Przesłuchanie świadków w procesie o zadośćuczynienie – kto może zeznawać i dlaczego to ma znaczenie?

W procesach o odszkodowanie i zadośćuczynienie dowód z przesłuchania świadków bywa niedoceniany. A przecież to właśnie świadkowie często stanowią kluczowy element układanki dowodowej, uzupełniając obraz sprawy o aspekty, których nie znajdziemy w żadnej dokumentacji medycznej czy opinii biegłego.

Z praktyki kancelarii wiemy, że właściwie dobrany świadek potrafi przekonać sąd do zasądzonego zadośćuczynienia skuteczniej niż najdłuższe wywody prawne w pismach procesowych. Dlaczego? Bo to ludzie, którzy widzieli cierpienie poszkodowanego na własne oczy.

Dlaczego świadkowie są tak ważni w sprawach odszkodowawczych?

Opinie bieglych neurologów, ortopedów czy psychiatrów są oczywiście fundamentem każdego procesu o zadośćuczynienie. Biegły analizuje dokumentację medyczną, przeprowadza badanie, opisuje rozpoznanie. Problem w tym, że ta ocena ma charakter czysto medyczny, techniczny.

Biegły powie: „Stwierdza się ograniczenie ruchomości kręgosłupa szyjnego o 30%”. Ale czy ta sucha informacja oddaje prawdziwe cierpienie człowiека, który przez miesiące nie może spać z bólu? Który musi rezygnować z aktywności, którą kochał? Który stał się innym człowiekiem po wypadku?

Tu właśnie wkracza świadek. Świadek humanizuje sprawę. Pokazuje sądowi człowieka, nie tylko „powoda w sprawie o sygnaturze X”.

Kto może być świadkiem i czy to ma znaczenie?

Najbliższa rodzina – najwiarygodniejsi obserwatorzy

Najczęściej w procesach o zadośćuczynienie występują jako świadkowie:

  • Małżonkowie
  • Dzieci (jeśli są pełnoletnie)
  • Rodzice
  • Rodzeństwo
  • Partnerzy życiowi

To osoby, które widzą poszkodowanego codziennie, w najbardziej intymnych momentach. Widzą, jak wstaje z łóżka z trudem. Słyszą nocne jęki. Obserwują rezygnację z ulubionych aktywności.

W praktyce kancelarii spotkaliśmy się ze sprawą, w której żona poszkodowanego zeznała: „Mój mąż przed wypadkiem uwielbiał naprawiać samochód, spędzał w garażu całe weekendy. Teraz nie jest w stanie podnieść nawet podstawowego narzędzia. Ostatnio płakał, bo nie mógł pomóc synowi przy naprawie roweru”. To coś zupełnie innego niż suche „ograniczenie funkcji kończyn górnych” w opinii biegłego.

Przyjaciele i znajomi – świadkowie zmian w funkcjonowaniu społecznym

Czasami warto powołać też przyjaciół, współpracowników, znajomych. Są szczególnie wartościowi, gdy:

  • Poszkodowany był aktywny społecznie przed wypadkiem
  • Zmiany dotyczą sfery zawodowej lub hobby
  • Chcemy pokazać, jak wypadek wpłynął na relacje społeczne

Przyjaciel może zeznać: „Jeździliśmy razem na ryby co weekend przez 15 lat. Po wypadku Tomek nie jest w stanie nawet załadować sprzętu do samochodu. Zrezygnował z naszych wyjazdów”. To pokazuje utratę radości z życia w sposób bardzo konkretny.

Czy sąd dyskredytuje świadków z rodziny?

Słyszę czasami obawy: „Czy sąd uwierzy żonie/mężowi? Czy nie uzna, że są stronniczy?”.

Otóż sądy doskonale zdają sobie sprawę, że najbliższa rodzina jest naturalnym źródłem informacji o codziennym funkcjonowaniu poszkodowanego. Tak, świadkowie ci są emocjonalnie zaangażowani – ale właśnie dlatego mają najlepszą wiedzę o faktycznych konsekwencjach urazu.

Ważne, by zeznania były:

  • Konkretne (nie „było mu źle”, ale „nie mógł zasnąć przez ból szyi, wstawał 5 razy w nocy”)
  • Szczegółowe (daty, konkretne sytuacje)
  • Zgodne z dokumentacją medyczną (świadek nie powinien przeczyć obiektywnym faktom)

Jak świadkowie pomagają w procesie?

1. Uzupełniają dokumentację medyczną

Dokumentacja medyczna to zazwyczaj karty informacyjne leczenia, zlecenia na leki, skierowania na rehabilitację. Suche fakty. Świadek odpowiada na pytania:

  • Jak często poszkodowany skarżył się na ból?
  • Czy brał leki regularnie? Czy musiał je zwiększać?
  • Czy chodził na rehabilitację? Jak reagował na zabiegi?

2. Pokazują zmiany w codziennym życiu

To kluczowe. Sąd chce wiedzieć:

  • Czy poszkodowany musiał zrezygnować z hobby?
  • Czy zmienił się jego sposób spędzania czasu?
  • Czy potrzebuje pomocy w prostych czynnościach?
  • Jak wypadek wpłynął na relacje rodzinne?

Świadek może zeznać: „Przed wypadkiem tatа zawsze kosił trawnik, naprawiał rzeczy w domu. Teraz ja muszę to robić za niego, bo nie jest w stanie podnieść nawet kosiarki”.

3. Potwierdzają cierpienie psychiczne

Często najtrudniejsze do udowodnienia są konsekwencje psychiczne wypadku: depresja, lęki, zaburzenia snu. Tu świadkowie są nieocenieni:

  • „Żona często płacze, mówi, że czuje się bezużyteczna”
  • „Syn przestał spotykać się z przyjaciółmi, siedzi w domu”
  • „Mama boi się wsiąść do samochodu od czasu wypadku”

4. Tworzą spójny obraz sprawy

Sąd składa puzzle: dokumentacja + opinia biegłego + zeznania poszkodowanego + zeznania świadków. Im bardziej te elementy się uzupełniają, tym silniejszy jest dowód.

Praktyczne wskazówki

Kogo powołać jako świadka?

  • Najlepiej osobę, która była obecna w życiu poszkodowanego zarówno przed, jak i po wypadku – może porównać, jak zmieniło się jego funkcjonowanie
  • Osobę, która ma regularny kontakt – świadek widzący poszkodowanego raz na pół roku nie będzie wiarygodny
  • Kilku świadków, jeśli to możliwe – żona może zeznawać o życiu domowym, przyjaciel o hobby, kolega z pracy o funkcjonowaniu zawodowym

O czym świadkowie mogą zeznawać?

  • Skargi poszkodowanego – co mówił o bólu, dyskomforcie, problemach
  • Obserwacje zmian – co robił przed wypadkiem, czego nie może robić teraz
  • Potrzeba pomocy – czy wymaga wsparcia w codziennych czynnościach
  • Zmiany psychiczne – nastroje, lęki, zmiany charakteru
  • Wizyt lekarskich – czy chodził regularnie, jak często, co mówił po wizytach

Czego świadkowie NIE powinni robić?

  • Nie powinni domyślać się – tylko to, co widzieli/słyszeli osobiście
  • Nie powinni przeczyć dokumentacji medycznej – jeśli lekarz pisał, że poszkodowany nie zgłaszał bólu, a świadek twierdzi, że krzyczał z bólu na każdej wizycie, coś tu nie gra
  • Nie powinni oceniać merytorycznie – nie są lekarzami, nie mogą diagnozować

Co ciekawe – świadkowie zadośćuczynienia

Obserwuję ciekawą prawidłowość: sprawy, w których pojawia się dobry, szczegółowy dowód z przesłuchania świadków, często kończą się wyższym zadośćuczynieniem niż te oparte wyłącznie na dokumentacji.

Dlaczego? Bo sąd widzi pełen obraz cierpienia. Nie tylko „ból kręgosłupa 3/10 w skali VAS”, ale prawdziwego człowieka, który nie może przytulić dziecka, nie może spać, stracił radość z życia.

Świadkowie dodają sprawie ludzkiego wymiaru. A sędziowie to też ludzie – empatia ma znaczenie, nawet jeśli żaden przepis tego nie wymaga wprost.

Podsumowanie – ludzie mówią głośniej niż dokumenty

Po latach reprezentowania poszkodowanych w procesach odszkodowawczych jestem przekonany: dobry świadek to pół sukcesu. Oczywiście, potrzebujemy solidnej dokumentacji medycznej, opinii biegłego, prawidłowo skonstruowanego pozwu. Ale to właśnie świadkowie często przechylają szalę na korzyść poszkodowanego.

Bo prаwo to nie tylko paragrafy i orzeczenia. To przede wszystkim ludzie i ich historie. A te historie najlepiej opowiadają ci, którzy je przeżyli obok poszkodowanego.

Czy macie doświadczenia z występowaniem jako świadkowie w procesach? A może jako poszkodowani doceniliście rolę swoich bliskich w sądzie? Podzielcie się w komentarzach.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Jak określić wysokość uszczerbku na zdrowiu za uraz kręgosłupa? Czyli matematyka odszkodowań

Wiele razy słyszałem od klientów: „Panie mecenasie, ale skąd sąd wie, ile mi się należy? Czy to jest jakiś konkretny wzór, czy sędzia sobie tak wymyśla?”. I zawsze, gdy pada to pytanie, wiem, że nadszedł czas na lekcję matematyki odszkodowawczej.

Bo tak – jest wzór. Jest system. Jest nawet oficjalna tabela. Problem w tym, że ubezpieczyciele albo o niej zapominają, albo interpretują ją po swojemu. A różnica między ich interpretacją a rzeczywistością potrafi wynieść kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Dziś opowiem wam, jak naprawdę wycenia się uszczerbek na zdrowiu po urazie kręgosłupa. Bez ściemy, bez wykrętów – tylko fakty i trochę mojego zdziwienia, dlaczego ubezpieczyciele tak uparcie udają, że tego nie rozumieją.

Tabela uszczerbków – czyli biblia wyceny odszkodowań

Na początek podstawy. W Polsce mamy oficjalny dokument, który określa, jak oceniać uszczerbek na zdrowiu. To Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 18 grudnia 2002 r. w sprawie szczegółowych zasad orzekania o stałym lub długotrwałym uszczerbku na zdrowiu.

Brzmi strasznie urzędniczo, prawda? Ale w środku jest coś, co lekarze i prawnicy nazywają po prostu „tabelą uszczerbków”. To lista różnych urazów, schorzeń i ich konsekwencji, z przypisanymi procentami uszczerbku.

W tej tabeli znajdziemy m.in. punkt 89., który dotyczy uszkodzeń kręgosłupa w odcinku szyjnym:

Rodzaj uszkodzeniaProcent uszczerbku
Ograniczenie ruchomości w zakresie rotacji lub zginania powyżej 20 stopni15%
Całkowite zesztywnienie35%
Całkowite zesztywnienie z niekorzystnym ustawieniem głowy50%

Wygląda prosto, prawda? Niestety, diabeł tkwi w szczegółach.

Jak to działa? Prosta matematyka (teoretycznie)

Matematyka wyceny uszczerbku wygląda tak:

Wysokość zadośćuczynienia = Procent uszczerbku × Wartość 1% uszczerbku

Przyjmijmy przykład: lekarz stwierdza u ciebie 15% uszczerbku (ograniczenie ruchomości szyi). Sądy zazwyczaj przyjmują, że 1% uszczerbku to około 3000-5000 zł.

Czyli:

  • 15% × 3000 zł = 45 000 zł
  • 15% × 5000 zł = 75 000 zł

Proste, prawda?

Ale (bo zawsze jest jakieś „ale”) – to tylko punkt wyjścia. Bo w praktyce sądy biorą pod uwagę całokształt okoliczności sprawy, a nie tylko suchą liczbę z tabeli.

Czemu ubezpieczyciel oferuje 1000 zł, a sąd zasądza 40 000 zł?

To pytanie słyszę najczęściej. Klient ma decyzję odmowną albo ofertę 500-1000 zł i pyta: „Jak to możliwe, że potem sąd zasądza kilkadziesiąt tysięcy?”.

Z mojego doświadczenia – mechanizm jest prosty i cyniczny zarazem.

Etap 1: Likwidacja szkody przez ubezpieczyciela

Kiedy zgłaszasz szkodę, ubezpieczyciel:

  1. Czasem w ogóle cię nie kieruje na badania
  2. Albo kieruje do swojego lekarza (który „dziwnym trafem” często nie stwierdza uszczerbku)
  3. Albo stwierdza minimalny uszczerbek i mnoży go przez minimalną wartość punktu

Przykład z mojej praktyki: klient po urazie biczowym, wyraźne ograniczenie ruchomości szyi, ból promieniujący do ramion, problemy ze snem. Lekarz ubezpieczyciela: „Nie stwierdzam trwałego uszczerbku”. Oferta: 800 zł „na poczet dolegliwości”.

