Uraz biczowy a zmiany zwyrodnieniowe – jak ubezpieczyciele próbują uniknąć wypłaty?

Jeśli miałbym wybrać ulubiony argument ubezpieczycieli w sprawach o zadośćuczynienie za uraz biczowy, to bez wahania wskazałbym: „To nie skutek wypadku, to zmiany zwyrodnieniowe”. Słyszałem to zdanie tyle razy, że mógłbym je wyrecytować w każdej chwili, nawet obudzony w środku nocy.

I wiesz co jest w tym najbardziej absurdalne? Że w większości przypadków ubezpieczyciele mają rację w jednym – zmiany zwyrodnieniowe faktycznie istnieją. Problem w tym, że ich istnienie wcale nie oznacza, że to one, a nie wypadek, są przyczyną cierpienia poszkodowanego.

Dziś opowiem wam o tym, jak działa ten mechanizm i dlaczego nie powinniście dać się zastraszyć, gdy w decyzji odmownej przeczytacie magiczne słowa: „zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa szyjnego”.

Zwyrodnienia kręgosłupa – czyli normalne starzenie się organizmu

Zacznijmy od faktów. Zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa to naturalny proces, który dotyka praktycznie każdego z nas. Kiedyś trafiłem na opracowanie neurologa, który pracował jako biegły sądowy, i zapamiętałem prosty ciąg statystyczny, który przedstawił:

  • 20-latek: około 20% szans na obecność zmian zwyrodnieniowych
  • 30-latek: około 30%
  • 40-latek: około 40%
  • 50-latek: mniej więcej 50/50
  • 60-latek: około 60%
  • I tak dalej…

Innymi słowy, im jesteś starszy, tym większa szansa, że na zdjęciu RTG lub rezonansie magnetycznym lekarz stwierdzi u ciebie jakieś zmiany zwyrodnieniowe. Statystyczny stulatek ma je w zasadzie z gwarancją.

Dlaczego tak się dzieje? To proste: siedzący tryb życia, brak ruchu, naturalne starzenie się organizmu. Nasze kręgosłupy nie zostały stworzone do ośmiu godzin dziennie przed komputerem. Zwyrodnienia to cena, jaką płacimy za cywilizację.

Ale – i tu jest kluczowe „ale” – większość ludzi z wyraźnymi zmianami zwyrodnieniowymi nie odczuwa żadnych dolegliwości. Mój 55-letni kolega ma wyraźne zwyrodnienia widoczne na rezonansie, który zrobił prywatnie z ciekawości, i nigdy w życiu nie skarżył się na ból szyi. Normalnie żyje, pracuje, uprawia sport.

Jak ubezpieczyciele wykorzystują zwyrodnienia przeciwko poszkodowanym?

Teraz wyobraźmy sobie typową sprawę: Jan, 45 lat, biurowy pracownik, nigdy nie leczył się ortopedycznie, ma kolizję – klasyczne uderzenie od tyłu. Następnego dnia budzi się z silnym bólem szyi, który promieniuje do ramion. Nie może obrócić głowy. Zaczyna się leczenie, rehabilitacja.

Po kilku miesiącach Jan składa wniosek o zadośćuczynienie. Ubezpieczyciel wysyła go na badanie, Jan robi rezonans i… bingo! Lekarz opisuje „zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa szyjnego w zakresie C4-C6″.

I tutaj zaczyna się przedstawienie. Decyzja odmowna brzmi mniej więcej tak:

„W związku ze stwierdzonymi u poszkodowanego zmianami zwyrodnieniowymi kręgosłupa szyjnego, należy uznać, że zgłaszane dolegliwości są skutkiem procesów zwyrodnieniowych, nie zaś kolizji. W związku z powyższym odmawiam wypłaty zadośćuczynienia.”

Z mojego doświadczenia – to standardowy scenariusz w większości spraw o uraz biczowy. Ubezpieczyciele czepiają się zmian zwyrodnieniowych jak rzep psiego ogona.

Czy to ma sens? Kiedy zwyrodnienia naprawdę mają znaczenie?

Odpowiem wprost: czasem tak, ale najczęściej nie.

Kiedy argument o zwyrodnieniach jest uzasadniony?

Jeśli poszkodowany przed wypadkiem:

  • Leczył się ortopedycznie z powodu bólów kręgosłupa szyjnego
  • Chodził regularnie na rehabilitację
  • Przyjmował leki przeciwbólowe na dolegliwości szyjne
  • Miał ograniczoną ruchomość szyi

Wtedy faktycznie można mówić o tym, że zwyrodnienia już wcześniej dawały objawy. I wtedy – co oczywiste – nie można obciążać sprawcy wypadku (i jego ubezpieczyciela) za coś, co istniało wcześniej.

Ale uwaga: nawet wtedy wypadek może pogorszyć stan istniejący, i za to pogorszenie należy się odszkodowanie.

Kiedy argument o zwyrodnieniach to ściema?

W większości przypadków. Szczególnie gdy:

  • Poszkodowany nigdy wcześniej nie uskarżał się na ból szyi
  • Nie leczył się ortopedycznie
  • Dolegliwości pojawiły się dopiero po wypadku
  • Mechanizm wypadku wskazuje na typowy uraz biczowy

W takich sytuacjach stwierdzenie zmian zwyrodnieniowych na zdjęciu to tylko opis anatomiczny, nie przyczyna dolegliwości. To tak, jakby powiedzieć 50-latkowi po wypadku: „Ma pan siwe włosy, więc ból głowy to skutek siwienia, nie uderzenia”.

Absurd? Właśnie.

Sprawa z mojej praktyki – gdzie sąd pokazał ubezpieczycielowi, kto tu rządzi

Pamiętam sprawę pani Ewy (imię zmienione), 52-latki, która całe życie pracowała jako nauczycielka. Kolizja w drodze do pracy, klasyczny uraz biczowy. Bóle szyi, ograniczenie ruchomości, problemy ze snem.

Ubezpieczyciel: „Zmiany zwyrodnieniowe, odmawiamy wypłaty”.

Zrobiliśmy badania, zebraliśmy dokumentację. Okazało się, że pani Ewa nigdy w życiu nie była u ortopedy z powodu szyi. Żadnych wizyt, żadnych leków, żadnych skarg. W jej karcie zdrowia przed wypadkiem nie było ani jednej wzmianki o dolegliwościach kręgosłupa.

Na rozprawie biegły sądowy potwierdził: „Tak, są zmiany zwyrodnieniowe typowe dla wieku. Ale nie ma dowodów, że dawały objawy przed wypadkiem. Mechanizm urazu jest zgodny z urazem biczowym. Dolegliwości są skutkiem kolizji”.

Sąd przyznał zadośćuczynienie. Ubezpieczyciel przegrał.

Co ciekawe, w uzasadnieniu sąd napisał coś, co uważam za błyskotliwe: „Gdyby kierować się logiką pozwanego ubezpieczyciela, należałoby uznać, że osoby po 50. roku życia w ogóle nie powinny otrzymywać zadośćuczynień za urazy kręgosłupa, gdyż statystycznie większość z nich ma zmiany zwyrodnieniowe”.

Praktyczne rady – co robić, gdy usłyszysz o „zwyrodnieniach”?

