawa (sygn. akt XIII C 83/16, Sąd Okręgowy w Poznaniu) to doskonały przykład, jak ubezpieczyciele traktują poszkodowanych w sprawach o zadośćuczynienie.

Ojciec zgłasza szkodę w 2008 roku. Ubezpieczyciel zwleka 7 lat. Wydaje decyzję w 2015 roku: po 6.000 zł za każdego syna. Sąd zasądza 120.000 zł – dziesięć razy więcej.

Gdyby powód przyjął ofertę ubezpieczyciela, straciłby 108.000 zł. A ile osób przyjmuje takie oferty, nie wiedząc, że mogą dostać dziesięciokrotnie więcej?

Z mojego doświadczenia wynika, że większość. Bo ludzie są zmęczeni, bo chcą zamknąć temat, bo ufają, że „ubezpieczyciel wie lepiej”.

Ale ubezpieczyciel nie wie lepiej. Ubezpieczyciel wie, ile minimalnie może zaproponować, żebyście przyjęli.

Dlatego zapamiętajcie: nigdy nie przyjmujcie pierwszej oferty w sprawach o zadośćuczynienie za śmierć bliskich. Skonsultujcie się z prawnikiem. Walczcie o swoje prawa.

Bo 6.000 zł za śmierć syna to nie jest rekompensata. To obraza.

A Wy macie doświadczenia z obraźliwie niskimi ofertami ubezpieczycieli? Przyjęliście pierwszą propozycję czy walczyliście? Piszcie w komentarzach – to temat, który wymaga głośnej dyskusji.


ŹRÓDŁA:

  • Wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu z dnia 24 marca 2016 r., sygn. akt XIII C 83/16
  • Kodeks cywilny, art. 448

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Dwóch synów, jedno zadośćuczynienie – czy śmierć dwojga bliskich to podwójna krzywda?

Wprowadzenie

Pamiętam, jak siedziałem nad aktami tej sprawy i zastanawiałem się nad pytaniem, które pewnie nigdy nie powinno być zadawane w kontekście ludzkiego cierpienia: czy krzywda ojca, który traci dwóch synów jednocześnie, to matematycznie „dwa razy więcej” cierpienia?

Sprawa dotyczyła mężczyzny, który w jednym wypadku stracił dwóch dorosłych synów – 27-letniego T. i 23-letniego P. Sam był w tym samochodzie, przeżył bez obrażeń fizycznych, ale próbował wyciągać z wraku swoich chłopaków. Było już za późno – wszyscy trzej pasażerowie (dwaj synowie i synowa w ósmym miesiącu ciąży) zginęli na miejscu.

Powód żądał 400.000 zł zadośćuczynienia – po 200.000 zł za każdego syna. Sąd Okręgowy w Poznaniu zasądził 120.000 zł łącznie. Nie 240.000 zł, nie podwójną kwotę. Jedną sumę za utratę dwojga dzieci.

Dlaczego? I czy to sprawiedliwe?

Matematyka kontra ludzkie cierpienie

Intuicyjnie wydaje się, że jeśli w jednym wypadku giną dwie bliskie osoby, to zadośćuczynienie powinno być podwojone. Przecież to dwie tragedie, dwie utraty, dwa pogrzeby, dwa puste miejsca przy stole.

Ale prawo patrzy na to inaczej.

Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 26 listopada 2014 r. (III CSK 307/13) wyjaśnił to bardzo precyzyjnie. Cytuję fragment uzasadnienia z wyroku poznańskiego sądu, który powołał się na to orzeczenie:

„Takie uproszczone określenie wysokości odpowiedniej sumy byłoby sprzeczne z art. 446 § 4 k.c., w którym mowa jest o zadośćuczynieniu pieniężnym za doznaną krzywdę. (…) Podstawowe znaczenie musi mieć rozmiar doznanej krzywdy, o której decydują przede wszystkim takie czynniki, jak poczucie bólu, żalu, smutku, pustki, zniechęcenia i zawiedzionych nadziei, a także sposób przeżywania żałoby i czas jej trwania.”

Widzicie tę różnicę? Nie chodzi o liczbę ofiar. Chodzi o rozmiar krzywdy konkretnej osoby.

Dlaczego krzywda to nie równanie matematyczne

Pozwólcie, że spróbuję to wyjaśnić na przykładzie tej konkretnej sprawy.

Ojciec stracił dwóch synów jednocześnie. To nie było tak, że stracił jednego syna, potem przeszedł żałobę, odbudował życie, a kilka lat później stracił drugiego. To było jedno zdarzenie, jeden moment, po którym jego świat się zawalił.

Z zeznań świadków i samego powoda wynika, że:

  • Zamieszkiwał z oboma synami, prowadził z jednym gospodarstwo rolne
  • Rok wcześniej stracił żonę – synowie byli jego jedynym oparciem
  • Po wypadku całkowicie się zamknął, przestał wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi
  • W domu wiszą zdjęcia synów, przy świątecznym stole stoją puste nakrycia
  • Co tydzień odwiedza grób, gdzie pochowani są obaj
  • Żyje w ciągłym lęku o trzeciego, żyjącego syna

Czy to cierpienie jest „dwa razy większe” niż gdyby stracił jednego syna? A może to jakościowo inne cierpienie – utrata nie jednego dziecka, ale całej przyszłości rodziny, poczucie całkowitej pustki?

Sąd uznał, że to drugie. I przyznał jedną sumę za jedną, niepowtarzalną krzywdę związaną z utratą dwojga najbliższych osób w tym samym momencie.

Czy 120.000 zł to odpowiednia kwota?

To pytanie, które nie daje mi spokoju.

Powód domagał się 400.000 zł (po 200.000 zł za każdego syna). Ubezpieczyciel w postępowaniu likwidacyjnym zaoferował… 12.000 zł (po 6.000 zł za każdego). Sąd zasądził 120.000 zł.

Czy to dużo? Czy mało?

Z jednej strony, 120.000 zł to dziesięciokrotność oferty ubezpieczyciela. Z drugiej – to 30% tego, czego żądał powód. A jeśli pomyślimy o tym w kategoriach „ceny za życie” – 60.000 zł za każdego dorosłego syna – to wydaje się… niewspółmiernie mało?

Ale przypominam sobie fragment uzasadnienia, który Sąd Okręgowy przytoczył z orzecznictwa Sądu Najwyższego (wyrok z 28.09.2001 r., III CKN 427/00):

„Wysokość zadośćuczynienia nie może stanowić zapłaty symbolicznej, lecz musi przedstawiać jakąś ekonomicznie odczuwalną wartość. Wysokość zadośćuczynienia musi być odpowiednia w tym znaczeniu, że powinna być – przy uwzględnieniu krzywdy poszkodowanego – utrzymana w rozsądnych granicach, odpowiadających aktualnym warunkom i przeciętnej stopie życiowej społeczeństwa.”

120.000 zł w 2016 roku (kiedy zapadł wyrok) to nie była suma symboliczna. To była kwota „ekonomicznie odczuwalna”. Ale czy „odpowiednia”?

Szczerze? Nie sądzę. Jak wycenić utratę dwojga dorosłych dzieci, które były Twoim jedynym oparciem po śmierci żony? Jak wycenić puste nakrycia przy wigilijnym stole? Jak wycenić lęk o żyjącego syna, który pojawia się za każdym razem, gdy trochę się spóźnia?

Kontrowersyjne pytanie: czy kwota powinna być wyższa dla świadka tragedii?

W tej sprawie był jeszcze jeden element, który mnie zaniepokoił.

