Ubezpieczyciel oferuje pomoc? Sprawdź, co to naprawdę znaczy

Wprowadzenie

„W przypadku trudności z nabyciem części w cenach podanych w kosztorysie, prosimy o kontakt.” Zdanie, które pojawia się w dziesiątkach tysięcy pism likwidacyjnych rocznie. Brzmi pomocnie, prawda? Ubezpieczyciel wyciąga rękę, oferuje wsparcie, pokazuje, że dba o poszkodowanego.

Po latach obserwacji mechanizmów działania ubezpieczycieli nauczyłem się jednego: gdy coś brzmi zbyt pięknie, żeby było prawdziwe – prawdopodobnie nie jest prawdziwe. I ta pozorna „pomoc” ubezpieczycieli to doskonały przykład zjawiska, które fascynuje mnie od lat. Z jednej strony – ubezpieczyciel formalnie oferuje coś, co wygląda jak pomoc. Z drugiej – w praktyce okazuje się, że skorzystanie z tej pomocy jest albo niemożliwe, albo wymaga od poszkodowanego ponadprzeciętnego wysiłku.

Niedawny wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu (II Ca 1941/21 z 19 stycznia 2022 r.) szczegółowo przeanalizował, czym jest realna oferta pomocy, a czym pozorna. I jego rozważania – moim zdaniem – powinien znać każdy poszkodowany, który dostał od ubezpieczyciela takie „pomocne” pismo.

Jak wygląda pozorna pomoc – sprawa z Leszna

Poszkodowana z Leszna dostała od ubezpieczyciela kosztorys naprawy V. Golfa. Na końcu dokumentu znalazł się dopisek:

„W przypadku trudności z nabyciem: – części oryginalnych w cenach podanych w niniejszym kosztorysie, – materiałów lakierniczych w cenach podanych w niniejszym kosztorysie, prosimy o kontakt z (…) S.A.”

Dołączono adres e-mail i numer telefonu.

Brzmi jak realna pomoc, prawda? Ubezpieczyciel mówi: „Jeśli będziecie mieli problem ze znalezieniem części po tych cenach – zgłoście się do nas, pomożemy”.

Poszkodowana postanowiła skorzystać z tej oferty. Próbowała się skontaktować, dopytać o szczegóły, uzyskać konkretne informacje o warsztatach i dostawcach części w Lesznie. I tu zaczęły się schody.

Korespondencja SMS-owa (która znalazła się w aktach sprawy) pokazała, że poszkodowana wielokrotnie pytała o konkretny warsztat w Lesznie, który mógłby wykonać naprawę. Ubezpieczyciel odpowiadał ogólnikami albo wcale. W końcu okazało się, że ubezpieczyciel nie był w stanie wskazać żadnego konkretnego warsztatu w miejscu zamieszkania poszkodowanej.

Sąd ocenił to jednoznacznie: „propozycja była fikcyjna”.

Czym jest realna oferta pomocy?

Po przeanalizowaniu tego wyroku doszedłem do wniosku, że realna oferta pomocy od ubezpieczyciela musi spełniać pięć podstawowych kryteriów:

1. Konkretność

Nie wystarczy napisać: „prosimy o kontakt w razie trudności”. Realna oferta zawiera:

  • Nazwę i adres konkretnego warsztatu naprawczego
  • Nazwę i adres konkretnego sklepu/dostawcy części
  • Konkretne numery części, które są dostępne
  • Konkretne ceny, po których są dostępne
  • Konkretny termin dostępności

Ogólniki typu „mamy umowy z dostawcami” to za mało.

2. Dostępność lokalna

Realna pomoc oznacza, że warsztat/sklep jest w rozsądnej odległości od miejsca zamieszkania poszkodowanego. Co to znaczy „rozsądna odległość”?

W sprawach komunikacyjnych przyjmuje się zwykle:

  • Do 20 km – bez problemu
  • 20-50 km – do zaakceptowania w mniejszych miejscowościach
  • Powyżej 50 km – wymaga szczególnego uzasadnienia

W sprawie z Leszna ubezpieczyciel nie był w stanie wskazać żadnego warsztatu na terenie Leszna ani okolicy. Sąd uznał to za dowód fikcyjności oferty.

3. Kompletność

Realna oferta obejmuje wszystkie elementy potrzebne do naprawy:

  • Wszystkie części oryginalne wymienione w kosztorysie
  • Wszystkie materiały lakiernicze
  • Robociznę (jeśli dotyczy warsztatu)
  • Ewentualną dostawę części do warsztatu

W sprawie z Leszna kosztorys ubezpieczyciela zawierał części nieoryginalne (P, PJ), a oferta rabatowa dotyczyła tylko części oryginalnych wymienionych w tym kosztorysie. Czyli poszkodowana mogła dostać z rabatem części, które i tak nie były wystarczające do pełnej naprawy. Resztę musiałaby kupić sama, bez rabatu.

Sąd zauważył: „W sytuacji, gdy pozwany uznawał, jak w rozpoznawanej sprawie, że można dokonać naprawy przy użyciu części nieoryginalnych, tylko takie części z rabatem – a nie rzeczywiście potrzebne do naprawy części oryginalne – otrzymałaby powódka.”

4. Prostota

Realna pomoc oznacza, że poszkodowany nie musi być koordynatorem skomplikowanego procesu. Wystarczy jeden kontakt, jedna decyzja – i wszystko się dzieje.

Pozorna pomoc wymaga od poszkodowanego:

  • Kontaktu z ubezpieczycielem
  • Otrzymania danych dostawców (może kilku różnych)
  • Kontaktu z każdym dostawcą osobno
  • Przesłania im kosztorysów
  • Zamówienia części
  • Organizacji dostawy części do warsztatu
  • Zakupu brakujących części (nie objętych rabatem) we własnym zakresie
  • Znalezienia warsztatu, który to wszystko złoży

Czy to jest pomoc, czy utrudnienie?

Sąd stwierdził wprost: „W rzeczywistości więc pozwany wymagał od powódki ponadprzeciętnej aktywności, wyrażającej się w konieczności kontaktowania się w procesie naprawiania szkody z kilkoma różnymi podmiotami (ubezpieczyciel, dwóch dostawców wskazanych przez ubezpieczyciela, sprzedawca części nieujętych w kosztorysie, warsztat naprawczy) i koordynowania ich działań.”

5. Weryfikowalność

Realna oferta jest sprawdzalna. Poszkodowany może zadzwonić do warsztatu/sklepu i potwierdzić:

  • Że taki warsztat/sklep istnieje
  • Że rzeczywiście współpracuje z ubezpieczycielem
  • Że rzeczywiście oferuje części/usługi po cenach z kosztorysu
  • Że rzeczywiście jest w stanie zrealizować zamówienie

W sprawie z Leszna ubezpieczyciel przedstawił umowy z dystrybutorami części (porozumienia handlowe), ale okazało się, że dostawcy wymienieni w tych umowach to inne podmioty niż te wskazane w pismach do poszkodowanej. Nie było więc pewności, czy rabaty rzeczywiście dotyczą tych konkretnych części do tego konkretnego pojazdu.

Czerwone flagi – kiedy „pomoc” jest pozorna

Obserwując przez lata praktykę ubezpieczycieli, nauczyłem się rozpoznawać sygnały ostrzegawcze. Oto lista czerwonych flag, które powinny wzbudzić Twoje podejrzenia:

🚩 Flaga 1: „Prosimy o kontakt w razie trudności”

Dlaczego to podejrzane: Jeśli naprawdę chcesz pomóc – podajesz konkretne rozwiązanie od razu, nie każesz dopytywać.

Co powinno być: „Części dostępne w [nazwa sklepu], [adres], [telefon], [cena].”

🚩 Flaga 2: „Mamy umowy z dostawcami”

Dlaczego to podejrzane: Sama umowa to za mało. Trzeba wiedzieć, czy dotyczy tych konkretnych części do tego konkretnego auta.

Co powinno być: „Następujące części do Państwa pojazdu są dostępne z rabatem: [lista numerów katalogowych], dostępne u [konkretny dostawca].”

🚩 Flaga 3: „Zapewniamy możliwość naprawy w naszych warsztatach”

Dlaczego to podejrzane: „Możliwość” to nie to samo co konkretna oferta. A „naszych warsztatach” może oznaczać warsztat 200 km od Ciebie.

Co powinno być: „Proponujemy naprawę w warsztacie [nazwa], [adres], [telefon], termin rozpoczęcia [data], przewidywany czas naprawy [dni].”

🚩 Flaga 4: „Rabat 20% na wszystkie części oryginalne”

Dlaczego to podejrzane: Które konkretnie części? U kogo? Jak długo oferta obowiązuje? Czy obejmuje wszystkie potrzebne do naprawy?

Co powinno być: Lista konkretnych części z numerami katalogowymi, konkretnymi cenami i konkretnym miejscem zakupu.

🚩 Flaga 5: „Wystarczy przesłać kosztorys dostawcy”

Dlaczego to podejrzane: Dlaczego to poszkodowany ma przesyłać kosztorys? Jeśli ubezpieczyciel współpracuje z dostawcą – niech sam to załatwi.

Co powinno być: „Części zostaną dostarczone do wskazanego przez Państwa warsztatu na nasz koszt.”

Co sąd uznał za kluczowe

Sąd Okręgowy w Poznaniu sformułował bardzo ważną zasadę, którą warto zapamiętać:

„Tylko przy spełnieniu ww. warunków pozwany mógłby natomiast w sposób uprawniony czynić Sądowi orzekającemu zarzut ustalenia w sposób błędny odszkodowania (wyższego niż wynikające z przyjęcia cen części i materiałów z rabatami).”

Co to znaczy? Że aby ubezpieczyciel mógł obniżyć odszkodowanie, powołując się na swoją „ofertę pomocy”, musi udowodnić, że:

  1. ✅ Złożył jasną, konkretną ofertę (nie ogólniki)
  2. ✅ Skorzystanie z niej nie wiązało się z niedogodnościami dla poszkodowanego
  3. ✅ Oferta w pełni realizowała interes poszkodowanego (pełna naprawa)
  4. ✅ Poszkodowany został pouczony o skutkach odmowy skorzystania

W sprawie z Leszna żaden z tych warunków nie był spełniony. Dlatego Sąd uznał, że poszkodowana miała prawo zignorować tę „ofertę” i żądać odszkodowania według cen rynkowych.

Moja rada – jak zweryfikować ofertę ubezpieczyciela

Jeśli dostałeś od ubezpieczyciela pismo z „pomocą”, wykonaj następujące kroki:

Krok 1: Zapisz wszystko na piśmie

Wszelką korespondencję z ubezpieczycielem prowadź wyłącznie mailowo lub przez formularze na stronie. Jeśli ktoś dzwoni – poproś o przesłanie informacji mailem. Potrzebujesz dowodów.

Krok 2: Zadaj konkretne pytania

Napisz do ubezpieczyciela (cytując jego pismo):

„Odnośnie Państwa propozycji pomocy w organizacji naprawy, proszę o podanie:

  • Nazwy i adresu warsztatu naprawczego w [Twoje miasto] lub w odległości do 20 km
  • Nazwy i adresu sklepu/dostawcy części wraz z listą dostępnych części oryginalnych
  • Potwierdzenia, że wszystkie części wymienione w kosztorysie są dostępne z rabatem
  • Informacji, czy muszę cokolwiek organizować sam, czy wszystko załatwia warsztat
  • Terminu realizacji naprawy
  • Gwarancji na naprawę”

Krok 3: Czekaj na konkretną odpowiedź (z terminem)

Daj termin: 7 dni roboczych. Jeśli po tym czasie:

  • Nie dostaniesz odpowiedzi – oferta jest pozorna
  • Dostaniesz ogólniki („prosimy zadzwonić”, „skontaktujemy Państwa”) – oferta jest pozorna
  • Dostaniesz konkretne dane – możesz je zweryfikować

Krok 4: Zweryfikuj dane samodzielnie

Jeśli dostałeś konkretne dane:

  • Zadzwoń do warsztatu – czy rzeczywiście współpracuje z ubezpieczycielem?
  • Zapytaj o cenę naprawy – czy zgadza się z kosztorysem ubezpieczyciela?
  • Sprawdź opinie w internecie – czy warsztat jest renomowany?
  • Zapytaj, czy musisz coś organizować sam

Krok 5: Jeśli oferta okaże się pozorna – dokumentuj to

Zapisz:

  • Brak odpowiedzi od ubezpieczyciela (screenshot maila z datą)
  • Ogólnikową odpowiedź (wydruk maila)
  • Rozmowę z warsztatem, który „nie wie nic o współpracy” (notatka z rozmowy)

Te dowody będą nieocenione w ewentualnym procesie sądowym.

Przykład z życia – jak to wygląda naprawdę

Pozwolę sobie na jeden konkretny przykład, który ilustruje problem. W typowej sytuacji poszkodowany:

  1. Dostaje kosztorys z dopiskiem „w razie trudności prosimy o kontakt”
  2. Dzwoni na podany numer – słyszy „proszę napisać maila”
  3. Pisze maila – dostaje odpowiedź „skontaktujemy Państwa z dostawcą”
  4. Czeka tydzień – nikt się nie kontaktuje
  5. Pisze ponownie – dostaje „dostawca skontaktuje się w ciągu 3 dni”
  6. Po 3 dniach dostaje SMS-a z nazwą firmy i numerem telefonu (bez adresu, bez cen)
  7. Dzwoni do firmy – „tak, współpracujemy z ubezpieczycielem, ale nie mamy teraz tych części”
  8. Informuje ubezpieczyciela – cisza
  9. Po tygodniu pisze ponownie – „prosimy wskazać warsztat, dostarczymy części”
  10. Wskazuje warsztat w swoim mieście – „do tego warsztatu nie dowozimy, proszę wskazać inny”

I tak dalej, i dalej. Po miesiącu takiej „współpracy” poszkodowany ma dość i naprawia auto we własnym zakresie.

A ubezpieczyciel w odpowiedzi na pozew pisze: „Proponowaliśmy pomoc w organizacji naprawy, poszkodowany z niej nie skorzystał.”

Czy to jest realna pomoc? Nie. To utrudnianie likwidacji szkody.

Czego nie może ubezpieczyciel

Sąd Okręgowy bardzo wyraźnie stwierdził, czego ubezpieczyciel nie może robić:

Nie może nakładać na poszkodowanego obowiązku organizowania procesu naprawy

Nie może wymagać od poszkodowanego kontaktowania się z wieloma różnymi podmiotami

Nie może narzucać technologii naprawy poprzez oferowanie rabatów tylko na wybrane części

Nie może tworzyć pozorów pomocy, a potem obciążać poszkodowanego skutkami nieskorzystania z nich

Nie może wykorzystywać zasady minimalizacji szkody do nakłaniania poszkodowanego, by zrezygnował z przysługujących mu praw

Cytat z wyroku: „Obowiązek minimalizacji skutków szkody oraz obowiązek współdziałania w procesie likwidacji szkody musi być utrzymany i stosowany w rozsądnych granicach i nie powinien być wykorzystywany przez ubezpieczyciela do nakłaniania poszkodowanego, by zrezygnował z realizacji przysługujących mu praw.”

Kiedy pomoc jest naprawdę pomocą?

Żeby nie było – zdarzają się sytuacje, gdy ubezpieczyciel naprawdę pomaga. Rozpoznasz je po tym, że:

✅ Dostaniesz konkretne dane (nazwa, adres, telefon, ceny) w pierwszym piśmie

✅ Warsztat/sklep jest w Twojej okolicy

Nie musisz niczego organizować – wszystko załatwia warsztat w porozumieniu z ubezpieczycielem

✅ Dostaniesz gwarancję na naprawę (co najmniej roczną)

✅ Termin rozpoczęcia naprawy jest rozsądny (maksymalnie 2-3 tygodnie)

✅ Możesz zweryfikować warunki przed podjęciem decyzji

W takim przypadku – może warto rozważyć tę ofertę. Jeśli naprawdę jest wygodna i korzystna – czemu nie?