Etap 2: Postępowanie sądowe

W sądzie sytuacja wygląda zupełnie inaczej:

  1. Powołany zostaje niezależny biegły sądowy
  2. Biegły bada poszkodowanego szczegółowo
  3. Analizuje całą dokumentację medyczną
  4. Ocenia uszczerbek obiektywnie, nie kierując się interesem ubezpieczyciela

Ten sam klient z poprzedniego przykładu – biegły sądowy: „Stwierdzam 8 % uszczerbku na zdrowiu”. Sąd zasądził 28 000 zł zadośćuczynienia.

Co się zmieniło? Nic. Po prostu biegły zrobił to, co powinien – rzetelnie ocenił stan zdrowia.

Ale to jeszcze nie wszystko – bo procenty to nie wszystko

Tu wchodzimy na poziom zaawansowany. Bo tabela uszczerbków to tylko punkt odniesienia, nie matematyczny przepis na wyrok.

Sądy przy ustalaniu wysokości zadośćuczynienia biorą pod uwagę także:

1. Intensywność i czas trwania cierpień

Dwie osoby mogą mieć ten sam procent uszczerbku (np. 15%), ale jedna cierpiała przez pół roku, a druga cierpi już 3 lata i bez rokowania na poprawę. To ma znaczenie.

2. Wiek poszkodowanego

Młoda osoba, która przez resztę życia będzie żyć z ograniczeniami, może dostać wyższe zadośćuczynienie niż osoba w wieku emerytalnym z takim samym uszczerbkiem. To kontrowersyjne, ale sądy to uwzględniają.

3. Wpływ na życie zawodowe i osobiste

Jeśli z powodu urazu kręgosłupa chirurg musi zmienić zawód – to ogromna krzywda. Jeśli uraz uniemożliwia uprawianie ulubionego sportu – to też krzywda, choć inna.

Pamiętam sprawę młodego murarza, który po urazie szyjnego odcinka kręgosłupa nie mógł już pracować fizycznie. Musiał przekwalifikować się, zarabiał połowę tego co wcześniej. Sąd to uwzględnił – zadośćuczynienie było znacznie wyższe niż „standardowe” dla stwierdzonego procentu uszczerbku.

4. Leczenie i rokowania

Czy są szanse na poprawę? Czy konieczne będą kolejne operacje? Czy uszczerbek jest na zawsze? To wszystko wpływa na wysokość zadośćuczynienia.

Co to znaczy „1% uszczerbku = X złotych”?

Wspomniałem wcześniej, że zazwyczaj 1% uszczerbku to 3000-5000 zł. Ale skąd te liczby?

Otóż to nie jest ustalone prawnie. Nie ma przepisu, który mówi: „1% = 3000 zł”. To wynika z praktyki orzeczniczej – czyli z tego, jakie kwoty zasądzają sądy w podobnych sprawach.

Z mojego doświadczenia – wielkość miasta też ma znaczenie. Sądy w dużych aglomeracjach (Warszawa, Poznań, Kraków) częściej przyznają wyższe stawki niż sądy w mniejszych miejscowościach. To niesprawiedliwe, ale takie są realia.

Praktyczne rady – jak walczyć o sprawiedliwą wycenę?

Jeśli jesteś po urazie kręgosłupa i zastanawiasz się, jak uzyskać sprawiedliwą kwotę zadośćuczynienia, oto moje wskazówki:

1. Nie zgadzaj się na pierwszą ofertę ubezpieczyciela

Jeśli oferują ci 500-1000 zł, a masz wyraźne ograniczenia ruchomości i dokumentację leczenia – to jest żart. Nie podpisuj żadnych ugód. Takie kwoty to próba spławienia cię tanią gotówką.

2. Zbieraj dokumentację medyczną

Im więcej udokumentowanych wizyt, zabiegów, recept – tym lepiej. To pokazuje, że twoje cierpienia są realne i wymagają leczenia.

3. Żądaj skierowania na badanie przez biegłego

Jeśli ubezpieczyciel odmawia wypłaty, powołując się na opinię swojego lekarza – nie odpuszczaj. W sądzie i tak będzie niezależny biegły.

4. Nie bój się procesu

Wiem, że sprawa sądowa brzmi strasznie. Ale w przypadku uszczerbków na zdrowiu to często jedyna droga do uzyskania sprawiedliwej kwoty.

5. Szukaj pomocy prawnej

Uszczerbki na zdrowiu to skomplikowana materia. Doświadczony prawnik wie, jak przedstawić sprawę, by sąd uwzględnił wszystkie okoliczności, które zwiększają należną kwotę.

Refleksja na koniec – dlaczego ubezpieczyciele tak się starają?

Wiesz, co mnie fascynuje w tym całym systemie? Ubezpieczyciele dysponują tą samą tabelą co sądy. Mają dostęp do tej samej wiedzy medycznej. Wiedzą, jak wygląda „rynkowa” stawka za procent uszczerbku.

A mimo to oferują grosze.

Dlaczego? Bo statystyki pokazują, że większość poszkodowanych się poddaje. Bierze te 1000 zł, rezygnuje, myśląc: „nie opłaca się walczyć”, „to tyle czasu”, „sąd i tak im przyzna rację”.

I właśnie na to liczą ubezpieczyciele. Bo z każdych 100 osób poszkodowanych może 80 się podda. A ci 20, którzy pójdą do sądu? Cóż, wtedy ubezpieczyciel zapłaci to, co powinien zapłacić od początku.

Tylko że na tych 80 zaoszczędził krocie.

Cyniczna matematyka biznesu, prawda?

Podsumowanie – wiedza to potęga (i większe zadośćuczynienie)

Zapamiętaj kilka kluczowych rzeczy:

  1. Jest tabela uszczerbków – oficjalny dokument określający procenty
  2. 1% uszczerbku = ok. 3000-5000 zł (w standardowych przypadkach)
  3. Ubezpieczyciele zaniżają – to ich strategia
  4. Sąd ocenia obiektywnie – przez niezależnego biegłego
  5. Okoliczności sprawy mają znaczenie – nie tylko suchy procent z tabeli

I najważniejsze: nie daj się spławić. Jeśli cierpisz, jeśli masz ograniczenia, jeśli twoje życie się zmieniło po wypadku – należy ci się sprawiedliwe zadośćuczynienie. Nie grosze, ale rzeczywista rekompensata za krzywdę.

A wy? Spotkaliście się z drastycznie zaniżonymi ofertami ubezpieczycieli? Ile dostaliście w pierwszej ofercie, a ile finalnie? Piszcie w komentarzach – te historie są bezcenne dla innych, którzy teraz stoją przed wyborem: ugoda czy sąd.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Dlaczego pan nie chce operacji?” – czyli o przyczynieniu, które może kosztować tysiące złotych

Pamiętam rozmowę z klientem po wypadku. Pan Andrzej, złamany nadgarstek, lekarz ortopeda zalecił operację z wkręceniem płytki. Szansa na pełne wyleczenie: 95%. Ryzyko: standardowe dla operacji ortopedycznej. Pan Andrzej odmówił. „Panie mecenasie, ja się operacji boję. Ojciec umarł na stole operacyjnym. Ja wolę żyć z krzywo zrośniętą ręką niż ryzykować życie.”

Miesiąc później – pismo od ubezpieczyciela: „Poszkodowany przyczynił się do zwiększenia szkody poprzez odmowę zabiegu operacyjnego. Stosownie do art. 362 KC zmniejszamy zadośćuczynienie o 50%.”

I tu zaczyna się problem, który chcę dziś omówić.

Czym jest przyczynienie się poszkodowanego?

Zacznijmy od podstaw. Art. 362 Kodeksu cywilnego brzmi:

„Jeżeli poszkodowany przyczynił się do powstania lub zwiększenia szkody, obowiązek jej naprawienia ulega odpowiedniemu zmniejszeniu stosownie do okoliczności, a zwłaszcza do stopnia winy obu stron.”

Innymi słowy: jeśli sam się przyczyniłeś do tego, że szkoda jest większa – odszkodowanie będzie mniejsze.

Klasyczne przykłady przyczynienia:

  • Nie zapięty pas bezpieczeństwa w wypadku (zwiększyło to obrażenia)
  • Przekroczenie prędkości przez poszkodowanego pieszego (częściowo przyczynił się do wypadku)
  • Jazdę na rowerze po alkoholu (współprzyczynienie do wypadku)

To jest stosunkowo jasne. Ale co z sytuacjami, gdy poszkodowany po wypadku zachowuje się w sposób, który – zdaniem ubezpieczyciela – zwiększa szkodę?

Zaniechanie leczenia – czy to przyczynienie?

Pierwsza kategoria to zaniechanie leczenia zalecanego przez lekarzy.

Przykłady z praktyki kancelarii:

  • Poszkodowany nie chodzi na zalecone wizyty u fizjoterapeuty
  • Nie bierze przepisanych leków
  • Przerywa leczenie psychiatryczne/psychologiczne po kilku wizytach
  • Nie stosuje się do zaleceń ortopedy (np. noszenie ortezy)

Czy ubezpieczyciel może zmniejszyć odszkodowanie z tego powodu?

Teoretycznie – tak, jeśli wykaże, że:

  1. Poszkodowany świadomie zaniechał zalecanego leczenia
  2. To zaniechanie spowodowało zwiększenie szkody (większy uszczerbek na zdrowiu, dłuższy czas leczenia)
  3. Istnieje związek przyczynowy między zaniechaniem a zwiększeniem szkody

Praktycznie? Z mojego doświadczenia wiem, że to rzadko się udaje ubezpieczycielowi.

Dlaczego? Bo pacjenci z reguły mają uzasadnione powody:

  • „Chodziłem rok do psychiatry, zero poprawy, to przestałem” – trudno tu mówić o złej woli
  • „Leki dawały straszne skutki uboczne, więc przerwałem kurację” – uzasadnione
  • „Fizjoterapeuta powiedział, że już więcej nie da się poprawić” – brak związku przyczynowego

Co ciekawe, ubezpieczyciele rzadko mają dowody, że zaniechanie leczenia faktycznie zwiększyło szkodę. Biegły sądowy zazwyczaj stwierdza: „Trudno powiedzieć, czy kontynuacja leczenia dałaby poprawę – możliwe, ale niepewne.”

I wtedy sąd nie zmniejsza odszkodowania.

Odmowa operacji – tu zaczyna się dylemat

Ale jest jeszcze druga kategoria, bardziej kontrowersyjna: odmowa poddania się zabiegowi operacyjnemu.

I tu sprawa robi się skomplikowana, bo z jednej strony operacja może dać radykalną poprawę zdrowia (zmniejszenie uszczerbku), ale z drugiej – wiąże się z ryzykiem medycznym.

Stanowisko orzecznictwa

Kluczowe orzeczenie w tej materii to wyrok Sądu Najwyższego z dnia 11 stycznia 1978 r., sygn. III PR 183/77 (OSPiKA 1979, nr 1, poz. 17):

„Jeżeli operacja jest skomplikowana i wiąże się z pewnym ryzykiem, poszkodowany ma prawo mieć obawy o jej skutek. Jeśli jednak jest to prosty zabieg i daje zawsze rezultat pozytywny, ocena pasywnej postawy poszkodowanego może być inna.”

Innymi słowy: Sąd Najwyższy wprowadził rozróżnienie:

  • Operacje ryzykowne/skomplikowane – odmowa jest uzasadniona, NIE stanowi przyczynienia
  • Proste zabiegi o zerowym ryzyku – odmowa MOŻE stanowić przyczynienie

Co to znaczy „operacja ryzykowna”?

Tu zaczyna się problem interpretacyjny. Bo co to znaczy „ryzykowna”?

Z mojego doświadczenia wynika, że sądy uznają za ryzykowne operacje:

  • Operacje kręgosłupa – zawsze uznawane za ryzykowne (ryzyko porażenia, powikłań neurologicznych)
  • Operacje mózgu/układu nerwowego – oczywiste
  • Operacje wymagające znieczulenia ogólnego – zawsze niosą ryzyko (choć małe)
  • Operacje dużych stawów (np. endoproteza biodra, kolana) – uznawane za skomplikowane

Natomiast za mało ryzykowne mogą być uznane:

  • Operacje w znieczuleniu miejscowym (np. usunięcie łuski, mała blizna)
  • Zabiegi ambulatoryjne (bez hospitalizacji)
  • Zabiegi o skuteczności 100% bez ryzyka powikłań

Ale nawet tu sądy są ostrożne.

Kiedy odmowa operacji może zaszkodzić?

Swoją drogą, zastanawiam się, czy w ogóle istnieje sytuacja, w której sąd uznałby odmowę operacji za przyczynienie?

Teoretycznie tak – ale to musiałby być absolutnie banalny zabieg:

  • W znieczuleniu miejscowym
  • Bez ryzyka powikłań (lub ryzyko śladowe, poniżej 0,1%)
  • O 100% skuteczności
  • Zalecany jednomyślnie przez wszystkich lekarzy

Przykład hipotetyczny: Mała blizna powypadkowa na twarzy, kosmetycznie brzydka. Chirurg plastyk zaleca usunięcie w znieczuleniu miejscowym – zabieg 15 minut, bez ryzyka, efekt gwarantowany. Poszkodowany odmawia „bo nie chce”.

W takiej sytuacji – może sąd uznać przyczynienie. Ale nigdy tego w praktyce nie widziałem.