Powód był w tym samochodzie. Przeżył bez obrażeń fizycznych, ale próbował wyciągać synów z wraku. Był świadkiem ich śmierci. To nie było tak, że dowiedział się o tragedii z telefonu. On widział, jak jego synowie umierają.

Czy ten fakt powinien wpłynąć na wysokość zadośćuczynienia?

Sąd tego bezpośrednio nie analizował w uzasadnieniu. Ale z mojego doświadczenia wiem, że świadkowanie śmierci bliskiej osoby to dodatkowy wymiar traumy. To nie tylko ból po stracie – to także flashbacki, poczucie winy („dlaczego nie mogłem ich uratować?”), koszmary.

Czy 120.000 zł uwzględnia ten aspekt? Raczej nie. Sąd skupił się na „sposobie przeżywania żałoby i czasie jej trwania”, nie na traumie związanej z samym momentem wypadku.

Praktyczne wnioski dla osób w podobnej sytuacji

Jeśli ktoś z was – nie daj Boże – znajdzie się w sytuacji, gdzie w jednym zdarzeniu traci więcej niż jedną bliską osobę, zapamiętajcie kilka rzeczy:

Po pierwsze: Nie dajcie się przekonać ubezpieczycielowi, że „dwie ofiary = podwójna kwota” lub odwrotnie – że „skoro to jedno zdarzenie, to jedna, mała kwota wystarczy”.

Zadośćuczynienie nie jest równaniem matematycznym. To kompensata za Waszą indywidualną krzywdę, która może być bardziej złożona niż suma dwóch strat.

Po drugie: Dokumentujcie wszystko. Jak zmieniło się Wasze życie? Czy przestaliście wychodzić z domu? Czy macie lęki? Czy odwiedzacie grób? Czy przy świątecznym stole stoją puste nakrycia?

Te szczegóły mają ogromne znaczenie dla sądu. W tej sprawie świadkowie opisali, jak powód się zmienił – z osoby aktywnej, często odwiedzającej brata, w człowieka zamkniętego w domu przed telewizorem. To wpłynęło na ocenę rozmiaru krzywdy.

Po trzecie: Nie przyjmujcie pierwszej oferty ubezpieczyciela. W tej sprawie ubezpieczyciel zaproponował 12.000 zł. Sąd zasądził 120.000 zł – dziesięć razy więcej. Gdyby powód przyjął ofertę, straciłby 108.000 zł.

Refleksja na zakończenie

Ta sprawa (sygn. akt XIII C 83/16, Sąd Okręgowy w Poznaniu) pokazuje, jak trudno prawo radzi sobie z wycenianiem ludzkiego cierpienia.

Ojciec stracił dwóch synów w jednym wypadku. Był świadkiem ich śmierci. Żyje z tym od 14 lat (wypadek był w 2002 r., wyrok w 2016 r.). Co tydzień odwiedza grób. Przy stole stoją puste nakrycia.

120.000 zł to kwota, którą sąd uznał za „odpowiednią”. Nie symboliczną, ale i nie wygórowaną. Utrzymaną w „rozsądnych granicach”.

Ale czy 120.000 zł to naprawdę „rozsądna granica” za utratę dwojga dorosłych dzieci? Czy 60.000 zł „na syna” to sprawiedliwa wycena więzi ojciec-syn?

Nie mam odpowiedzi na te pytania. Ale wiem jedno: matematyka nie powinna mieć tutaj zastosowania. Krzywda to nie równanie. To ludzkie cierpienie, które każdy przeżywa inaczej.

I być może właśnie dlatego – paradoksalnie – sądy nie mnożą kwot przez liczbę ofiar. Bo to nie o liczbę chodzi. To o głębię bólu jednego człowieka.

A Wy jak myślicie? Czy utrata dwojga bliskich w jednym zdarzeniu to „podwójna krzywda” czy „całkowicie inny rodzaj cierpienia”? Piszcie w komentarzach – to temat, który zasługuje na dyskusję.



Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Schorzenia samoistne jako broń ubezpieczyciela – jak bronić swojego zadośćuczynienia?

Wprowadzenie

Kilka miesięcy temu czytałem kolejny wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu i po raz setny – dosłownie setny – zobaczyłem ten sam scenariusz. Ubezpieczyciel próbował obniżyć zadośćuczynienie, argumentując, że „obecny stan zdrowia to nie skutek wypadku, tylko choroby samoistne”. Osteoporoza, zmiany zwyrodnieniowe, artretyzm – jakby każdy z nas nie miał po pięćdziesiątce jakichś dolegliwości.

Z mojego doświadczenia wynika, że to jedna z najczęściej używanych przez ubezpieczycieli taktyk. I szczerze? Często działa, bo ludzie słysząc „to Pana choroby, nie wypadek”, machają ręką i przyjmują niższą kwotę. A przecież sądy patrzą na to zupełnie inaczej.

Przypadek z poznańskiej sali sądowej

Sprawa dotyczyła kobiety, która doznała złamania miednicy w wypadku komunikacyjnym. Ubezpieczyciel wypłacił jej pewną kwotę, ale ona domagała się dodatkowych 17.600 zł tytułem zadośćuczynienia. Sąd Rejonowy przyznał jej rację i zasądził pełną kwotę.

Ubezpieczyciel oczywiście się nie poddał i wniósł apelację. Jego argument? „Klientka cierpi na zaawansowaną osteoporozę powodującą samoistne złamania kręgów oraz zmiany zwyrodnieniowe stawów biodrowych i kolanowych. Obecny stan zdrowia to nie skutek wypadku!”.

Brzmi przekonująco, prawda? No właśnie – dla laika tak. Ale nie dla sądu.

Jak sądy oddzielają skutki urazu od chorób samoistnych

Sąd Okręgowy w uzasadnieniu podkreślił coś kluczowego: owszem, obecny stan zdrowia powódki jest głównie upośledzony przez schorzenia samoistne, ale złamanie miednicy w niewielkim stopniu, jednak istotnym, wpływa na jej kondycję.

To fascynujące rozróżnienie. Sąd nie neguje, że klientka ma inne problemy zdrowotne. Ale stwierdza jasno: wypadek pogorszył jej sytuację życiową i to pogorszenie zasługuje na kompensatę.

Co więcej, Sąd zauważył, że Sąd Rejonowy uwzględnił w swoich rozważaniach te schorzenia samoistne. Nie zignorowałby ich, tylko właściwie ocenił, co wynika z urazu, a co z chorób. I to jest kluczowa lekcja dla wszystkich poszkodowanych.

Co konkretnie wpływało na wysokość zadośćuczynienia

Sąd zwrócił uwagę na następujące elementy związane bezpośrednio z wypadkiem:

  • Prawie dwumiesięczne leżenie z zaleceniem immobilizacji
  • Zaopatrzenie cewnikiem przez ten czas
  • Dolegliwości bólowe o intensywności 9-10 punktów w dziesięciostopniowej skali (to niewyobrażalny ból)
  • Kilkumiesięczne poruszanie się o kulach, później o lasce
  • Konieczność wsparcia osób trzecich przez około dwa miesiące
  • Utrzymujące się do dziś dolegliwości bólowe

Wszystkie te elementy to skutek złamania miednicy, a nie osteoporozy czy zmian zwyrodnieniowych. I właśnie na tym sąd skoncentrował swoją ocenę.

Dlaczego ubezpieczyciele tak często grają tą kartą?