Jeśli dostałeś odmowę wypłaty z uzasadnieniem o zmianach zwyrodnieniowych, oto co powinieneś zrobić:

  1. Zbierz dokumentację sprzed wypadku – zaświadczenia od lekarzy POZ, że nie leczyłeś się ortopedycznie, że nie skarżyłeś się na ból szyi. To kluczowy dowód.
  2. Świadkowie – rodzina, współpracownicy, którzy mogą zeznać, że przed wypadkiem nie uskarżałeś się na ból, funkcjonowałeś normalnie.
  3. Biegły sądowy – w procesie sądowym biegły oceni, czy zwyrodnienia mogły dawać objawy. Najczęściej powie: „Tak, są, ale nie wyjaśniają aktualnych dolegliwości”.
  4. Nie daj się zastraszyć – istnienie zmian zwyrodnieniowych to nie jest wyrok. To tylko jeden z elementów, które biegły musi ocenić.
  5. Nie bagatelizuj swoich dolegliwości – jeśli cierpisz, mówisz o tym, dokumentujesz. Nie udawaj bohatera myśląc „może samo przejdzie”.

Refleksja na koniec – absurd logiki ubezpieczycieli

Wiesz, co mnie najbardziej irytuje w tym całym zamieszaniu z „zwyrodnieniami jako powodem odmowy”? To że gdyby kierować się logiką ubezpieczycieli, to każdy człowiek powyżej 40. roku życia powinien automatycznie dostawać niższe zadośćuczynienia, bo „ma zwyrodnienia”.

A 60-latkom w ogóle nie należałoby się nic, bo „przecież to normalne w tym wieku”.

Absurd. Ale ubezpieczyciele na tym polegają – że ludzie się przestraszą, zrezygnują, nie będą walczyć. Bo przecież „lekarz w decyzji napisał, że mam zwyrodnienia, to pewnie mają rację”.

Nie mają.

A wy? Spotkaliście się z tym argumentem?

Ciekawi mnie, ile osób czytających tego bloga słyszało ten magiczny argument o „zwyrodnieniach”. Ile osób dało się zastraszyć i zrezygnowało? A może ktoś walczył i wygrał?

Piszcie w komentarzach swoje doświadczenia. Bo im więcej ludzi będzie wiedziało, że „zwyrodnienia” to nie automatyczny powód do odmowy, tym mniej ubezpieczycieli będzie próbowało tego sztuczki.

A jeśli jesteście w trakcie sporu z ubezpieczycielem i czujecie się bezradni – dajcie znać. Chętnie podpowiem, co zrobić, albo po prostu posłucham. Bo czasem wystarczy wiedzieć, że ktoś rozumie, co przechodzisz.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Czy warto składać odwołanie do ubezpieczyciela? Kiedy lepiej od razu iść do sądu

Dwa szoki, które przeżywa poszkodowany

Pierwszy szok pojawia się zaraz po wypadku – ból, stres, wizyta na SOR, zwolnienie lekarskie. Drugi szok przychodzi zwykle po kilku tygodniach, gdy w skrzynce pojawia się decyzja zakładu ubezpieczeń. I wtedy okazuje się, że za miesiące cierpienia, rehabilitację, problemy w pracy ubezpieczyciel proponuje kwotę, która… no cóż, przypomina raczej zapłatę za zużyte opony niż rekompensatę za krzywdę.

Z praktyki kancelarii wiem, że to właśnie w tym momencie dzwoni telefon: „Otrzymałem decyzję, dostałem grosze. Co mam robić? Czy mogę się odwołać?”. Odpowiedź brzmi: można. Ale czy warto? To już bardziej skomplikowane pytanie.

Odwołanie do ubezpieczyciela – teoria a praktyka

Teoretycznie system działa tak: ubezpieczyciel wydaje decyzję, poszkodowany może się od niej odwołać w terminie 14 dni. Odwołanie rozpatruje… ten sam ubezpieczyciel. I tu już widać pewien paradoks – prosisz o rewizję decyzji podmiot, który doskonale wie, dlaczego wypłacił Ci tyle, ile wypłacił.

Odwołanie nie kosztuje (poza czasem poświęconym na jego napisanie), nie wymaga reprezentacji prawnej, można je złożyć samodzielnie. Na papierze brzmi prosto. W praktyce efektywność takich odwołań w sprawach odszkodowawczych oscyluje gdzieś w okolicach… no właśnie, bardzo niskich wartości.

Dlaczego?

Taktyka ubezpieczycieli – zaniżyć i czekać

Ubezpieczyciele doskonale znają statystyki. Wiedzą, że większość poszkodowanych nie będzie walczyć o wyższe odszkodowanie. Przyjmą pierwszą propozycję, bo:

  • nie mają czasu na procesy
  • boją się kosztów
  • nie wiedzą, że mogą dostać więcej
  • są zmęczeni całą sytuacją

To nie jest złośliwość – to po prostu biznesowy rachunek zysków i strat. Jeśli ubezpieczyciel wypłaci każdemu 30% należnego zadośćuczynienia, a tylko 10% poszkodowanych pójdzie do sądu, to matematyka jest prosta.

Dlatego odwołania w większości przypadków kończą się podobnie: albo ubezpieczyciel podwyższa odszkodowanie symboliczną kwotą (żeby pokazać „dobrą wolę”), albo podtrzymuje swoją decyzję w całości. Praktyka kancelarii pokazuje, że przełomowe zmiany stanowiska po odwołaniu to rzadkość.

Kiedy sąd, a kiedy odwołanie?

Czy zatem nigdy nie warto składać odwołania? Nie powiedziałbym tego. W niektórych sytuacjach ma sens:

Warto spróbować odwołania, gdy:

  • Sprawa dotyczy małych kwot (kilka tysięcy złotych) i nie chce Ci się angażować prawnika
  • Widzisz oczywisty błąd w kalkulacji (np. ubezpieczyciel nie uwzględnił wszystkich kosztów leczenia)
  • Masz czas i cierpliwość, a nie zależy Ci na szybkim rozstrzygnięciu

Od razu idź do sądu, gdy:

  • Różnica między propozycją ubezpieczyciela a Twoimi oczekiwaniami jest znaczna
  • Masz poważne obrażenia i długi okres leczenia
  • Ubezpieczyciel w ogóle odmówił wypłaty, a Twoim zdaniem bezpodstawnie
  • Minęło już sporo czasu od wypadku i chcesz sprawę wreszcie zakończyć

Co się dzieje w sądzie?

Wiem, że samo słowo „sąd” brzmi groźnie. Ale w sprawach odszkodowawczych to często jedyna skuteczna droga. Statystyki są tu jednoznaczne – w zdecydowanej większości spraw o zadośćuczynienie sądy zasądzają kwoty wyższe niż te, które proponował ubezpieczyciel.

Dlaczego? Sąd ma niezależnych biegłych, może dokładnie ocenić stopień krzywdy, nie ma presji wyników finansowych jak ubezpieczyciel. Proces trwa (zwykle 1-2 lata), ale efekt końcowy jest przewidywalny – jeśli Twoje roszczenie jest zasadne, dostaniesz to, co Ci się należy, plus odsetki, plus zwrot kosztów procesu.

Moja rada: nie trać czasu

Z praktyki kancelarii wynika jasny wniosek: jeśli różnica między propozycją ubezpieczyciela a uzasadnionym roszczeniem jest znaczna, odwołanie to strata czasu. Lepiej od razu skierować sprawę na drogę sądową.

Oczywiście, nie każda sprawa nadaje się do sądu. Czasem propozycja ubezpieczyciela jest fair, czasem różnica jest na tyle mała, że nie warto angażować prawnika. Ale jeśli dostajesz tysiąc złotych za pół roku cierpienia i rehabilitacji, to nie jest fair. I wtedy odwołanie do tego samego ubezpieczyciela rzadko coś zmieni.