Dlaczego sądy są tak ostrożne?

Myślę, że to kwestia fundamentalnych praw człowieka. Nikt nie może być zmuszony do poddania się zabiegowi medycznemu (art. 31 ust. 1 i art. 41 ust. 1 Konstytucji RP, art. 17 ustawy o prawach pacjenta).

To prawo do decydowania o własnym ciele jest absolutne. Nie można go ograniczyć przez zmniejszenie odszkodowania.

Co więcej – ocena ryzyka jest subiektywna. To, co dla jednego lekarza jest „prostym zabiegiem”, dla pacjenta może być przerażające (np. ze względu na traumatyczne doświadczenia z przeszłości).

Pamiętam sprawę pana Andrzeja, o którym pisałem na początku. Sąd w uzasadnieniu wyroku napisał:

„Poszkodowany wyjaśnił, że jego obawa przed operacją wynika z traumatycznych doświadczeń rodzinnych. Ta obawa, choć nieracjonalna z medycznego punktu widzenia, jest uzasadniona psychologicznie. Nie można uznać, że poszkodowany przyczynił się do szkody przez odmowę operacji.”

I to jest piękne rozumowanie. Sąd nie ocenia, czy obawa jest „racjonalna” – ocenia, czy jest autentyczna. A jeśli tak – to nie ma przyczynienia.

Taktyka ubezpieczycieli – straszenie przyczynieniem

Z mojego doświadczenia wiem, że ubezpieczyciele często strasza przyczynieniem, nawet gdy wiedzą, że to nie przejdzie w sądzie.

Typowy scenariusz:

  1. Poszkodowany odmawia operacji kręgosłupa
  2. Ubezpieczyciel pisze: „Pana odmowa operacji stanowi przyczynienie zgodnie z art. 362 KC. Zmniejszamy zadośćuczynienie o 40%.”
  3. Poszkodowany się przestrasza i akceptuje zaniżoną kwotę

To jest nieuczciwa taktyka. Bo ubezpieczyciel wie, że w sądzie to nie przejdzie – ale liczy, że poszkodowany nie będzie się procesował.

Moja rada: Jeśli ubezpieczyciel podnosi zarzut przyczynienia związany z odmową operacji – nie akceptuj. Idź do sądu. W 99% przypadków sąd przyzna pełne zadośćuczynienie.

Praktyczne rady dla poszkodowanych

1. Konsultuj decyzję o operacji z lekarzem Jeśli odmawia operacji, poproś lekarza o pisemną opinię:

  • Jakie są szanse powodzenia operacji?
  • Jakie są ryzyka?
  • Jakie są alternatywy?

To będzie dowód w procesie.

2. Dokumentuj przyczyny odmowy Jeśli masz uzasadnione obawy (np. traumatyczne doświadczenia, choroby współistniejące), udokumentuj to:

  • Zaświadczenie od psychiatry/psychologa (np. fobia przed operacjami)
  • Dokumentacja o wcześniejszych powikłaniach po operacjach
  • Inne przyczyny medyczne (np. uczulenie na znieczulenie)

3. Zbieraj opinie kilku lekarzy Jeśli jeden lekarz zaleca operację, zasięgnij opinii drugiego. Czasem się okazuje, że inni lekarze mają inne zdanie – i operacja wcale nie jest konieczna.

4. Nie daj się zastraszyć Jeśli ubezpieczyciel grozi przyczynieniem – skonsultuj się z prawnikiem. W większości przypadków to puste groźby.

FAQ – najczęstsze pytania o przyczynienie

Czy odmowa wizyty u psychiatry może być uznana za przyczynienie? Praktycznie nigdy. Leczenie psychiatryczne jest bardzo subiektywne – trudno udowodnić, że kontynuacja dałaby poprawę.

Czy mogę odmówić operacji ze względów religijnych? Tak. Przekonania religijne są chronione konstytucyjnie. Np. Świadkowie Jehowy mogą odmówić transfuzji krwi.

Co jeśli odmówię operacji, bo nie mam pieniędzy? To nie jest przyczynienie. Ubezpieczyciel powinien sfinansować operację z góry (jeśli jest konieczna). Jeśli nie chce – to jego problem, nie twoje.

Czy lekarz może mnie zmusić do operacji? Nie. Pacjent ma absolutne prawo do odmowy. Wyjątek: sytuacje ratowania życia u osób niezdolnych do wyrażenia zgody.

Co jeśli po odmowie operacji mój stan się pogorszył? To nadal nie jest przyczynienie, jeśli odmowa była uzasadniona (ryzyko operacji). Pogorszenie jest skutkiem wypadku, nie twojej decyzji.

Moja refleksja na koniec

Przez lata praktyki w prawie odszkodowawczym nigdy – podkreślam, nigdy – nie widziałem, żeby sąd zmniejszył zadośćuczynienie z powodu odmowy operacji. Zarzut taki był podnoszony kilka razy, ale zawsze dotyczył zabiegów ryzykownych (kręgosłup, stawy), i zawsze sąd stawał po stronie poszkodowanego.

Co ciekawe, ubezpieczyciele czasem próbują tego argumentu nawet w sprawach absurdalnych. Pamiętam przypadek, gdy ubezpieczyciel argumentował, że poszkodowany „przyczynił się” przez odmowę operacji neurochirurgicznej mózgu (!) z ryzykiem powikłań 15%. Sąd nawet nie skomentował tego w uzasadnieniu – uznał, że to oczywista bzdura.

Moim zdaniem to dobrze, że sądy są tak ostrożne. Bo prawo do decydowania o własnym ciele jest fundamentalne. Nikt – ani ubezpieczyciel, ani sąd, ani lekarz – nie może zmuszać człowieka do operacji przez groźbę zmniejszenia odszkodowania.

A jeśli się boisz operacji – masz do tego prawo. I żaden ubezpieczyciel nie powinien cię za to karać.

A Wy? Mieliście sytuację, gdy ubezpieczyciel zarzucał przyczynienie przez odmowę leczenia? Jak to się skończyło? Dajcie znać w komentarzach – może Wasze doświadczenia pomogą innym w podobnej sytuacji.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Źródła:

  • Kodeks cywilny, art. 362 (przyczynienie się poszkodowanego)
  • Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 11 stycznia 1978 r., sygn. III PR 183/77, OSPiKA 1979, nr 1, poz. 17
  • Konstytucja RP, art. 31 ust. 1 i art. 41 ust. 1 (prawo do ochrony zdrowia i integralności cielesnej)
  • Ustawa z dnia 6 listopada 2008 r. o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, art. 17 (zgoda na zabieg medyczny)

Aktualizacja kosztów holowania w Poznaniu 2024 – co zmieniło się dla warsztatów i poszkodowanych?

Wprowadzenie

Kilka lat temu pisałem na tym blogu o tym, jak bezpiecznie określić stawkę za holowanie pojazdu po kolizji. Temat był wtedy aktualny i – jak się okazuje – wciąż jest. Niedawno Rada Miasta Poznania uchwaliła nowe stawki za usuwanie i przechowywanie pojazdów (uchwała Nr X/175/IX/2024 z 5 listopada 2024 r.), które znacząco zmieniają krajobraz kosztów holowania. Z praktyki naszej kancelarii wiemy, że to istotna informacja zarówno dla warsztatów samochodowych, firm holowniczych, jak i dla samych poszkodowanych.

Postanowiłem wrócić do tematu i pokazać, co konkretnie się zmieniło – i dlaczego warto o tym wiedzieć, jeśli prowadzisz warsztat lub dochodzisz odszkodowania po wypadku.

Czemu w ogóle piszę o kosztach holowania?

Bo to jeden z tych elementów odszkodowania, który często jest bagatelizowany – a niepotrzebnie. Koszty holowania to typowa strata rzeczywista w rozumieniu art. 361 § 2 Kodeksu cywilnego. Poszkodowany, który musiał zapłacić za holowanie uszkodzonego auta do warsztatu, ma prawo żądać zwrotu tej kwoty od ubezpieczyciela sprawcy. Problem w tym, że ubezpieczyciele lubią kwestionować wysokość tych kosztów, zwłaszcza gdy wydają się im „zawyżone”.

Z praktyki kancelarii wiemy, że spory o koszty holowania pojawiają się regularnie. Ubezpieczyciel płaci np. 300 zł, warsztat wystawił fakturę na 700 zł – i zaczyna się. Dlatego warto znać punkt odniesienia, czyli stawki określone przez Miasto Poznań. To właśnie one stanowią w orzecznictwie sądowym istotny wyznacznik „normalnych” kosztów holowania w regionie.

Nowe stawki za holowanie w Poznaniu (2024) – co się zmieniło?

Uchwała z listopada 2024 roku przyniosła spore podwyżki.

Nowe stawki (uchwała z 2024 roku):

  • Hulajnoga elektryczna / urządzenie transportu osobistego: 165 zł
  • Rower lub motorower: 165 zł
  • Motocykl: 315 zł
  • Pojazd do 3,5 t: 660 zł
  • Pojazd 3,5-7,5 t: 810 zł
  • Pojazd 7,5-16 t: 1200 zł
  • Pojazd powyżej 16 t: 1750 zł
  • Pojazd przewożący materiały niebezpieczne: 2100 zł

To odzwierciedla realia rynkowe – koszty paliwa, płace, ubezpieczenia firm holowniczych – wszystko poszło w górę.

Co to oznacza w praktyce?

Dla warsztatów i firm holowniczych

Nowe stawki to dobra wiadomość – można teraz spokojnie wystawić fakturę na 660 zł za holowanie osobówki i mieć pewność, że nie wykracza to poza „realia rynkowe”. Sądy w Poznaniu bardzo często odwołują się właśnie do uchwał rady miasta jako punktu odniesienia. Jeśli Miasto uznaje, że koszt usunięcia pojazdu wynosi 660 zł, to trudno ubezpieczycielowi argumentować, że warsztat „zawyża” ceny, wystawiając fakturę na podobną kwotę.

Oczywiście – jak zawsze w prawie odszkodowawczym – chodzi o związek przyczynowo-skutkowy. Jeśli faktura wynosi 1500 zł za holowanie małego fiata na dystansie 5 km, ubezpieczyciel ma prawo to zakwestionować. Ale jeśli trzymamy się stawek zbliżonych do miejskich, jesteśmy na bezpiecznym gruncie.

Dla poszkodowanych

Jeśli jesteś poszkodowanym w kolizji i zapłaciłeś za holowanie, możesz śmiało domagać się zwrotu kosztów w wysokości zgodnej z nowymi stawkami. Ubezpieczyciel może próbować negocjować („u nas stawka to 400 zł”), ale warto wtedy powołać się na uchwałę Miasta Poznań. To konkretny, oficjalny punkt odniesienia.

Dodatkowe opłaty – kiedy można żądać więcej?

Nowa uchwała wprowadza też ciekawe rozróżnienie na sytuacje, gdy:

  1. Holownik dojechał na miejsce, ale nie doszło do załadowania pojazdu (np. właściciel zjawił się w ostatniej chwili) – opłata 590 zł.
  2. Holownik dojechał i załadował pojazd, ale nie dowiózł go na parking (np. właściciel poprosił o pozostawienie auta na miejscu) – również 590 zł.

To pokazuje, że koszty holowania to nie tylko transport, ale też mobilizacja ekipy, dojazd, użycie sprzętu. Warto o tym pamiętać, negocjując z ubezpieczycielem.

Poza tym – w praktyce – możliwe są uzasadnione dopłaty za:

  • Holowanie w godzinach nocnych (wyższe koszty operacyjne),
  • Holowanie w niedziele, święta (stawki urlopowe dla pracowników),
  • Trudne warunki (np. wyciąganie pojazdu z rowu).

Te okoliczności można uwzględnić, o ile są uzasadnione i udokumentowane. Ale podstawowa kwota to właśnie te 660 zł dla osobówki.

Praktyczne rady

Dla warsztatów:

  • Trzymajcie się stawek zbliżonych do uchwały Miasta – to wasz najlepszy argument w razie sporu.
  • Dokumentujcie nietypowe okoliczności (noc, święta, trudny teren) – wtedy dopłaty będą uzasadnione.
  • W umowach cesji z poszkodowanymi wskazujcie jasno, jakie koszty będziecie dochodzić od ubezpieczyciela.

Dla poszkodowanych:

  • Żądajcie zwrotu rzeczywistych kosztów holowania, ale pamiętajcie o realizmie – faktura na 2000 zł za holowanie golfa może być kwestionowana.
  • Powołujcie się na uchwałę Miasta Poznań jako punkt odniesienia.
  • Jeśli ubezpieczyciel odmawia, zgłoście się do prawnika – często wystarczy jedno pismo, żeby zmienili zdanie.

Moja refleksja na koniec

Fascynuje mnie, jak prawo odszkodowawcze łączy elementy teorii (art. 361 KC) z brutalnymi realiami praktyki. Ubezpieczyciele niechętnie płacą za holowanie, bo to „drobna” pozycja – ale dla warsztatu czy poszkodowanego to realne pieniądze. Uchwała Miasta Poznań to narzędzie, które wyrównuje szanse w tej grze. Warto z niego korzystać.