Ale jeśli widzisz czerwone flagi opisane wyżej – masz pełne prawo zignorować tę „pomoc” i żądać odszkodowania według rzeczywistych, rynkowych kosztów naprawy.

Podsumowanie – pozorna pomoc to nie pomoc

Ten wyrok pokazuje coś, co obserwuję od lat: ubezpieczyciele mistrzowsko opanowali sztukę tworzenia pozorów. Wysyłają pisma, które brzmią pomocnie. Powołują się na umowy z dostawcami. Mówią o rabatach i partnerstwach.

Ale gdy poszkodowany próbuje faktycznie z tej pomocy skorzystać – okazuje się, że to niemożliwe. Albo wymaga ponadprzeciętnego wysiłku i koordynacji działań kilku podmiotów. Albo dotyczy tylko części potrzebnych do naprawy. Albo warsztat jest 100 km od domu poszkodowanego.

Pozorna pomoc to nie pomoc. To marketing.

A poszkodowana z Leszna? Wygrała sprawę i dostała pełne odszkodowanie. Mimo że ubezpieczyciel przez cały proces przekonywał sąd, że „oferował pomoc, z której poszkodowana nie skorzystała”.

Sąd odpowiedział jasno: skoro oferta była fikcyjna, poszkodowana nie miała obowiązku z niej korzystać.

I to jest najważniejsza lekcja z tego wyroku: nie daj się nabrać na pozory pomocy. Wymagaj konkretów. Weryfikuj dane. Dokumentuj wszystko.

Bo jak mówi prawnicza mądrość: diabeł tkwi w szczegółach. A szczegółów w tych „pomocnych” pismach ubezpieczycieli zwykle… brakuje.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Kiedy zadośćuczynienie NIE jest rażąco niskie? Granice uznania sędziowskiego

Wprowadzenie

Często klienci pytają mnie: „Mecenasie, czy sąd może zasądzić więcej?”. Albo: „Ubezpieczyciel składa apelację, czy sąd może obniżyć zasądzoną kwotę?”.

Te pytania dotykają jednej z najbardziej fascynujących kwestii w prawie odszkodowawczym – swobodnego uznania sędziowskiego przy ustalaniu wysokości zadośćuczynienia. Dzisiaj na przykładzie konkretnej sprawy wyjaśnię, jak to działa w praktyce i kiedy Sąd odwoławczy może ingerować w wysokość przyznanej kwoty.

Przypadek: 17.600 zł za złamanie miednicy

Sprawa dotyczyła zadośćuczynienia za złamanie miednicy. Sąd Rejonowy zasądził 17.600 zł. Ubezpieczyciel wniósł apelację, domagając się obniżenia kwoty do 10.100 zł (różnica: 7.500 zł).

Jego argument? Kwota jest za wysoka, bo obecny stan zdrowia powódki to skutek chorób samoistnych, a nie wypadku.

Sąd Okręgowy oddalił apelację i utrzymał zasądzoną kwotę.

Dlaczego? Bo 17.600 zł nie było kwotą rażąco wygórowaną.

Czym jest „swobodne uznanie sędziowskie”?

To kluczowe pojęcie w prawie odszkodowawczym. Przepisy nie wskazują konkretnych kwot ani wzorów matematycznych do wyliczenia zadośćuczynienia. Sąd sam ocenia, jaka kwota jest odpowiednia, biorąc pod uwagę całokształt okoliczności sprawy.

Sąd Okręgowy w uzasadnieniu wyjaśnił to wprost:

„Ustalenie wysokości zadośćuczynienia ma charakter ocenny i należy do sfery swobodnego uznania sędziowskiego.”

Co to oznacza w praktyce? Że dwóch sędziów, patrząc na tę samą sprawę, może dojść do różnych wniosków co do wysokości zadośćuczynienia – i oba wyroki będą prawidłowe, jeśli mieszczą się w granicach „odpowiedniej sumy”.

Kiedy Sąd odwoławczy może zmienić wysokość zadośćuczynienia?

Tutaj zaczyna się najbardziej interesująca część. Sąd Okręgowy powołał się na utrwalone orzecznictwo Sądu Najwyższego (w tym wyroki z 1970 i 2004 roku) i stwierdził jasno:

Ingerencja Sądu odwoławczego jest możliwa tylko wtedy, gdy zasądzona kwota jest:

  • Rażąco wygórowana, lub
  • Rażąco niska

Zwróćcie uwagę na słowo „rażąco”. To nie jest „trochę za dużo” albo „mogłoby być więcej”. To musi być oczywista, rażąca dysproporcja między kwotą a rozmiarem krzywdy.

Dlaczego 17.600 zł nie było „rażąco wygórowane”?

Sąd Okręgowy szczegółowo przeanalizował okoliczności sprawy:

  1. Dolegliwości bólowe: 9-10 punktów w dziesięciostopniowej skali (to niewyobrażalny ból)
  2. Czas cierpienia: Prawie dwa miesiące leżenia z cewnikiem, kilka miesięcy o kulach
  3. Utrata samodzielności: Około dwóch miesięcy wsparcia osób trzecich
  4. Trwałe skutki: Utrzymujące się do dziś dolegliwości bólowe

Biorąc to wszystko pod uwagę, Sąd uznał, że 17.600 zł to kwota adekwatna do rozmiaru krzywdy. Nie jest ani za wysoka, ani za niska – jest odpowiednia.

Co ciekawe, ubezpieczyciel chciał ją obniżyć o 42% (do 10.100 zł). Ale Sąd stwierdził, że taka redukcja nie znajduje uzasadnienia w zgromadzonym materiale dowodowym.

Praktyczne wnioski – co to oznacza dla poszkodowanych?

Wniosek pierwszy: Jeśli Sąd Rejonowy zasądził Ci zadośćuczynienie, a ubezpieczyciel składa apelację, nie panikuj. Zmiana wysokości jest możliwa tylko przy „rażącej” dysproporcji. W praktyce Sądy odwoławcze rzadko ingerują w wysokość zadośćuczynienia ustaloną przez Sąd pierwszej instancji.

Wniosek drugi: Kluczowe jest uzasadnienie Sądu Rejonowego. Jeśli sąd szczegółowo wyjaśnił, jakie okoliczności wpłynęły na wysokość kwoty (jak w tej sprawie: ból 9-10/10, dwumiesięczne leżenie, utrata samodzielności), Sąd odwoławczy będzie miał trudność z podważeniem tego rozumowania.

Wniosek trzeci: Argumenty ubezpieczyciela typu „to za dużo” albo „inne sądy zasądzają mniej” nie wystarczą. Ubezpieczyciel musi wykazać, że kwota jest rażąco wygórowana – czyli że sąd popełnił oczywisty błąd w ocenie rozmiaru krzywdy.

Moja obserwacja z praktyki

Po latach reprezentowania poszkodowanych zauważam pewną prawidłowość: ubezpieczyciele zawsze składają apelacje w sprawach o wyższe zadośćuczynienia. Nawet jeśli wiedzą, że szanse na zmianę wyroku są znikome.

Dlaczego? Z kilku powodów:

  1. Przedłużenie postępowania – apelacja to kolejne miesiące, czasem rok
  2. Zmęczenie poszkodowanego – niektórzy w końcu rezygnują i akceptują ugodę na niższą kwotę
  3. Próba szczęścia – może Sąd odwoławczy jednak obniży kwotę?

W sprawie, o której piszę, ubezpieczyciel przegrał. Sąd Okręgowy nie tylko oddalił apelację, ale dodatkowo obciążył ubezpieczyciela kosztami postępowania apelacyjnego (900 zł za zastępstwo procesowe powódki).

Czym różni się „rażąco niskie” od „mogłoby być wyższe”?

To bardzo ważne rozróżnienie, które często umyka poszkodowanym.

„Mogłoby być wyższe” to Twoja subiektywna ocena. Może uważasz, że zasługujesz na 50.000 zł, a sąd zasądził 20.000 zł. To nie oznacza, że kwota jest „rażąco niska”.

„Rażąco niskie” to sytuacja, gdy kwota jest niewspółmiernie niska w stosunku do rozmiaru krzywdy. Np. 5.000 zł za trwałe kalectwo z bólem 10/10 przez rok – to byłoby rażąco niskie.

Z mojego doświadczenia wynika, że sądy w Poznaniu zazwyczaj zasądzają kwoty, które nie są rażąco niskie. Mogą nie być idealne z perspektywy poszkodowanego, ale mieszczą się w granicach „odpowiedniej sumy”.

Kiedy warto składać apelację jako poszkodowany?

Jeśli Sąd Rejonowy zasądził Ci np. 5.000 zł za poważny uraz z wielomiesięcznym cierpieniem, trwałymi skutkami i bólem na poziomie 8-9/10 – wtedy warto rozważyć apelację. Taka kwota może być uznana za rażąco niską.

Ale jeśli zasądzono Ci 20.000 zł, a Ty liczyłeś na 30.000 zł – apelacja prawdopodobnie nie przyniesie efektu. Różnica 10.000 zł to nie jest „rażąca” dysproporcja w rozumieniu orzecznictwa.

Refleksja na zakończenie

Sprawa z Sądu Okręgowego w Poznaniu (sygn. akt II Ca 748/22) to podręcznikowy przykład, jak działa „swobodne uznanie sędziowskie” i kiedy Sąd odwoławczy może ingerować w wysokość zadośćuczynienia.

17.600 zł za złamanie miednicy z dolegliwościami bólowymi 9-10/10, dwumiesięcznym leżeniem z cewnikiem i trwałymi skutkami – to nie jest kwota rażąco wygórowana. To odpowiednia suma, która kompensuje krzywdę.

Ubezpieczyciel próbował szczęścia, ale przegrał. I dodatkowo musiał zapłacić koszty postępowania apelacyjnego.

A Wy macie doświadczenia z apelacjami ubezpieczycieli? Udało Wam się obronić zasądzoną kwotę? Piszcie w komentarzach!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Jak ubezpieczyciel zaniżył odszkodowanie o połowę – historia sporu o naprawę Renault

Niedawno miałem okazję przyjrzeć się sprawie, która doskonale ilustruje problem, z jakim boryka się wielu poszkodowanych w ubezpieczeniach autocasco. Historia dotyczyła kierowcy, którego auto uległo uszkodzeniu we wrześniu 2017 roku. Ubezpieczyciel wypłacił mu nieco ponad 4 tysiące złotych, podczas gdy rzeczywisty koszt naprawy oscylował wokół 8 tysięcy. Różnica? Ponad połowa należnego odszkodowania.

Spis treści

  1. Co się wydarzyło – zarys sprawy
  2. Dlaczego ubezpieczyciel wypłacił tak mało?
  3. Pułapka wariantu serwisowego
  4. Spór o tylne drzwi – naprawa czy wymiana?
  5. Jak sąd rozstrzygnął sprawę
  6. Moja rada dla poszkodowanych

Co się wydarzyło – zarys sprawy

Wyobraźmy sobie kierowcę z dużego miasta, który wykupił polisę autocasco w wariancie serwisowym dla swojego stosunkowo nowego Renault Captur. We wrześniu 2017 roku doszło do uszkodzenia pojazdu. Ubezpieczyciel przyjął odpowiedzialność za szkodę, ale… zaproponował odszkodowanie w wysokości zaledwie 4.276,74 zł.

Poszkodowany nie dał za wygraną. Zlecił prywatną ekspertyzę, która wykazała, że koszt naprawy to nie 4 tysiące, a prawie 15 tysięcy złotych. Różnica była zbyt duża, by ją zaakceptować. Sprawa trafiła do sądu.

Z mojego doświadczenia wiem, że taki scenariusz powtarza się regularnie. Ubezpieczyciele systematycznie zaniżają wyceny szkód, licząc na to, że poszkodowani – zmęczeni procedurami i niepewnością – zaakceptują pierwsze propozycje.

Dlaczego ubezpieczyciel wypłacił tak mało?

Kluczem do zrozumienia tej sytuacji są ogólne warunki ubezpieczenia (OWU). W analizowanej sprawie poszkodowany wykupił polisę w wariancie serwisowym, który teoretycznie gwarantuje wyższe odszkodowanie – z zastosowaniem oryginalnych części i cen stosowanych w autoryzowanych serwisach.

Ale tu pojawia się haczyk. Zgodnie z § 17 ust. 5 OWU, aby otrzymać odszkodowanie w wariancie serwisowym, poszkodowany musi przedstawić faktury lub rachunki za faktycznie wykonaną naprawę. Jeśli tego nie zrobi, ubezpieczyciel stosuje wariant optymalny – czyli tańszy sposób wyceny szkody.

W przypadku naszego kierowcy sytuacja była następująca:

  • Auto zostało sprzedane w stanie uszkodzonym
  • Nie przedstawił on faktur za naprawę
  • Ubezpieczyciel zastosował więc wariant optymalny

To oznaczało:

  • Obniżone ceny części zamiennych (o 30-60% w zależności od wieku pojazdu)
  • Niższą stawkę za roboczogodzinę (51 zł netto zamiast 110 zł netto)
  • Tańsze materiały lakiernicze

Pułapka wariantu serwisowego

To fascynujący aspekt prawa ubezpieczeniowego, który często umyka poszkodowanym. Płacisz wyższą składkę za wariant serwisowy, zakładając, że w razie szkody otrzymasz pełne odszkodowanie pokrywające koszty naprawy w autoryzowanym serwisie. Tymczasem okazuje się, że to uprawnienie jest warunkowe – musisz naprawić auto i przedstawić faktury.

Co ciekawe, w tej konkretnej sprawie sąd stanął po stronie ubezpieczyciela w kwestii stosowania wariantu optymalnego. Poszkodowany argumentował, że postanowienia OWU są abuzywne – czyli nieuczciwe wobec konsumenta. Powołał się nawet na wyrok Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów z 2006 roku.

Jednak sąd uznał, że:

  • Postanowienia OWU są jasne i zrozumiałe
  • Konsument wiedział, jakie warunki musi spełnić, by otrzymać wyższe odszkodowanie
  • Nie ma tu mowy o klauzulach niedozwolonych

Czy to oznacza, że poszkodowany przegrał sprawę? Niekoniecznie.

Spór o tylne drzwi – naprawa czy wymiana?

Drugi punkt sporny dotyczył kwalifikacji uszkodzeń. Ubezpieczyciel zakwalifikował tylne prawe drzwi do naprawy. Poszkodowany twierdził, że należy je wymienić.

Różnica w kosztach jest znacząca. Wymiana drzwi to:

  • Koszt nowej części (kilka tysięcy złotych)
  • Prostszy proces (demontaż-montaż)
  • Pełna pewność jakości

Naprawa to:

  • Koszt pracy blacharskiej i lakierniczej
  • Ryzyko niedoskonałości
  • Potencjalny spadek wartości pojazdu (według biegłego o około 5%)

Sąd powołał biegłego sądowego z zakresu kalkulacji napraw samochodowych. Biegły szczegółowo przeanalizował uszkodzenia i stwierdził jednoznacznie: drzwi kwalifikują się do naprawy, a nie wymiany.

Argumentacja była następująca:

  • Brak poszarpań na krawędziach drzwi
  • Charakter wgniecień pozwalający na ich wyprostowanie
  • Zgodność z technologią naprawy tego typu uszkodzeń

Poszkodowany zakwestionował opinię biegłego, ale sąd uznał ją za wiarygodną i przekonującą.

Jak sąd rozstrzygnął sprawę

Ostatecznie sąd przyjął, że prawidłowa wysokość odszkodowania wynosi 7.774,33 zł. Ubezpieczyciel wypłacił wcześniej 4.276,74 zł, więc do zapłaty pozostało 3.497,59 zł.

Poszkodowany wnioskował o 10.434,44 zł, więc uzyskał około 33% żądanej kwoty. Sąd rozstrzygnął sprawę na podstawie:

  1. Ogólnych warunków ubezpieczenia – uznając je za ważne i wiążące
  2. Opinii biegłego sądowego – który zastosował:
    • Normy czasowe producenta pojazdu
    • Średnią stawkę warsztatów niezależnych (110 zł netto/rbh)
    • Ceny oryginalnych części z wariantu optymalnego
    • Kwalifikację drzwi do naprawy, a nie wymiany

Koszty procesu zostały rozdzielone proporcjonalnie – poszkodowany wygrał w 33%, więc ubezpieczyciel pokrył 33% kosztów.