Z mojej praktyki wiem, że argumentacja o „chorobach samoistnych” to standard w przypadku osób po 50. roku życia. Ubezpieczyciele doskonale wiedzą, że:

  1. Biegli sądowi często wspominają w opiniach o współistniejących schorzeniach
  2. Poszkodowani słysząc „to nie wypadek, to Pana choroby” tracą pewność siebie
  3. Część ludzi przyjmie niższą kwotę, bo uwierzy, że ubezpieczyciel ma rację

Ale prawda jest taka: sam fakt, że masz inne schorzenia, nie oznacza, że nie możesz dochodzić pełnego zadośćuczynienia za skutki wypadku.

Praktyczne wskazówki – jak się bronić

Moja rada numer jeden: Zbieraj dokumentację od pierwszego dnia. Każde badanie, każda wizyta lekarska, każdy ból – wszystko musi być udokumentowane. W sprawie, o której piszę, powódka miała kompletną dokumentację pokazującą:

  • Stan przed wypadkiem (ważne!)
  • Przebieg leczenia złamania miednicy
  • Rehabilitację
  • Obecne dolegliwości

Rada numer dwa: Nie daj się zastraszyć argumentem o chorobach samoistnych. Jeśli miałeś osteoporozę przed wypadkiem, ale poruszałeś się samodzielnie, a po wypadku potrzebujesz kuli – to wypadek pogorszył Twoją sytuację i zasługujesz na kompensatę.

Rada numer trzy: W razie wątpliwości, poproś o opinię uzupełniającą biegłego. Zadaj konkretne pytanie: „W jakim stopniu obecne ograniczenia są skutkiem urazu z [data], a w jakim stopniu schorzeń samoistnych?”. Biegli potrafią to rozdzielić.

Rada numer cztery: Gdy ubezpieczyciel podnosi ten argument, nie akceptuj pierwszej propozycji. Często to tylko próba zbicia ceny. W sprawie, o której piszę, ubezpieczyciel chciał obniżyć zadośćuczynienie z 17.600 zł do 10.100 zł. Gdyby powódka się poddała, straciłaby 7.500 zł. Sąd oddalił apelację i powódka dostała pełną kwotę plus koszty procesu.

Moje przemyślenie na koniec

Po latach praktyki dostrzegam wyraźny wzorzec: ubezpieczyciele systematycznie próbują wykorzystać naturalny proces starzenia się organizmu jako argument przeciwko poszkodowanym. To działa jak psychologiczna gra – „Pan ma 60 lat, kolana Panu trzeszczą, to normalne, po co płacić zadośćuczynienie?”.

Ale prawo patrzy na to inaczej. Jeśli przed wypadkiem chodziłeś o własnych siłach, a po wypadku potrzebujesz kuli – nie ma znaczenia, że masz 60 lat i artrозę. Wypadek pogorszył Twoją sytuację życiową i za to należy Ci się kompensata.

Sprawa z Sądu Okręgowego w Poznaniu (II Ca 748/22) to piękny przykład, jak sądy potrafią oddzielić ziarno od plew. Nie daj się zastraszyć argumentem o „chorobach samoistnych”. To często tylko taktyka negocjacyjna.

A jakie są Wasze doświadczenia z takimi argumentami ubezpieczycieli? Spotkaliście się z próbami zrzucenia wszystkiego na „wiek i choroby”?


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Zalanie budynku – jak udokumentować szkodę, żeby nie stracić odszkodowania?

Wprowadzenie

Wyobraźcie sobie, że wracacie do domu i widzicie wodę na podłodze. Zalanie. Panika. Co robić? Zadzwonić po hydraulika? Zacząć sprzątać? Robić zdjęcia?

Z mojego doświadczenia wynika, że pierwsze godziny po szkodzie są kluczowe dla późniejszego dochodzenia odszkodowania. To, co zrobicie (albo czego nie zrobicie) w tym czasie, może zadecydować o tym, czy dostaniecie pełne odszkodowanie, czy tylko jego część.

Dziś opowiem Wam o sprawie, w której poszkodowany zrobił prawie wszystko dobrze. Dzięki temu wygrał w sądzie i dostał o 77 tysięcy złotych więcej, niż oferował ubezpieczyciel. Co zrobił dobrze? Zaraz przeczytacie.

Historia zalania

Kwiecień 2016 roku. Pan W. buduje dom w Jeziorach Małych pod Poznaniem. Zlecił montaż basenu renomowanej firmie budowlanej. Wszystko wydawało się pod kontrolą. Prace przy basenie zostały ukończone.

Ale 25 kwietnia 2016 r. pojawiły się wykwity wilgoci na ścianach na niższym poziomie budynku. Okazało się, że pracownik wykonawcy nie dokręcił śrubunku przy dysży przeciwprądów. Woda przeciekała przez 2-4 tygodnie i zalała pięć pomieszczeń: maszynownię basenową, pomieszczenie gospodarcze, salę do bilarda, winiarnię i hol.

Szkody były poważne:

  • Zawilgocone i napuchnięte ściany
  • Zniszczone posadzki (pod którymi było ogrzewanie podłogowe)
  • Wypaczone panele boazeryjne
  • Uszkodzone drzwi i ościeżnice

Co zrobił poszkodowany? Oto lista:

Krok 1: Natychmiastowe zgłoszenie szkody

28 kwietnia 2016 r. – poszkodowany zgłosił szkodę ubezpieczycielowi. Nie zwlekał, nie czekał „aż wyschnie”, nie próbował najpierw sam naprawić. Od razu zgłosił.

To było kluczowe z dwóch powodów:

Po pierwsze: 30-dniowy termin na wypłatę odszkodowania liczy się od zgłoszenia szkody (art. 812 k.c.). Im wcześniej zgłosicie, tym wcześniej możecie żądać wypłaty.

Po drugie: Późne zgłoszenie szkody może budzić podejrzenia ubezpieczyciela. „Czemu zgłosili dopiero po miesiącu? Może sami coś schrzanili w międzyczasie?”

Jak zgłosić szkodę?

  • E-mailem – zachowajcie potwierdzenie wysłania i odbioru
  • Osobiście – poproście o potwierdzenie na piśmie z datą i podpisem
  • Telefonicznie – wyślijcie potem e-mail potwierdzający, co zgłosiliście

W opisywanej sprawie poszkodowany zgłosił szkodę i dostał oświadczenie od wykonawcy robót z 28.04.2016 r., w którym potwierdzono zgłoszenie i zarejestrowanie szkody. To był dowód w sądzie.

Krok 2: Dokumentacja zdjęciowa

Poszkodowany zrobił setki zdjęć. Może nawet więcej, niż potrzeba. Ale lepiej za dużo niż za mało.

Zdjęcia dokumentowały:

  • Wykwity wilgoci na ścianach
  • Napuchnięte panele i drzwi
  • Zawilgocone posadzki
  • Miejsce nieszczelności (dyszę przeciwprądów)

Zdjęcia załączył do akt sprawy. Sąd i biegły mogli zobaczyć na własne oczy, jak wyglądała szkoda.

Co fotografować?

  • Miejsce powstania szkody – skąd lała się woda, co było uszkodzone
  • Zakres szkody – jak daleko sięgało zalanie, które pomieszczenia
  • Szczegóły uszkodzeń – pęknięcia, plamy, wypaczenia
  • Dla skali – zdjęcia z linijką, metrem, albo z przedmiotami dla porównania (np. długopis obok pęknięcia)

Róbcie zdjęcia z różnych kątów, z bliska i z daleka. Im więcej, tym lepiej.