A jeśli macie pytania o koszty holowania, odszkodowania lub inne aspekty wypadków – zapraszam do komentarzy. Chętnie podyskutuję!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa wymaga indywidualnej analizy.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Samozapłon pojazdu – kto płaci za spalony samochód sąsiada?

Samozapłon pojazdu to jeden z tych scenariuszy, które wydają się niemal filmowe – dopóki nie staną się rzeczywistością. Auto stojące spokojnie na parkingu nagle zaczyna się tlić, następnie pojawia się ogień, a w konsekwencji cały pojazd staje w płomieniach. Co gorsza, ogień często przenosi się na sąsiadujące pojazdy. W praktyce kancelarii spotykamy się z takimi przypadkami częściej, niż mogłoby się wydawać. Wtedy pojawia się kluczowe pytanie: kto poniesie odpowiedzialność za szkody w spalonych autach sąsiadów?

Spis treści

  1. Czym jest samozapłon pojazdu i jak często się zdarza?
  2. Autocasco – Twoje zabezpieczenie przed stratą własnego auta
  3. Problem pojawia się, gdy spłoną samochody sąsiadów
  4. Odpowiedzialność z OC posiadacza pojazdu – zasada ryzyka
  5. Kluczowe orzeczenie: ruch pojazdu obejmuje postój
  6. Co w przypadku podpalenia przez osobę trzecią?
  7. Praktyczne wskazówki dla poszkodowanych

Czym jest samozapłon pojazdu i jak często się zdarza?

Samozapłon to zjawisko, podczas którego pojazd – bez żadnej widocznej przyczyny zewnętrznej – zaczyna się palić. Przyczyny mogą być różne: zwarcie instalacji elektrycznej, uszkodzenie akumulatora, przegrzanie układu wydechowego czy problemy z układem paliwowym. Choć producenci neustannie poprawiają bezpieczeństwo pojazdów, samozapłony zdarzają się regularnie – raz na kilka, czasem kilkadziesiąt tysięcy przypadków.

Z praktyki kancelarii wiemy, że właściciele aut często bagatelizują ten problem, zakładając, że „to się zdarza tylko w filmach”. Niestety, rzeczywistość bywa inna.

Autocasco – Twoje zabezpieczenie przed stratą własnego auta

Jeśli jesteś właścicielem pojazdu, który uległ samozapłonowi, a masz wykupione ubezpieczenie autocasco (AC), możesz spać względnie spokojnie. Ryzyko pożaru jest standardowo objęte polisą AC, więc ubezpieczyciel powinien wypłacić odszkodowanie za spalony pojazd (oczywiście po przeprowadzeniu postępowania likwidacyjnego i ustaleniu wartości szkody).

Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy Twój spalony samochód „pociągnął za sobą” pojazdy zaparkowane obok.

Problem pojawia się, gdy spłoną samochody sąsiadów

Wyobraź sobie sytuację: Twój samochód stoi na parkingu osiedlowym, nagle dochodzi do samozapłonu, a płomienie przenoszą się na dwa sąsiadujące auta. Te pojazdy również ulegają spaleniu. Właściciele spalonych aut intuicyjnie zgłaszają szkodę do Twojego ubezpieczyciela OC, uznając Cię za sprawcę szkody.

Czy mają rację? Odpowiedź brzmi: tak, ale z pewnymi zastrzeżeniami.

Odpowiedzialność z OC posiadacza pojazdu – zasada ryzyka

Kluczem do zrozumienia tej sytuacji jest art. 34 ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (dalej: ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych). Przepis ten wskazuje, że ubezpieczenie OC posiadaczy pojazdów mechanicznych obejmuje szkody powstałe „w związku z ruchem pojazdu”.

Co istotne, pojęcie „ruchu pojazdu” jest szersze niż samo mechaniczne przemieszczanie się auta. Obejmuje również:

  • wsiadanie i wysiadanie z pojazdu,
  • załadunek i rozładunek,
  • zatrzymanie, postój, garażowanie.

Oznacza to, że odpowiedzialność posiadacza pojazdu za szkody wyrządzone podczas postoju auta (np. na parkingu) oparta jest na zasadzie ryzyka (art. 435 i 436 Kodeksu cywilnego), a nie na zasadzie winy.

Kluczowe orzeczenie: ruch pojazdu obejmuje postój

Tę interpretację potwierdza wyrok Sądu Okręgowego w Bielsku-Białej, II Wydział Cywilny Odwoławczy z dnia 6 lutego 2014 r., sygn. akt II Ca 767/13. Sąd w uzasadnieniu podkreślił:

„Wprost z treści cytowanego przepisu [art. 34 ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych] wynika, iż pojęcie ruchu pojazdu (…) obejmuje przypadek objęty pozwem (zaparkowanie pojazdu na ulicy przez ubezpieczoną). Tym samym odpowiedzialność ubezpieczonej (…) jest oparta (art. 436 KC) na zasadzie ryzyka.”

Innymi słowy: jeśli Twój zaparkowany samochód spowodował szkodę (np. przez samozapłon), Twój ubezpieczyciel OC ponosi odpowiedzialność, niezależnie od tego, czy popełniłeś jakiekolwiek zawinione działanie.

Co w przypadku podpalenia przez osobę trzecią?

Sytuacja komplikuje się, gdy pierwszy samochód (ten, od którego zaczął się pożar) został wcześniej podpalony przez osobę trzecią. W takim przypadku możliwość uzyskania odszkodowania z polisy OC posiadacza tego pojazdu zależy od tego, czy sprawca podpalenia zostanie ustalony.

Dlaczego? Ponieważ odpowiedzialność na zasadzie ryzyka (art. 435 i 436 KC) może zostać wyłączona, jeśli posiadacz pojazdu wykaże, że szkodę spowodowała konkretna osoba trzecia (art. 435 § 1 KC). Jeśli sprawca podpalenia nie zostanie ujęty, ubezpieczyciel OC posiadacza pierwszego pojazdu nadal ponosi odpowiedzialność za szkody w pojazdach sąsiadujących.

Paradoksalnie, dla osób pośrednio poszkodowanych (właścicieli spalonych aut sąsiadujących) lepiej jest, gdy sprawca podpalenia nie zostanie ustalony. Wówczas odpowiada ubezpieczyciel OC pierwszego pojazdu, który zazwyczaj dysponuje odpowiednimi środkami. Gdyby sprawcę ujęto, a okazałby się on np. bezrobotnym nastolatkiem bez majątku, poszkodowani mogliby mieć problem z faktycznym wyegzekwowaniem odszkodowania.

Praktyczne wskazówki dla poszkodowanych

Jeśli Twój samochód spłonął w wyniku pożaru sąsiedniego pojazdu:

  1. Zgłoś szkodę do ubezpieczyciela OC posiadacza pojazdu, od którego zaczął się pożar. To kluczowy krok – nie czekaj na działania innych.
  2. Zabezpiecz dowody: zrób zdjęcia miejsca zdarzenia, zbierz świadków, uzyskaj protokół policji lub straży pożarnej.
  3. Nie akceptuj automatycznie propozycji ubezpieczyciela. Często pierwsza oferta jest zaniżona. Warto skonsultować się z prawnikiem specjalizującym się w odszkodowaniach.
  4. Sprawdź, czy posiadasz autocasco. Jeśli tak, możesz rozważyć zgłoszenie szkody również do własnego ubezpieczyciela AC (choć to może wiązać się ze wzrostem składki w przyszłości).

Jeśli to Twój samochód spowodował szkody:

  1. Zgłoś zdarzenie do swojego ubezpieczyciela OC. To jego obowiązek zająć się roszczeniami poszkodowanych.
  2. Nie przyznawaj się do winy ani nie podpisuj żadnych oświadczeń bez konsultacji z ubezpieczycielem lub prawnikiem.
  3. Współpracuj z ubezpieczycielem – dostarczaj wymagane dokumenty, ale zachowaj kopie wszystkich pism.

Czego unikać?

  • Nie ignoruj wezwań do zapłaty od poszkodowanych – nawet jeśli uważasz, że nie jesteś winny. To ubezpieczyciel powinien się tym zająć.
  • Nie próbuj załatwiać sprawy „po koleżeńsku” z poszkodowanymi – to może prowadzić do nieporozumień i dodatkowych problemów prawnych.
  • Nie zakładaj, że „OC wszystko załatwi” – ubezpieczyciele często próbują minimalizować wypłaty. Poszkodowani powinni być czujni.

Podsumowanie: prawo chroni poszkodowanych, ale warto znać szczegóły

Odpowiedzialność za szkody powstałe w wyniku samozapłonu pojazdu opiera się na zasadzie ryzyka, co oznacza, że posiadacz pojazdu (a właściwie jego ubezpieczyciel OC) ponosi odpowiedzialność nawet bez swojej winy. To dobra wiadomość dla poszkodowanych – prawo jest po ich stronie.

Jednocześnie warto pamiętać, że ubezpieczyciele nie zawsze chętnie płacą pełne odszkodowania. Dlatego tak ważne jest zabezpieczenie dowodów, rzetelne udokumentowanie szkody i, w razie wątpliwości, skonsultowanie się z prawnikiem specjalizującym się w odszkodowaniach.

A Ty? Czy kiedykolwiek spotkałeś się z podobną sytuacją? Podziel się swoim doświadczeniem w komentarzu!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza jest indywidualna i wymaga analizy konkretnych okoliczności. W celu uzyskania profesjonalnej porady prawnej zapraszamy do kontaktu z naszą kancelarią.

Po co ubezpieczyciel żąda Twojej dokumentacji medycznej sprzed wypadku?

Wniosek, który budzi niepokój

Wyobraź sobie sytuację: przechodzisz przez proces o zadośćuczynienie po wypadku. Masz opinię biegłego, dokumentację medyczną, wszystko wskazuje na to, że sprawa zmierza w dobrym kierunku. I nagle pełnomocnik ubezpieczyciela składa taki wniosek:

„Wnoszę o zobowiązanie Oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia do udostępnienia danych zgromadzonych przez Narodowy Fundusz Zdrowia dotyczących udzielonych powodowi świadczeń opieki zdrowotnej w ciągu ostatnich 10 lat z wyszczególnieniem rodzaju udzielonych świadczeń oraz placówek medycznych, które świadczyły usługi medyczne w zakresie schorzeń kręgosłupa, szyi, głowy, barków oraz układu ruchu.”

Brzmi jak prawniczy abrakadabra? W praktyce oznacza to jedno: ubezpieczyciel chce wiedzieć wszystko o Twoim zdrowiu sprzed wypadku. Wszystko – od wizyty u ortopedy 8 lat temu po rehabilitację barku po kontuzji sportowej.

I zaraz słyszę pytanie: „Ale po co im to? Co ma moje zdrowie sprzed wypadku do obecnej sprawy?”.

Odpowiedź jest prosta: mają nadzieję, że znajdą coś, co pozwoli im nie zapłacić.

Taktyka „poszukiwania wcześniejszych schorzeń”

Z praktyki kancelarii wiem, że ta taktyka pojawia się coraz częściej, zwłaszcza w sprawach dotyczących urazów miękkich tkanek – czyli takich, których nie widać na zdjęciu RTG ani w rezonansie. Klasyczny przykład? Uraz typu „smagnięcie biczem” kręgosłupa szyjnego po kolizji.

Dlaczego ubezpieczyciele tak bardzo się tego czepiają?

Bo strategia jest brutalna w swojej prostocie:

  1. Zbierz całą dokumentację medyczną poszkodowanego sprzed wypadku
  2. Znajdź jakiekolwiek schorzenie kręgosłupa, barku, szyi – nawet sprzed lat
  3. Przekonuj sąd, że obecne dolegliwości to nie skutek wypadku, tylko wcześniejsza choroba, która teraz „przypadkowo” się ujawniła

I nagle okazuje się, że byłeś 7 lat temu u lekarza z bólem pleców po przeprowadzce. Albo że 5 lat temu miałeś skręcenie stawu barkowego podczas gry w piłkę. I ubezpieczyciel triumfuje: „Widzicie? On już wcześniej miał problemy z kręgosłupem! To nie wypadek, to pogorszenie wcześniejszego schorzenia!”.

Historia z sali sądowej

Pamiętam sprawę, gdzie reprezentowaliśmy klienta po typowej kolizji miejskiej – uderzenie z tyłu, klasyczny mechanizm urazu biczowego. Dokumentacja medyczna jednoznaczna: przed wypadkiem zero wizyt u ortopedy czy neurologa. Po wypadku: SOR, RTG, MRI, miesiące rehabilitacji.

Ubezpieczyciel złożył wniosek o dokumentację z NFZ za 10 lat.

I znaleźli. Siedem lat przed wypadkiem klient był u lekarza rodzinnego z bólem pleców po pracy fizycznej. Diagnoza: „przeciążenie mięśniowe”. Jedno zastrzyknięcie przeciwbólowe. Koniec leczenia.

Pełnomocnik ubezpieczyciela na rozprawie przedstawił to jak przełom w sprawie: „Widzicie? Powód już siedem lat temu cierpiał na dolegliwości kręgosłupa! To nie jest skutek wypadku, to chroniczne schorzenie!”.