Moja rada dla poszkodowanych

Z praktyki wiem, że podobne sytuacje zdarzają się codziennie. Często klienci pytają mnie: „Czy warto walczyć z ubezpieczycielem o wyższe odszkodowanie?”

Moja odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak, ale z rozwagą.

Jeśli wykupiłeś wariant serwisowy:

  • Zawsze napraw auto i zachowaj faktury
  • Nie sprzedawaj uszkodzonego pojazdu przed rozliczeniem z ubezpieczycielem
  • Jeśli musisz sprzedać, pamiętaj, że otrzymasz niższe odszkodowanie

Jeśli kwestionujesz wysokość odszkodowania:

  • Zlecaj prywatną ekspertyzę (koszt zwykle 300-500 zł)
  • Sprawdź, czy ubezpieczyciel zastosował właściwe stawki za roboczogodzinę
  • Weryfikuj kwalifikację części (naprawa vs wymiana)

Przed procesem sądowym:

  • Przeanalizuj OWU – czy faktycznie ubezpieczyciel je naruszył?
  • Oszacuj szanse wygranej z pomocą prawnika
  • Pamiętaj o kosztach procesu (opłata sądowa, ewentualnie biegły)

W tej konkretnej sprawie poszkodowany ostatecznie wygrał i uzyskał dodatkowe 3,5 tysiąca złotych. To niemal dwukrotnie więcej, niż początkowo zaproponował ubezpieczyciel. Czy warto było walczyć? Moim zdaniem – jak najbardziej.


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa ubezpieczeniowa jest indywidualna i wymaga analizy konkretnych okoliczności oraz dokumentów. W celu uzyskania porady prawnej dostosowanej do Państwa sytuacji, zapraszamy do kontaktu z naszą kancelarią.

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.blogoodszkodowaniach.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Nie widziałem znaku vs. nie było znaku – kiedy masz rację, a kiedy nie?

„Panie mecenasie, nie było tam znaku! Jak mogłem wiedzieć, że w tym miejscu wyskakują dziki?!”

„Ale panie X., przepisy nie wymagały, żeby ten znak tam stał…”

„Jak to ‚nie wymagały’?! Przecież to oczywiste, że powinien być!”

Ta rozmowa powtarza się w mojej kancelarii kilka razy w roku. I za każdym razem widzę to samo zdumienie w oczach klienta: „Jak to możliwe, że brak znaku to nie automatyczna wina zarządcy drogi?!”

Dziś wyjaśnię tę pozorną sprzeczność raz na zawsze.

Nie wszystkie znaki drogowe są równe (lekcja, której nikt Cię nie uczył)

Kiedy myślisz o znakach drogowych, prawdopodobnie traktujesz je wszystkie jednakowo. Znak = znak. Jeśli go nie ma, to znaczy, że ktoś zawalił robotę.

Ale to nieprawda.

W prawie drogowym istnieją trzy kategorie znaków:

1. Znaki obligatoryjne (MUSZĄ być)

To znaki wymagane przez przepisy w konkretnych sytuacjach. Np.:

  • Znak B-20 „Stop” przed skrzyżowaniem z ograniczoną widocznością
  • Znak D-6 „Przejście dla pieszych” przy przejściu
  • Znak A-7 „Ustąp pierwszeństwa” przed skrzyżowaniem

Jeśli takiego znaku nie ma – to faktycznie jest problem. Zarządca drogi łamie prawo.

2. Znaki fakultatywne (MOGĄ być)

To znaki, które zarządca drogi może, ale nie musi postawić. Służą do zwiększenia bezpieczeństwa, ale ich brak sam w sobie nie jest naruszeniem prawa.

Do tej kategorii należy właśnie znak A-18B „Uwaga! Dzikie zwierzęta!”

3. Znaki informacyjne

To znaki typu „parking”, „przystanek autobusowy”, „szpital”. Ich brak to kwestia komfortu, nie bezpieczeństwa.

Kluczowe pytanie: Do której kategorii należy brakujący znak w Twojej sprawie?

Kiedy znak A-18B POWINIEN stać? (Odpowiedź może Cię zaskoczyć)

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Infrastruktury z 3 lipca 2003 r. znak A-18B oznacza „miejsca, w których zwierzęta dziko żyjące często przekraczają drogę”.

Zauważ kluczowe słowo: „często”.

To nie znaczy:

  • ❌ „Tam, gdzie teoretycznie mogą być zwierzęta”
  • ❌ „Tam, gdzie kiedyś ktoś widział dzika”
  • ❌ „Tam, gdzie kierowca chciałby, żeby był znak”

To znaczy:

  • ✅ Miejsca wjazdów do lasów o dużej ilości zwierzyny
  • ✅ Miejsca przecięcia drogi z trasą dojścia zwierząt do wodopoju
  • ✅ Odcinki, gdzie regularnie dochodzi do zderzeń ze zwierzyną (dane Policji, zgłoszenia myśliwych)

Przykład z życia:

Droga przechodzi przez las. W ciągu ostatniego roku Policja zanotowała 6 zderzeń z dzikami. Mieszkańcy skarżą się na zwierzynę. Koło łowieckie potwierdza stałe trasy migracji.

Znak A-18B POWINIEN tam stać. Brak znaku = zaniedbanie zarządcy.

Kontrprzykład:

Droga przechodzi obok płotu lotniska (jak w sprawie pani K. z Wrocławia). W ciągu 3 lat był 1 wypadek z dzikiem. Brak zgłoszeń o zwierzynie. Nietypowe miejsce.

Znak A-18B NIE MUSI tam stać. Brak znaku = normalna sytuacja.

„Ale przecież zarządca POWINIEN dbać o bezpieczeństwo!”

To najczęstszy argument, który słyszę. I technicznie rzecz biorąc – ma rację.

Art. 20 pkt 4 ustawy o drogach publicznych mówi, że zarządca drogi ma obowiązek m.in. „utrzymania urządzeń zabezpieczających ruch”, co obejmuje także znaki drogowe.

Ale – i to duże „ale” – ten obowiązek nie oznacza, że zarządca musi przewidzieć każde możliwe zagrożenie i ostrzec przed nim.

Wyobraź sobie absurd takiego rozumowania:

  • Znak „Uwaga! Może spaść meteor!”
  • Znak „Uwaga! Może pęknąć opona!”
  • Znak „Uwaga! Może przelatywać ptak!”

Zarządca drogi nie jest jasnowidzem. Może jedynie reagować na faktyczne, udokumentowane zagrożenia.

Sprawa pani K. – perfect storm braku związku

Wróćmy do sprawy IX C 487/14 (Sąd Rejonowy Wrocław-Śródmieście, 2014).

Pani K. zderzyła się z dzikiem przy ul. przylotniskowej. Nie było znaku A-18B. Pozwała zarządcę drogi.

Argumenty pani K.:

  • Brak znaku ostrzegawczego
  • Droga nieoświetlona
  • Informacja z internetu, że sołtys okolicznej wsi wspominał o dzikach

Ustalenia sądu:

  • Dzik pojawił się przy płocie lotniska – nietypowe miejsce (nie las, nie wodopój)
  • W ciągu lat był 1 wypadek – nie „częste przekraczanie drogi”
  • Informacja dotyczyła innej miejscowości i była sprzed 2 miesięcy

Wyrok: Powództwo oddalone.

Uzasadnienie: „Uznać należało, że nie zachodziła przesłanka uzasadniająca konieczność ustawienia znaku ostrzegawczego, a tym samym, że po stronie zarządcy drogi nie istniał obowiązek jego ustawienia.”

Mówiąc wprost: To nie był brak znaku, który powinien stać. To była zwykła droga, na której przypadkiem pojawił się dzik.

Kiedy faktycznie możesz wygrać sprawę o brak znaku?

Z mojego doświadczenia wiem, że są sytuacje, gdzie faktycznie warto walczyć:

✅ Przypadek #1: Udokumentowane zagrożenie

  • W ostatnim roku było 5+ wypadków w tym samym miejscu
  • Mieszkańcy wielokrotnie pisali do starostwa o problem ze zwierzyną
  • Koło łowieckie potwierdza stałe trasy migracji

To jest silny przypadek. Zarządca wiedział o zagrożeniu i zigno rował je.

✅ Przypadek #2: Zmiana warunków

  • Dawniej był las – teraz wybudowano osiedle, ale znak A-18B został
  • Albo odwrotnie: był teren otwarty – teraz las się zagęścił, ale znaku nie dodano

To jest dobry przypadek. Zarządca nie zaktualizował oznakowania mimo zmiany sytuacji.

✅ Przypadek #3: Niekonsekwencja

  • Jeden odcinek drogi (przez las, częste wypadki) – jest znak A-18B
  • Równoległy odcinek (identyczne warunki) – brak znaku

To jest OK przypadek. Można argumentować nierówne traktowanie.

❌ Przypadek #4: Pojedynczy wypadek bez historii

  • Pierwszy wypadek w tym miejscu od lat
  • Nietypowe miejsce pojawienia się zwierzyny
  • Brak wcześniejszych zgłoszeń

To jest słaby przypadek. Trudno wygrać.

Co zrobić praktycznie, jeśli Ty jesteś w takiej sytuacji?

Krok 1: Zbadaj historię miejsca wypadku

Złóż wniosek do:

  • Policji – o dane o wypadkach w tym miejscu za ostatnie 3 lata
  • Starostwa – o protokoły kontroli oznakowania dróg
  • Koła łowieckiego – o potwierdzenie tras migracji zwierzyny

Jeśli dostaniesz odpowiedź „w ciągu 3 lat był 1 wypadek” (jak w przypadku zapytania z początku), to niestety… możesz zapomnieć o pozwie.

Krok 2: Sprawdź, czy zarządca otrzymywał skargi

Złóż wniosek o dostęp do informacji publicznej: „Proszę o udostępnienie wszelkich skarg i zgłoszeń dotyczących zagrożenia ze strony dzikich zwierząt na odcinku drogi [dokładna lokalizacja] za okres ostatnich 3 lat.”

Jeśli okaże się, że były skargi, a zarządca nic nie zrobił – to mocny argument.

Krok 3: Zrób dokumentację fotograficzną

  • Zrób zdjęcia odcinka drogi (las, brak oświetlenia, widoczność)
  • Sprawdź Google Street View – czy kiedyś znak tam był, a potem go usunięto
  • Zwróć uwagę na sąsiednie odcinki – czy tam są znaki A-18B

Krok 4: Porozmawiaj z miejscowymi

Mieszkańcy okolicy często wiedzą rzeczy, których nie widać w dokumentach:

  • „Tutaj dziki przechodzą co wieczór”
  • „Kilka lat temu był znak, ale go ukradli”
  • „Sołtys już 10 razy pisał do gminy”

To nie są twarde dowody, ale mogą naprowadzić Cię na trop.

Krok 5: Sprawdź swoją polisę AC

Zanim wydasz kilka tysięcy na prawnika, sprawdź, czy Twoje ubezpieczenie AC nie pokrywa szkód od dzikich zwierząt. To najczęściej najszybsza i najpewniejsza droga do pieniędzy.

Błędy, których musisz uniknąć

❌ Błąd #1: „W internecie piszą, że tam są dziki”

Wydruk z forum internetowego czy Facebook’a to nie dowód. Sąd potrzebuje: danych Policji, protokołów, oficjalnych zgłoszeń.

❌ Błąd #2: „Sam widziałem tam kiedyś sarnę”

Twoje osobiste obserwacje to za mało. Musisz wykazać systematyczność zagrożenia.

❌ Błąd #3: „Przecież to oczywiste, że znak powinien być”

Dla Ciebie może być oczywiste. Dla sądu – nie. Musisz to udowodnić przepisami i faktami.

Kiedy odpuścić? (Najtrudniejsza decyzja)

Czasem trzeba po prostu powiedzieć sobie: „To był pech. Nikt nie jest winny.”

Odpuść, jeśli:

  • Był to pierwszy wypadek w tym miejscu od lat
  • Miejsce nietypowe dla zwierzyny (nie las, nie wodopój)
  • Zarządca nie otrzymywał zgłoszeń o zagrożeniu
  • Ubezpieczyciel odmówił wypłaty, a prawnik potwierdza słabą sprawę

Walcz, jeśli:

  • Regularnie dochodzi tam do wypadków (dane Policji)
  • Były zgłoszenia, a zarządca je zignorował
  • Masz opinię prawnika, że sprawa ma sens

Refleksja na koniec

Po latach zajmowania się sprawami odszkodowawczymi nauczyłem się jednego: nie każdy brak znaku to zaniedbanie.

Czasem po prostu nie było podstaw, żeby znak postawić. I choć dla poszkodowanego to brzmi jak wymówka, dla sądu to argument decydujący.

Prawo drogowe to nie jest gra w zgadywankę „gdzie by kierowca chciał mieć znak”. To precyzyjny system zasad, który wymaga faktycznych przesłanek do działania.

I choć czasem jest to frustrujące – zwłaszcza gdy płacisz za naprawę auta z własnej kieszeni – to właśnie ta precyzja chroni nas przed chaosem.

Bo wyobraź sobie świat, gdzie każdy mógłby pozwać za każdy brak każdego znaku, który „powinien” tam być. To byłby koniec dróg publicznych.


Źródła:

  • Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 3 lipca 2003 r. w sprawie szczegółowych warunków technicznych dla znaków i sygnałów drogowych (pkt 2.2.20.2 załącznika nr 1)
  • Ustawa z dnia 21 marca 1985 r. o drogach publicznych (art. 20 pkt 4)
  • Wyrok Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Śródmieścia z dnia 19 listopada 2014 r., sygn. akt IX C 487/14
  • Wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z dnia 10 stycznia 2013 r., I ACa 717/12
  • Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 19 kwietnia 1974 r., II CR 157/74

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Ubezpieczyciel odmówił wypłaty – kto zapłaci za naprawę? Warsztat, Ty czy nikt?

Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej.

Spis treści

  1. Scenariusz, który przydarza się częściej, niż myślisz
  2. Dlaczego Allianz odmówił wypłaty – analiza przypadku
  3. Kto jest zobowiązany do zapłaty warsztatu?
  4. Co możesz zrobić po odmowie ubezpieczyciela
  5. FAQ

Oddałeś auto do naprawy „w ramach ubezpieczenia”, podpisałeś upoważnienie dla warsztatu do odbioru odszkodowania, a ubezpieczyciel właśnie odmówił wypłaty. Pytanie brzmi: kto teraz zapłaci rachunek za naprawę? Warsztat? Ty? Ubezpieczyciel w końcu się ugnie?

W sprawie rozpoznanej przez Sąd Rejonowy Poznań – Grunwald i Jeżyce kierowca myślał, że skoro warsztat „należy do sieci naprawczej Allianz”, to warsztat sam wszystko załatwi. Ubezpieczyciel odmówił wypłaty. Warsztat zażądał od kierowcy zapłaty pełnej kwoty: 8.926,85 zł. Kierowca odmówił. „To nie mój problem – to warsztat miał dochodzić od ubezpieczyciela!” – twierdził.

Sprawa trafiła do sądu. Sąd rozstrzygnął: zapłaci kierowca. Dlaczego? I co z tego wynika dla Ciebie?

Scenariusz, który przydarza się częściej, niż myślisz

W lutym 2015 r. pan S. miał kolizję. Sprawca się przyznał, pan S. dodatkowo miał ubezpieczenie AC w Allianz. Oddał uszkodzoną Toyotę do warsztatu partnerskiego Allianz w Poznaniu. Naprawa: 8.311,85 zł. Samochód zastępczy: 615 zł.

Pan S. był spokojny: warsztat z „sieci naprawczej” Allianz, więc Allianz zapłaci. Podpisał upoważnienie do odbioru odszkodowania i wyjechał samochodem zastępczym.