Pamiętaj: ubezpieczyciel nie wypłaca za mało przez pomyłkę. To świadoma strategia. Zmieni zdanie dopiero, gdy zobaczy, że naprawdę zamierzasz walczyć – a to oznacza sąd, nie odwołanie wewnętrzne.

A Ty, jakie masz doświadczenia?

Czy składałeś kiedyś odwołanie do ubezpieczyciela? Jak się to skończyło? A może od razu poszedłeś do sądu? Podziel się swoją historią w komentarzach – doświadczenia czytelników są często najcenniejsze.

Masz pytanie o swoją sprawę? Napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza wymaga indywidualnej analizy.

Czy można sprzedać roszczenie o zadośćuczynienie po wypadku? Prawda o cesji roszczeń odszkodowawczych

Czym jest cesja i dlaczego firmy chcą kupować roszczenia?

Zacznijmy od podstaw. Cesja to przeniesienie wierzytelności – innymi słowy, sprzedaż swojego roszczenia komuś innemu. W świecie odszkodowań działa to mniej więcej tak:

Masz roszczenie wobec ubezpieczyciela (np. o zapłatę 50 000 zł . Firma odkupująca roszczenia mówi: „Dam ci 20 000 zł teraz, a ty przeniesiesz na mnie prawo do dochodzenia tych 50 000 zł”. Firma potem walczy z ubezpieczycielem, procesuje się, a jeśli wygra – zostaje z zyskiem.

Brzmi jak uczciwy biznes? Z punktu widzenia firm – jak najbardziej. Problem w tym, że dla poszkodowanych to często pułapka.

Art. 449 KC – ochronna zapora ustawodawcy

I tutaj wkracza art. 449 Kodeksu cywilnego, który mówi coś bardzo ważnego:

„Roszczenia przewidziane w art. 444-448 KC [czyli między innymi zadośćuczynienie za krzywdę] nie mogą być zbyte, chyba że są już wymagalne i że zostały uznane na piśmie albo przyznane prawomocnym orzeczeniem”.

Co to oznacza po ludzku?

Nie możesz sprzedać swojego roszczenia o zadośćuczynienie, dopóki:

  1. Ubezpieczyciel nie uznał go pisemnie (np. w decyzji wypłacając konkretną kwotę), ALBO
  2. Sąd nie przyznał ci zadośćuczynienia prawomocnym wyrokiem

Dopiero wtedy – gdy kwota jest już ustalona i wiadomo, ile ci się należy – możesz to roszczenie sprzedać (scedować).

Ustawodawca powiedział: dość

Polski ustawodawca uznał, że to nie fair. Że osoba poszkodowana, często w traumie powypadkowej, pod wpływem bólu i stresu, nie jest w stanie racjonalnie ocenić wartości swojego roszczenia. Że potrzebuje ochrony – nawet jeśli oznacza to ograniczenie jej swobody w dysponowaniu własnym roszczeniem.

I tak powstał art. 449 KC. To przepis paternalistyczny – ustawodawca mówi: „Wiem lepiej, co jest dla ciebie dobre. Nie pozwolę ci sprzedać czegoś, czego wartości jeszcze nie znasz”.

Czy to ograniczenie wolności? Tak. Czy to ma sens? Z mojego doświadczenia – absolutnie.



Kiedy możesz sprzedać roszczenie o zadośćuczynienie?

Ale przepis przewiduje wyjątki. Możesz sprzedać swoje roszczenie, gdy:

1. Ubezpieczyciel uznał je na piśmie Przykład: Ubezpieczyciel wydał decyzję, w której przyznał ci 50 000 zł zadośćuczynienia. Od tego momentu kwota jest ustalona – możesz to roszczenie sprzedać (choć pytanie, czy warto – przecież pieniądze i tak już ci się należą, tylko czekasz na wypłatę).

2. Sąd przyznał ci zadośćuczynienie prawomocnym wyrokiem Przykład: Wygrałeś sprawę, sąd zasądził 80 000 zł, wyrok jest prawomocny (nie ma już apelacji). Możesz sprzedać to roszczenie – choć znów, pytanie „po co?”, skoro wygrałeś i pieniądze już są twoje, tylko czekasz na wykonanie wyroku.

W obu przypadkach wartość roszczenia jest już znana i ustalona. Nie ma miejsca na spekulację, manipulację, niedoszacowanie. Jeśli ktoś chce kupić takie roszczenie za mniej niż przyznana kwota – to twoja świadoma decyzja.

Ciekawostka – a co z odszkodowaniami majątkowymi?

Tutaj jest różnica. Roszczenia o odszkodowanie za szkody majątkowe (np. uszkodzony samochód, utracone zarobki) można sprzedać bez ograniczeń.

Dlaczego? Bo tam wartość jest łatwa do ustalenia. Uszkodzony samochód – zlecasz opinię rzeczoznawcy, wiesz ile kosztuje naprawa. Utracone zarobki – masz umowę o pracę, wiesz ile zarobiłbyś. To racjonalna kalkulacja.

Ale zadośćuczynienie to zupełnie inna bajka. To próba wyceny cierpienia. I tutaj nie ma prostych algorytmów.

Refleksja na koniec

Po tylu latach w tym fachu wiem jedno: art. 449 KC to mądry przepis. Owszem, ogranicza swobodę, ale chroni ludzi w najtrudniejszych momentach życia.

Bo po wypadku, w bólu, w strachu przed procesem, łatwo o desperacką decyzję. Łatwo sprzedać coś za ułamek wartości, tylko po to, by mieć spokój i szybkie pieniądze. A potem – żal, rozgoryczenie, poczucie wykorzystania.

Polski ustawodawca mówi: „Nie. Nie pozwolę ci tego zrobić, dopóki nie będziesz wiedział, ile ci się naprawdę należy”. I choć brzmi to paternalistycznie – w świecie odszkodowań to ma głęboki sens.

A wy? Spotkaliście się z ofertami odkupienia roszczeń? Jakie były wasze doświadczenia? Dajcie znać w komentarzach – zawsze chętnie rozmawiam na te tematy!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Uraz biczowy a ciąża – czyli jak ubezpieczyciel z poważnej operacji zrobił „zwykłą procedurę”

Kilka miesięcy temu prowadziłem sprawę, która najpierw mnie zdenerwowała, potem zszokowała, a na końcu… po prostu rozbawiła swoją absurdalnością. Choć śmiać się właściwie nie było z czego.

Sprawa dotyczyła młodej kobiety, która doznała urazu biczowego kręgosłupa szyjnego w wypadku komunikacyjnym. Samo w sobie nic nadzwyczajnego – takich spraw prowadzę dziesiątki rocznie. Ale diabeł, jak zawsze, tkwił w szczegółach. A te szczegóły sprawiły, że ta historia zasługuje na osobny wpis.

„Przecież cesarka to zwykła procedura medyczna”

Moja klientka była w ciąży w momencie wypadku. Uraz kręgosłupa szyjnego – wyraźnie udokumentowany w dokumentacji szpitalnej – sprawił, że lekarz prowadzący ciążę podjął decyzję: ze wskazań neurologicznych konieczne jest cesarskie cięcie.

Brzmi poważnie? Bo jest poważnie.