Na szczęście biegły sądowy był kompetentny. Wyjaśnił, że jednorazowy ból pleców po dźwiganiu mebli nie ma nic wspólnego z urazem szyjnego odcinka kręgosłupa po wypadku samochodowym. Sąd to zrozumiał i zasądził pełną kwotę zadośćuczynienia.

Ale walka była twarda. I nie zawsze kończy się tak pomyślnie.

Co można zrobić?

Jeśli jesteś po wypadku i toczysz sprawę o zadośćuczynienie, a ubezpieczyciel żąda Twojej dokumentacji sprzed lat – nie panikuj. To standardowa taktyka procesowa. Ale musisz być przygotowany.

1. Nie ukrywaj wcześniejszych schorzeń

Najgorsze, co możesz zrobić, to ukrywać, że coś Cię kiedyś bolało. Jeśli byłeś u lekarza przed wypadkiem – powiedz o tym swojemu prawnikowi od razu. Lepiej przygotować obronę z wyprzedzeniem niż być zaskoczonym na sali sądowej.

2. Zbieraj dokumentację natychmiast po wypadku

Im szybciej po wypadku trafisz do lekarza i im dokładniejsza będzie dokumentacja (zwłaszcza ta na SOR czy w pierwszych dniach po zdarzeniu), tym lepiej. To pokazuje związek przyczynowy: wypadek → objawy → leczenie.

3. Nie ignoruj rehabilitacji

Jeśli lekarz zaleca rehabilitację – rób ją. To nie tylko dla Twojego zdrowia, ale też dowód dla sądu. Miesiące systematycznej rehabilitacji to argument, którego ubezpieczyciel nie podważy.

4. Zaufaj doświadczonemu prawnikowi

Sprawy odszkodowawcze, zwłaszcza te dotyczące urazów „niewidocznych”, wymagają doświadczenia. Prawnik musi wiedzieć, jak bronić się przed taktyką „poszukiwania wcześniejszych schorzeń”. Musi umieć zadać właściwe pytania biegłemu. Musi znać orzecznictwo.

Czy ubezpieczyciel ma prawo żądać dokumentacji?

Tak, ma. Jeśli możesz udowodnić, że Twoje obecne dolegliwości wynikają z wypadku, musisz też wykazać, że nie wynikają z wcześniejszych schorzeń. To logiczne.

Ale jest różnica między uzasadnionym wnioskiem dowodowym a „łowieniem na sucho”. Jeśli nie ma żadnych podstaw do podejrzeń, że miałeś wcześniejsze schorzenia (np. na SOR nie wspomniałeś o tym, dokumentacja jest czysta), taki wniosek może być potraktowany jako zwlekanie procesowe.

Dobry prawnik wie, kiedy warto się temu sprzeciwić, a kiedy lepiej współpracować i pokazać, że nie masz nic do ukrycia.

Refleksja na koniec

Czasem zastanawiam się, jak to możliwe, że ktoś, kto ucierpiał w wypadku, musi się jeszcze tłumaczyć, dlaczego siedem lat temu miał grypę i szedł do lekarza. Że musi udowadniać, że naprawdę cierpi, podczas gdy ubezpieczyciel ma budżet na armię prawników i taktyki procesowe, które mają zniechęcić poszkodowanego do walki.

Ale taka jest rzeczywistość spraw odszkodowawczych. I dlatego trzeba być przygotowanym. Trzeba wiedzieć, czego się spodziewać. I trzeba mieć po swojej stronie kogoś, kto wie, jak walczyć.

Bo ubezpieczyciel nie szuka prawdy. Szuka sposobu, żeby nie zapłacić. A Ty potrzebujesz kogoś, kto będzie szukał sprawiedliwości.

A Ty, jakie masz doświadczenia?

Czy w Twojej sprawie ubezpieczyciel żądał dokumentacji sprzed wypadku? Jak się to skończyło? A może dopiero stoisz przed taką sytuacją i zastanawiasz się, co robić? Napisz w komentarzu – chętnie odpowiem na pytania.

Masz wątpliwości dotyczące swojej sprawy? Napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza wymaga indywidualnej analizy.

Czy można sprzedać roszczenie o zadośćuczynienie za uraz biczowy? Odpowiedź może cię zaskoczyć

„Panie mecenasie, czy ja mogę po prostu sprzedać to roszczenie? Nie chce mi się ciągnąć tego procesu latami…”.

To pytanie usłyszałem kilka tygodni temu od klientki, która doznała urazu biczowego w wypadku. Ubezpieczyciel zaproponował jej 500 złotych zadośćuczynienia (klasyka gatunku), a ona – zmęczona walką, zniechęcona perspektywą procesu – zastanawiała się, czy może po prostu… sprzedać swoje roszczenie firmie odkupującej szkody.

Widziała reklamę. „Odkupimy Twoją szkodę! Szybko, bez stresu, bez sądu!”. Brzmi kusząco, prawda?

Musiałem jej powiedzieć coś, czego nie chciała usłyszeć: „Niestety, nie może pani tego zrobić. Prawo na to nie pozwala”.

Przyznaje się – na blogu dość często straszę trudnościami związanymi z dochodzeniem zadośćuczynienia za uraz biczowy. Procesy są długie, ubezpieczyciele uparte, kwoty śmiesznie niskie. Nie dziwię się, że ludzie szukają łatwiejszych rozwiązań.

Ale dziś chcę wyjaśnić, dlaczego akurat w przypadku zadośćuczynień za urazy na zdrowiu – takich jak whiplash – sprzedaż roszczenia jest… praktycznie niemożliwa. I dlaczego to może być dobrze dla ciebie.

Co mówi prawo? Zakaz sprzedaży zadośćuczynień

Art. 449 Kodeksu cywilnego brzmi jasno:

„Roszczenia przewidziane w art. 444-448 nie mogą być zbyte, chyba że są już wymagalne i że zostały uznane na piśmie albo przyznane prawomocnym orzeczeniem.”

Przetłumaczę to na ludzki język:

Nie możesz sprzedać roszczenia o zadośćuczynienie za uraz na zdrowiu (w tym za whiplash), dopóki:

  • Nie masz prawomocnego wyroku sądu ustalającego jego wysokość, lub
  • Ubezpieczyciel nie uznał na piśmie konkretnej kwoty zadośćuczynienia

Dopiero wtedy możesz to roszczenie „scedować” – czyli sprzedać.

Co to oznacza w praktyce?

Jeśli:

  • Doznałeś urazu biczowego w wypadku
  • Ubezpieczyciel odmówił wypłaty lub zaproponował symboliczną kwotę
  • Nie masz jeszcze wyroku sądu

To nie możesz sprzedać tego roszczenia firmie odkupującej szkody. Kropka.

Ale przecież szkody komunikacyjne są odkupywane masowo!

Tak, to prawda. I tu właśnie tkwi najczęstsza pomyłka.

Firmy odkupujące szkody masowo reklamują się jako „odkupujemy szkody powypadkowe”. I faktycznie – odszkodowania za zniszczone auta można bez problemu sprzedać. Bo to są szkody w mieniu, nie szkody na osobie.

Różnica jest kluczowa:

Szkoda w mieniu (np. zniszczony samochód):

  • ✅ Można sprzedać roszczenie w każdym momencie
  • ✅ Łatwo wycenić (kosztorys naprawy, wartość auta)
  • ✅ Nie wymaga wyroku ani uznania przez ubezpieczyciela

Szkoda na osobie (np. zadośćuczynienie za uraz biczowy):

  • ❌ Nie można sprzedać roszczenia (z wyjątkami)
  • ❌ Trudno wycenić (zależy od wielu czynników)
  • ❌ Wymaga wyroku lub pisemnego uznania przez ubezpieczyciela

Dlaczego ustawodawca zakazał sprzedaży zadośćuczynień?

Gdy po raz pierwszy spotkałem się z tym przepisem na studiach, pomyślałem: „Dziwne. Przecież to moje roszczenie, dlaczego nie mogę go sprzedać?”.

Ale po latach praktyki rozumiem doskonale, dlaczego ten przepis istnieje. I szczerze? Uważam, że to dobry przepis.

Powód 1: Ochrona przed wyzyskiem

Firmy odkupujące szkody zarabiają na tym, że płacą ci mniej, niż wynosi twoje rzeczywiste roszczenie. To ich model biznesowy – kupują tanio, odzyskują drogo (lub sprzedają dalej z zyskiem).

W przypadku szkód w mieniu – okej. Możesz zweryfikować wartość swojego auta, zlecić prywatną opinię rzeczoznawcy. Wiesz mniej więcej, ile ci się należy.

Ale w przypadku zadośćuczynienia za uraz biczowy?

Tu nie ma żadnego „miernika”. Nie ma matematycznego wzoru. Wysokość zadośćuczynienia zależy od:

  • Rodzaju i nasilenia urazu
  • Czasu leczenia i rekonwalescencji
  • Stopnia cierpienia
  • Wpływu na życie codzienne
  • Prognozy na przyszłość
  • Lokalnego orzecznictwa sądów

Jak zwykły człowiek ma to wycenić?

Powód 2: Osobisty charakter zadośćuczynienia

Jest jeszcze głębszy powód, filozoficzny niemal.

Zadośćuczynienie to nie jest zwykła „należność”. To rekompensata za twoje cierpienie, twój ból, twoją krzywdę. To głęboko osobiste.

Ustawodawca uznał, że takie roszczenie nie powinno być przedmiotem swobodnego obrotu handlowego – jak towary na giełdzie. Że póki nie jest ustalone (wyrokiem lub uznaniem), należy je chronić jako coś wyjątkowego.

Brzmi patetycznie? Może trochę. Ale w tym jest sens.

Kiedy można sprzedać roszczenie? Wyjątki od zakazu

Przepis mówi jasno: można sprzedać roszczenie, jeśli:

Wyjątek 1: Masz prawomocny wyrok sądu

Jeśli sąd wydał prawomocny wyrok, ustalając, że należy ci się np. 20 tysięcy złotych zadośćuczynienia – możesz to roszczenie sprzedać.

Dlaczego? Bo wysokość jest już ustalona.

Wyjątek 2: Ubezpieczyciel uznał roszczenie na piśmie

Jeśli ubezpieczyciel wydał decyzję: „Przyznajemy Pani 15 tysięcy złotych zadośćuczynienia” – możesz to roszczenie sprzedać.

Znowu: wysokość jest znana, nie ma już pola do nadużyć.

Ale uwaga – musi być pisemne uznanie konkretnej kwoty. Jeśli ubezpieczyciel napisał: „Przyznajemy zadośćuczynienie, wysokość do ustalenia” – to nie wystarczy.

Moja refleksja: czy ten przepis ma sens?

Po latach praktyki uważam, że tak, ma sens. I to duży.

Widziałem zbyt wiele przypadków, gdy ludzie – z rozpaczy, zmęczenia, braku wiedzy – byli gotowi przyjąć absurdalnie zaniżone kwoty. Firmom odkupującym szkody na tym by zależało – płacić grosze, zarabiać tysiące.

Art. 449 KC to nie jest ograniczenie twoich praw. To ochrona przed pochopnymi decyzjami, które mogą kosztować cię fortunę.

Tak, proces jest długi. Tak, jest męczący. Tak, ubezpieczyciele są uparci.

Ale warto walczyć. Bo kwoty, które można uzyskać w sądzie, są nieporównywalnie wyższe niż to, co oferują firmy skupujące szkody czy ubezpieczyciele na początku.

Praktyczna rada: nie sprzedawaj, idź do sądu

Jeśli doznałeś urazu biczowego i:

  • Ubezpieczyciel odmówił wypłaty
  • Lub zaproponował śmiesznie niską kwotę (500-1000 zł)

Nie próbuj sprzedawać roszczenia. I tak nie możesz. Zamiast tego:

  1. Skonsultuj się z prawnikiem – darmowa konsultacja pokaże ci realne szanse
  2. Zbierz dokumentację – szpital, rehabilitacja, zwolnienia lekarskie
  3. Idź do sądu – tak, to potrwa, ale może zarobić ci dziesiątki tysięcy
  4. Nie daj się zwieść „szybkim pieniędzom” – one zawsze są za niskie

Podsumowanie: prawo chroni cię przed sobą

Czasem prawo ogranicza nasze wybory po to, by nas chronić. Art. 449 KC to właśnie taki przypadek.

Nie możesz sprzedać roszczenia o zadośćuczynienie za uraz biczowy, dopóki nie masz wyroku lub pisemnego uznania przez ubezpieczyciela. I to dobrze.

Bo gdybyś mógł – firmy odkupujące szkody zarobiłyby na tobie krocie, a ty zostałbyś z ułamkiem tego, co ci się naprawdę należy.

A jakie są Wasze doświadczenia? Może ktoś z Was rozważał sprzedaż roszczenia? Albo zna kogoś, kto to zrobił (legalnie, po wyroku)? Podzielcie się w komentarzach.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Jak długo trwa sprawa o zadośćuczynienie? Brutalna prawda o czasie oczekiwania

Wprowadzenie

„Panie mecenasie, ile to potrwa?”