9 marca 2015 r. (5 dni po naprawie!) Allianz wysłał do pana S. pismo:

„Decyzją z dnia 9 marca 2015r. (…) S.A. poinformował pozwanego, że nie może podjąć czynności likwidacyjnych, gdyż okoliczności sprawy nie spełniają kryteriów usługi oferowanej przez (…) S.A. w ramach likwidacji bezpośredniej.”

Co to oznacza? Allianz odmówił rozpatrywania sprawy w trybie „likwidacji bezpośredniej” (tzw. BLS – bezpośrednia likwidacja szkód). Dlaczego? Sąd zacytował uzasadnienie Allianz:

„(…) S.A. oświadczył, że w ramach likwidacji bezpośredniej nie są likwidowane szkody, w których nie zostały podpisane umowy przelewu wierzytelności i zlecenia oraz nie wskazano danych adresowych sprawcy zdarzenia, do którego (…) S.A. mogłoby wystąpić o pisemne potwierdzenie okoliczności zdarzenia.”

Innymi słowy: Allianz powiedział „nie mamy wszystkich dokumentów, nie załatwimy tego szybko, więc pan S. musi sam dochodzić odszkodowania od ubezpieczyciela sprawcy”.

Pan S. zignorowal pismo. Warsztat czekał cierpliwie. Dopiero 2 lipca 2015 r. (4 miesiące później!) warsztat wezwał pana S. do zapłaty. Pan S. odmówił.

Warsztat pozwał pana S. do sądu. I wygrał.

Dlaczego Allianz odmówił wypłaty – analiza przypadku

To fascynujący aspekt tej sprawy. Allianz odmówił nie dlatego, że pan S. nie miał racji, ale dlatego, że brakowało dokumentacji do szybkiej likwidacji.

Co konkretnie zabrakło?

1. Umowa cesji wierzytelności z Allianz

Allianz wymagał, by pan S. zawarł z Allianz umowę cesji – czyli przeniósł na Allianz swoją wierzytelność wobec ubezpieczyciela sprawcy. Dlaczego? Bo wtedy Allianz mógłby sam dochodzić pieniędzy od ubezpieczyciela sprawcy (w ramach tzw. regresu), a panu S. wypłacić odszkodowanie z góry.

Problem: pan S. zawarł umowę cesji… ale z Allianz Assistance (zewnętrzną firmą pomocową Allianz), nie z samym Allianz. Sąd zauważył:

„Pozwany zawierał umowę cesji z (…) S.A., natomiast nie zawarł umowy cesji z powodem [tj. z warsztatem – przyp. autora].”

To subtelna, ale istotna różnica. Allianz chciał cesji na swoją rzecz, by móc dochodzić od ubezpieczyciela sprawcy. Pan S. cedował wierzytelność na firmę pomocową Allianz (zajmującą się organizacją pomocy drogowej itp.), nie na sam zakład ubezpieczeń.

2. Dane adresowe sprawcy zdarzenia

Allianz potrzebował pełnych danych sprawcy (imię, nazwisko, adres), by móc wystąpić do niego (lub jego ubezpieczyciela) o potwierdzenie okoliczności wypadku i dochodzić regresu.

Pan S. prawdopodobnie podał dane ze zgłoszenia policji, ale bez dokładnego adresu. Efekt? Allianz odmówił.

3. Dlaczego Allianz był taki restrykcyjny?

Z mojego doświadczenia wiem, że ubezpieczyciele traktują „likwidację bezpośrednią” (BLS) jak przywilej, nie obowiązek. BLS to system, w którym:

  • Twój ubezpieczyciel AC wypłaca Ci odszkodowanie od razu (bez czekania na ubezpieczyciela sprawcy)
  • Potem Twój ubezpieczyciel sam dochodzi pieniędzy od ubezpieczyciela sprawcy

Brzmi świetnie, prawda? Problem: BLS wymaga pełnej dokumentacji i współpracy poszkodowanego. Jeśli czegoś brakuje – ubezpieczyciel mówi „nie, sam się zajmij dochodzeniem od sprawcy”.

W sprawie poznańskiej Allianz powiedział właśnie to: „Panie S., niech pan sam dochodzi odszkodowania od ubezpieczyciela sprawcy. My nie będziemy panu płacić z góry, bo nie mamy dokumentów do regresu”.

Czy to uczciwe? Moim zdaniem – dyskusyjne. Ale legalne? Niestety tak. Umowa ubezpieczenia AC nie zobowiązuje ubezpieczyciela do BLS w każdej sprawie.

Kto jest zobowiązany do zapłaty warsztatu?

Pan S. twierdził w sądzie, że skoro warsztat „z sieci naprawczej Allianz” zgodził się naprawić auto „w ramach ubezpieczenia”, to warsztat przejął ryzyko odmowy Allianz. Innymi słowy: warsztat powinien sam dochodzić od Allianz (lub od ubezpieczyciela sprawcy), a pana S. zostawić w spokoju.

Sąd powiedział: nie.

Dlaczego? Bo pan S. był stroną umowy o dzieło z warsztatem. A zgodnie z art. 627 KC:

„Przez umowę o dzieło przyjmujący zamówienie zobowiązuje się do wykonania oznaczonego dzieła, a zamawiający do zapłaty wynagrodzenia.”

Kto był „zamawiającym”? Pan S., nie Allianz. Kto zlecił naprawę warsztatu? Pan S., nie Allianz. Kto podpisał zlecenie naprawy i umowę najmu samochodu zastępczego? Pan S., nie Allianz.

Sąd wyjaśnił to dobitnie:

To pozwany był stroną umowy o dzieło i umowy najmu zawartych z powodem i to jego obciążał obowiązek zapłaty za usługi, z których skorzystał. Relacje między pozwanym a zobowiązanym wobec niego sprawcą wypadku czy jego ubezpieczycielem nie mają znaczenia dla oceny zasadności roszczenia.

Innymi słowy:

  • Pan S. zlecił naprawę → pan S. musi zapłacić warsztatu
  • To, że pan S. planował pokryć koszty z odszkodowania Allianz, to jego problem, nie problem warsztatu
  • Warsztat wykonał usługę (naprawił auto) → warsztat ma prawo do wynagrodzenia (od pana S.)

A co z tym, że warsztat „należał do sieci naprawczej Allianz”? Sąd był bezlitosny:

Za niewystarczający należy uznać sam fakt, że powód figuruje na stronie internetowej (…) S.A. jako podmiot wchodzący w skład sieci naprawczej ubezpieczyciela. Powyższe w żaden sposób nie przesądza o stosunkach łączących powoda z (…) S.A. i z okoliczności tej nie sposób wywieść, iż samo zlecenie naprawy u powoda i upoważnienie do odbioru odszkodowania oznacza automatycznie cesję wierzytelności.

Czyli: sam fakt, że warsztat jest „partnerem Allianz”, nie oznacza, że warsztat przejmuje ryzyko odmowy Allianz. To dwa odrębne stosunki prawne:

  1. Pan S. ↔ warsztat: umowa o dzieło, pan S. zobowiązany do zapłaty
  2. Pan S. ↔ Allianz: umowa ubezpieczenia AC, Allianz zobowiązany do wypłaty odszkodowania (jeśli spełnione są warunki)

Warsztat nie jest stroną umowy ubezpieczenia między panem S. a Allianz. Warsztat nie może „zastąpić” pana S. w dochodzeniu od Allianz – chyba że pan S. przeniesie na warsztat swoją wierzytelność (cesja, art. 509 KC). Ale pan S. tego nie zrobił (jak pisałem w pierwszym artykule tej serii – upoważnienie ≠ cesja).

Co możesz zrobić po odmowie ubezpieczyciela

Załóżmy, że jesteś w sytuacji pana S.: warsztat naprawił auto, ubezpieczyciel odmówił wypłaty, warsztat żąda od Ciebie zapłaty. Co teraz?

1. Sprawdź, DLACZEGO ubezpieczyciel odmówił

To najważniejsze. Przeczytaj decyzję odmowną. Ubezpieczyciel musi podać powód odmowy.

W sprawie poznańskiej Allianz odmówił, bo:

  • Brak umowy cesji
  • Brak danych adresowych sprawcy

To były przeszkody proceduralne, nie merytoryczne. Allianz nie twierdził, że pan S. nie ma prawa do odszkodowania – tylko że „nie możemy tego szybko załatwić w ramach BLS, więc niech pan sam dochodzi od sprawcy”.

Jeśli powód odmowy jest do usunięcia (np. brak dokumentu) – uzupełnij natychmiast.

Jeśli powód odmowy jest merytoryczny (np. „sprawca nie był ubezpieczony”, „wypadek był inscenizacją”) – skonsultuj się z prawnikiem. Może być podstawa do odwołania lub pozwu.

2. Uzupełnij dokumentację i złóż ponowny wniosek

W sprawie poznańskiej pan S. przez 4 miesiące ignorował pismo od Allianz. Dopiero po wniesieniu pozwu (sierpień 2015 r.) ruszył się i uzupełnił dokumenty.

Efekt? Allianz wypłacił odszkodowanie w październiku 2015 r. (decyzja z 23 października 2015 r.). Ale było już za późno:

„Decyzją z dnia 23 października 2015r. (…) S.A. przyznał pozwanemu odszkodowanie w kwocie 8.926,84 zł, dokonując wypłaty powyższej kwoty na rzecz powoda.”

Pan S. stracił pół roku i 410,88 zł odsetek. Gdyby zareagował od razu w marcu 2015 r., mógłby dostać odszkodowanie w kwietniu i uniknąć sporu z warsztatem.

3. Jeśli nie masz pieniędzy – negocjuj z warsztatem

Warsztat ma prawo żądać zapłaty. Ale warsztat ma też interes w załatwieniu sprawy polubownie (procesy sądowe kosztują, trwają, psują reputację).

Spróbuj wynegocjować:

  • Odroczenie płatności do czasu wyjaśnienia sprawy z ubezpieczycielem (np. „zapłacę, jak tylko Allianz wypłaci mi odszkodowanie”)
  • Rozłożenie na raty (np. „zapłacę po 1.000 zł miesięcznie przez 9 miesięcy”)
  • Częściową zapłatę (np. „zapłacę 50% teraz, resztę jak tylko odzyskam od ubezpieczyciela”)

W naszej kancelarii często doradzamy klientom: rozmawiaj z wierzycielem ZANIM wpadnie pozew. Po wniesieniu pozwu warsztat ma dodatkowe koszty (opłata sądowa, radca prawny) i mniej chętnie negocjuje.

4. Skonsultuj się z prawnikiem PRZED zapłatą

Jeśli warsztat żąda od Ciebie zapłaty, a Ty uważasz, że to niesprawiedliwe – nie płać od razu. Skonsultuj się z prawnikiem specjalizującym się w odszkodowaniach.

Może się okazać, że:

  • Warsztat wprowadził Cię w błąd co do skutków podpisanych dokumentów (art. 86 KC – podstęp)
  • Ubezpieczyciel bezpodstawnie odmówił wypłaty (możesz pozwać ubezpieczyciela)
  • Umowa z warsztatem naruszała Twoje prawa jako konsumenta (art. 385¹ KC – klauzule abuzywne)

W sprawie poznańskiej pan S. przegrał, bo:

  • Faktycznie podpisał zobowiązanie do zapłaty
  • Nie było dowodów na wprowadzenie w błąd przez warsztat
  • Allianz miał powody do odmowy (brak dokumentów)

Ale Twoja sprawa może być inna. Dlatego zawsze warto skonsultować się z prawnikiem przed zapłatą lub przed rozstrzygnięciem sądu.

5. Jeśli zapłaciłeś warsztatu – dochodzisz od ubezpieczyciela/sprawcy

W sprawie poznańskiej pan S. ostatecznie dostał odszkodowanie od Allianz (po uzupełnieniu dokumentów). Warsztat dostał pieniądze bezpośrednio od Allianz (pan S. wcześniej dał warsztatu upoważnienie do odbioru).

Ale co by było, gdyby Allianz nie wypłacił? Albo gdyby wypłacił za mało?

Wtedy pan S. musiałby sam dochodzić:

  1. Od ubezpieczyciela sprawcy – w ramach OC sprawcy (bo wypadek spowodował sprawca)
  2. Od Allianz – w ramach AC (jeśli Allianz nadal odmawia bezpodstawnie)
  3. Od sprawcy osobiście – jeśli sprawca nie miał ubezpieczenia lub przekroczył limit OC

To długi i kosztowny proces (pozew, proces sądowy, egzekucja komornicza). Dlatego zawsze warto:

  • Przed naprawą: ustalić z warsztatem i ubezpieczycielem, kto i jak zapłaci
  • Po odmowie ubezpieczyciela: natychmiast uzupełnić dokumentację lub złożyć odwołanie
  • Po zapłacie warsztatu: niezwłocznie dochodzić od ubezpieczyciela/sprawcy

FAQ

1. Czy warsztat może odmówić naprawy, jeśli nie mam pieniędzy, a ubezpieczyciel odmówił?

Warsztat nie ma obowiązku naprawiać auto „na kredyt”. Jeśli warsztat wie, że ubezpieczyciel odmówił, a Ty nie masz pieniędzy – może odmówić naprawy lub żądać przedpłaty. W sprawie poznańskiej warsztat wykonał naprawę, licząc na odszkodowanie od Allianz. Gdy Allianz odmówił, warsztat zażądał zapłaty od pana S. – i wygrał.

2. Czy mogę pozwać warsztat za to, że „wprowadził mnie w błąd” co do współpracy z Allianz?

Teoretycznie tak – jeśli udowodnisz, że warsztat świadomie zapewnił Cię, iż „wszystko załatwi z Allianz”, a potem zażądał od Ciebie zapłaty. Ale musisz mieć dowody (świadków, e-maile, nagrania). W sprawie poznańskiej pan S. twierdził, że został wprowadzony w błąd, ale nie miał dowodów:

„Powód okoliczności tej zaprzeczył, zaś twierdzenia pozwanego nie znajdują potwierdzenia w zgromadzonym materiale dowodowym.”

3. Czy Allianz mógł wypłacić odszkodowanie od razu, bez czekania na dokumenty?

Mógł – ale nie musiał. Umowa ubezpieczenia AC uprawnia Cię do odszkodowania, ale nie zobowiązuje ubezpieczyciela do „szybkiej ścieżki” (BLS). Jeśli ubezpieczyciel uzna, że brakuje dokumentów do regresu – może odmówić BLS i kazać Ci samemu dochodzić od sprawcy. To frustrujące, ale legalne.

4. Co zrobić, żeby uniknąć sytuacji pana S.?

Kilka rad:

  • Przed oddaniem auta: upewnij się, że warsztat i ubezpieczyciel mają wszystkie dokumenty (dane sprawcy, zgłoszenie szkody, zdjęcia)
  • Po oddaniu auta: monitoruj proces likwidacji (dzwoń do ubezpieczyciela, pytaj o postęp)
  • Jeśli ubezpieczyciel odmawia: reaguj NATYCHMIAST (uzupełnij dokumenty, złóż odwołanie)
  • Przed podpisaniem dokumentów w warsztacie: przeczytaj klauzule zobowiązujące (o czym pisałem w artykule 2)


Podsumowanie: kto płaci, gdy ubezpieczyciel odmawia?

Sprawa poznańska rozstrzyga jednoznacznie:

1. Zapłacisz Ty – niezależnie od tego, czy ubezpieczyciel wypłaci

Sąd nie miał wątpliwości:

„To pozwany był stroną umowy o dzieło i umowy najmu zawartych z powodem i to jego obciążał obowiązek zapłaty za usługi, z których skorzystał.”

2. Warsztat „z sieci naprawczej” nie oznacza „bez ryzyka dla Ciebie”

Sam fakt, że warsztat współpracuje z Twoim ubezpieczycielem, nie zwalnia Cię z obowiązku zapłaty:

„Za niewystarczający należy uznać sam fakt, że powód figuruje na stronie internetowej (…) S.A. jako podmiot wchodzący w skład sieci naprawczej ubezpieczyciela.”