Krok 3: Świadkowie

Poszkodowany miał szczęście: dwóch świadków widziało zalanie na własne oczy. Przyjechali tego samego dnia, gdy ujawniła się wilgoć. Widzieli wykwity na ścianach, napuchnięte panele, zawilgocone pomieszczenia.

Ci świadkowie zeznawali potem w sądzie. Potwierdzili zakres szkody. To było kluczowe, bo ubezpieczyciel próbował kwestionować, czy rzeczywiście wszystkie uszkodzenia powstały w wyniku tego zalania.

Kto może być świadkiem?

  • Sąsiedzi – jeśli widzieli zalanie
  • Rodzina, przyjaciele – jeśli byli na miejscu
  • Fachowcy – hydraulik, elektryk, ekipa remontowa (o tym zaraz)

Nie musicie formalnie „zabezpieczać” świadków. Po prostu zapamiętajcie, kto był na miejscu. Potem możecie ich wezwać do sądu (albo prosić o pisemne oświadczenie dla ubezpieczyciela).

Krok 4: Natychmiastowe działanie – osuszanie

Poszkodowany nie czekał na decyzję ubezpieczyciela. Wiedział, że im dłużej pomieszczenia będą zawilgocone, tym większe będą szkody (pleśń, grzyb, dalsze pękanie).

Już w maju 2016 r. zlecił osuszanie specjalistycznej firmie. Osuszanie trwało 3-5 tygodni i kosztowało 45.149 zł.

Ubezpieczyciel potem próbował kwestionować te koszty: „Może było za drogo? Może można było taniej?”

Ale biegły sądowy potwierdził: metoda osuszania była prawidłowa, koszty były uzasadnione. Poszkodowany dostał pełne odszkodowanie za osuszanie.

Co robić od razu po szkodzie?

  • Zabezpieczcie miejsce – zamknijcie dopływ wody, wyłączcie prąd (jeśli trzeba)
  • Wezwijcie fachowców – hydraulika, firmę osuszającą, elektryka
  • Dokumentujcie wszystko – każda faktura, każda usługa

Nie czekajcie na zgodę ubezpieczyciela. Art. 826 § 1 k.c. mówi wyraźnie:

„Ubezpieczający i ubezpieczony obowiązani są zrobić wszystko, co jest konieczne dla zmniejszenia szkody.”

Jeśli zaniedbaliście zapobieżenie dalszym szkodom (np. nie osuszyliście pomieszczeń i powstała pleśń), ubezpieczyciel może odmówić wypłaty za te dodatkowe szkody.

Krok 5: Zbieranie faktur i dokumentacji

Poszkodowany prowadził prace naprawcze przez kilka miesięcy. I za każdą usługę, każdy zakup materiałów zbierał faktury VAT.

Lista faktur z tej sprawy:

  • Osuszanie: 45.149 zł (firma (…))
  • Roboty budowlane: 75.000 zł (spółka (…) sp. j.)
  • Roboty stolarskie: 41.943 zł (stolarz R.K.)
  • Roboty płytkarskie: 29.153 zł (płytkarz A.M.)
  • Płytki gresowe: 2.957 zł (zakup)
  • Roboty malarskie: 25.523 zł (malarz W.S.)
  • Demontaż sufitu: 1.214 zł (firma M.K.)

Łącznie: 220.939 zł w fakturach.

Ale poszkodowany nie poprzestał na fakturach. Miał też:

  • Kosztorysy przed wykonaniem prac
  • Oświadczenia wykonawców o zakresie prac
  • Zdjęcia w trakcie i po pracach

To wszystko załączył do akt sprawy. Biegły mógł zweryfikować, czy prace były konieczne i czy ceny były rynkowe.

Jakie dokumenty zbierać?

  • Faktury VAT – zawsze z dokładnym opisem usługi/towaru
  • Kosztorysy – przed rozpoczęciem prac (żeby później nie było zarzutów „za drogo”)
  • Umowy – z wykonawcami, jeśli są
  • Protokoły odbioru – potwierdzenie wykonania prac
  • Rachunki – nawet za drobne zakupy (np. farby, narzędzia)

Ubezpieczyciel może próbować kwestionować każdą pozycję. Wasza broń to dokumentacja.

Krok 6: Świadkowie – ekipy remontowe

To był geniusz poszkodowanego. Wezwał do sądu wszystkich wykonawców, którzy pracowali przy naprawie szkody:

  • Firmę osuszającą
  • Stolarza
  • Płytkarza
  • Malarza

Każdy z nich zeznawał jako świadek. Potwierdzał:

  • Jaki był zakres uszkodzeń
  • Jakie prace były konieczne
  • Czy można było naprawić taniej (nie)
  • Czy ceny były rynkowe (tak)

Ubezpieczyciel próbował kwestionować np. wymianę płytek w całym pomieszczeniu. Twierdził, że wystarczyło wymienić tylko uszkodzone płytki.

Płytkarz zeznał: „Nowa partia płytek miała inny odcień. Różnica była widoczna gołym okiem. Nie dało się tego połączyć.”

Biegły to potwierdził. Ubezpieczyciel przegrał.

Dlaczego świadkowie-fachowcy są ważni?

Bo ubezpieczyciel często zarzuca: „To było niepotrzebne”, „Można było taniej”, „To zrobiono na wyrost”.

Świadek-fachowiec odpowiada: „Nie, to było konieczne, bo…” I wyjaśnia dlaczego.

Sąd ufa fachowcom. Zwłaszcza jeśli ich zeznania są spójne i logiczne.

Krok 7: Cierpliwość i konsekwencja

Ubezpieczyciel wypłacał odszkodowanie etapami:

  • Maj 2016: odmowa
  • Czerwiec 2016: 40.048 zł
  • Sierpień 2016: 59.307 zł
  • Sierpień 2016: 13.046 zł
  • Marzec 2017: 7.752 zł

Łącznie: 120.154 zł. I ubezpieczyciel stwierdził: „To wszystko, koniec.”

Poszkodowany wiedział, że to za mało. Wysłał odwołanie, żądając dopłaty 116.041 zł. Ubezpieczyciel odmówił.

Więc poszkodowany wytoczył powództwo.

Lipiec 2017 – czerwiec 2020: proces trwał prawie 3 lata.

Ale poszkodowany nie odpuścił. I wygrał. Sąd zasądził dodatkowe 76.609 zł (plus odsetki od maja 2016).

Czy warto było czekać 3 lata?

Policzmy:

  • Dodatkowe odszkodowanie: 76.609 zł
  • Odsetki (maj 2016 – czerwiec 2020, około 4 lata, średnio 7%): około 21.450 zł
  • Łącznie: około 98.000 zł

Za 3 lata procesu? Moim zdaniem – tak, warto było.

Błędy, których uniknął poszkodowany

Widziałem wiele spraw, gdzie poszkodowani popełnili błędy, które kosztowały ich dziesiątki tysięcy złotych. Oto czego NIE robić:

Błąd 1: Brak zgłoszenia szkody

Niektórzy próbują załatwić sprawę „po cichu” ze sprawcą. „Przecież jesteśmy umówieni, zapłaci mi.” A potem sprawca znika, telefon nie odpowiada…

Zawsze zgłaszajcie szkodę ubezpieczycielowi. Od razu.

Błąd 2: Brak dokumentacji zdjęciowej

„Po co robić zdjęcia? Przecież widać, że było zalanie.”

A potem w sądzie ubezpieczyciel mówi: „Nie widzimy dowodów na to, że szkoda była tak duża.”