Trzeba wiedzieć, że moja klientka miała już dwójkę dzieci. Obydwoje urodziła naturalnie, bez żadnych komplikacji. Trzecia ciąża również przebiegała prawidłowo – prawidłowe ułożenie płodu, brak wskazań ginekologicznych, wszystko szło świetnie. Gdyby nie wypadek, prawie na pewno urodziłaby naturalnie. Tak jak dwa razy wcześniej.

Ale uraz neurologiczny zmienił wszystko. Konieczna była operacja.

Zgłosiłem roszczenie do ubezpieczyciela sprawcy. I tu zaczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki.

Pierwsza decyzja: odmowa. Ubezpieczyciel uznał, że w ogóle nie doszło do żadnego uszczerbku na zdrowiu. Uraz biczowy? Nie widzimy. Cesarskie cięcie? Nieistotne.

Wniosłem odwołanie. Szczegółowo opisałem sytuację. Wskazałem dokumentację. Podkreśliłem, że bez wypadku nie byłoby operacji.

Druga decyzja powalała mnie na kolana.

Ubezpieczyciel podtrzymał odmowę, argumentując – i nie zmyślam tego – że „zabieg cesarskiego cięcia jest zwykłą procedurą medyczną, typowym sposobem rozwiązania ciąży, który nie powoduje żadnego uszczerbku na zdrowiu i nie stanowi żadnej dolegliwości dla osoby poszkodowanej”.

Przeczytałem to trzy razy. Nie mogłem uwierzyć.

Dla tych, którzy nie wiedzą: cesarka to OPERACJA

Może dlatego, że jestem mężczyzną, nie mogłem w pełni zrozumieć, jak obraźliwa musiała być ta decyzja dla mojej klientki. Ale pamiętam zajęcia w szkole rodzenia, na które chodziłem przed narodzinami moich dzieci. Pamiętam, jak położna – bardzo dobitnie – podkreślała:

„Cesarskie cięcie to nie jest ‚zabieg’. To poważna operacja chirurgiczna.”

Przecięcie powłok brzusznych. Przecięcie macicy. Wyjęcie dziecka. Zszywanie. Warstwa po warstwie. Blizna na całe życie. Ból. Dłuższa rekonwalescencja. Zwiększone ryzyko powikłań w przyszłych ciążach.

I ktoś, kto siedzi w klimatyzowanym biurze, podpisuje się pod stwierdzeniem, że to „zwykła procedura, która nie powoduje żadnej dolegliwości”?

Swoją drogą, ciekawe, czy facet, który to podpisał (tak, to był mężczyzna), uznałby, że gdyby jemu ktoś przeciął brzuch i porozcinał organy wewnętrzne, to też „nic takiego się nie stało”?

Dlaczego to w ogóle jest roszczenie odszkodowawcze?

Może ktoś zapyta: „Ale przecież ona i tak by rodziła, prawda? Dziecko musiało się urodzić. Więc jaka różnica?”

Otóż właśnie. Ogromna różnica.

Bez wypadku moja klientka prawie na pewno urodziłaby naturalnie. Tak jak dwa razy wcześniej. Naturalny poród oznacza:

  • Brak operacji
  • Brak blizny
  • Krótsza rekonwalescencja
  • Mniejsze ryzyko powikłań
  • Szybszy powrót do normalnego życia

Wypadek spowodował, że zamiast tego przeszła przez operację chirurgiczną. Operację, której by nie było, gdyby nie uraz neurologiczny. Uraz spowodowany przez sprawcę wypadku.

To klasyczny adekwatny związek przyczynowy. Bez wypadku – brak urazu. Bez urazu – brak wskazań do cesarki. Bez wskazań – naturalny poród.

Proste jak konstrukcja cepa. Ale najwyraźniej nie dla wszystkich.

Rzecznik Finansowy potwierdza: mieliśmy rację

Po drugiej odmowie ubezpieczyciela klientka zdecydowała się na kolejny krok – wniosła sprawę do Rzecznika Finansowego.

I tutaj – w końcu – spotkaliśmy się ze zdrowym rozsądkiem.

Rzecznik Finansowy w pełni podzielił nasze stanowisko. Wskazał, że:

  • Cesarskie cięcie to operacja, nie „zwykła procedura”
  • Przecięcie powłok brzusznych i macicy to poważna ingerencja w organizm
  • Powstanie blizny i dłuższa rekonwalescencja to bezsporne dolegliwości
  • Związek między wypadkiem a koniecznością operacji jest oczywisty

Nie wiem, czy ubezpieczyciel w końcu zapłacił (sprawy z Rzecznikiem bywają przewlekłe), ale jedno jest pewne – mieliśmy rację. I to potwierdziła niezależna instytucja, która nie ma interesu po żadnej ze stron.

Co stanowiło uszczerbek w tej sprawie?

To ważne, żeby to dokładnie rozłożyć. Bo w tej sprawie uszczerbkiem na zdrowiu był nie tylko sam uraz biczowy. To było dopiero początkiem łańcucha przyczynowo-skutkowego.

Pełen zakres uszczerbku obejmował:

  1. Uraz biczowy kręgosłupa szyjnego – ból, ograniczenie ruchomości, leczenie
  2. Konieczność cesarskiego cięcia – operacja, której by nie było bez urazu
  3. Przecięcie powłok brzusznych i macicy – fizyczna ingerencja w organizm
  4. Zszywanie i blizna – trwały ślad na ciele
  5. Dłuższa rekonwalescencja – w porównaniu z naturalnym porodem
  6. Potencjalne komplikacje – zwiększone ryzyko w przyszłych ciążach

To nie była „zwykła procedura”. To był ciąg zdarzeń uruchomionych przez wypadek, który doprowadził do poważnej operacji.

Moja refleksja: kiedy ubezpieczyciele przestaną bagatelizować?

Nie jest to pierwszy raz, gdy spotykam się z absurdalnym bagatelizowaniem skutków wypadku przez ubezpieczycieli. Ale to… to przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Nazwanie cesarskiego cięcia „zwykłą procedurą, która nie powoduje żadnej dolegliwości” to nie tylko błąd merytoryczny. To przejaw kompletnego braku empatii i zrozumienia dla tego, przez co przechodzą kobiety rodząc dzieci – zwłaszcza operacyjnie.

I właśnie dlatego prowadzę tego bloga. Bo takie historie muszą być nagłośnione. Bo ludzie muszą wiedzieć, z czym mogą się spotkać. I że warto walczyć, nawet gdy ubezpieczyciel twierdzi rzeczy kompletnie absurdalne.

Podsumowanie: nie daj się zwieść „zwykłym procedurom”

Jeśli jesteś kobietą, która przeszła przez podobną sytuację – wypadek w ciąży, konieczność cesarki ze wskazań wynikających z urazu – nie daj się zwieść.

Cesarskie cięcie to poważna operacja. Ma konsekwencje fizyczne i psychiczne. Zostawia blizny – dosłownie i w przenośni.

I jeśli ta operacja była skutkiem wypadku, masz prawo do zadośćuczynienia. Nie pozwól, by ubezpieczyciel wmówił ci, że „to nic takiego”.

Bo to nie jest „nic takiego”. To twoje ciało. Twoje zdrowie. Twoje prawo.