3. Jeśli ubezpieczyciel odmawia – reaguj NATYCHMIAST

Pan S. czekał 4 miesiące, tracąc czas i pieniądze:

„Pozwany pozostał jednak bezczynny, ani nie podjął żadnych czynności związanych z uzupełnieniem dokumentacji.”

Efekt? 410,88 zł odsetek i 1.517 zł kosztów sądowych.

4. Po zapłacie warsztatu – dochodzisz od ubezpieczyciela/sprawcy

Pan S. ostatecznie dostał odszkodowanie od Allianz (po uzupełnieniu dokumentów). Ale jeśli nie dostałby – musiałby sam pozwać Allianz lub ubezpieczyciela sprawcy.


Z mojego doświadczenia: sprawy jak ta są częste. Kierowcy oddają auto do warsztatu „w ramach ubezpieczenia”, myśląc że są bezpieczni. Ubezpieczyciel odmawia (często z błahych powodów – brak adresu sprawcy, brak pieczątki na dokumencie). Warsztat żąda zapłaty. Kierowca jest zszokowany: „Jak to – ja mam płacić?!”.

Odpowiedź: tak, Ty płacisz. Bo to Ty zawarłeś umowę z warsztatem. Potem możesz dochodzić od ubezpieczyciela – ale to już Twoja sprawa, nie warsztatu.

Jak się zabezpieczyć? Albo zawrzyj z warsztatem umowę cesji wierzytelności (o czym pisałem w artykule 1), albo – jeśli warsztat nie chce – monitoruj proces i reaguj natychmiast. Bo zwłoka kosztuje – dosłownie.


Niniejszy artykuł stanowi ogólną informację prawną i nie zastępuje indywidualnej porady prawnej w konkretnej sprawie. Każda sprawa odszkodowawcza wymaga analizy konkretnych okoliczności i dokumentów. W celu uzyskania porady prawnej dostosowanej do Państwa sytuacji, zapraszamy do kontaktu z naszą kancelarią.

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


„Legitymacja procesowa w sprawach odszkodowawczych – dlaczego ubezpieczyciel nie może zasłaniać się brakiem cesji?”

Wprowadzenie

W mojej kancelarii prowadzę dziesiątki spraw dla warsztatów naprawczych i firm oferujących pojazdy zastępcze, które nabyły roszczenia odszkodowawcze od poszkodowanych. Regularnie spotykam się z sytuacją, gdy ubezpieczyciel przez miesiące prowadzi z moim klientem postępowanie likwidacyjne, wypłaca częściowe odszkodowanie, negocjuje wysokość należności – a potem, gdy sprawa trafia do sądu, nagle zaczyna kwestionować legitymację procesową, twierdząc, że cesja była nieskuteczna.

Takie zachowanie wywołuje moje wątpliwości etyczne i prawne. Czy ubezpieczyciel może „włączyć się i wyłączyć” w zależności od tego, co mu pasuje? Niedawne orzeczenie Sądu Okręgowego w Poznaniu (sygn. II Ca 206/21) daje jasną odpowiedź: nie może.

Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej.

Spis treści

  1. Czym jest legitymacja procesowa i dlaczego jest kluczowa?
  2. Przypadek firmy P. – ubezpieczyciel zmienia zdanie
  3. Zasada venire contra factum proprium w praktyce
  4. Wypłata częściowego odszkodowania jako uznanie cesji
  5. Praktyczne wskazówki dla podmiotów nabywających roszczenia

Czym jest legitymacja procesowa i dlaczego jest kluczowa?

Legitymacja procesowa to prawo do występowania w procesie w charakterze strony. W sprawach o odszkodowanie legitymację czynną (prawo do występowania jako powód) ma osoba, której przysługuje roszczenie. Jeśli poszkodowany przelał swoje roszczenie na inny podmiot w drodze cesji, legitymację czynną ma cesjonariusz – czyli np. warsztat naprawczy, który nabył wierzytelność.

Ubezpieczyciele często kwestionują legitymację procesową podmiotów nabywających roszczenia. Dlaczego? Bo wiedzą, że jeśli uda im się wykazać brak skutecznej cesji, sąd oddali powództwo bez rozpoznania istoty sprawy. To taktyka procesowa – zamiast walczyć o wysokość odszkodowania, ubezpieczyciel atakuje sam fakt, że powód ma prawo dochodzić roszczenia.

Z doświadczenia wiem, że takie zarzuty często są podnoszone w złej wierze. Ubezpieczyciel przez miesiące traktuje cesjonariusza jako wierzyciela, prowadzi z nim korespondencję, wypłaca częściowe świadczenia – a potem w sądzie twierdzi, że cesja była nieskuteczna. Czy to uczciwe? Moim zdaniem nie.

Przypadek firmy P. – ubezpieczyciel zmienia zdanie

Firma P. sp.k. zajmująca się najmem pojazdów zastępczych zawarła 24 lutego 2019 r. umowę cesji z panem T.R., którego samochód został uszkodzony w wypadku. Przedmiotem cesji były roszczenia o zwrot kosztów najmu pojazdu zastępczego, holowania, przechowania oraz naprawy pojazdu. Poszkodowany złożył również oświadczenie o cesji i upoważnienie do wypłaty odszkodowania na rzecz firmy P.

Ubezpieczyciel sprawcy wypadku, (…) S.A., prowadził postępowanie likwidacyjne z firmą P., uznając ją za uprawnioną do odbioru odszkodowania. W piśmie z 15 marca 2019 r. ubezpieczyciel poinformował firmę, że rozpatrzył roszczenia w ramach umowy OC posiadaczy pojazdów mechanicznych i wypłacił częściowe odszkodowanie. Nie kwestionował wówczas skuteczności cesji ani legitymacji firmy P. jako wierzyciela.

Problem pojawił się, gdy firma wystąpiła do sądu o zapłatę pozostałej części odszkodowania (5.012,51 zł). Nagle okazało się, że ubezpieczyciel zmienił zdanie i zakwestionował legitymację procesową powoda, twierdząc, że cesja była nieskuteczna (w umowie cesji przez pomyłkę wskazano UFG zamiast towarzystwa ubezpieczeniowego).

Sąd Rejonowy w Chodzieży uwierzył ubezpieczycielowi i oddalił powództwo. Firma odwołała się do Sądu Okręgowego w Poznaniu.

Zasada venire contra factum proprium w praktyce

Sąd Okręgowy w Poznaniu zwrócił uwagę na kluczowy aspekt sprawy: zachowanie ubezpieczyciela w postępowaniu likwidacyjnym. Sąd stwierdził:

„Z treści pism na k. 14-16 akt wynika, że sporna między stronami była wyłącznie wysokość należnego powodowi odszkodowania. Zachowanie pozwanego w postępowaniu likwidacyjnym wskazuje, że nie miał on wątpliwości, że nastąpiła cesja wierzytelności pomiędzy poszkodowanym T.R. i powodem.”

Innymi słowy, przez miesiące ubezpieczyciel traktował firmę P. jako wierzyciela, prowadził z nią korespondencję, wypłacił częściowe odszkodowanie – a dopiero w sądzie zaczął kwestionować cesję. Takie zachowanie jest sprzeczne z zasadą venire contra factum proprium – zakazem działania sprzecznego z własnym wcześniejszym zachowaniem.

Zasada ta, choć nie jest wprost wyrażona w kodeksie cywilnym, wynika z art. 5 k.c. (zakaz nadużywania prawa podmiotowego) i jest powszechnie stosowana przez sądy. Jeśli strona przez długi czas zachowywała się w sposób sugerujący uznanie określonego stanu rzeczy (np. skuteczności cesji), nie może później twierdzić czegoś przeciwnego, jeśli prowadziłoby to do krzywdy drugiej strony.

W praktyce odszkodowawczej spotykam się z tym regularnie. Ubezpieczyciel:

  • prowadzi korespondencję z cesjonariuszem,
  • prosi o dokumenty dotyczące szkody,
  • negocjuje wysokość odszkodowania,
  • wypłaca częściowe świadczenia,

– a potem w sądzie twierdzi, że cesja była nieskuteczna. To taktyka mająca na celu zniechęcenie cesjonariusza do dochodzenia roszczeń. Często działa – wiele warsztatów czy wypożyczalni rezygnuje z dalszej walki, obawiając się kosztów procesu.

Wypłata częściowego odszkodowania jako uznanie cesji

Sąd Okręgowy podkreślił, że wypłata częściowego odszkodowania przez ubezpieczyciela potwierdza uznanie cesji. Jeśli ubezpieczyciel uznał firmę P. za uprawnioną do odbioru części odszkodowania i faktycznie je wypłacił, trudno później twierdzić, że cesja była nieskuteczna.

To istotne z praktycznego punktu widzenia. Często ubezpieczyciele wypłacają część odszkodowania (np. za koszty holowania, przechowania), ale kwestionują pozostałą część (np. koszty najmu pojazdu zastępczego). W mojej ocenie, jeśli ubezpieczyciel wypłacił choćby część świadczenia, tym samym potwierdził skuteczność cesji i nie może później jej kwestionować.

Oczywiście można wyobrazić sobie sytuację, w której wypłata nastąpiła przez pomyłkę lub bez należytej weryfikacji dokumentów. Ale w takiej sytuacji to ubezpieczyciel ponosi konsekwencje własnej niestaranności. Nie może przerzucać ryzyka na cesjonariusza, który działał w zaufaniu do zachowania ubezpieczyciela.

Praktyczne wskazówki dla podmiotów nabywających roszczenia

Na podstawie tego orzeczenia i mojego doświadczenia w reprezentowaniu warsztatów i wypożyczalni polecam następujące praktyki:

1. Dokumentujcie każdą korespondencję z ubezpieczycielem

Jeśli ubezpieczyciel prowadzi z wami postępowanie likwidacyjne, zachowajcie wszystkie dowody:

  • pisma od ubezpieczyciela,
  • e-maile,
  • SMS-y,
  • nagrania rozmów telefonicznych (jeśli możliwe),
  • potwierdzenia przelewów.

Te dokumenty będą kluczowe, jeśli ubezpieczyciel w sądzie zakwestionuje waszą legitymację procesową. Wykażecie, że przez miesiące traktował was jako wierzyciela i nie kwestionował cesji.

2. Reagujcie na pierwsze sygnały kwestionowania cesji

Jeśli ubezpieczyciel już na etapie postępowania likwidacyjnego podnosi zarzut braku skutecznej cesji, nie ignorujcie tego. Od razu przedłożcie komplet dokumentów potwierdzających cesję (umowa, oświadczenie poszkodowanego, upoważnienie) i w razie potrzeby skonsultujcie sprawę z prawnikiem.

3. W razie wypłaty częściowego odszkodowania – powołujcie się na to w procesie

Jeśli ubezpieczyciel wypłacił wam część odszkodowania, a potem w sądzie kwestionuje legitymację procesową, powołajcie się na to w odpowiedzi na zarzuty. Argumentujcie, że ubezpieczyciel potwierdził skuteczność cesji przez faktyczne wypłacenie świadczeń i nie może teraz działać sprzecznie z własnym zachowaniem.

4. Nie dajcie się zastraszyć

Często ubezpieczyciele liczą na to, że cesjonariusz – widząc zarzut braku legitymacji procesowej – wycofa pozew lub ugodzi się na niekorzystnych warunkach. Nie dajcie się zastraszyć. Jeśli macie prawidłowo sporządzoną dokumentację i ubezpieczyciel prowadził z wami postępowanie likwidacyjne, macie duże szanse wygrać sprawę.

5. Zawsze korzystajcie z pomocy prawnika

Sprawy z zakresu cesji wierzytelności mogą być zawiłe. Jeśli ubezpieczyciel kwestionuje waszą legitymację procesową, skonsultujcie sprawę z prawnikiem specjalizującym się w prawie odszkodowawczym. Koszt pomocy prawnej jest zwykle nieporównywalny z wartością dochodzonego roszczenia.

FAQ

Czy ubezpieczyciel może kwestionować cesję, jeśli wcześniej wypłacił odszkodowanie? Formalnie tak, ale takie zachowanie może zostać ocenione jako sprzeczne z zasadą venire contra factum proprium. Jeśli ubezpieczyciel przez miesiące traktował cesjonariusza jako wierzyciela i wypłacił część świadczeń, trudno będzie mu przekonać sąd, że cesja była nieskuteczna.

Co to jest zasada venire contra factum proprium? To zakaz działania sprzecznego z własnym wcześniejszym zachowaniem. Jeśli strona przez długi czas zachowywała się w sposób sugerujący uznanie określonego stanu rzeczy (np. skuteczności cesji), nie może później twierdzić czegoś przeciwnego, jeśli prowadziłoby to do krzywdy drugiej strony.

Jakie dokumenty udowodnią, że ubezpieczyciel uznawał cesję? Wszelka korespondencja: pisma, e-maile, SMS-y, potwierdzenia przelewów. Szczególnie istotne są pisma, w których ubezpieczyciel zwraca się do cesjonariusza jako wierzyciela lub informuje o wypłacie odszkodowania.

Czy mogę domagać się odszkodowania, jeśli ubezpieczyciel wypłacił mi tylko część? Oczywiście. Wypłata częściowego odszkodowania nie oznacza, że ubezpieczyciel uznał wysokość szkody w całości. Możecie dochodzić pozostałej części, a wypłata częściowa będzie dodatkowym argumentem, że ubezpieczyciel uznawał cesję za skuteczną.

Co zrobić, jeśli ubezpieczyciel na etapie postępowania likwidacyjnego kwestionuje cesję? Nie ignorujcie tego. Od razu przedłożcie komplet dokumentów potwierdzających cesję i w razie potrzeby skonsultujcie sprawę z prawnikiem. Im wcześniej wyjaśnicie wątpliwości, tym mniejsze ryzyko problemów w sądzie.

Najważniejsze wnioski

  • Ubezpieczyciel nie może prowadzić postępowania likwidacyjnego z cesjonariuszem, wypłacić częściowe odszkodowanie, a potem w sądzie kwestionować cesję.
  • Zachowanie ubezpieczyciela w postępowaniu likwidacyjnym ma znaczenie – może zostać ocenione jako uznanie skuteczności cesji.
  • Zasada venire contra factum proprium chroni cesjonariusza przed działaniem ubezpieczyciela sprzecznym z jego wcześniejszym zachowaniem.
  • Dokumentujcie całą korespondencję z ubezpieczycielem – będzie kluczowa w procesie.

Zakończenie

Ta sprawa pokazuje, że ubezpieczyciele nie mogą „włączać się i wyłączać” w zależności od wygody. Jeśli przez miesiące traktowali cesjonariusza jako wierzyciela, prowadzili z nim postępowanie likwidacyjne i wypłacili część odszkodowania, nie mogą później w sądzie twierdzić, że cesja była nieskuteczna. Takie zachowanie jest nieuczciwe i sprzeczne z podstawowymi zasadami prawa.

Dla podmiotów nabywających roszczenia to ważna lekcja: dokumentujcie każdą interakcję z ubezpieczycielem i nie dajcie się zastraszyć zarzutami o braku legitymacji procesowej. Jeśli macie prawidłowo sporządzoną dokumentację i ubezpieczyciel prowadził z wami postępowanie likwidacyjne, macie duże szanse wygrać sprawę.

Źródła:

  • Kodeks cywilny, art. 5
  • Wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu z 24.09.2021 r., sygn. II Ca 206/21

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat reprezentuję warsztaty naprawcze, wypożyczalnie pojazdów i inne podmioty nabywające roszczenia odszkodowawcze. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl.

Faktury za naprawę auta? Ubezpieczyciel chce, ale nie musi mu się chcieć

Kilka dni temu dzwoni do mnie klient. Głos ma zmęczony, wyczuwam frustrację już w pierwszym zdaniu. „Panie mecenasie, mam problem. Nie zgadzam się z kwotą odszkodowania, którą mi zaoferował ubezpieczyciel. Złożyłem reklamację, a oni odpisali, że zapłacą więcej, ale tylko jak pokażę faktury za naprawę. Co mam zrobić? Przecież naprawiłem auto już dwa miesiące temu!”