To pytanie słyszę w mojej kancelarii praktycznie codziennie. I za każdym razem widzę w oczach klientów nadzieję, że powiem: „Kilka miesięcy, może pół roku”. Chcieliby usłyszeć, że sprawiedliwość jest szybka, że ich cierpienie zostanie szybko wynagrodzone, że już niedługo będą mogli zamknąć ten rozdział życia.

I za każdym razem muszę powiedzieć prawdę. A prawda jest taka, że polskie sądownictwo w sprawach o zadośćuczynienie porusza się w tempie lodowca. Nie dlatego, że sędziowie są leniwi. Nie dlatego, że system jest złośliwy. Ale dlatego, że jest przeciążony, niedofinansowany i strukturalnie niezdolny do sprawnego rozpatrywania tego typu spraw.

Dzisiaj bez owijania w bawełnę, bez upiększania rzeczywistości – chcę opowiedzieć wam, jak długo naprawdę trwa sprawa o zadośćuczynienie w polskich sądach. I ostrzegam: nie będzie to optymistyczne czytanie.

Spis treści

  1. Etap przedsądowy – pierwsze miesiące walki z ubezpieczycielem
  2. Od pozwu do pierwszej rozprawy – oczekiwanie w kolejce
  3. Faza dowodowa – tam, gdzie czas się zatrzymuje
  4. Wyrok, apelacja i dalsze perypetie
  5. Aktualna sytuacja w poznańskich sądach – dramat na żywo
  6. Dlaczego to wszystko trwa tak długo?
  7. Praktyczne rady – jak przetrwać maraton procesowy

Etap przedsądowy – pierwsze miesiące walki z ubezpieczycielem

Zanim w ogóle wejdziesz na salę sądową, czeka cię pierwszy etap: procedura likwidacji szkody przez ubezpieczyciela.

Teoretycznie ubezpieczyciel ma 30 dni na rozpatrzenie twojego roszczenia i wydanie decyzji. Brzmi nieźle, prawda?

W praktyce? Zapomnijcie.

Ubezpieczyciel najpierw poprosi o dokumentację medyczną. Potem powie, że nie ma jej kompletnej i zażąda uzupełnień. Potem wyśle cię na komisję lekarską (najczęściej zaoczną – czyli lekarz wyda opinię bez badania, tylko na podstawie papierów).

Realny czas? 2-3 miesiące od zgłoszenia szkody do otrzymania decyzji.

I tu pojawia się pierwszy szok. Bo decyzja ubezpieczyciela w sprawach o zadośćuczynienie jest przewidywalna: albo oferują śmieszne pieniądze (np. 1 000 zł za poważny uraz), albo odmawiają w ogóle, kwestionując związek urazu z wypadkiem.

Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że w około 90% przypadków poszkodowani są niezadowoleni z wysokości dobrowolnie przyznanego zadośćuczynienia. To nie przypadek – to model biznesowy ubezpieczycieli.

Możesz jeszcze spróbować odwołania wewnętrznego do ubezpieczyciela. To kolejne 2-3 miesiące. I w 99% przypadków ubezpieczyciel podtrzymuje swoją pierwotną decyzję.

Podsumowanie etapu przedsądowego: 4-6 miesięcy – i jesteś tam, gdzie zacząłeś, tylko ze świadomością, że ubezpieczyciel nie zamierza ci pomóc.

Od pozwu do pierwszej rozprawy – oczekiwanie w kolejce

Decydujesz się na pozew. Znajdujesz prawnika, zbieracie dokumentację, piszecie pozew, płacisz wpis sądowy. Pozew wpływa do sądu.

I teraz zaczyna się prawdziwa zabawa – czekanie.

Ile czekasz na pierwszą rozprawę?

To zależy od sądu. W sądach rejonowych (sprawy o wartości do 100 000 zł) termin pierwszej rozprawy przypada zwykle 6-12 miesięcy po wniesieniu pozwu.

W Sądzie Okręgowym w Poznaniu? Przygotujcie się na jeszcze dłuższe oczekiwanie. O tym za chwilę.

Ale na pierwszej rozprawie właściwie nic się nie dzieje. Sędzia zazwyczaj:

  • Sprawdza czy pozwany (ubezpieczyciel) odpowiedział na pozew
  • Ewentualnie zarządza uzupełnienie braków formalnych
  • Zamyka rozprawę i… wyznacza kolejną, za kilka miesięcy

Realnie: od wniesienia pozwu do merytorycznej rozprawy mija około roku.

Faza dowodowa – tam, gdzie czas się zatrzymuje

Tu zaczyna się najdłuższa, najbardziej frustrująca część procesu – przeprowadzenie dowodów.

W sprawach o zadośćuczynienie kluczowe są opinie biegłych. I tutaj tkwi sedno problemu.

Ile czeka się na opinię biegłego?

W teorii: biegły powinien sporządzić opinię w ciągu 30 dni od otrzymania akt.

W praktyce: 6-18 miesięcy to norma.

Dlaczego? Bo:

  • Biegłych jest za mało (szczególnie dobrych, znających się na zadośćuczyniach)
  • Sądy mają olbrzymie zaległości
  • Biegli są przeciążeni zleceniami z dziesiątek sądów
  • Biegły musi umówić się z tobą na badanie (to kolejne tygodnie)
  • Biegły musi przeanalizować dokumentację (czasem setki stron)

A to dopiero początek. Bo ubezpieczyciel po otrzymaniu opinii biegłego (jeśli jest dla niego niekorzystna):

  • Zakwestionuje opinię
  • Zażąda opinii uzupełniającej (kolejne miesiące)
  • Zażąda opinii innego biegłego (znowu kolejne miesiące)
  • Zażąda opinii biegłego z innej dziedziny (np. rekonstruktora wypadków – kolejne miesiące)

W skomplikowanych sprawach liczba biegłych może sięgnąć 3-4. Każdy to około roku oczekiwania.

Z mojej praktyki: faza dowodowa w sprawie o zadośćuczynienie trwa średnio 2-3 lata.

Tak, dobrze przeczytaliście. Lata, nie miesiące.



Wyrok, apelacja i dalsze perypetie

No dobra, dowody przeprowadzone, sąd wydaje wyrok. Czy to koniec?

Nie do końca.

Bo ubezpieczyciel praktycznie zawsze wnosi apelację. To ich standard – walczą o każdą złotówkę do końca.

Apelacja trafia do sądu wyższej instancji (Sąd Okręgowy lub Apelacyjny). I tu znowu – kolejka.

Ile czeka się na rozpatrzenie apelacji? Od roku do dwóch lat.

W sumie, od momentu wniesienia pozwu do prawomocnego zakończenia sprawy (łącznie z apelacją) mija realnie 4-6 lat.

Brzmi jak science fiction? To codzienność polskich sądów.

Aktualna sytuacja w poznańskich sądach – dramat na żywo

A teraz najgorsze wiadomości. Bo to, o czym pisałem wyżej to optymistyczny scenariusz.

W Sądzie Okręgowym w Poznaniu sytuacja jest tragiczna.

Dlaczego? Bo poznański sąd okręgowy zmaga się z dwoma gigantycznymi problemami:

1. Powódź spraw frankowych Tysiące procesów dotyczących kredytów frankowych zalały sądy. To sprawy skomplikowane, wymagające głębokiej analizy, opinii biegłych z zakresu bankowości, ekonomii. Pochłaniają ogromne zasoby sądów.

2. Stały decernat rozwodów Sprawy rozwodowe (również skomplikowane, emocjonalne, czasochłonne) dodatkowo obciążają system.

Efekt? Sprawy o zadośćuczynienie w Sądzie Okręgowym w Poznaniu czekają w kolejce latami.

Z mojej praktyki mogę powiedzieć bez ogródek: 5 lat od wniesienia pozwu do prawomocnego wyroku to w Sądzie Okręgowym w Poznaniu nic nadzwyczajnego. Spotkałem się z sprawami, które trwały 6-7 lat, szczególnie gdy w grę wchodziło kilku biegłych.

W sądach rejonowych jest nieco lepiej – ale „lepiej” to względne pojęcie. 3-4 lata to norma, 5 lat również nie dziwi.

Pamiętam sprawę klienta, który po wypadku komunikacyjnym walczył o zadośćuczynienie za poważne obrażenia kręgosłupa. Pozew wnieśliśmy w 2016 roku. Prawomocny wyrok otrzymaliśmy w 2022. Sześć lat. Klient przez ten czas chodził na kolejne rozprawy, badania biegłych, żył w niepewności. A ból i cierpienie po wypadku? Oczywiście nie znikły – ale sprawiedliwość przyszła z sześcioletnim opóźnieniem.

Dlaczego to wszystko trwa tak długo?

To pytanie słyszę od klientów niemal zawsze, gdy informuję ich o przewidywanych czasach trwania sprawy. „Dlaczego to trwa wieki? Dlaczego system nie działa?”

Odpowiedź jest złożona, ale spróbuję ją uprościć:

1. Za mało sędziów Polskie sądy są po prostu niedofinansowane. Brakuje sędziów, referendarzy, pracowników obsługi. Jeden sędzia obsługuje setki spraw rocznie.

2. Za mało biegłych Dobrych biegłych medycznych (neurolog, ortopeda, psycholog), którzy rozumieją specyfikę spraw o zadośćuczynienie, jest garstka. A zapotrzebowanie – ogromne.

3. Skomplikowane procedury Kodeks postępowania cywilnego to obszerne regulacje. Każdy krok w procesie ma swoje terminy, formalności. To wszystko wydłuża sprawy.

4. Opieszałość ubezpieczycieli Ubezpieczyciele świadomie przeciągają sprawy. Im dłużej trwa proces, tym bardziej zmęczony i zdesperowany jest poszkodowany. Liczą, że w końcu się podda i zgodzi na niższą kwotę.

5. Przeciążenie konkretnych sądów Sprawy frankowe, rozwody, egzekucje – to wszystko pochłania zasoby sądów. Sprawy o zadośćuczynienie, choć ważne, często schodzą na dalszy plan.

Praktyczne rady – jak przetrwać maraton procesowy

Po tylu latach prowadzenia spraw o zadośćuczynienie nauczyłem się jednego: trzeba przygotować klientów psychicznie na długą drogę.

Bo jeśli wchodzisz do procesu z oczekiwaniem, że za rok będzie po wszystkim – czeka cię ogromne rozczarowanie.

Oto moje rady, jak przetrwać maraton procesowy:

1. Przygotuj się mentalnie na lata, nie miesiące Nie oszukuj się – to nie będzie szybkie. Przyjmij, że sprawa potrwa 3-5 lat. Łatwiej znieść, gdy się tego spodziewasz.

2. Wybierz prawnika, który będzie z tobą przez cały proces To maraton, nie sprint. Potrzebujesz kogoś, kto poprowadzi sprawę od początku do końca, kto będzie cierpliwy i wytrwały.

3. Dokumentuj wszystko na bieżąco Nawet jeśli proces trwa latami, zbieraj dokumentację medyczną, notatki o swoim stanie, zdjęcia. To wszystko może się przydać.

4. Nie rezygnuj z leczenia To kluczowe. Jeśli przerwiesz terapię, ubezpieczyciel powie: „Widzi pan? Już panu nie dolega!”. Kontynuuj leczenie, rehabilitację.

5. Stawiaj na rozprawach Nawet jeśli to frustrujące, staraj się być obecny na rozprawach. Twoja obecność ma znaczenie – sąd widzi, że sprawa jest dla ciebie ważna.

6. Pytaj prawnika o postępy Nie bój się dzwonić do prawnika co kilka miesięcy i pytać „co słychać?”. To twoja sprawa, masz prawo wiedzieć.

7. Pamiętaj o odsetkach Jeśli wygrasz, sąd zasądzi odsetki od kwoty zadośćuczynienia – zwykle od daty wypadku. Im dłużej trwa proces, tym wyższe odsetki. To nie jest pocieszenie, ale przynajmniej coś.

Refleksja na koniec – czy to w ogóle sprawiedliwość?

Po dwudziestu latach w tym zawodzie wciąż zadaję sobie pytanie: czy system, w którym poszkodowany musi czekać 5-6 lat na sprawiedliwość, może nazywać się sprawiedliwością?

Bo kiedy wygrywasz sprawę po latach – pieniądze oczywiście są. Ale ból, niepewność, frustracja, poczucie bezsilności – tego nie da się wynagrodzić żadną kwotą.

I za każdym razem myślę: to nie powinno tak wyglądać. Ale takie są realia polskiego sądownictwa. I póki system się nie zmieni – będzie tak dalej.

Jeśli jesteście w trakcie procesu o zadośćuczynienie – trzymajcie się. Wiem, że to ciężkie. Wiem, że czasem macie dość. Ale pamiętajcie: na końcu tej drogi czeka sprawiedliwość. Spóźniona, niesprawna, ale jednak.

A wy? Macie doświadczenia z przewlekłością spraw? Ile wam trwała sprawa o zadośćuczynienie? Dajcie znać w komentarzach – czasem sama świadomość, że nie jesteście sami, pomaga przetrwać.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Czy poszkodowani w wypadkach wyłudzają zadośćuczynienia za urazy biczowe kręgosłupa?

Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej.