Błąd 3: Naprawa bez faktur

„Poprosiłem kumpla, naprawił, zapłaciłem gotówką.”

A potem nie macie dowodu, ile kosztowała naprawa.

Błąd 4: Zgoda na zaniżone odszkodowanie

Ubezpieczyciel oferuje 50 tysięcy, a szkoda wynosi 150 tysięcy. Ale poszkodowany myśli: „Lepsze 50 tysięcy teraz niż walka w sądzie.”

Tymczasem różnica to 100 tysięcy złotych. Czy to nie warte walki?

Błąd 5: Rezygnacja po pierwszej odmowie

Ubezpieczyciel odmawia wypłaty. Poszkodowany: „No trudno, nie mam szans.”

A prawda jest taka: większość odmów ubezpieczycieli jest nieuzasadniona. W sądzie często wygrywają poszkodowani.

Moja lista kontrolna po szkodzie

Oto co radzę robić po zalaniu (lub innej szkodzie):

W pierwszej godzinie:

  • Zabezpieczyć miejsce (zamknąć wodę, wyłączyć prąd)
  • Zrobić zdjęcia (dużo zdjęć!)
  • Powiadomić świadków, żeby zobaczyli na własne oczy

Pierwszego dnia:

  • Zgłosić szkodę ubezpieczycielowi (e-mail + telefon)
  • Wezwać fachowców (hydraulik, firma osuszająca)
  • Zrobić pierwsze notatki (co, gdzie, kiedy)

W pierwszym tygodniu:

  • Zlecić osuszanie/zapobieżenie dalszym szkodom
  • Zebrać oferty od firm remontowych
  • Przygotować listę świadków

W następnych miesiącach:

  • Zbierać wszystkie faktury i dokumenty
  • Prowadzić korespondencję z ubezpieczycielem
  • Nie przyjmować zaniżonych ofert

Jeśli ubezpieczyciel odmawia lub zaniża:

  • Konsultacja z prawnikiem
  • Wezwanie do zapłaty
  • Pozew do sądu

Refleksja

Ta sprawa pokazuje, że przygotowanie i dokumentacja to klucz do sukcesu. Poszkodowany zrobił wszystko, co trzeba:

  • Zgłosił szkodę od razu
  • Zrobił dokumentację zdjęciową
  • Zabezpieczył świadków
  • Zebrał faktury i kosztorysy
  • Nie odpuścił, gdy ubezpieczyciel zaniżał odszkodowanie

Efekt? Wygrał w sądzie i dostał o 77 tysięcy więcej, niż oferował ubezpieczyciel.

Czy to dużo pracy? Tak. Czy to się opłaca? Zdecydowanie.

Pamiętajcie: ubezpieczyciel ma swoje procedury, swoich rzeczoznawców, swoje „wytyczne”. Wy musicie mieć swoją dokumentację, swoich świadków, swoje dowody.

To nie jest walka na równych zasadach. Ale z dobrym przygotowaniem możecie wygrać.

Mieliście doświadczenia z zalaniem? Jak sobie poradziliście? Piszcie w komentarzach!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Ugoda przez telefon z ubezpieczycielem – wygoda czy pułapka? Co musisz wiedzieć, zanim powiesz „tak”

W praktyce naszej kancelarii coraz częściej spotykamy się z sytuacjami, w których klienci są zaskoczeni telefonem od ubezpieczyciela z propozycją szybkiego załatwienia sprawy. Ubezpieczyciel oferuje konkretną kwotę, sugeruje, że wystarczy powiedzieć „tak” i sprawa jest zamknięta. Brzmi kusząco – brak wizyt rzeczoznawcy, długiego czekania, papierologii. Ale wielu poszkodowanych odczuwa niepokój: czy to bezpieczne? Czy nie tracę jakichś praw? Co jeśli kwota okaże się za niska?

Ta sytuacja idealnie oddaje to, co obserwuję od kilku lat. Ubezpieczyciele coraz częściej proponują likwidację szkody „przez telefon”, zwłaszcza w drobniejszych sprawach. Jeden telefon, kilka minut rozmowy i sprawa załatwiona. Brzmi kusząco, prawda? Ale czy na pewno warto się na to zgodzić? A jeśli tak – na co koniecznie trzeba uważać?

Dziś chcę podzielić się z Wami tym, co wiem o ugodach telefonicznych z ubezpieczycielami – kiedy są dobrym rozwiązaniem, a kiedy mogą nas narazić na straty.

Czym właściwie jest ugoda telefoniczna?

Zacznijmy od podstaw. Ugoda to szczególny rodzaj umowy, uregulowany w art. 917 kodeksu cywilnego. Jej istota polega na tym, że obie strony czynią sobie wzajemne ustępstwa, aby zakończyć spór lub niepewność co do swoich praw. W praktyce oznacza to, że ubezpieczyciel proponuje Wam określoną kwotę, a Wy – akceptując ją – rezygnujecie z dalszych roszczeń w danej sprawie.

Jak to wygląda w praktyce? Ubezpieczyciel dzwoni do Was po zgłoszeniu szkody – powiedzmy, zalania mieszkania czy stłuczki na parkingu. Prosi o przesłanie zdjęć i opisu zdarzenia, czasem korzysta z aplikacji pozwalającej na oględziny „na żywo”. Na tej podstawie wycenia szkodę i proponuje konkretną kwotę. Jeśli się zgodzicie – sprawa zamknięta, pieniądze wpływają na konto.

Z mojego doświadczenia wynika, że ta forma likwidacji szkód staje się coraz bardziej popularna, zwłaszcza w drobniejszych sprawach – uszkodzenia samochodu do kilku tysięcy złotych, niewielkie zalania, drobne szkody w polisach NNW. Ubezpieczyciele oszczędzają czas i koszty wysyłki rzeczoznawców, a klienci – przynajmniej teoretycznie – otrzymują odszkodowanie szybciej.

Czy taka ugoda jest w ogóle skuteczna?

To pierwsze pytanie, które pada w rozmowach z klientami. Odpowiedź brzmi: tak, ugoda telefoniczna jest skuteczna, ale pod pewnymi warunkami. I tu zaczynają się niuanse, o których warto wiedzieć.

Kluczowa jest tutaj kwestia, czy jesteście konsumentem, czy nie. Jeśli zgłaszacie szkodę z własnej polisy (np. AC, ubezpieczenie mieszkania), to macie status konsumenta i obowiązują Was szczególne przepisy – ustawa o prawach konsumenta. Ubezpieczyciel musi wtedy spełnić szereg wymogów formalnych, żeby ugoda była ważna.

Po pierwsze, przedstawiciel ubezpieczyciela musi się przedstawić i wyraźnie powiedzieć, po co dzwoni. Po drugie, rozmowa powinna być nagrywana (oczywiście za Waszą zgodą), żeby było dowód na to, co ustalono. Po trzecie – i to najważniejsze – ustalenia muszą być potwierdzone na trwałym nośniku. Co to oznacza? E-mail, SMS, wydruk, plik PDF – coś, co pozwoli Wam później odtworzyć treść ugody w niezmienionej postaci.

Dopóki nie dostaniecie potwierdzenia na piśmie i nie zaakceptujecie go (np. podpisując elektronicznie lub odsyłając podpisany dokument), ugoda nie jest skuteczna. To ważne, bo często słyszę od klientów: „Ale ja przecież powiedziałem »tak« przez telefon, więc jestem związany, prawda?”. Nie do końca – bez potwierdzenia na piśmie to tylko wstępne ustalenia.