To klasyczny scenariusz, który widzę w swojej praktyce regularnie. I za każdym razem muszę tłumaczyć to samo: nie, ubezpieczyciel nie może uzależniać wypłaty odszkodowania z OC od faktur. To zwykła zagrywka, która ma zniechęcić poszkodowanego do dalszej walki. Ale o tym za chwilę.

Faktury jako „warunek” wypłaty – skąd się to bierze?

Z mojego doświadczenia wynika, że ubezpieczyciele stosują tę taktykę masowo. I nie bez przyczyny – to działa. Wielu poszkodowanych, słysząc taką odpowiedź, po prostu odpuszcza. „Nie mam faktur, to trudno” albo „Naprawiłem u znajomego, nie wystawiał mi faktury”. Albo najgorsze: „Faktury mam, ale pokażę im i i tak nie wypłacą pełnej kwoty, to po co się męczyć?”.

Fascynujące jest to, jak ubezpieczyciele mistrzowsko wykorzystują niewiedzę prawną poszkodowanych. Bo przecież gdyby kierowcy wiedzieli swoje prawa, połowa tych zagrywek by nie przeszła.

OC sprawcy – nie musisz nic udowadniać

Tutaj zaczyna się najciekawsza część. Mówiąc wprost: przy odszkodowaniu z OC sprawcy nie masz obowiązku przedstawiania faktur za naprawę. Żadnych. Ani jednej.

Dlaczego? Bo prawnie Twoim obowiązkiem jest tylko wykazanie zakresu uszkodzeń, a nie dokumentowanie poniesionych kosztów naprawy. To fundamentalna różnica, której ubezpieczyciele wolą nie podkreślać.

Z praktyki wiem, że podstawa prawna jest tu krystalicznie jasna. Art. 361 § 1 Kodeksu cywilnego mówi, że odszkodowanie powinno obejmować straty, które poszkodowany poniósł, oraz korzyści, które mógłby osiągnąć, gdyby mu szkody nie wyrządzono. Nigdzie w tym przepisie nie ma mowy o fakturach, rachunkach czy dowodach poniesienia kosztów.

Co więcej – i to jest kluczowe – obowiązek wypłaty odszkodowania powstaje w momencie zdarzenia szkodzącego, czyli kolizji. Nie wtedy, gdy naprawisz auto. Nie wtedy, gdy pokażesz faktury. W momencie wypadku.

Pamiętam sprawę sprzed kilku lat. Klient miał uszkodzoną tablicę przyrządów w samochodzie. Kosztorys wynosił około 3000 złotych. Auto dalej jeździło, tylko wskaźniki nie działały. Klient przez rok nie naprawił tego, bo się nie opłacało – planował sprzedaż auta. Ubezpieczyciel argumentował, że skoro nie naprawił, to nie ma prawa do odszkodowania. Nonsens prawny. Wygraliśmy sprawę, oczywiście. Prawo do odszkodowania powstało w momencie szkody, niezależnie od tego, czy i kiedy naprawa zostanie wykonana.

AC to zupełnie inna bajka

Swoją drogą, ciekawa różnica pojawia się przy ubezpieczeniu AutoCasco. Tam sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo AC to ubezpieczenie dobrowolne i rządzą się nim Ogólne Warunki Ubezpieczenia, które podpisujesz przy zawieraniu polisy.

W AC często występują dwa warianty rozliczenia szkody:

1. Wariant warsztatowy To sytuacja, gdzie naprawiasz auto w warsztacie wskazanym przez ubezpieczyciela albo przedstawiasz faktury za naprawę. Wtedy zazwyczaj dostanjesz pełną kwotę zgodną z kosztorysem (oczywiście po odjęciu franszyzy, jeśli ją masz). Ubezpieczyciel płaci na podstawie faktur i w założeniu ma to być pełna kwota.

2. Wariant optymalny (czasem nazywany „bez faktur”) Tu dostajesz tylko część kwoty, zazwyczaj pomniejszoną o amortyzację części, ograniczoną stawką za roboczogodzinę według OWU. Często to 60-70% tego, co dostałbyś w wariancie warsztatowym. Dlaczego? Bo ubezpieczyciel zakłada, że możesz kupić tańsze zamienniki, naprawić u znajomego czy w ogóle nie naprawiać.

W praktyce oznacza to, że w AC brak faktur może Cię realnie kosztować. Ale – i to ważne – to wynika z umowy, którą podpisałeś, a nie z przepisów prawa jak w przypadku OC.

Co robią ubezpieczyciele z fakturami, gdy je dostają?

A teraz najlepsze. Z relacji moich klientów (i z moich własnych doświadczeń procesowych) wynika, że nawet gdy pokażesz faktury, często i tak nie dostaniesz pełnej kwoty.

Ubezpieczyciel znajdzie dziesięć powodów, żeby zapłacić mniej:

  • „Mechanik zastosował drogie części, można było taniej”
  • „Stawka roboczogodziny jest zawyżona”
  • „Wymieniono więcej niż trzeba było”
  • „To nie była naprawa, tylko ulepszenie pojazdu”

Pamiętam klienta, który naprawił auto za 15 tysięcy złotych. Miał komplet faktur, wszystko zgodne z kosztorysem ubezpieczyciela. Dostał… 11 tysięcy. Bo ubezpieczyciel stwierdził, że „mechanik zastosował droższe części niż zakładał kosztorys”. Absurd, prawda? Zwłaszcza że to była naprawa w autoryzowanym serwisie marki.

Moja rada – jak się bronić?

Po latach reprezentowania klientów w sprawach odszkodowawczych wypracowałem kilka praktycznych zasad:

1. Nigdy nie poddawaj się na etapie reklamacji Jeśli ubezpieczyciel pisze, że „zapłacimy więcej, ale pokaż faktury”, odpowiedz jasno: „Odszkodowanie z OC nie może być uzależnione od przedstawienia faktur. Oczekuję wypłaty należnej kwoty niezwłocznie”.

2. Rób niezależne kosztorysy Jeśli kwestionujesz wycenę ubezpieczyciela, zrób własny kosztorys u niezależnego rzeczoznawcy. To Twój najlepszy argument w sporze.

3. Dokumentuj uszkodzenia Rób zdjęcia od razu po kolizji. Im więcej, tym lepiej. To Twój dowód na zakres szkody.

4. Nie bój się sądu Jeśli ubezpieczyciel się uprze, idź do sądu. Zwykle wygrywa poszkodowany, a ubezpieczyciel dodatkowo płaci odsetki i koszty procesu.

5. W AC czytaj OWU przed podpisaniem Jeśli planujesz wykupić AutoCasco, dokładnie przeczytaj fragmenty o rozliczaniu szkód. Wariant warsztatowy może być droższy w składce, ale zaoszczędzi Ci nerwów przy szkodzie.

Praktyczny przykład z wokandy

Pamiętam sprawę, którą prowadziłem rok temu. Klient uszkodził auto w wypadku zawinionego przez drugą stronę. Kosztorys naprawy: 12 000 złotych. Ubezpieczyciel sprawcy zaoferował 8 000 złotych. Klient złożył reklamację. Odpowiedź? „Zapłacimy 12 000, ale pod warunkiem przedstawienia faktur za naprawę”.

Klient przyszedł do mnie. Powiedziałem jasno: „Nie masz obowiązku pokazywać faktur. Napisz, że oczekujesz wypłaty 12 000 złotych zgodnie z prawem”.

Ubezpieczyciel podtrzymał swoją decyzję. Poszliśmy do sądu. Wygraliśmy. Klient dostał 12 000 złotych plus odsetki za zwłokę (dodatkowe 2 000 złotych) plus koszty zastępstwa procesowego (3 500 złotych). Ubezpieczyciel próbował zaoszczędzić 4 000 złotych, a zapłacił ostatecznie 17 500 złotych.

To pokazuje, jak krótkowzroczna jest ta polityka ubezpieczycieli. Ale oni grają na prawdopodobieństwo – wiedzą, że większość poszkodowanych nie pójdzie do sądu.

Podsumowanie

Odszkodowanie z OC sprawcy to Twoje prawo, nie łaska ubezpieczyciela. Nie musisz naprawiać auta. Nie musisz pokazywać faktur. Nie musisz udowadniać, że poniosłeś koszty.

Musisz tylko wykazać zakres uszkodzeń – a to zazwyczaj robi rzeczoznawca ubezpieczyciela na miejscu kolizji.

Jeśli ubezpieczyciel próbuje uzależnić wypłatę od faktur – to taktyka zniechęcenia. Nie daj się. Twoje prawa są jasne, a prawo jest po Twojej stronie.

Z mojego doświadczenia wynika, że kierowcy, którzy walczą o swoje, ostatecznie wygrywają. Ci, którzy odpuszczają, tracą często tysiące złotych. To Twój wybór.

A jakie są Wasze doświadczenia z fakturami i odszkodowaniami? Spotkaliście się z taką taktyką ubezpieczycieli? Dajcie znać w komentarzach!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.blogoodszkodowaniach.pl.

Masz pytanie lub potrzebujesz pomocy z odszkodowaniem? Napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Sprawca z niemiecką rejestracją Cię potrącił? Poznaj PBUK – instytucję, o której istnieniu nie miałeś pojęcia

Kolizja na autostradzie, sprawca ma niemieckie tablice. Albo wypadek w centrum miasta – drugi samochód z czeską rejestracją. Sprawca jest ubezpieczony, wszystko w porządku, więc odszkodowanie powinno być proste, prawda?

No właśnie. W teorii tak. W praktyce pojawia się tajemniczy skrót: PBUK.

Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Instytucja, o której większość poszkodowanych dowiaduje się dopiero wtedy, gdy próbuje zgłosić szkodę po wypadku ze sprawcą zza granicy. I nagle wszystko się komplikuje – bo zamiast do zwykłego ubezpieczyciela idziecie do „biura”, które działa według nieco innych zasad.

Dziś chcę wytłumaczyć Wam, czym jest PBUK, kiedy macie z nim do czynienia i – co najważniejsze – jak dochodzić odszkodowania, gdy sprawca ma zagraniczne tablice.

Czym w ogóle jest PBUK?

Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych to instytucja utworzona na mocy ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych. Jej głównym zadaniem jest odpowiadanie za szkody komunikacyjne spowodowane przez pojazdy zarejestrowane za granicą.

W praktyce wygląda to tak: sprawca ma polisę OC wykupioną np. w Niemczech, Czechach czy Francji. Teoretycznie to jego zagraniczny ubezpieczyciel powinien pokryć szkodę. Ale żeby ułatwić poszkodowanym dochodzenie roszczeń (bo wyobraźcie sobie, jak by było, gdybyście musieli pisać pozwy po niemiecku do sądu w Monachium), państwa europejskie stworzyły system tzw. Zielonej Karty i Porozumienia Wielostronnego.

Na czym to polega? Jeśli sprawca z zagranicy ma Zieloną Kartę (a powinien, bo bez niej nie może wjechać do Polski), to w Polsce odpowiedzialność za szkodę przejmuje PBUK. Innymi słowy: nie musicie kontaktować się z zagranicznym ubezpieczycielem – zgłaszacie szkodę do PBUK, a oni zajmują się resztą.

Kiedy PBUK jest pozwanym w sprawie sądowej?

Tu zaczyna się ciekawa kwestia procesowa, o której wielu poszkodowanych – i co tu dukać, niektórych prawników – nie wie.

Zgodnie z art. 123 ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych:

„Biuro odpowiada za szkody będące następstwem wypadków, które miały miejsce na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i powstały w związku z ruchem pojazdów mechanicznych, zarejestrowanych w państwach, których biura narodowe są sygnatariuszami Porozumienia Wielostronnego.”

Co to oznacza w praktyce? Że jeśli:

  • Wypadek miał miejsce w Polsce,
  • Sprawca ma pojazd zarejestrowany w państwie-sygnatariuszu Porozumienia Wielostronnego (a to praktycznie cała Europa, w tym Niemcy, Czechy, Francja, Włochy itd.),

to pozwanym w procesie sądowym jest PBUK, a nie zagraniczny ubezpieczyciel.

Dla Was jako poszkodowanych to dobra wiadomość. Nie musicie się martwić, jak pozwać niemiecki zakład ubezpieczeń – po prostu kierujecie roszczenie do PBUK z siedzibą w Warszawie. Prościej, szybiej, bardziej przewidywalnie.

Jak wygląda proces likwidacji szkody z PBUK?

Tu zaczyna się nieco bardziej skomplikowana część – bo choć PBUK przejmuje odpowiedzialność, to sama likwidacja często przebiega przez pośrednika.

Oto jak to działa krok po kroku:

Krok 1: Zgłoszenie szkody

Zamiast dzwonić do zagranicznego ubezpieczyciela, zgłaszacie szkodę bezpośrednio do tzw. reprezentanta do spraw roszczeń w Polsce. Kto to jest? To polski zakład ubezpieczeń, który reprezentuje zagranicznego ubezpieczyciela na terenie Polski.

Przykład: sprawca ma polisę w niemieckim Allianz. W Polsce reprezentantem Allianz jest np. TU Allianz Polska (to tylko przykład, reprezentanci się zmieniają). Zgłaszacie więc szkodę do Allianz Polska, a oni prowadzą likwidację w imieniu niemieckiego Allianz.

Krok 2: Standardowa likwidacja

Od tego momentu proces wygląda bardzo podobnie jak przy zwykłym polskim OC. Ubezpieczyciel-reprezentant:

  • Wysyła rzeczoznawcę (lub prosi o zdjęcia),
  • Weryfikuje okoliczności zdarzenia,
  • Wycenia szkodę,
  • Podejmuje decyzję o wypłacie odszkodowania.

Krok 3: Wypłata odszkodowania

Jeśli wszystko pójdzie gładko, dostajecie odszkodowanie od reprezentanta (działającego w imieniu PBUK/zagranicznego ubezpieczyciela) i sprawa jest zamknięta.

Krok 4: Co jeśli jest spór?

Tu właśnie pojawia się PBUK. Jeśli nie zgadzacie się z wysokością odszkodowania i chcecie iść do sądu, to pozwanym jest Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych – nie reprezentant, nie zagraniczny ubezpieczyciel.

Najczęstsze problemy w sprawach z PBUK

Z mojej praktyki wynika, że sprawy z udziałem PBUK mają swoją specyfikę. Oto na co warto uważać:

Problem 1: Dłuższy czas likwidacji

Gdy w grę wchodzi sprawca zagraniczny, ubezpieczyciela reprezentującego i PBUK w tle, proces trwa dłużej. Informacje muszą krążyć między różnymi instytucjami, co wydłuża terminy. Nie dziwcie się, jeśli zamiast standardowych 30 dni czekanie na decyzję rozciągnie się do 2-3 miesięcy.

Problem 2: Zaniżanie odszkodowań

Tak jak w przypadku zwykłych polskich ubezpieczycieli, PBUK (a właściwie reprezentanci działający w jego imieniu) również ma tendencję do zaniżania kosztorysów. Stawki roboczogodziny za niskie, ceny części zaniżone – mechanizm ten sam, o którym pisałem w poprzednim artykule.

Problem 3: Brak jasności, kto jest stroną

Często poszkodowani są zdezorientowani: „Do kogo mam się zwracać? Do reprezentanta? Do PBUK? Do zagranicznego ubezpieczyciela?”.

Zasada jest prosta:

  • Na etapie likwidacji szkody – kontaktujecie się z reprezentantem (np. TU Generali).
  • Na etapie reklamacji – też do reprezentanta.
  • Na etapie postępowania sądowego – pozwanym jest PBUK.

Praktyczne wskazówki: jak dochodzić odszkodowania?

Jeśli uczestniczyliście w wypadku ze sprawcą zza granicy, oto co powinniście zrobić:

1. Zabezpieczcie dowody z miejsca zdarzenia

To standard, ale w przypadku sprawcy zagranicznego jest jeszcze ważniejsze. Zróbcie zdjęcia:

  • Obu pojazdów (z bliska i z daleka),
  • Śladów na jezdni,
  • Tablicy rejestracyjnej sprawcy,

2. Sprawdźcie, kto jest reprezentantem

Informacja o tym, który polski ubezpieczyciel reprezentuje zagraniczną firmę, powinna być dostępna na stronie PBUK. Możecie też zapytać samego sprawcę albo zadzwonić do PBUK i podać dane polisy sprawcy.