Wprowadzenie

Gdy poszkodowany w wypadku komunikacyjnym zgłasza roszczenie o zadośćuczynienie za uraz biczowy kręgosłupa szyjnego (tzw. whiplash), często spotyka się z odmową wypłaty lub propozycją rażąco zaniżonego odszkodowania. Decyzje ubezpieczycieli sugerują niekiedy, że poszkodowani symulują dolegliwości lub próbują wyłudzić nienależne świadczenia.

Czy faktycznie mamy do czynienia z plagą nieuczciwych roszczeń, czy może to ubezpieczyciele stosują strategię systematycznego odmawiania wypłat? Z praktyki kancelarii wynika, że prawda jest znacznie bardziej złożona.

Spis treści

  1. Mit o epidemii wyłudzeń – skąd się bierze?
  2. Realia poszkodowanych – koszty i trudności
  3. Strategia ubezpieczycieli – zniechęcanie do roszczeń
  4. Praktyczne porady dla poszkodowanych
  5. FAQ – najczęstsze pytania

Mit o epidemii wyłudzeń – skąd się bierze?

Specyfika urazu biczowego

Uraz biczowy (dystorsja) kręgosłupa szyjnego to schorzenie, które nie pozostawia widocznych śladów na standardowych badaniach obrazowych (RTG). Nawet badanie rezonansem magnetycznym (MRI) często nie wykrywa zmian strukturalnych, mimo że poszkodowany odczuwa realne dolegliwości: bóle głowy, zawroty, problemy z koncentracją.

Ta „niewidzialność” urazu sprawia, że ubezpieczyciele często kwestionują jego istnienie, sugerując symulację. Z praktyki kancelarii wiemy jednak, że medycyna nie ma wątpliwości – uraz biczowy jest udokumentowaną jednostką chorobową, opisaną w podręcznikach neurologii i ortopedii.

Czy rzeczywiście poszkodowani wyłudzają odszkodowania?

Argument o masowych wyłudzeniach nie wytrzymuje konfrontacji z polskimi realiami. Po pierwsze, świadomość prawna Polaków w zakresie urazów biczowych jest niewielka – większość poszkodowanych w ogóle nie wie, że przysługuje im zadośćuczynienie za takie dolegliwości.

Po drugie, proces uzyskania zadośćuczynienia jest kosztowny i czasochłonny, co stanowi naturalną barierę przed nieuczciwymi roszczeniami.

Realia poszkodowanych – koszty i trudności

Droga do udokumentowania urazu

Aby wykazać uraz biczowy, poszkodowany musi:

  1. Zgłosić się na Szpitalny Oddział Ratunkowy (SOR) – często w godzinach nocnych lub weekendowych, co wiąże się z długim oczekiwaniem
  2. Wykonać badanie RTG – podstawowe, ale niewystarczające
  3. Zrobić badanie MRI – przy kolejkach w NFZ często konieczne prywatnie (koszt: 400-800 zł)
  4. Konsultacje specjalistyczne – neurolog, ortopeda, psycholog (kolejne 300-500 zł)
  5. Dokumentacja medyczna – zebrane wpisy, karty informacyjne (czas i koszty)

Łączne koszty: 700-1300 zł + czas (często kilka miesięcy).

Oczekiwane zadośćuczynienie vs. nakład pracy

Zgodnie z art. 445 § 1 Kodeksu cywilnego, zadośćuczynienie za uraz biczowy w polskich realiach wynosi zazwyczaj 5 000 – 15 000 zł (w zależności od stopnia uszczerbku i czasu leczenia). Przy kosztach udokumentowania urazu rzędu 1000 zł i niepewnym rezultacie (ubezpieczyciele często odmawiają), „opłacalność” ewentualnego wyłudzenia jest wątpliwa.

Dla porównania, zadośćuczynienia za poważniejsze urazy (np. złamania) są wielokrotnie wyższe – 50 000 – 200 000 zł – przy podobnym procesie dochodzenia roszczeń.

Strategia ubezpieczycieli – zniechęcanie do roszczeń

Typowe taktyki odmowy wypłaty

Z praktyki kancelarii wynika, że ubezpieczyciele stosują standardową strategię wobec urazów biczowych:

  1. Automatyczna odmowa – „brak obiektywnych przesłanek do wypłaty”
  2. Kwestionowanie związku przyczynowego – „uraz mógł powstać wcześniej”
  3. Bagatelizacja dolegliwości – „ból szyi to nie podstawa do zadośćuczynienia”
  4. Zaniżanie wyceny – propozycje 1000-2000 zł zamiast należnych 10 000-15 000 zł

Skuteczność strategii

Większość poszkodowanych, przerażonych perspektywą skomplikowanego i kosztownego procesu sądowego, rezygnuje z dalszego dochodzenia roszczeń. Dla ubezpieczycieli to „opłacalna” polityka – oszczędzają na wypłatach, a ci, którzy dochodzą swoich praw przed sądem, często czekają lata na wyrok.

Co ciekawe, gdy sprawa trafia do sądu, poszkodowani zazwyczaj wygrywają – sądy przyznają zadośćuczynienia zbliżone do żądanych kwot, co potwierdza, że roszczenia są uzasadnione.

Praktyczne porady dla poszkodowanych

Co robić po wypadku z podejrzeniem urazu biczowego?

  1. Natychmiast zgłoś się na SOR – nawet jeśli bóle są niewielkie. Dokumentacja z SOR to kluczowy dowód.
  2. Wykonaj badanie MRI – jeśli NFZ ma długą kolejkę, rozważ prywatne (koszt zwróci się w zadośćuczynieniu).
  3. Konsultuj neurologa i ortopedę – nie ograniczaj się do lekarza rodzinnego.
  4. Dokumentuj wszystko – wpisy do książeczki zdrowia, recepty, skierowania, faktury.
  5. Nie przyjmuj pierwszej propozycji ubezpieczyciela – jeśli otrzymasz odmowę lub zaniżoną kwotę, skonsultuj się z prawnikiem.

Kiedy warto iść do sądu?

Jeśli ubezpieczyciel:

  • Odmówił wypłaty mimo udokumentowanego urazu
  • Zaproponował mniej niż 30% należnej kwoty
  • Kwestionuje związek przyczynowy bez podstaw medycznych

…warto rozważyć pozew. Procesy o zadośćuczynienia za urazy biczowe trwają zazwyczaj 12-24 miesiące, a koszty sądowe (opłata od pozwu, opinie biegłych) pokrywa przegrany ubezpieczyciel.

FAQ – najczęstsze pytania

1. Czy uraz biczowy musi być widoczny na RTG/MRI, żeby dostać zadośćuczynienie?
Nie. Sądy i lekarze akceptują diagnozę opartą na objawach klinicznych (ból, ograniczenie ruchomości), nawet jeśli badania obrazowe są prawidłowe.

2. Ile wynosi zadośćuczynienie za uraz biczowy?
W praktyce sądowej: 5 000 – 15 000 zł, w zależności od stopnia uszczerbku (zazwyczaj 2-5% trwałego uszczerbku na zdrowiu).

3. Czy mogę dostać zadośćuczynienie, jeśli bóle minęły po kilku tygodniach?
Tak, jeśli w tym czasie leczyłeś się i udokumentowałeś dolegliwości. Nawet krótkotrwały uraz uprawnia do zadośćuczynienia.

4. Ile czasu mam na zgłoszenie roszczenia?
3 lata od dnia wypadku (art. 442¹ § 1 KC – przedawnienie roszczeń z czynów niedozwolonych).

5. Czy ubezpieczyciel może odmówić, jeśli nie zgłosiłem się na SOR zaraz po wypadku?
Może próbować kwestionować związek przyczynowy, ale nie jest to automatyczna przesłanka odmowy. Ważniejsza jest dokumentacja leczenia w kolejnych tygodniach.

Podsumowanie – kto tu kogo oszukuje?

Z praktyki kancelarii wynika jednoznacznie: w Polsce nie ma epidemii wyłudzeń odszkodowań za urazy biczowe. Przeciwnie – większość poszkodowanych w ogóle nie zgłasza roszczeń, zniechęcona kosztami, czasem i odmowami ubezpieczycieli.

Uraz biczowy to realny, udokumentowany medycznie problem, który wymaga leczenia i rekompensaty. Systematyczne odmawianie wypłat przez ubezpieczycieli to nie ochrona przed oszustwami, ale celowa strategia zniechęcania poszkodowanych do dochodzenia przysługujących im praw.

Jeśli doznałeś urazu w wypadku i ubezpieczyciel odmówił Ci zadośćuczynienia – nie rezygnuj. To Twoje prawo, za które warto walczyć.


Źródła

  • Kodeks cywilny, art. 415 (odpowiedzialność za szkodę), art. 444 (szkoda na osobie), art. 445 (zadośćuczynienie)
  • Kodeks cywilny, art. 442¹ (przedawnienie roszczeń)

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Szlaban uszkodził auto na parkingu – kto zapłaci? Luka w prawie odszkodowawczym

Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej.

Spis treści

  1. Kiedy automatyczny szlaban staje się problemem?
  2. Dlaczego ubezpieczyciel odmawia wypłaty?
  3. Odpowiedzialność na zasadzie winy – art. 415 KC
  4. Czy szlaban to „przedsiębiorstwo wprawiane w ruch”?
  5. Przepisy o odpowiedzialności na zasadzie ryzyka – dlaczego nie działają?
  6. Luka prawna – Kodeks Cywilny kontra automatyka
  7. Jak dochodzić odszkodowania w praktyce?
  8. FAQ – najczęstsze pytania

Kiedy automatyczny szlaban staje się problemem?

Wyobraźmy sobie typową sytuację: wyjeżdżasz z parkingu przy przychodni lekarskiej. Szlaban się podnosi, wjeżdżasz pod ramię, nagle – bach! – ramię opada i uderza w maskę twojego auta. Uszkodzenia na kilka tysięcy złotych. Masz nagranie z monitoringu, świadków, dokumentację. Wydawałoby się – prosta sprawa odszkodowawcza.

Nic bardziej mylnego.

Ubezpieczyciel przychodni odmawia wypłaty, argumentując: „Szlaban był konserwowany regularnie, przyczyna awarii nieznana – być może chwilowy spadek napięcia. Nie ma naszej winy”. I tu zaczyna się prawniczy koszmar, bo okazuje się, że polskie prawo nie przewidziało… odpowiedzialności za automatyczne systemy mechaniczne.

Dlaczego ubezpieczyciel odmawia wypłaty?

Z praktyki wiem, że ubezpieczyciele w takich sprawach stosują standardową obronę:

  • „Przeprowadzamy regularne konserwacje – mamy dokumentację”
  • „Nie można ustalić przyczyny awarii – może to był losowy spadek napięcia”
  • „Poszkodowany nie może wykazać naszej winy”

I formalnie… mają rację. Bo zgodnie z podstawową zasadą odpowiedzialności cywilnej (art. 415 KC), trzeba wykazać winę. A jak udowodnić winę, gdy system był konserwowany, a awaria miała charakter losowy?

Odpowiedzialność na zasadzie winy – art. 415 KC

Art. 415 Kodeksu cywilnego brzmi: „Kto ze swej winy wyrządził drugiemu szkodę, obowiązany jest do jej naprawienia.”

W praktyce oznacza to, że poszkodowany musi udowodnić:

  1. Szkodę (uszkodzenie auta)
  2. Zdarzenie (opadnięcie ramienia szlabanu)
  3. Związek przyczynowy (szlaban spowodował szkodę)
  4. Winę sprawcy (przychodnia zaniedbała obowiązki)

Problem? Punkt czwarty. Jak wykazać winę, gdy:

  • Szlaban był regularnie konserwowany?
  • Przyczyna awarii jest nieznana?
  • Nie było zaniedbań w eksploatacji?

Teoretycznie można zlecić opinię biegłego z zakresu automatyki przemysłowej lub BHP, który zbada, czy system miał właściwe zabezpieczenia (czujniki obecności, opóźnienie zamknięcia). Ale to koszt 2000-3000 zł i ryzyko, że biegły potwierdzi: „System był sprawny, awaria losowa”.

Czy szlaban to „przedsiębiorstwo wprawiane w ruch”?

Skoro wina jest trudna do udowodnienia, może zastosować odpowiedzialność na zasadzie ryzyka? To znaczy: odpowiadasz za szkodę niezależnie od winy, bo prowadzisz niebezpieczną działalność.

No właśnie – a czy parking z automatycznym szlabanem to „niebezpieczna działalność”?

Art. 435 § 1 KC – odpowiedzialność za przedsiębiorstwa wprawiane w ruch

„Prowadzący na własny rachunek przedsiębiorstwo lub zakład wprawiany w ruch za pomocą sił przyrody (pary, gazu, elektryczności, paliw płynnych itp.) ponosi odpowiedzialność za szkodę na osobie lub mieniu, wyrządzoną komukolwiek przez ruch przedsiębiorstwa lub zakładu, chyba że szkoda nastąpiła wskutek siły wyższej albo wyłącznie z winy poszkodowanego lub osoby trzeciej, za którą nie ponosi odpowiedzialności.”

Czy przychodnia z parkingiem to „przedsiębiorstwo wprawiane w ruch za pomocą sił przyrody”?