A jakie są Wasze doświadczenia? Spotkał się ktoś z podobnym bagatelizowaniem przez ubezpieczyciela? Podzielcie się w komentarzach.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o praktyce kancelarii znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Ile kosztuje opieka rodziny? Czyli jak wycenić bezpłatną pomoc po wypadku

Czas temu temu pisałem o tym, że poszkodowany ma prawo dochodzić odszkodowania za koszty opieki, nawet jeśli opiekę sprawowała rodzina nieodpłatnie. Artykuł wywołał lawinę pytań, z których jedno pojawiało się najczęściej: „Dobra, mam prawo, ale ile mogę żądać? Jak to policzyć?”

I to jest świetne pytanie, bo tu zaczyna się prawdziwy problem. Ubezpieczyciel mówi: „Proszę pana, pańska żona się panem opiekowała za darmo, więc my nic nie zapłacimy”. Albo proponuje śmieszne kwoty typu 15 zł za godzinę. A przecież to nie tak, że praca żony, syna czy matki jest nic niewarta tylko dlatego, że robią to z miłości.

Z mojego doświadczenia wiem, że w tej materii ubezpieczyciele szczególnie chętnie zaniżają odszkodowania lub w ogóle odmawiają wypłaty. Dlatego dziś o tym, jak prawidłowo wycenić koszty opieki sprawowanej przez osoby bliskie.

Punkt wyjścia – minimalne wynagrodzenie to absolutne minimum

Zacznijmy od fundamentu. Jeśli ktoś miałby profesjonalnie zająć się opieką nad osobą po wypadku – ile by kosztował? Na pewno nie mniej niż minimalne wynagrodzenie.

W 2025 roku minimalne wynagrodzenie wynosi 4666 zł brutto miesięcznie. Przy założeniu, że miesiąc roboczy to 168 godzin (przeciętnie), daje nam to ok. 27,77 zł brutto za godzinę.

To jest absolutne minimum. Nikt rozsądny nie zgodziłby się opiekować obcą osobą (mycie, ubieranie, karmienie, pomoc w toalecie) za mniej niż minimalne wynagrodzenie.

Swoją drogą, zawsze mnie fascynuje, jak ubezpieczyciele próbują argumentować, że „opieka rodzinna powinna być wyceniana taniej”. Dlaczego? Bo rodzina robi to z miłości? To znaczy, że praca matki opiekującej się sparaliżowanym synem jest mniej warta niż praca obcej pielęgniarki? To absurd.

Cenniki rynkowe – ile kosztuje opieka profesjonalna?

Jeśli chcemy być fair, powinniśmy spojrzeć na rynkowe stawki za profesjonalną opiekę. I tu mamy kilka punktów odniesienia.

1. Opiekunki osób starszych i chorych

W 2024/2025 roku stawki za opiekę nad osobą leżącą lub wymagającą stałej pomocy wynoszą:

  • Opieka całodobowa (agencje): 4000-6000 zł miesięcznie (żywieniem i zakwaterowaniem opiekunki)
  • Opieka dzienna (8-12h dziennie): 3000-4500 zł miesięcznie
  • Opieka godzinowa (np. 4h dziennie): 35-50 zł za godzinę

2. Pielęgniarki środowiskowe

Wizyta pielęgniarki środowiskowej (NFZ) – teoretycznie bezpłatna, ale w praktyce często niedostępna lub niewystarczająca (1-2 wizyty tygodniowo po 30 minut).

Prywatna pielęgniarka środowiskowa:

  • Pojedyncza wizyta (60-90 minut): 80-150 zł
  • Toaleta chorego: 50-80 zł
  • Zmiana opatrunków: 40-60 zł
  • Podanie zastrzyku: 30-50 zł

Przy stawce godzinowej: 40-60 zł za godzinę.

3. Pielęgniarki wykwalifikowane (szpitalne, z doświadczeniem)

Prywatna pielęgniarka z pełnymi kwalifikacjami:

  • 50-80 zł za godzinę (w zależności od regionu i zakresu obowiązków)

Pamiętam sprawę, gdzie ubezpieczyciel argumentował, że opieka żony powoda powinna być wyceniona na 8 zł za godzinę (sic!). Sąd przychylił się do naszej argumentacji i przyjął 25 zł za godzinę – jako średnią rynkową dla opieki niewymagającej specjalistycznych kwalifikacji medycznych. I było to orzeczenie z 2018 roku – dziś te stawki są wyższe.

Jak wybrać właściwą stawkę? Zależy od rodzaju opieki

Kluczowe pytanie: jakiego rodzaju opieki wymagała osoba poszkodowana? Bo to determinuje, jaką stawkę możemy przyjąć.

Opieka podstawowa (bez kwalifikacji medycznych)

Jeśli poszkodowany wymaga pomocy w:

  • Poruszaniu się (podpieranie, pomoc w chodzeniu)
  • Czynnościach higienicznych (mycie, ubieranie)
  • Jedzeniu (przygotowanie posiłków, karmienie)
  • Fizjologicznych potrzebach

Przyjmujemy stawkę: 30-35 zł za godzinę (rynkowa stawka za opiekę niemedyczną).

Minimalne minimum: 27,77 zł za godzinę (minimalne wynagrodzenie).

Opieka wymagająca elementów medycznych

Jeśli poszkodowany wymaga:

  • Podawania leków (zastrzyków, kroplówek)
  • Zmiany opatrunków
  • Monitorowania stanu zdrowia
  • Rehabilitacji ruchowej

Przyjmujemy stawkę: 40-60 zł za godzinę (stawka pielęgniarki środowiskowej/wykwalifikowanej opiekunki).

Opieka całodobowa vs. częściowa

To jest ważne rozróżnienie. Jeśli osoba wymaga opieki całodobowej (24h/dobę), nie możemy mnożyć stawki godzinowej przez 24h – bo nikt nie pracuje fizycznie 24h non-stop.

W praktyce przyjmuje się:

  • Opieka całodobowa = 8-12 godzin aktywnej opieki dziennie (reszta to dyżur, gotowość do pomocy)
  • Opieka częściowa = faktyczna liczba godzin pomocy

Przykład: Jeśli żona sprawowała całodobową opiekę (była przy mężu 24h/dobę), ale aktywnie pomagała 8 godzin dziennie – liczymy 8h × stawka dzienna.

Jak udowodnić zakres opieki?

To jest praktyczne wyzwanie. Ubezpieczyciel powie: „Skąd mamy wiedzieć, ile godzin dziennie pani opiekowała się mężem?”.

Moja rada – dokumentujcie wszystko:

  1. Dokumentacja medyczna – zaświadczenia od lekarzy, że poszkodowany wymaga opieki osoby trzeciej (w jakim wymiarze godzinowym)
  2. Opinia biegłego sądowego – w procesie sądowym biegły ortopeda/neurolog/rehabilitant określi, jakiej opieki wymagał poszkodowany i w jakim okresie
  3. Dzienniczek opieki – można prowadzić notatki: „10.03.2024 – 6:00 pomoc w wstaniu z łóżka, 7:00 pomoc w toalecie, 8:00 przygotowanie śniadania i karmienie…” (nie jest to dowód formalny, ale pomaga zilustrować zakres opieki)
  4. Zeznania świadków – rodzina, sąsiedzi, którzy widzieli, jak sprawowana była opieka

Praktyczne wyliczenie – przykład

Przypadek: Pan Kowalski po wypadku wymagał opieki:

  • Pierwsze 3 miesiące: 8 godzin dziennie (opieka intensywna – pomoc w poruszaniu, toalecie, jedzeniu)
  • Kolejne 6 miesięcy: 4 godziny dziennie (opieka podstawowa – pomoc w chodzeniu, przygotowanie posiłków)

Opiekę sprawowała żona (niepracująca, ale też nieobowiązana do sprawowania opieki).