Co ciekawe, jeśli jesteście osobą poszkodowaną zgłaszającą się do ubezpieczyciela sprawcy (np. po wypadku komunikacyjnym), nie macie statusu konsumenta. W takim wypadku ugoda może być zawarta już w trakcie rozmowy telefonicznej, bez konieczności potwierdzenia na piśmie. Ubezpieczyciel musi jednak być w stanie udowodnić, że doszło do takiej ugody – stąd nagrania rozmów.

Na co koniecznie uważać przed zawarciem ugody?

Z praktyki wiem, że największym problemem jest pośpiech i presja. Przedstawiciel ubezpieczyciela dzwoni, proponuje kwotę i sugeruje, że „oferta jest ważna tylko teraz” albo „to ostatnia szansa na taką kwotę”. Nie dajcie się nabrać. Macie prawo do czasu na zastanowienie.

Moja rada: poproście o przesłanie propozycji e-mailem. Jeśli usłyszycie, że „to niemożliwe, musimy załatwić to teraz”, to czerwona lampka. Poważny ubezpieczyciel zawsze prześle Wam warunki na piśmie.

Po drugie, sprawdźcie, ile rzeczywiście będzie kosztowała naprawa. Jeśli chodzi o samochód – zadzwońcie do warsztatu i zapytajcie o wycenę po oględzinach. Jeśli o zalane mieszkanie – skontaktujcie się z fachowcem, który wykona remont. Dopiero mając konkretne kwoty, możecie ocenić, czy propozycja ubezpieczyciela jest uczciwa.

W praktyce naszej kancelarii zdarzały się sprawy, gdzie klient zaakceptował propozycję 4 tysięcy złotych za naprawę samochodu po stłuczce. Okazało się, że warsztat wycenił szkodę na 6,5 tysiąca. Poszkodowany wrócił do ubezpieczyciela z prośbą o dopłatę, ale usłyszał: „Zawarliście ugodę, sprawa zamknięta”. Na szczęście udało się wykazać, że ugoda została zawarta pod wpływem błędu (o tym za chwilę), ale to była długa i nerwowa droga.

Kolejna pułapka: zrzeczenie się wszelkich roszczeń. Często w treści ugody pojawia się sformułowanie w stylu: „Strona przyjmując odszkodowanie zrzeka się wszelkich dalszych roszczeń”. Brzmi niewinnie, ale może oznaczać, że nie będziecie mogli domagać się dopłaty, nawet jeśli okaże się, że szkoda była większa. Czytajcie uważnie!

Co zrobić, jeśli ugoda okazała się nieopłacalna?

Powiedzmy, że zawarliście ugodę, a po kilku dniach okazało się, że kwota nie wystarcza. Czy macie jakieś wyjście?

Jeśli jesteście konsumentem, to tak – macie 14 dni na odstąpienie od ugody bez podania przyczyny. To wynika z ustawy o prawach konsumenta. Wystarczy wysłać oświadczenie do ubezpieczyciela (najlepiej listem poleconym lub e-mailem) i sprawa wraca do punktu wyjścia. Ubezpieczyciel musi dalej prowadzić zwykłe postępowanie likwidacyjne.

Jeśli nie jesteście konsumentem (np. poszkodowany zgłaszający się do OC sprawcy), pozostaje uchylenie się od ugody z powodu błędu. To trudniejsza droga, bo trzeba wykazać, że ugoda została zawarta na podstawie błędnego wyobrażenia o stanie faktycznym, który obie strony uznawały za niewątpliwy. Przykład? Ubezpieczyciel oszacował szkodę na 5 tysięcy, a po dokładniejszych oględzinach okazało się, że uszkodzenia są znacznie poważniejsze i wymagają wymiany części, których na zdjęciach nie było widać. W takiej sytuacji można argumentować, że gdyby strony wiedziały o prawdziwym stanie rzeczy, nie doszłoby do ugody.

Ważne: na złożenie oświadczenia o uchyleniu się od ugody macie rok od wykrycia błędu. Termin liczony jest od momentu, gdy dowiedzieliście się o prawdziwym stanie rzeczy.

Moja rada: kiedy warto, a kiedy nie?

Z doświadczenia wiem, że ugoda telefoniczna może być dobrym rozwiązaniem, jeśli:

  • Szkoda jest rzeczywiście drobna i macie pewność, że proponowana kwota wystarczy,
  • Znacie koszty naprawy – zweryfikowaliście je u fachowca,
  • Ubezpieczyciel nie wywiera presji i daje Wam czas na przemyślenie,
  • Warunki ugody są jasne i nie zawierają podejrzanych zapisów o zrzeczeniu się roszczeń.

Nie zawierajcie ugody, jeśli:

  • Nie znacie rzeczywistych kosztów naprawy – to strzał w ciemno,
  • Czujecie presję ze strony ubezpieczyciela („oferta ważna tylko dziś”),
  • Szkoda może okazać się większa niż na pierwszy rzut oka (np. niewidoczne uszkodzenia samochodu),
  • Macie wątpliwości co do warunków – lepiej poczekać i skonsultować się z prawnikiem.

Pamiętajcie też o kwocie bezspornej. Jeśli ubezpieczyciel proponuje ugodę, a Wy nie jesteście pewni, możecie negocjować wypłatę części bezspornej, zastrzegając, że to nie zamyka sprawy. Wtedy otrzymujecie część pieniędzy od razu, a dalsze postępowanie likwidacyjne toczy się normalnie.

Podsumowanie: wygoda tak, ale z głową

Ugody telefoniczne to wygodne narzędzie, które przyspiesza likwidację szkód i oszczędza czas obu stronom. Ale – jak to w prawie – diabeł tkwi w szczegółach. Nie dajcie się zwieść prostotą procesu i nie podejmujcie pochopnych decyzji pod wpływem presji.

Moja złota zasada brzmi: jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, nie zawieraj ugody. Lepiej poczekać kilka dni dłużej na tradycyjną wycenę przez rzeczoznawcę, niż potem żałować, że zgodziłeś się na zbyt niską kwotę.

A jakie są Wasze doświadczenia z ugodami telefonicznymi? Zawieraliście kiedyś taką umowę z ubezpieczycielem? Podzielcie się swoimi historiami w komentarzach – chętnie o nich przeczytam i może pomogę rozwiązać wątpliwości!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa wymaga indywidualnej analizy, dlatego zapraszam do kontaktu z naszą kancelarią.

Dlaczego ubezpieczyciel chce Ci odjąć 30 lat życia Twojego domu? O amortyzacji, której nie ma w umowie

Wprowadzenie

Dziś chcę Wam opowiedzieć o sprawie, która doskonale pokazuje, jak ubezpieczyciele potrafią „kreatywnie” interpretować własne Ogólne Warunki Umowy. Dom został zalany podczas powodzi. Ubezpieczyciel wypłacił 13 tysięcy złotych. Problem? Rzeczywista szkoda wyniosła ponad 66 tysięcy. Dlaczego taka różnica? Bo ubezpieczyciel postanowił, że skoro dom ma ponad 30 lat, to… trzeba zastosować amortyzację. Tylko że w umowie o tym ani słowa.

To fascynujący przykład tego, jak ubezpieczyciele próbują zmniejszyć swoje zobowiązania, stosując przepisy, które w danej sytuacji w ogóle nie powinny mieć zastosowania.