Teoretycznie szlaban używa elektryczności (siły przyrody), ale orzecznictwo wykłada ten przepis zawężająco: dotyczy on przede wszystkim zakładów przemysłowych, fabryk, elektrowni, kopalń – czyli przedsiębiorstw, gdzie siły przyrody są głównym źródłem napędu całej działalności.

W mojej sprawie szlaban byl własnoscią przychodni lekarskej- ta prowadzi działalność medyczną, a parking z szlabanem to tylko infrastruktura pomocnicza. Szlaban sam w sobie nie stanowi „przedsiębiorstwa” – to pojedyncze urządzenie techniczne.

Wniosek: Art. 435 KC najprawdopodobniej nie ma zastosowania, chyba że sąd zastosuje wykładnię rozszerzającą (mało prawdopodobne).

Przepisy o odpowiedzialności na zasadzie ryzyka – dlaczego nie działają?

Kodeks cywilny przewiduje odpowiedzialność na zasadzie ryzyka w kilku przypadkach. Sprawdźmy, czy któryś pasuje do naszej sytuacji:

Art. 433 KC – wyrzucenie, wylanie, spadnięcie z pomieszczenia

„Za szkodę wyrządzoną wyrzuceniem, wylaniem lub spadnięciem jakiegokolwiek przedmiotu z pomieszczenia jest odpowiedzialny ten, kto pomieszczenie zajmuje, chyba że szkoda nastąpiła wskutek siły wyższej albo wyłącznie z winy poszkodowanego lub osoby trzeciej…”

Czy opadnięcie ramienia szlabanu to „spadnięcie przedmiotu z pomieszczenia”?

Problem jest oczywisty: szlaban znajduje się na zewnątrz, a nie w pomieszczeniu. Przepis dotyczy klasycznych przypadków: wyrzucenie śmieci z okna, spadnięcie doniczki z balkonu, wylanie wody na przechodnia.

Wniosek: Art. 433 KC nie ma zastosowania – brak „pomieszczenia” w rozumieniu tego przepisu.

Art. 434 KC – zawalenie się budowli lub oderwanie jej części

„Za szkodę wyrządzoną przez zawalenie się budowli lub oderwanie się jej części odpowiedzialny jest samoistny posiadacz budowli, chyba że zawalenie się budowli lub oderwanie się jej części nie wynikło ani z braku utrzymania budowli w należytym stanie, ani z wady w budowie.”

Czy opadnięcie ramienia szlabanu to „oderwanie się części budowli”?

Tutaj mamy najciekawszą możliwość interpretacyjną. Szlaban jest niewątpliwie częścią infrastruktury parkingu (budowli). Problem w tym, że przepis dotyczy sytuacji, gdy część budowli fizycznie się odrywa (np. odpadająca cegła, luzujący się fragment konstrukcji, kawałek tynku), a nie awarii mechanizmu podczas ruchu.

Co ciekawe, art. 434 KC wprowadza odpowiedzialność na zasadzie ryzyka z wyłączeniami – posiadacz budowli odpowiada, chyba że udowodni brak winy (prawidłowe utrzymanie, brak wady w budowie). To odwrotne rozłożenie ciężaru dowodu niż w art. 415 KC!

Można próbować argumentować rozszerzającą wykładnię: „Mechanizm utracił kontrolę nad ruchem ramienia, co jest funkcjonalnym odpowiednikiem oderwania – część budowli (ramię) oddzieliła się od systemu kontrolnego i wyrządziła szkodę”. Ale to nowatorska interpretacja – sądy mogą ją odrzucić jako nadinterpretację.

Art. 436 KC – pojazdy mechaniczne

„Samoistny posiadacz mechanicznego środka komunikacji poruszanego za pomocą sił przyrody ponosi odpowiedzialność za szkodę na osobie lub mieniu, wyrządzoną komukolwiek przez ruch tego środka…”

Czy szlaban to pojazd mechaniczny? Oczywiście, że nie. Ten przepis dotyczy aut, motocykli, rowerów elektrycznych – nie urządzeń stacjonarnych.

Art. 449¹-449¹⁰ KC – produkt niebezpieczny

Ustawa o odpowiedzialności za produkt niebezpieczny (z 2000 r.) wprowadza odpowiedzialność producenta za szkody wyrządzone przez wadliwy produkt. Czy szlaban to „produkt niebezpieczny”?

Może być, ale jest haczyk:

Art. 449⁵ KC: „Szkoda podlegająca naprawieniu obejmuje uszkodzenie rzeczy innych niż produkt niebezpieczny, pod warunkiem że rzecz ta jest wykorzystywana głównie do użytku osobistego…”

Samochód był własnością spółki zoo. więc nie jest rzeczą wykorzystywaną „głównie do użytku osobistego” w rozumieniu tej ustawy. Ustawa chroni konsumentów przed wadliwymi produktami konsumpcyjnymi (np. eksplodująca pralka, zatrucie żywnością).

Luka prawna – Kodeks Cywilny kontra automatyka

I tu dochodzimy do sedna problemu: Kodeks cywilny z 1964 roku nie przewidział odpowiedzialności za automatyczne systemy mechaniczne.

Przepisy o odpowiedzialności na zasadzie ryzyka (art. 433-436 KC) powstały w erze industrializacji, gdy główne zagrożenia to:

  • Pojazdy mechaniczne (samochody, pociągi)
  • Zakłady przemysłowe (fabryki, kopalnie)
  • Materiały wybuchowe i toksyczne

Nie uwzględniają one współczesnych automatycznych systemów, które działają poza zakładami przemysłowymi i nie są pojazdami:

  • Automatyczne bramy i szlabany (jak w naszej sprawie)
  • Roboty magazynowe (uszkadzają towar podczas transportu)
  • Automatyczne parkingi wielopoziomowe (awaria mechanizmu podnoszącego – kto odpowiada?)
  • Systemy sortujące w centrach logistycznych (robot upuszcza paczkę, niszczy zawartość)
  • Automatyczne drzwi przesuwne (przytrzaskują dziecko lub uszkadzają wózek)

W każdym z tych przypadków mamy system autonomiczny/półautonomiczny, który działa bez bezpośredniej kontroli człowieka. Jeśli dojdzie do awarii i powstanie szkoda, poszkodowany musi udowodnić winę operatora – co w praktyce bywa niemożliwe, jeśli system był prawidłowo konserwowany.

Jak dochodzić odszkodowania w praktyce?

Skoro prawo nie jest po naszej stronie, co można zrobić?

Wariant 1: Opinia biegłego i walka o wykazanie winy (art. 415 KC)

Strategia:

  1. Wezwanie do zapłaty skierowane do zarządcy parkingu i ubezpieczyciela
  2. W przypadku odmowy – pozew o odszkodowanie na podstawie art. 415 KC
  3. Wniosek o opinię biegłego z zakresu automatyki przemysłowej lub BHP

Co bada biegły?

  • Czy system miał właściwe zabezpieczenia (czujniki obecności, opóźnienie zamknięcia)?
  • Czy konserwacja była przeprowadzona prawidłowo?
  • Czy awaria była możliwa do przewidzenia i uniknięcia?

Jeśli biegły stwierdzi nieprawidłowości (np. brak czujnika obecności, niewłaściwa kalibracja, zaniedbana konserwacja) – mamy dowód winy. Sprawa wygrana.

Jeśli biegły potwierdzi prawidłowość systemu – sprawa prawdopodobnie przegrana. Pozostaje wtedy argumentacja, że samo zastosowanie systemu bez pełnych zabezpieczeń to zaniedbanie.

Koszt: Opinia biegłego to 2000-3000 zł (zaliczka sądowa). Jeśli wygramy, pozwany pokrywa koszty. Jeśli przegramy – my płacimy.

Wariant 2: Rozszerzająca wykładnia art. 434 KC (ryzykowna taktyka)

Argumentacja prawna:

„Szlaban parkingowy stanowi część infrastruktury parkingu (budowli w rozumieniu art. 434 KC). Opadnięcie ramienia szlabanu na pojazd jest formą »oderwania się części budowli« w rozumieniu funkcjonalnym – mechanizm utracił kontrolę nad ruchem ramienia, co doprowadziło do szkody analogicznej jak przy fizycznym oderwaniu elementu konstrukcji.

Odpowiedzialność na zasadzie ryzyka (art. 434 KC) wynika z faktu, że zarządca gruntu czerpie korzyści z eksploatacji infrastruktury parkingowej i powinien ponosić ryzyko jej nieprawidłowego działania, niezależnie od winy. Wykładnia celowościowa przemawia za objęciem takich sytuacji zakresem art. 434 KC, zwłaszcza wobec luki prawnej dotyczącej automatycznych systemów mechanicznych.”

Ryzyko: To nowatorska argumentacja. Sądy mogą ją odrzucić jako nadinterpretację. Literalne brzmienie przepisu sugeruje fizyczne oderwanie, nie awarię mechanizmu.

Z mojego doświadczenia: Warto spróbować w pozwie jako podstawa ewentualna (obok art. 415 KC). Jeśli sąd uzna wykładnię rozszerzającą za słuszną – precedens, który otworzy drogę innym poszkodowanym.

FAQ – najczęstsze pytania

Czy mogę dochodzić odszkodowania za szkodę wyrządzoną przez automatyczny szlaban?

Tak, ale musisz udowodnić winę zarządcy parkingu (art. 415 KC) lub zastosować rozszerzającą wykładnię art. 434 KC (ryzykowna taktyka). Brak przepisów o odpowiedzialności na zasadzie ryzyka dla automatycznych systemów utrudnia dochodzenie roszczeń.

Ile czasu mam na dochodzenie odszkodowania?

Roszczenie przedawnia się po 3 latach od dnia, w którym dowiedziałeś się o szkodzie i osobie odpowiedzialnej (art. 442¹ KC). W praktyce – od dnia zdarzenia.

Czy warto zlecić opinię biegłego?

Jeśli wartość szkody przekracza 5000 zł – zdecydowanie tak. Biegły może wykazać nieprawidłowości w systemie, co da podstawę do wygrania sprawy. Koszt opinii (2000-3000 zł) zwróci się, jeśli wygrasz.

Czy ubezpieczyciel OC przychodni musi zapłacić?

Tylko jeśli udowodnisz winę przychodnia (zarządcy parkingu) lub sąd zastosuje rozszerzającą wykładnię art. 434 KC. Ubezpieczyciel odpowiada za szkody wyrządzone przez ubezpieczonego, a nie za wszystkie szkody na terenie przychodni.

Co zrobić, jeśli ubezpieczyciel odmówił wypłaty?

  1. Wezwanie do zapłaty (14 dni)
  2. Próba ugody polubownej (60-70% wartości szkody)
  3. Pozew do sądu z wnioskiem o opinię biegłego (art. 415 KC) lub alternatywnie art. 434 KC

Czy można pozwać producenta szlabanu?

Teoretycznie tak, na podstawie przepisów o produkcie niebezpiecznym (art. 449¹ KC). Problem: ustawa wyklucza odpowiedzialność za uszkodzenie pojazdów (nie są to rzeczy wykorzystywane „głównie do użytku osobistego”).

Jak udokumentować szkodę?

  • Nagranie z monitoringu (jeśli dostępne – poproś zarządcę o udostępnienie)
  • Zdjęcia uszkodzeń (z różnych perspektyw, z datownikiem)
  • Wycena rzeczoznawcy samochodowego (koszt naprawy + utrata wartości)
  • Świadkowie (jeśli byli obecni)
  • Protokół (zgłoszenie zdarzenia zarządcy parkingu – pisemne)

Najważniejsze wnioski

  1. Kodeks cywilny nie przewiduje odpowiedzialności na zasadzie ryzyka dla automatycznych systemów (szlabany, bramy, roboty magazynowe) – luka prawna z 1964 roku.
  2. Dochodzenie odszkodowania wymaga wykazania winy (art. 415 KC) lub zastosowania rozszerzającej wykładni art. 434 KC (ryzykowna taktyka).
  3. Opinia biegłego z automatyki/BHP to kluczowy dowód – może wykazać nieprawidłowości w systemie i przesądzić o wygranej.
  4. Ugoda polubowna (60-70% szkody) to często najlepsze rozwiązanie – unika ryzyka przegrania sprawy i długotrwałego procesu.
  5. Precedens sądowy w takiej sprawie byłby przełomowy – otworzyłby drogę do masowych roszczeń wobec operatorów automatycznych systemów.

Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza jest indywidualna, dlatego zapraszamy do kontaktu z naszą kancelarią.

Zapraszam do Kancelarii Prawnik od Odszkodowań:
Radca prawny Bartosz Paweł Kowalak, adwokat Michalina Koligot
ul. Mickiewicza 18a/3, 60-834 Poznań
tel. +48 61 2224963
e-mail: kancelaria@prawnikododszkodowan.pl
www: https://prawnikododszkodowan.pl/


Źródła

  • Ustawa z dnia 23 kwietnia 1964 r. Kodeks cywilny (Dz.U. 2024 poz. 1061)
  • Ustawa z dnia 2 marca 2000 r. o ochronie niektórych praw konsumentów oraz o odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny (Dz.U. 2023 poz. 1301)