Wyliczenie:

  • 3 miesiące × 30 dni × 8h = 720 godzin × 30 zł/h = 21 600 zł
  • 6 miesięcy × 30 dni × 4h = 720 godzin × 30 zł/h = 21 600 zł
  • Razem: 43 200 zł

Przyjąłem stawkę 30 zł/h jako zbliżoną do minimalnego wynagrodzenia godzinowego (27,77 zł) plus lekka premia za charakter pracy (opieka to ciężka praca fizyczna i psychiczna).

Co zrobi ubezpieczyciel?

  • Zaproponuje 8-10 zł za godzinę = 6480-8100 zł za cały okres
  • Lub odmówi wypłaty twierdząc, że „żona nie poniosła kosztów”

Co robi sąd?

  • Jeśli mamy dobrego pełnomocnika i odpowiednią argumentację – przyznaje 20-30 zł za godzinę
  • Jeśli trafimy na sąd o restrykcyjnym podejściu – może oddalić roszczenie (jak w sprawie z Poznania)

Dlaczego praca rodziny nie może być tańsza niż minimalne wynagrodzenie?

To jest mój konik. Regularnie spotykam się z argumentacją ubezpieczycieli, że „opieka rodzinna jest mniej warta”. A przecież to nonsens.

Argument 1 – Nakład pracy jest taki sam Czy zmiana pampersa u obcego chorego jest łatwiejsza niż u własnego męża? Nie. Czy pomoc w myciu jest mniej męcząca, gdy robisz to dla bliskiego? Nie. Praca jest identyczna.

Argument 2 – Koszty alternatywne Osoba opiekująca się bliskim traci możliwość zarobkowania (nawet jeśli wcześniej nie pracowała – mogłaby podjąć pracę). To są realne koszty alternatywne.

Argument 3 – Sprawiedliwość Jeśli sprawca wypadku (i jego ubezpieczyciel) mają obowiązek pokryć koszty opieki, to dlaczego mieliby płacić mniej tylko dlatego, że rodzina poszkodowanego zdecydowała się pomóc? To premiuje sprawcę za to, że poszkodowany ma kochającą rodzinę. Absurd.

Argument 4 – Minimalne wynagrodzenie to ustawowy standard Państwo uznało, że poniżej tej kwoty nie można płacić za pracę. Dlaczego opieka nad chorym miałaby być warta mniej?

Swoją drogą, Sąd Najwyższy w wyroku z 15.02.2007 r. (sygn. II CSK 474/06) stwierdził, że odszkodowanie może wynosić „wynagrodzenie osoby mającej stosowne kwalifikacje do opieki nad chorymi” – czyli pielęgniarki lub wykwalifikowanej opiekunki. To 40-60 zł za godzinę, a nie 8 zł.



Moja rada – jak walczyć o godziwe odszkodowanie?

  1. Zbieraj dokumentację medyczną – zaświadczenia od lekarzy o konieczności opieki
  2. Prowadź dzienniczek opieki – pomoże to zobrazować zakres pomocy
  3. Zbieraj cenniki rynkowe – znajdź oferty agencji opiekuńczych, pielęgniarek środowiskowych w Twoim regionie
  4. Nie zgadzaj się na zaniżone stawki – minimalne wynagrodzenie to absolutne minimum
  5. Przygotuj się na walkę sądową – niestety, bez sądu ubezpieczyciele rzadko płacą godziwe kwoty

Co ciekawe, w jednej ze spraw klient zapytał: „A co, jeśli ubezpieczyciel zapłaci mi za opiekę rodziny, a ja nie przekażę tych pieniędzy żonie?”. Odpowiedź: To Twoja decyzja. Odszkodowanie przysługuje Tobie (poszkodowanemu), nie Twojej żonie. Ale moralnie? No cóż, to Twoja żona się Tobą zajmowała…

Refleksja na koniec

Ta dziedzina prawa daje mi największą satysfakcję, gdy udaje się wywalczyć godziwe odszkodowanie dla kogoś, kto ucierpiał w wypadku. A jednocześnie frustrację, gdy widzę, jak ubezpieczyciele systematycznie zaniżają wartość pracy osób bliskich.

Jeśli ktoś złamał Ci kręgosłup, a Twoja żona przez 6 miesięcy Cię myła, ubierała, karmiła – to jej praca ma wartość. I nie jest to 8 zł za godzinę, tylko co najmniej stawka minimalna. A jeśli sąd twierdzi inaczej – to jest to błąd, który trzeba naprawić apelacją.

Prowadzę tego bloga, bo chcę dzielić się wiedzą, która pomoże poszkodowanym nie dać się oszukać. Bo wiedza to potęga – zwłaszcza w sporze z potężną korporacją ubezpieczeniową.

A Wy? Walczyliście o odszkodowanie za koszty opieki rodziny? Ile udało się wywalczyć? Dajcie znać w komentarzach – może Wasze doświadczenia pomogą innym.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Źródła:

  • Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 15.02.2007 r., sygn. akt II CSK 474/06
  • Kodeks cywilny, art. 444 § 1
  • Rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę oraz wysokości minimalnej stawki godzinowej w 2025 r.

„A co jeśli przegram?” – czyli o kosztach procesu, których (prawie na pewno) nie poniesiecie

Pamiętam telefon od klienta, który dostał odmowę od ubezpieczyciela za whiplash. Wyjaśniłem mu, że jedyną drogą jest sąd. Cisza w słuchawce. Potem:

„Panie mecenasie, a ile będę musiał zapłacić jak przegram?”

„Kilka tysięcy złotych” – odpowiedziałem szczerze.

Kolejna cisza. „To dużo pieniędzy. Nie wiem czy mnie na to stać.”

„Ale wie Pan jaka jest szansa, że przegra?”

„Nie wiem… 50 na 50?”

„4%.”

„Słucham?”

Cztery procent. To jest szansa, że przegra Pan sprawę o whiplash w sądzie. Co oznacza, że ma Pan 96% szans na wygraną.”

I wtedy usłyszałem westchnienie ulgi.

To jest pytanie, które słyszę praktycznie przy każdej sprawie o odszkodowanie za uraz biczowy: „A ile stracę jak przegram?” I to jest dobre pytanie – rozsądne, odpowiedzialne. Bo idąc do sądu ryzykujecie nie tylko swoim czasem, ale i pieniędzmi.

Dlatego dziś chcę Wam rozpisać dokładnie: ile kosztuje przegrany proces o whiplash. I dlaczego – mimo tych kosztów – warto iść do sądu.

Zacznijmy od tego co ważne: statystyka, która powinna Was uspokoić

Zanim zacznę Was straszyć liczbami (bo koszty są, nie będę kłamał), muszę powiedzieć coś fundamentalnego.

Według statystyk, do których dotarłem (a znam je dobrze, bo prowadzę takie sprawy od lat), 96% wszystkich spraw o odszkodowanie za uraz biczowy kończy się wyrokiem zasądzającym.

Przeczytajcie to jeszcze raz. Dziewięćdziesiąt sześć procent.

To oznacza, że praktycznie jeśli rzeczywiście doznaliście urazu biczowego w wypadku (a nie symulkujecie, nie próbujecie wyłudzić), macie bardzo małe szanse żeby sprawę przegrać.

To nie jest „50 na 50” jak w loterii. To jest „96 do 4” – statystycznie jesteście prawie pewni wygranej.