3. Zgłoście szkodę jak najszybciej

Im szybciej zgłosicie szkodę, tym szybciej ruszy proces likwidacji. Pamiętajcie, że w sprawie biorą udział różne podmioty, więc każdy dzień opóźnienia to dodatkowy czas czekania na decyzję.

4. Jeśli odszkodowanie jest zaniżone – działajcie

Tak jak w przypadku zwykłych polskich ubezpieczycieli:

  • Zlećcie niezależny kosztorys,
  • Złóżcie reklamację,
  • Jeśli to nie pomoże – pozew do sądu (z PBUK jako pozwanym).

Nie dajcie się zwieść argumentami w stylu „to zagraniczny ubezpieczyciel, nie mamy wpływu na wycenę”. PBUK odpowiada za szkodę tak samo jak polski zakład ubezpieczeń – i ma te same obowiązki wobec poszkodowanych.

Moja rada na koniec

Sprawy z PBUK wydają się bardziej skomplikowane niż zwykłe polskie OC – i faktycznie, jest w nich więcej podmiotów i więcej biurokracji. Ale nie pozwólcie, żeby to Was przestraszyło.

Macie te same prawa co w przypadku polskiego sprawcy. PBUK odpowiada za szkodę na tych samych zasadach co zwykły ubezpieczyciel. Jeśli odszkodowanie jest zaniżone – walczcie o swoje. Jeśli process likwidacji się przeciąga – domagajcie się wyjaśnień.

I pamiętajcie: fakt, że sprawca ma niemieckie tablice, nie oznacza, że dostaniecie mniejsze odszkodowanie. Oznacza tylko, że pozwanym w ewentualnym procesie będzie PBUK zamiast PZU czy Warta. Ale suma, którą powinniście dostać? Dokładnie taka sama.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa wymaga indywidualnej analizy, dlatego zapraszam do kontaktu z naszą kancelarią.Retry

Claude does not have internet access enabled. Enable web search for up to date and accurate links.

Rekomendacje KNF – czyli jak ubezpieczyciele powinni płacić (ale często nie płacą)

Kilka tygodni temu siedziałem z klientem przy kawie i tłumaczyłem mu po raz kolejny, dlaczego ubezpieczyciel nie ma racji, zaniżając mu odszkodowanie. „Ale oni piszą, że to są ich wewnętrzne zasady” – mówił klient. „To im pokażemy Rekomendacje KNF” – odpowiedziałem. „A co to takiego?” – zapytał.

I tu zaczyna się fascynująca historia. Komisja Nadzoru Finansowego wydała dokument, który powinien zmienić sposób likwidacji szkód przez ubezpieczycieli. Teoretycznie. Bo praktyka, jak zwykle w prawie odszkodowawczym, bywa różna od teorii.

Czym są te magiczne Rekomendacje KNF?

Rekomendacje Komisji Nadzoru Finansowego to dokument, który mówi ubezpieczycielom: „Panowie iPanie, tak macie pracować, jeśli nie chcecie problemów”. To nie są przepisy prawne w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale mają ogromną wagę. Dlaczego? Bo jeśli ubezpieczyciel ich nie przestrzega, KNF może zacząć się im bardzo dokładnie przyglądać. A tego ubezpieczyciele nie lubią.

Z mojego doświadczenia wynika, że większość klientów w ogóle nie wie o istnieniu Rekomendacji KNF. A szkoda, bo znajomość Rekomendacji 15 (ta o likwidacji szkód częściowych) to potężna broń w sporze z ubezpieczycielem.

Rekomendacja 15 – co ona tak naprawdę znaczy?

Zacznijmy od podstaw. Rekomendacja 15 mówi o jednej fundamentalnej zasadzie: odszkodowanie ma zapewnić przywrócenie pojazdu do stanu sprzed zdarzenia. Brzmi prosto, prawda? W teorii tak. W praktyce… no cóż.

Zasada pełnego odszkodowania – teoria vs praktyka

Fascynujące jest to, jak ubezpieczyciele interpretują „pełne odszkodowanie”. Rekomendacja 15.1 jasno mówi: nie można stosować praktyk naruszających zasadę pełnego odszkodowania. Bez względu na to, czy to metoda kosztorysowa czy serwisowa.

Co to oznacza w praktyce? Że ubezpieczyciel nie może powiedzieć: „W metodzie kosztorysowej bierzemy najtańsze części z Chin, a w serwisowej oryginalne”. Albo: „W kosztorysowej płacimy 80 zł za roboczogodzinę, a w serwisowej 150 zł”. To niedozwolone.

Pamiętam sprawę sprzed roku. Klient miał uszkodzonego mercedesa. Ubezpieczyciel w kosztorysie wycenił naprawę na 8000 złotych, stosując części zamienniki klasy Q i stawkę 120 zł za roboczogodzinę. Równocześnie ten sam ubezpieczyciel miał sieć warsztatów partnerskich, gdzie stosował oryginalne części i stawkę 180 zł. Różnica? 5000 złotych.

Pokazałem im Rekomendację 15.2. Argumentowałem: „Nie możecie stosować innych kryteriów w zależności od metody likwidacji”. Efekt? Po miesiącu walki dostaliśmy pełną kwotę.

Rynek lokalny – czyli gdzie ubezpieczyciel powinien szukać cen

To kolejny ciekawy punkt. Rekomendacja 15.3 mówi o „rynku lokalnym” rozumianym jako gmina lub powiat, gdzie mieszka poszkodowany.

Co to znaczy w praktyce? Że jeśli mieszkasz w centrum Poznania, ubezpieczyciel nie może brać cen z warsztatu pod Koninem, gdzie roboczogodzina kosztuje 70 złotych. Ma brać ceny z Poznania, gdzie roboczogodzina to 150-180 złotych.

Z doświadczenia wiem, że ubezpieczyciele uwielbiają ignorować ten fragment. Robią „badanie rynku” (które zresztą nigdy nie pokazują poszkodowanemu) i twierdzą, że średnia stawka w Poznaniu to 100 złotych. Bzdura. Żaden porządny warsztat w Poznaniu nie naprawi mercedesa za 100 złotych za godzinę.

Wskaż warsztat albo płać więcej

A tu jest najlepsze. Rekomendacja 15.4 mówi coś genialnego: jeśli poszkodowany kwestionuje wysokość odszkodowania, ubezpieczyciel ma obowiązek wskazać warsztat, który za tę cenę rzeczywiście naprawi auto.

Swoją drogą, to jest mój ulubiony fragment do wykorzystania w sporach. Piszę do ubezpieczyciela: „Wskazujecie w kosztorysie stawkę 90 złotych za roboczogodzinę w Poznaniu. Proszę o wskazanie warsztatu na terenie Poznania, który za tę stawkę naprawi auto zgodnie ze sztuką”.

Zgadnijcie, co się dzieje? Cisza. Albo ubezpieczyciel wskazuje warsztat na obrzeżach miasta (gdzie nikt przy zdrowych zmysłach nie odda swojego auta), albo… podwyższa kwotę odszkodowania.

Pamiętam sprawę, gdzie klientka miała uszkodzonego BMW. Ubezpieczyciel wskazał warsztat 40 km od jej miejsca zamieszkania. Napisałem: „Rekomendacja mówi o rynku lokalnym, czyli gminie lub powiecie. To 40 km to już inny powiat”.

Faktury – wracamy do tematu

Rekomendacja 15.5 kończy dyskusję o fakturach. Ubezpieczyciel nie może żądać faktur potwierdzających zakup części, chyba że faktura za naprawę nie wskazuje, jakie części (O, Q, P) zostały użyte.

To znaczy: jeśli masz fakturę z warsztatu, która jasno mówi „wymieniono zderzak – część oryginalna BMW (O)”, ubezpieczyciel nie może mówić „a teraz pokaż mi jeszcze fakturę VAT za zakup tego zderzaka przez warsztat”. To nie twój problem, co warsztat kupił i gdzie.

W praktyce ubezpieczyciele próbują obchodzić tę rekomendację na różne sposoby. „Pokaż faktury, bo nie wiadomo, czy naprawdę użyto części O” – piszą. A potem okazuje się, że na fakturze jest wszystko czarno na białym.

Kwestionowanie kosztorysów – zasady fair play

Rekomendacja 15.6 mówi o czymś, co powinno być oczywiste: jeśli ubezpieczyciel kwestionuje Twój kosztorys, musi szczegółowo uzasadnić każdą korektę.

Co to znaczy w praktyce? Nie może napisać: „Zbyt wysokie koszty naprawy – korekta o 2000 złotych”. Musi napisać: „Pozycja 3 – wymiana błotnika: warsztat wycenił na 500 złotych, my uznajemy 350 złotych, bo na rynku lokalnym średnia cena to 350 złotych (załączamy oferty z 3 warsztatów)”.

Z mojego doświadczenia wynika, że ubezpieczyciele rzadko to robią. Piszą ogólniki typu „zawyżone ceny”, „niezgodne z rynkiem”, „nieuzasadnione operacje”. To nie jest szczegółowe uzasadnienie w rozumieniu Rekomendacji 15.6.

Pamiętam sprawę, gdzie ubezpieczyciel skorygował kosztorys klienta o 4000 złotych. Uzasadnienie? „Ceny niezgodne z cenami rynkowymi”. Bez żadnych szczegółów. Napisałem: „Proszę o uzasadnienie każdej korekty zgodnie z Rekomendacją 15.6 KNF”.

Nie mogą kwestionować wyższych cen, jeśli są rynkowe

I na koniec wisienka na torcie – Rekomendacja 15.7. Mówi ona, że ubezpieczyciel nie może kwestionować kosztów naprawy, jeśli mieszczą się w cenach rynku lokalnego, nawet jeśli są wyższe od przeciętnych.

Co to znaczy? Załóżmy, że naprawiasz auto w warsztacie, gdzie roboczogodzina kosztuje 200 złotych. Średnia w Twoim mieście to 150 złotych. Ubezpieczyciel mówi: „Płacimy tylko 150 złotych, bo to średnia”.

Ale jeśli wykażesz, że na rynku lokalnym są warsztaty, które biorą 200 złotych (nawet jeśli to nie jest średnia), ubezpieczyciel ma obowiązek zapłacić. Bo ceny rynkowe nie oznaczają „średnich”, tylko cen, które rzeczywiście obowiązują na rynku.

Moja rada – jak wykorzystać Rekomendacje w praktyce

Po latach wykorzystywania Rekomendacji KNF w sporach z ubezpieczycielami mogę powiedzieć jedno: znajomość Rekomendacji to potężna broń.

1. Zawsze powołuj się na konkretne punkty Nie pisz ogólnie „naruszacie prawo”. Pisz konkretnie: „Działanie ubezpieczyciela narusza Rekomendację 15.4 KNF, zgodnie z którą…”. To robi wrażenie.

2. Żądaj wskazania warsztatu Jeśli kwestionujesz stawki w kosztorysie ubezpieczyciela, napisz: „Proszę o wskazanie warsztatu na rynku lokalnym (art. 15.4 Rekomendacji KNF), który za przedstawione ceny naprawi pojazd”. Często to kończy spór.

3. Wymagaj szczegółowych uzasadnień Jeśli ubezpieczyciel koryguje Twój kosztorys, pisz: „Zgodnie z Rekomendacją 15.6 KNF proszę o szczegółowe uzasadnienie każdej korekty”. Bez tego nie dyskutuj.

4. Dokumentuj ceny rynkowe Zbierz oferty z 3-5 warsztatów z Twojego miasta. Pokaż, że ceny w Twoim kosztorysie są w normie rynkowej. To Twój najlepszy dowód.

5. Nie daj się zastraszyć „wewnętrznymi zasadami” Ubezpieczyciele uwielbiają mówić o „wewnętrznych zasadach likwidacji szkód”. Odpowiadaj: „Wasze wewnętrzne zasady muszą być zgodne z Rekomendacjami KNF”. Koniec dyskusji.

Rekomendacje a rzeczywistość – czyli jak jest naprawdę

Fascynujące jest to, że mimo istnienia Rekomendacji KNF, wiele towarzystw ubezpieczeniowych je ignoruje. Dlaczego? Bo liczą na to, że poszkodowany nie będzie się odwoływał do KNF. I często mają rację – większość ludzi nie wie o Rekomendacjach.

Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy powołujesz się na Rekomendacje, ubezpieczyciele zaczynają traktować sprawę poważniej. Bo wiedzą, że masz wiedzę. A poszkodowany z wiedzą to dla nich problem.

Pamiętam sytuację, kiedy ubezpieczyciel przez trzy miesiące twierdził, że „nasze zasady nie pozwalają na wyższe odszkodowanie”. Po jednym piśmie z odwołaniem do Rekomendacji 15 dostaliśmy podwyżkę o 40%. Bez sądu, bez sporów. Po prostu ubezpieczyciel zrozumiał, że klient wie, czego może żądać.

Podsumowanie

Rekomendacje KNF to narzędzie, które każdy poszkodowany powinien znać. Nie są to przepisy prawne, ale mają ogromną wagę w sporach z ubezpieczycielami. Znajomość Rekomendacji 15 to różnica między odszkodowaniem zaniżonym o 30% a pełnym odszkodowaniem.

Z mojego doświadczenia wynika, że poszkodowani, którzy powołują się na Rekomendacje, wygrywają częściej i szybciej. Ci, którzy ich nie znają, często tracą tysiące złotych.

To Twój wybór. Możesz zaakceptować pierwszą ofertę ubezpieczyciela. Albo możesz walczyć, powołując się na Rekomendacje. I wtedy masz szansę na sprawiedliwe odszkodowanie.

A jak Wy – spotkaliście się z sytuacją, gdzie ubezpieczyciel ignorował Rekomendacje KNF? Dajcie znać w komentarzach!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.blogoodszkodowaniach.pl.

Masz problem z zaniżonym odszkodowaniem? Napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Czego nie warto podnosić w odwołaniu do ubezpieczyciela? Błędy, które osłabiają Twoją sprawę

Odwołanie (zwane też reklamacją) do ubezpieczyciela to pismo, które wymaga pewnego poziomu wiedzy prawniczej i strategicznego myślenia. Z praktyki kancelarii wiem, że wielu poszkodowanych, decydując się na samodzielne napisanie odwołania, popełnia te same błędy – zamiast skupić się na merytoryce, kierują się emocjami. A to niestety osłabia ich pozycję negocjacyjną. Sprawdź, jakich argumentów unikać i czego nie pisać w odwołaniu, by osiągnąć zamierzony efekt!

Spis treści

  1. „Tyle lat płacę składki, więc muszę coś dostać!”
  2. „Mój znajomy dostał więcej za podobną szkodę”
  3. „Likwidator był niemił, rzeczoznawca arogancki”
  4. „Nigdy więcej się u Was nie ubezpieczę!”
  5. Wulgaryzmy i obraźliwy język
  6. Powoływanie się na trudną sytuację życiową
  7. Powielanie treści decyzji bez własnej argumentacji
  8. Żądanie „sprawiedliwości” bez podstawy prawnej
  9. Praktyczne wskazówki – co WARTO napisać w odwołaniu
  10. FAQ – najczęstsze pytania

„Tyle lat płacę składki, więc muszę coś dostać!”

To chyba najczęstszy argument, jaki słyszę od klientów: „Płacę im składki od 10 lat, nigdy nic nie zgłaszałem, teraz mi się należy!”. Niestety, okres płacenia składek nie ma żadnego wpływu na wysokość odszkodowania.

Dlaczego?

Ubezpieczenie to nie lokata bankowa ani plan oszczędnościowy. Składka to cena za ochronę ubezpieczeniową w danym okresie – niezależnie od tego, czy jesteś klientem od wczoraj, czy od dekady. Zarówno „nowy”, jak i „stary” ubezpieczający są objęci ochroną na tych samych zasadach, określonych w ogólnych warunkach ubezpieczenia (OWU) i polisie.