Różnica między „naprawą” a „odbudową” – diabeł tkwi w szczegółach

Z mojego doświadczenia wiem, że większość ludzi kupując polisę nie czyta Ogólnych Warunków Ubezpieczenia. I szczerze mówiąc – trudno się dziwić. Te dokumenty są napisane językiem, który wymaga niemal prawniczego wykształcenia, żeby je zrozumieć.

W sprawie, o której mówię, kluczowe okazało się rozróżnienie dwóch pojęć:

  • Koszt naprawy – czyli przywrócenie uszkodzonych elementów do stanu sprzed szkody
  • Koszt odbudowy – czyli wybudowanie od nowa zniszczonego budynku

Brzmi podobnie? Ale różnica jest kolosalna, zwłaszcza dla Waszego portfela.

OWU, które obowiązywały w tej sprawie, jasno wskazywały: wysokość szkody dla domu jednorodzinnego ustala się ALBO jako koszt naprawy, ALBO jako koszt odbudowy. To słówko „albo” jest tu kluczowe – oznacza, że to dwie różne ścieżki wyceny, nie jedna.

I tu zaczyna się najciekawsze. W przypadku kosztu odbudowy OWU szczegółowo opisywały, jak należy obliczyć odszkodowanie – łącznie z tym, że dla budynków starszych niż 30 lat trzeba uwzględnić stopień technicznego zużycia (tak zwaną amortyzację). Ale – i to jest kluczowe – dla kosztu naprawy takiego zapisu nie było.

Taktyka ubezpieczyciela: „A może jednak zastosujemy amortyzację?”

Szkoda polegała na zalaniu. Nie było potrzeby odbudowy – budynek stał, konstrukcja była nienaruszona. Trzeba było „tylko” wymienić uszkodzone elementy wykończeniowe: tynki, posadzki, glazurę, grzejniki.

Jasna sprawa – koszt naprawy, prawda?

Ale ubezpieczyciel myślał inaczej. Argumentował, że skoro budynek został wybudowany w latach 60-tych XX wieku, to mimo że mówimy o naprawie, należy zastosować amortyzację przewidzianą dla odbudowy. Dlaczego? Bo tak im się podobało.

Z praktyki wiem, że to częsta taktyka. Ubezpieczyciel stosuje przepisy korzystne dla siebie, nawet jeśli logika i układ OWU wskazują coś zupełnie innego. Liczy na to, że poszkodowany:

  • Nie zna szczegółów swojej polisy
  • Nie ma siły walczyć
  • Przyjmie pierwszą propozycję, bo „coś tam zawsze dostanę”

Co ciekawe… sam ubezpieczyciel nie stosował amortyzacji

I tu dochodzi do kuriozalnej sytuacji. Kiedy biegły sądowy przeanalizował kosztorys sporządzony przez samego ubezpieczyciela (ten, na podstawie którego wypłacono owe 13 tysięcy), okazało się, że… ubezpieczyciel sam nie zastosował amortyzacji!

Dopiero w procesie sądowym, kiedy powódka domagała się pełnego odszkodowania, nagle pojawił się argument o konieczności uwzględnienia „norm zużycia technicznego budynków”. Swoją drogą, to świetnie pokazuje, jak często ubezpieczyciele zmieniają argumentację w zależności od tego, co jest im w danym momencie na rękę.

Sąd nie dał się nabrać. W uzasadnieniu wyroku sędzia jasno stwierdził: konstrukcja OWU jednoznacznie wskazuje, że amortyzacja dotyczy wyłącznie kosztów odbudowy, nie naprawy. Spójnik „albo” oznacza dwie różne ścieżki, nie jedną. A skoro mówimy o naprawie – amortyzacja nie ma zastosowania.

Moja rada: czytaj OWU jak księgę zasad gry

Prowadzę tego bloga od lat i zawsze powtarzam: Ogólne Warunki Ubezpieczenia to Wasza Biblia. To one określają, co Wam się należy i na jakich zasadach.

Ale jest haczyk – OWU są pisane przez ubezpieczycieli. A ubezpieczyciele, choć świadczą ważną usługę, są jednak biznesem nastawionym na zysk. Więc czasem konstrukcja zdań, użyte sformułowania czy układ graficzny są tak skomplikowane, że trudno się w tym połapać.

Co możecie zrobić?

  1. Pytajcie przed podpisaniem umowy – agent ma obowiązek wyjaśnić Wam wszystkie niejasności
  2. Zapisujcie ustne zapewnienia – mail potwierdzający „jak pan agent powiedział” może być bezcenny
  3. W razie sporu – zasada in dubio pro consumatore – każda niejasność w OWU powinna być interpretowana na korzyść konsumenta (was!)

W tej sprawie Sąd powołał się właśnie na tę zasadę. Art. 385 § 2 Kodeksu cywilnego mówi jasno: wzorzec umowy powinien być sformułowany jednoznacznie i zrozumiale, a postanowienia niejednoznaczne tłumaczy się na korzyść konsumenta.

Ile to wszystko trwało?

Pozew został złożony w kwietniu 2012 roku. Wyrok Sądu pierwszej instancji – luty 2014. Wyrok Sądu drugiej instancji – sierpień 2014.

Ponad dwa lata walki o należne odszkodowanie.

A wiesz co? Mogło w ogóle nie być procesu, gdyby ubezpieczyciel rzetelnie zastosował przepisy własnych OWU już na etapie likwidacji szkody.

Podsumowanie: nie daj się „zamortyzować”

Sprawy odszkodowawcze to moja pasja, bo widzę w nich coś więcej niż tylko suche paragrafy. Widzę ludzi, którzy stracili dorobek życia w powodzi, pożarze czy wypadku. I widzę ubezpieczycieli, którzy zbyt często próbują wykorzystać przewagę informacyjną i finansową nad poszkodowanym.

Ta sprawa doskonale pokazuje, dlaczego warto walczyć o swoje. Różnica między tym, co ubezpieczyciel chciał zapłacić (13 tysięcy), a tym co ostatecznie zapłacił (53 tysiące) to 40 tysięcy złotych. To kwota, która dla wielu rodzin oznacza realną możliwość naprawienia domu i powrotu do normalności.

A wszystko dlatego, że ktoś uważnie przeczytał umowę i nie dał się zastraszyć enigmatycznymi zapisami OWU.



Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Istotny pogląd Rzecznika Finansowego – potężna broń w sporze z ubezpieczycielem, którą warto znać

Pamiętam, jak kilka lat temu prowadziłem sprawę odszkodowawczą, która wydawała się przegrana. Sąd Okręgowy oddalił powództwo mojego klienta, ubezpieczyciel świętował zwycięstwo, a ja zastanawiałem się, jak podważyć argumentację, która – choć niesprawiedliwa – brzmiała na sali sądowej przekonująco. Wtedy sięgnąłem po narzędzie, o którym wielu poszkodowanych nawet nie słyszało: istotny pogląd Rzecznika Finansowego. I to właśnie ten dokument pomógł nam wygrać w apelacji.

Dziś chcę podzielić się z Wami tym, czym jest istotny pogląd, kiedy warto po niego sięgnąć i – co najważniejsze – jak może odmienić losy Waszej sprawy z ubezpieczycielem.

Czym właściwie jest istotny pogląd Rzecznika Finansowego?

Zacznijmy od podstaw. Istotny pogląd to materiał opiniodawczy o charakterze pomocniczym, wydawany przez Rzecznika Finansowego. Brzmi skomplikowanie? W praktyce jest prościej: to dokument, w którym Rzecznik – jako specjalista od sporów finansowych – przedstawia swoją opinię na temat kwestii prawnej istotnej dla Waszej sprawy.