Dlaczego tak wysoki odsetek wygranych? Bo:

  1. Biegli sądowi znają medycynę (w przeciwieństwie do likwidatorów)
  2. Whiplash jest udokumentowany w literaturze od dekad
  3. Sędziowie mają doświadczenie w takich sprawach
  4. Ubezpieczyciele przegrywają systematycznie, mimo to dalej odmawiają (bo liczą że się poddacie przed sądem)

Więc kiedy teraz będę wyliczał koszty przegranej, pamiętajcie: mówimy o 4% prawdopodobieństwie. Mniej więcej jak szansa, że dzisiaj spadnie na Was meteoryt.

Ile ryzykujecie? – szczegółowa kalkulacja

Ok, przejdźmy do konkretów. Ile faktycznie możecie stracić w najgorszym scenariuszu (tych 4% przegranej)?

Odpowiadając krótko: od kilku do większych kilku tysięcy złotych.

Brzmi strasznie? Zobaczmy co się na to składa.

Koszt #1: Wpis sądowy – 5% wartości sporu

To jest jedyny koszt, który na pewno ponosicie z góry, niezależnie od wyniku sprawy.

Jak to działa: Chcąc wytoczyć pozew, musicie zapłacić Skarbowi Państwa opłatę sądową w wysokości 5% wartości przedmiotu sporu.

Przykłady:

  • Roszczenie 10 000 zł → wpis 500 zł
  • Roszczenie 15 000 zł → wpis 750 zł
  • Roszczenie 20 000 zł → wpis 1 000 zł
  • Roszczenie 5 000 zł → wpis 250 zł

Ważna informacja: Jeśli wygracie (96% szans!), ubezpieczyciel zwraca Wam ten wpis. Jeśli przegracie (4% szans), wpis przepada.

Z mojej praktyki: nigdy nie widziałem żeby ktoś żałował wydania tych 500-1000 zł na wpis. Bo w 96% przypadków wraca z nawiązką.

Koszt #2: Biegły neurolog – 1 000 – 2 000 zł

To jest kluczowy dowód w sprawie. Biegły neurolog ocenia:

  • Czy był uraz
  • Jaki uszczerbek na zdrowiu
  • Jaki związek przyczynowy z wypadkiem
  • Jakie rokowania na przyszłość

Kto płaci: Początkowo płaci sąd (z budżetu), ale po wyroku przegrany zwraca ten koszt.

Ile to kosztuje: Zazwyczaj 1 000 – 2 000 zł za opinię.

Co to oznacza dla Was:

  • Jeśli wygracie (96%!) – ubezpieczyciel płaci
  • Jeśli przegracie (4%) – Wy płacicie

Z mojego doświadczenia: biegli neurolog to najlepsze pieniądze w całym procesie. Bo to właśnie jego opinia przekonuje sędziego. A biegli sądowi (w przeciwieństwie do „orzeczników” ubezpieczycieli) znają się na whiplash i go nie kwestionują.

Koszt #3: Dodatkowi biegli (czasem) – po 1 000 – 2 000 zł

Czasami ubezpieczyciel (broniąc się „rękoma i nogami” przed wypłatą) próbuje powołać dodatkowych biegłych:

Biegły rekonstruktor wypadków

  • Kwestionuje czy „siły wyzwolone podczas kolizji mogły spowodować whiplash”
  • Koszt: 1 000 – 2 000 zł
  • Uwaga: Często wychodzi na ubezpieczyciela – rekonstruktorzy zwykle potwierdzają możliwość powstania urazu

Biegły ortopeda lub z rehabilitacji

  • Dodatkowa opinia na temat stanu kręgosłupa
  • Koszt: 1 000 – 2 000 zł
  • Uwaga: Rzadko zmienia coś w sprawie

Czy zawsze są dodatkowi biegli? Nie. W większości spraw wystarcza neurolog. Dodatkowych biegłych ubezpieczyciel powołuje w może 20-30% spraw.

Kto płaci: Znowu – przegrany zwraca koszty wszystkich biegłych.

Koszt #4: Koszty pełnomocnika przeciwnika – 1 800 lub 3 600 zł

To jest koszt, który ludzie najbardziej się boją. „Będę musiał zapłacić za ich adwokata?!”

Tak. Ale spokojnie, to nie są kosmiczne kwoty.

Koszty te są ryczałtowe (nie zależą od faktycznych stawek adwokata ubezpieczyciela, tylko od stawek minimalnych):

Dla wartości sporu 5 001 – 10 000 zł:

  • Koszt: 1 800 zł

Dla wartości sporu 10 001 – 50 000 zł:

  • Koszt: 3 600 zł

Przykład: Pozwacie o 15 000 zł → koszt pełnomocnika przeciwnika to 3 600 zł (jeśli przegracie całkowicie).

Ważna uwaga: Jeśli wygracie (96%!), to ubezpieczyciel zwraca Wam koszty Waszego pełnomocnika w tych samych stawkach.

Podsumowanie: ile maksymalnie ryzykujecie?

Najgorszy scenariusz (przegrana całkowita, wszystkie możliwe koszty):

Wpis sądowy:               500 - 1 000 zł
Biegły neurolog:         1 000 - 2 000 zł
Dodatkowy biegły (jeśli): 1 000 - 2 000 zł
Pełnomocnik przeciwnika: 1 800 - 3 600 zł
-------------------------------------------
RAZEM:                   4 300 - 8 600 zł

To jest maksimum przy najgorszym scenariuszu (pełna przegrana, wszyscy możliwy biegli, najwyższa wartość sporu).

Realistycznie (typowa sprawa):

Wpis:                      500 zł
Neurolog:                1 500 zł
Pełnomocnik:            1 800 zł
---------------------------------
RAZEM:                  3 800 zł

Ale pamiętajcie o tych 96%! – dlaczego warto zaryzykować

Ok, więc wiecie ile ryzykujecie. Teraz pokażę Wam dlaczego to ryzyko jest absurdalnie małe w porównaniu do potencjalnego zysku.

Scenariusz przegrany (4% prawdopodobieństwa): Tracicie: 3 800 – 8 600 zł

Scenariusz wygrany (96% prawdopodobieństwa): Zyskujecie:

  • Zadośćuczynienie: 10 000 – 25 000 zł (zależnie od uszczerbku)
  • Koszty leczenia: 500 – 3 000 zł
  • Zwrot kosztów procesu: 2 000 – 5 000 zł
  • Odsetki (od daty wypadku!)

Przykład z mojej praktyki:

Klient miał whiplash, ubezpieczyciel zaoferował 2 000 zł. Odmówił. Poszliśmy do sądu.

Koszty ryzyka: około 4 000 zł (jeśli przegra)

Co dostał:

  • 18 000 zł zadośćuczynienia
  • 1 200 zł kosztów leczenia
  • 3 600 zł zwrot kosztów procesu
  • 2 800 zł odsetki = 25 600 zł

Minus koszty własnego prawnika (które już poniósł): około 4 000 zł

Zysk netto: 21 600 zł

Gdyby przyjął pierwsze 2 000 zł od ubezpieczyciela: straciłby 19 600 zł.

Gdyby przegrał w sądzie (4% szans): straciłby 4 000 zł.

Matematycznie: Ryzyko 4 000 zł przy 4% szansie na stratę vs szansa na 21 600 zł zysku przy 96% prawdopodobieństwie wygranej.

To jest najbardziej opłacalna „loteria” jaką możecie zagrać.