Co więcej, w odwołaniu argument o wieloletnim płaceniu składek może wręcz zaszkodzić – sugeruje bowiem, że nie rozumiesz podstawowych zasad działania ubezpieczeń. Ubezpieczyciel nie podejmuje decyzji na podstawie sympatii czy „zasług” klienta, ale w oparciu o:

  • Zakres ochrony ubezpieczeniowej (co jest objęte polisą)
  • Wartość szkody i jej dokumentację
  • Wysokość sum ubezpieczeniowych i limitów odpowiedzialności

Wniosek: Zapomnij o argumentach w stylu „tyle lat płacę” – skup się na wykazaniu, że szkoda jest objęta umową i że odszkodowanie zostało zaniżone w świetle konkretnych dowodów.

„Mój znajomy dostał więcej za podobną szkodę”

Kolejny klasyk: „Kolega z pracy miał taki sam wypadek i dostał 50 tysięcy, a mnie dają tylko 20!”. Problem w tym, że każda sprawa ma charakter indywidualny – i to nie jest tylko frazesy prawniczy, ale rzeczywistość.

Dlaczego porównania nie działają?

Wysokość odszkodowania zależy od szeregu czynników:

  • Ubezpieczyciel: PZU płaci inaczej niż Generali, AXA czy Ergo Hestia
  • Rodzaj i zakres szkody: uszkodzenie kręgosłupa szyjnego to nie to samo co stłuczenie kolana, nawet jeśli oboje mieliście „wypadek samochodowy”
  • Okoliczności zdarzenia: zderzenie czołowe przy 100 km/h to nie kolizja na parkingu
  • Dokumentacja medyczna: twój znajomy mógł mieć dłuższy okres leczenia, więcej badań, powikłania
  • Wiek poszkodowanego: młody człowiek często otrzymuje wyższe zadośćuczynienie niż osoba w podeszłym wieku (ze względu na dłuższy okres cierpienia)
  • Umiejętności negocjacyjne: być może twój znajomy miał prawnika, który skutecznie wynegocjował wyższą kwotę

Przykład z praktyki: Dwie osoby doznają złamania nogi w wypadku. Jedna ma proste złamanie piszczeli, druga – złamanie wieloodłamowe z przesunięciem, operację, infekcję pooperacyjną i trwały uszczerbek na zdrowiu. Obie mogą mówić „złamałem nogę”, ale odszkodowania będą dramatycznie różne.

Wniosek: Ubezpieczyciel nie będzie porównywał twojej sprawy z „kolegi z pracy”. Zamiast tego wykaż konkretnie, dlaczego TY zasługujesz na wyższe odszkodowanie – odwołując się do swojej dokumentacji medycznej, opinii biegłych, kosztorysów naprawy itp.

„Likwidator był niemił, rzeczoznawca arogancki”

Arogancki likwidator, złośliwy rzeczoznawca, niemiły konsultant z infolinii… Rozumiem frustrację – sam nieraz słyszałem od klientów, jak byli traktowani przez pracowników ubezpieczycieli. Ale czy narzekanie na to w odwołaniu ma sens?

Dlaczego to nie zadziała?

Ubezpieczyciel wydaje decyzję w oparciu o przepisy prawa, OWU i dostarczone dokumenty – a nie nastroje swoich pracowników. Nawet jeśli likwidator był wyjątkowo niemiły, to nie wpływa to na merytoryczną stronę sprawy.

Co więcej, skupianie się na zachowaniu pracowników może zostać odebrane jako:

  • Brak argumentów merytorycznych
  • Próba odwrócenia uwagi od słabych stron twojej sprawy
  • Niski poziom kultury osobistej

Wyjątek: Jeśli pracownik ubezpieczyciela celowo wprowadzał cię w błąd, zataił istotne informacje lub naruszył twoje prawa jako konsumenta – to już inna sprawa. Wówczas warto to udokumentować (np. nagranie rozmowy, email) i ewentualnie złożyć osobną skargę do rzecznika konsumentów lub Rzecznika Finansowego. Ale nawet wtedy w odwołaniu skup się na faktach, a nie emocjach.

Wniosek: Zostaw osobiste animozje za drzwiami. W odwołaniu pisz o dokumentach, wycenach, opiniach biegłych – nie o tym, jak cię potraktowano.

„Nigdy więcej się u Was nie ubezpieczę!”

Groźby i szantaż emocjonalny to kolejna ślepa uliczka. „Jeśli nie zwiększycie odszkodowania, przejdę do konkurencji!” – brzmi groźnie? Niekoniecznie.

Dlaczego ubezpieczyciel się nie przestraszy?

  • Masowy charakter działalności: Duże towarzystwa ubezpieczeniowe mają miliony klientów. Utrata jednego – nawet wieloletniego – to kropla w morzu.
  • Model biznesowy: Ubezpieczyciele zarabiają na różnicy między składkami a wypłaconymi odszkodowaniami. Jeśli „trudny” klient odejdzie, często traktują to jako… oszczędność na przyszłych roszczeniach.
  • Siła przetargowa: W relacji ubezpieczyciel-poszkodowany to my jesteśmy stroną słabszą. Ubezpieczyciel wie, że często nie mamy wyboru – bo OC sprawcy to konkretny zakład, a nie można sobie wybrać innego.

Z praktyki: Znam przypadki, gdy poszkodowani po takich groźbach rzeczywiście zmienili ubezpieczyciela – i… nic to nie zmieniło w decyzji o wysokości odszkodowania. Decyzja była już podjęta, a nowy ubezpieczyciel nie widział starej korespondencji.

Wniosek: Groźby rezygnacji z usług to strata czasu i miejsca w odwołaniu. Ubezpieczyciel zmieni decyzję tylko wtedy, gdy przedstawisz mocne argumenty prawne i dowody, nie dlatego, że mu zagrozisz.

Wulgaryzmy i obraźliwy język

To powinno być oczywiste, ale niestety wielu poszkodowanych, kierując się frustracją, sięga po wulgaryzmy lub obraźliwe zwroty. „Oszuści”, „złodzieje”, „naciągacze” – to jeszcze łagodne określenia, jakie widziałem w odwołaniach pisanych przez klientów samodzielnie.

Dlaczego to szkodzi?

  • Profesjonalizm: Odwołanie to dokument o charakterze formalnym. Wulgaryzmy dyskwalifikują pismo od razu.
  • Wrażenie braku argumentów: Obraźliwy język może zostać odebrany jako kompensacja za brak merytoryki – „skoro nie ma czym argumentować, to wyzywam”.
  • Konsekwencje prawne: W skrajnych przypadkach wulgarne lub zniesławiające treści mogą stanowić podstawę do zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa (np. zniesławienie – art. 212 k.k.).

Pamiętaj: Możesz (i powinieneś!) wyrażać swoje racje stanowczo i dobitnie, ale zawsze w granicach dobrego smaku. Język uprzejmy nie oznacza uległości – oznacza profesjonalizm.

Przykład dobrej formuły:
❌ „Jesteście oszustami i naciągaczami!”
✅ „Decyzja została wydana z naruszeniem art. 361 § 2 k.c. oraz ogólnych warunków ubezpieczenia, co uzasadnia jej zmianę.”

Powoływanie się na trudną sytuację życiową

„Mam troje dzieci”, „żona jest na zwolnieniu”, „straciłem pracę”, „kredyt w banku do spłaty”… Rozumiem, że trudna sytuacja finansowa lub życiowa potęguje stres związany z odmową lub zaniżeniem odszkodowania. Ale czy ubezpieczyciel to uwzględni?

Dlaczego to nie zadziała?

Ubezpieczyciel nie jest instytucją pomocy społecznej. Nie ma obowiązku uwzględniać twojej sytuacji osobistej przy wyliczaniu odszkodowania. Wysokość świadczenia zależy od:

  • Wartości szkody (np. koszt naprawy, koszty leczenia)
  • Wysokości krzywdy (ból, cierpienie, utrata radości życia)
  • Zakresu odpowiedzialności określonego w umowie

Twoja sytuacja rodzinna, finansowa czy zawodowa nie wpływa na te elementy.

Wyjątek: W nielicznych przypadkach (np. przy ustalaniu wysokości renty z tytułu utraty żywiciela) sytuacja rodziny może mieć znaczenie – ale to już kwestia do sądu, a nie odwołania do ubezpieczyciela.

Wniosek: Zamiast apelować do emocji, skup się na faktach i przepisach prawa. Argumenty w stylu „mam dzieci” brzmią desperacko i osłabiają twoją pozycję.

Powielanie treści decyzji bez własnej argumentacji

To częsty błąd: poszkodowany w odwołaniu przepisuje fragmenty decyzji ubezpieczyciela (np. „Ubezpieczyciel stwierdził, że…”) i dodaje na końcu: „Nie zgadzam się z powyższym i żądam ponownego rozpatrzenia sprawy”.

Dlaczego to nie działa?

Odwołanie to nie jest powtórka z decyzji. Ubezpieczyciel nie zmieni zdania tylko dlatego, że napiszesz „nie zgadzam się”. Musisz:

  • Wykazać konkretne błędy w rozumowaniu ubezpieczyciela
  • Przedstawić nowe dowody lub argumenty prawne
  • Odnieść się punkt po punkt do uzasadnienia decyzji

Przykład:
❌ „Ubezpieczyciel odmówił wypłaty, twierdząc, że szkoda nie jest objęta umową. Nie zgadzam się.”
✅ „Ubezpieczyciel błędnie uznał, że szkoda nie jest objęta umową. Zgodnie z § 12 ust. 3 OWU oraz art. 805 § 1 k.c., ochroną objęte są szkody powstałe w wyniku [konkretne zdarzenie]. W załączeniu przedstawiam dokumentację potwierdzającą, że…”

Wniosek: Odwołanie to dialog z decyzją ubezpieczyciela, nie jej kopią. Musisz wykazać, dlaczego ubezpieczyciel się myli – na podstawie konkretnych przepisów, faktów i dowodów.

Żądanie „sprawiedliwości” bez podstawy prawnej

„Proszę o sprawiedliwą wypłatę”, „żądam uczciwie rozpatrzenia sprawy”, „apeluję o sumienne podejście” – takie zwroty często pojawiają się w odwołaniach. Problem? Nie mówią nic konkretnego.

Dlaczego to nie działa?

„Sprawiedliwość” to pojęcie subiektywne. Dla ciebie „sprawiedliwe” odszkodowanie to 100 tysięcy, dla ubezpieczyciela – 30 tysięcy. Kto ma rację?

Ubezpieczyciel nie działa na zasadzie „sprawiedliwości społecznej” – działa na zasadzie:

  • Przepisów prawa (KC, ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych)
  • OWU i polisy
  • Wycen rzeczoznawców i opinii biegłych

Wniosek: Zamiast żądać „sprawiedliwości”, żądaj konkretnej kwoty i uzasadnij ją przepisami prawa oraz dowodami. Np.: „Na podstawie art. 444 § 1 k.c. żądam wypłaty odszkodowania w wysokości 80 000 zł, co odpowiada…”

Praktyczne wskazówki – co WARTO napisać w odwołaniu

Skoro wiesz już, czego unikać, oto co POWINIENEŚ zawrzeć w odwołaniu:

1. Konkretne odwołanie do decyzji ubezpieczyciela

Wskaż numer i datę decyzji, której dotyczy odwołanie. Zidentyfikuj sprawę (numer szkody, polisy).

2. Wskazanie błędów w decyzji

Punkt po punkt odnieś się do argumentów ubezpieczyciela i wykaż, gdzie się myli. Np.:

  • „Błędnie odmówiono wypłaty z uwagi na brak ochrony ubezpieczeniowej – tymczasem zgodnie z § 5 ust. 2 OWU…”
  • „Zaniżono wycenę szkody, pomijając koszty oryginalnych części – zgodnie z wyrokiem SN z dnia…”

3. Nowe dowody lub argumenty

Przedstaw dokumentację, której wcześniej nie przedstawiłeś lub którą ubezpieczyciel pominął:

  • Kosztorysy z innych warsztatów
  • Opinie prywatnych rzeczoznawców
  • Dokumentację medyczną
  • Zeznania świadków

4. Podstawa prawna żądania

Wskaż przepisy, na których opierasz swoje żądanie:

  • Art. 444 § 1 k.c. (odszkodowanie za szkodę na osobie)
  • Art. 445 k.c. (zadośćuczynienie)
  • Art. 361 § 2 k.c. (pełna kompensata szkody)
  • Konkretne zapisy OWU

5. Konkretne żądanie

Jasno określ, czego żądasz:

  • „Żądam zmiany decyzji i wypłaty odszkodowania w kwocie 120 000 zł”
  • „Wnoszę o ponowną wycenę szkody z uwzględnieniem…”

6. Termin na odpowiedź

Wskaż termin, w jakim oczekujesz odpowiedzi (zazwyczaj 30 dni, zgodnie z ustawą o rozpatrywaniu reklamacji).

7. Zapowiedź dalszych kroków

Możesz (ale nie musisz) wskazać, że w przypadku negatywnej decyzji skierujesz sprawę na drogę sądową lub do Rzecznika Finansowego.

Przykład zakończenia odwołania:
„W przypadku nieuwzględnienia niniejszego odwołania, sprawę skieruję na drogę postępowania sądowego oraz zwrócę się do Rzecznika Finansowego o zbadanie prawidłowości postępowania likwidacyjnego.”

FAQ – najczęstsze pytania

Czy mogę w odwołaniu napisać, że likwidator był niemiły?
Możesz, ale nie ma to znaczenia merytorycznego. Jeśli jednak pracownik ubezpieczyciela naruszył twoje prawa (np. wprowadzał w błąd), warto to udokumentować i złożyć osobną skargę.

Czy argument „płacę składki od 10 lat” wzmocni moją sprawę?
Nie. Okres płacenia składek nie wpływa na wysokość odszkodowania.

Jak długo ubezpieczyciel ma na rozpatrzenie odwołania?
Zazwyczaj 30 dni od otrzymania odwołania (ustawa o rozpatrywaniu reklamacji przez podmioty rynku finansowego).

Czy mogę porównać swoją sprawę do sprawy znajomego?
Możesz, ale to nie jest argument. Każda sprawa jest indywidualna. Lepiej skup się na konkretnych dowodach i przepisach prawa.

Czy warto grozić ubezpieczycielowi rezygnacją z usług?
Nie. Groźby nie działają i osłabiają twoją pozycję. Ubezpieczyciel nie boi się utraty jednego klienta.

Czy mogę w odwołaniu używać zwrotów typu „proszę o sprawiedliwość”?
Możesz, ale to nic nie da. Zamiast tego żądaj konkretnej kwoty i uzasadnij ją przepisami prawa oraz dowodami.

Co jeśli ubezpieczyciel ponownie odmówi?
Możesz skierować sprawę do sądu lub do Rzecznika Finansowego. Warto skonsultować się z prawnikiem.


Zakończenie

Odwołanie do ubezpieczyciela to nie miejsce na wylewanie emocji, groźby czy osobiste wyznania. To dokument o charakterze prawnym, który powinien być konkretny, merytoryczny i oparty na dowodach. Z naszego doświadczenia wiemy, że profesjonalnie sporządzone odwołanie znacząco zwiększa szanse na pozytywne rozpatrzenie sprawy lub co najmniej – na otwarcie negocjacji.

Jeśli nie czujesz się pewnie w samodzielnym przygotowaniu odwołania, skontaktuj się z nami. Pomożemy sformułować mocne argumenty, zgromadzić dokumentację i skutecznie wynegocjować wyższe odszkodowanie.

Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa wymaga indywidualnej analizy okoliczności i dokumentacji.

Zapraszam do Kancelarii Prawnik od Odszkodowań:
Radca Prawny Bartosz Paweł Kowalak, Adwokat Michalina Koligot
ul. Mickiewicza 18a/3, 60-834 Poznań
Tel.: +48 61 2224963

www: https://prawnikododszkodowan.pl/