Co ciekawe, istotny pogląd nie jest wiążący dla sądu. Sędzia nie musi się z nim zgodzić. Ale – i tu jest haczyk – sąd powinien się do niego ustosunkować w uzasadnieniu wyroku. To oznacza, że jeśli Rzecznik stanie po Waszej stronie, sędzia nie może po prostu zignorować jego argumentów. Musi się z nimi zmierzyć, a w praktyce często przekonuje się do stanowiska Rzecznika.

Kiedy warto po niego sięgnąć?

Z mojego doświadczenia wynika, że istotny pogląd to świetne narzędzie w trudnych sprawach związanych ze skomplikowanym stanem prawnym lub faktycznym. Jeśli Wasza sprawa dotyczy np. zasad ustalania odszkodowania po wypadku, interpretacji postanowień OWU, czy kwestii związanych z regresem ubezpieczeniowym – istotny pogląd może być strzałem w dziesiątkę.

Rzecznik Finansowy specjalizuje się w sporach finansowych, zna zawiłości przepisów o ubezpieczeniach i – co najważniejsze – stoi po stronie konsumentów. Sąd z bardzo wysokim prawdopodobieństwem może przychylić się do jego stanowiska, zwłaszcza jeśli argumentacja jest solidna i oparta na orzecznictwie.

Jak uzyskać istotny pogląd? Instrukcja krok po kroku

Procedura nie jest skomplikowana, ale wymaga konsekwencji. Oto, co musicie zrobić:

Krok 1: Wystąpcie z powództwem do sądu

Najpierw musicie wnieść pozew przeciwko ubezpieczycielowi. W przygotowaniu roszczeń mogą Wam pomóc:

  • Argumenty przedstawiane przez Rzecznika na etapie postępowania interwencyjnego (jeśli wcześniej zgłaszaliście sprawę do Rzecznika),
  • Opinia wydana po postępowaniu polubownym, jeśli zakończyło się brakiem porozumienia.

Krok 2: Poczekajcie na pierwszą wymianę pism procesowych

Proces musi się rozwinąć – pozew, odpowiedź na pozew, ewentualne pisma przygotowawcze. Dopiero po pierwszej wymianie pism warto składać wniosek o istotny pogląd. Dlaczego? Bo Rzecznik potrzebuje pełnego obrazu sprawy, żeby wydać opinię trafioną w sedno.

Krok 3: Przygotujcie i złóżcie wniosek

Koniecznie załączcie:

  • Kopię dokumentacji procesowej (pozew, odpowiedź na pozew, wszystkie pisma procesowe),
  • Korespondencję z ubezpieczycielem oraz umowę, regulamin, OWU, załączniki, aneksy itp. (jeśli Rzecznik nie zajmował się wcześniej sprawą),
  • Pełnomocnictwo (jeśli wniosek składa prawnik).

Wniosek i dokumenty możecie wysłać:

  • Pocztą na adres: Biuro Rzecznika Finansowego, ul. Nowogrodzka 47A, 00-695 Warszawa
  • E-mailem na: biuro@rf.gov.pl (załącznik nie może przekraczać 20 MB, a wniosek musi zawierać własnoręczny podpis lub podpis elektroniczny)

Ważne: W treści wniosku koniecznie określcie datę rozprawy, jeśli jest już wyznaczona. Nie znacie terminu? Przekażcie go Rzecznikowi natychmiast, gdy się dowiecie – najlepiej mailem z tytułem „Istotny pogląd – termin rozprawy”.

Plusy i minusy: moje doświadczenia z istotnym poglądem

Jak każde narzędzie prawne, istotny pogląd ma swoje zalety i wady. Z praktyki naszej kancelarii wynika, że największym plusem jest autorytet Rzecznika Finansowego. Gdy sąd otrzymuje taki dokument, traktuje go poważnie – to nie jest opinia dowolnego eksperta, ale stanowisko organu stojącego na straży praw konsumentów.

Największym minusem? Czas. Procedura trwa bardzo długo, bo Biuro Rzecznika jest mocno obciążone sprawami. W jednej z moich spraw oczekiwanie na istotny pogląd zajęło wiele miesięcy. Na szczęście proces toczył się równolegle, więc ostatecznie istotny pogląd trafił do akt akurat na czas – jako wsparcie dla apelacji.

Historia, która odmienia perspektywę

Opowiem Wam o jednej sprawie, która utkwiła mi w pamięci. Kancelaria reprezentowała klienta w sporze z ubezpieczycielem o zasadę odpowiedzialności za skutki pożaru podczas postoju pojazdu. Sprawa była skomplikowana – Sąd Okręgowy przychylił się do argumentacji ubezpieczyciela i oddalił powództwo.

Nie poddaliśmy się. Wnieśliśmy apelację, a równocześnie – jeszcze w toku postępowania przed sądem I instancji – złożyliśmy wniosek o istotny pogląd. Czekaliśmy miesiącami, ale w końcu przyszedł. Rzecznik Finansowy szczegółowo rozpisał, dlaczego stanowisko ubezpieczyciela jest błędne i jak prawidłowo powinno się interpretować przepisy.

Efekt? Sąd Apelacyjny zmienił wyrok Sądu Okręgowego i przyznał mojemu klientowi znacznie wyższe odszkodowanie – dokładnie zgodnie z tym, o co wnosiliśmy. Istotny pogląd okazał się kluczowy – argumenty Rzecznika przekonały sędziów, że nasza interpretacja jest słuszna.

Moja rada: kiedy po to sięgnąć?

Z doświadczenia wiem, że istotny pogląd to nie narzędzie na każdą sprawę. Warto po niego sięgnąć, gdy:

  • Stan prawny jest skomplikowany i wymaga dogłębnej analizy przepisów,
  • Ubezpieczyciel stosuje wątpliwą interpretację postanowień umowy lub OWU,
  • Sprawa dotyczy zagadnienia precedensowego, które może mieć znaczenie dla wielu podobnych sporów,
  • Macie czas – jeśli sprawa toczy się w sądzie apelacyjnym lub kasacyjnym, czekanie na istotny pogląd ma sens.

Czego unikać? Nie składajcie wniosku, jeśli:

  • Sprawa jest prosta i nie wymaga zaawansowanej analizy prawnej,
  • Termin rozprawy jest bliski, a Rzecznik nie zdąży wydać opinii,
  • Nie macie cierpliwości – procedura jest długa i wymaga czekania.

Podsumowanie: narzędzie warte uwagi

Istotny pogląd Rzecznika Finansowego to potężna broń w sporze z ubezpieczycielem, o której warto wiedzieć. Nie jest panaceum na wszystkie problemy, ale w skomplikowanych sprawach – zwłaszcza na etapie apelacji – może odmienić losy procesu. Z praktyki naszej kancelarii wynika, że sądy traktują stanowisko Rzecznika z dużym szacunkiem, a to zwiększa Wasze szanse na wygraną.

Czy warto po to sięgnąć? Jeśli Wasza sprawa jest złożona, a ubezpieczyciel stosuje wątpliwą interpretację przepisów – zdecydowanie tak. Przygotujcie się na czekanie, ale nie dajcie się zniechęcić. Czasem to właśnie cierpliwość i konsekwencja przynoszą efekty.

A jakie są Wasze doświadczenia z Rzecznikiem Finansowym? Składaliście kiedyś wniosek o istotny pogląd? Podzielcie się swoimi historiami w komentarzach – chętnie o nich przeczytam!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa wymaga indywidualnej analizy, dlatego zapraszam do kontaktu z naszą kancelarią.