Praktyczne porady – jak minimalizować ryzyko

Mimo że mamy 96% szans na wygraną, można jeszcze bardziej zmniejszyć ryzyko:

1. Upewnijcie się, że faktycznie macie whiplash

  • Dokumentacja medyczna z SOR/lekarza
  • Diagnoza urazu kręgosłupa szyjnego
  • Leczenie (wizyty, rehabilitacja)
  • Świadkowie (rodzina, przyjaciele) mogący potwierdzić dolegliwości

2. Nie symulujcie To oczywiste, ale muszę powiedzieć: te 4% przegranych to głównie sprawy gdzie ktoś próbował wyłudzić. Jeśli faktycznie cierpieliście – wygracie.

3. Zbierajcie całą dokumentację Im więcej dokumentów medycznych, tym lepiej. Każda wizyta, każdy rachunek, każdy lek.

4. Szukajcie doświadczonego prawnika Prawnik specjalizujący się w whiplash wie jak przeprowadzić taką sprawę. Wie jakie pytania zadać biegłemu, jakich świadków powołać.

5. Bądcie realistyczni co do wartości Nie żądajcie 100 000 zł za 3% uszczerbku. Wtedy sąd może uznać roszczenie za rażąco wygórowane i przegramy częściowo.

A co z tymi 4% przegranych? – dlaczego ludzie przegrywają

Skoro 96% wygrywa, to kto przegrywa te 4%?

Z mojego doświadczenia (i analizy wyroków) to głównie:

1. Brak dokumentacji medycznej „Bolało ale nie poszedłem do lekarza.” Nie ma dokumentów = trudno udowodnić uraz.

2. Zbyt długi odstęp czasowy „Wypadek był w maju, na SOR poszedłem w sierpniu.” Ubezpieczyciel kwestionuje związek przyczynowy.

3. Wcześniejsze problemy z kręgosłupem Jeśli przed wypadkiem leczyliście kręgosłup, ubezpieczyciel powie że to „zmiany zwyrodnieniowe”.

4. Sprzeczności w zeznaniach Świadek mówi jedno, Wy coś innego, dokumentacja pokazuje co innego.

5. Rażąco wygórowane roszczenie Żądanie 50 000 zł za 2% uszczerbku i dwa tygodnie leczenia.

Ale uwaga: Nawet w tych przypadkach często jest „częściowe uwzględnienie” – tzn. nie dostajecie wszystkiego co chcieliście, ale coś tak. Pełne oddalenie (0 zł) to prawdziwa rzadkość.

Refleksja na koniec – o strachu i odwadze

Wiesz, co jest najsmutniejsze w mojej pracy? To, że ludzie rezygnują z walki o swoje prawa przez strach przed kosztami.

Ubezpieczyciel oferuje 500 zł. Klient wie że to za mało. Mówię mu: „W sądzie dostanie Pan 15 000 zł.” On pyta: „A ile stracę jak przegram?”. Odpowiadam: „Maksymalnie 5 000 zł, ale ma Pan 96% szans że wygra.”

I on… przyjmuje tych 500 zł. Bo „bezpieczniej”.

Ale to nie jest bezpieczne. To jest pewna strata 14 500 zł które mu się należały.

Rozumiem strach. Naprawdę rozumiem. 5 000 zł to dużo pieniędzy. Dla wielu ludzi to miesięczna pensja albo dwie.

Ale gdy patrzę na te statystyki – 96% wygranych – myślę: to nie jest hazard. To jest niemal pewny zysk.

Prowadzę tego bloga właśnie po to, żeby pokazać Wam te liczby. Żebyście mogli podjąć świadomą decyzję opartą na faktach, a nie na strachu.

Bo strach przed kosztami to narzędzie ubezpieczycieli. Oni liczą na to, że się przestraszycie. Że przyjmiecie te 500 zł i znikniecie.

Nie dajcie im tej satysfakcji.

Ostatnia rada – jak myśleć o ryzyku

Jeśli nadal się boicie, zróbcie prosty rachunek:

Oczekiwana wartość wygranej: 96% × 20 000 zł = 19 200 zł

Oczekiwana wartość przegranej: 4% × 5 000 zł = 200 zł

Oczekiwany zysk netto: 19 200 – 200 = 19 000 zł

Matematycznie, statystycznie, racjonalnie – warto iść do sądu.

A Wy? Baliście się kosztów procesu? Albo może poszliście do sądu mimo strachu i wygraliście? Podzielcie się swoimi historiami w komentarzach – Wasze doświadczenia mogą zmotywować innych!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Najbardziej satysfakcjonujące jest dla mnie pokazanie klientom, że strach przed procesem jest nieuzasadniony – bo statystyki są po naszej stronie. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz tutaj, na blogu o odszkodowaniach.

Obawiasz się kosztów procesu o whiplash? Chcesz szczegółowo omówić swoją sprawę i oszacować ryzyko? Napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl lub zadzwoń: 795 777 519. Chętnie wszystko wytłumaczę i pomogę podjąć świadomą decyzję.


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Koszty procesu i szanse na wygraną mogą się różnić w zależności od indywidualnych okoliczności sprawy. Statystyka 96% wygranych to dane ogólne dla spraw o whiplash w polskich sądach.

Źródła:

  • Statystyki wyroków w sprawach o odszkodowania za whiplash
  • Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości w sprawie opłat sądowych w sprawach cywilnych
  • Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości w sprawie minimalnych stawek wynagrodzenia adwokatów i radców prawnych
  • Praktyka własna w prowadzeniu spraw o zadośćuczynienie za uraz biczowy

Biegły sądowy w sprawie o uraz biczowy – kto zdecyduje o twoim odszkodowaniu?

Dlaczego biegły jest tak ważny?

W teorii proces sądowy opiera się na wielu dowodach: zeznaniach powoda, zeznaniach świadków, dokumentach medycznych, protokołach z wypadku.

Ale w praktyce? W sprawach o uraz biczowy opinia biegłego to 80% sprawy.

Dlaczego? Bo to biegły odpowiada na kluczowe pytania:

  • Czy poszkodowany doznał urazu biczowego?
  • Jaki jest procent uszczerbku na zdrowiu?
  • Jak długo trwały dolegliwości?
  • Jakie są rokowania na przyszłość?
  • Czy istnieje związek przyczynowy między wypadkiem a dolegliwościami?

Sąd – z całym szacunkiem dla sędziów – nie jest specjalistą medycznym. Sędzia nie może samodzielnie ocenić, czy ból szyi zgłaszany przez powoda wynika z urazu biczowego, czy ze zmian zwyrodnieniowych.

Potrzebuje eksperta. Biegłego.

I to, co biegły napisze w opinii, w 90% przypadków zadecyduje o wyniku sprawy.

Kto jest tym biegłym? Specjalizacje, które mają znaczenie

W sprawach o uraz biczowy najczęściej mamy do czynienia z biegłymi z następujących dziedzin:

1. Neurolog – najczęstszy wybór

To specjalista od układu nerwowego. W sprawach o uraz biczowy to zazwyczaj najlepszy wybór.

Dlaczego? Bo uraz biczowy to nie jest złamana kość. To uszkodzenie tkanek miękkich, więzadeł, mięśni, a przede wszystkim – zaburzenia w funkcjonowaniu układu nerwowego.

Neurolog potrafi ocenić:

  • Czy istnieją objawy neurologiczne (mrowienie, drętwienie, parestezje)
  • Jak działa układ nerwowy w okolicy urazu
  • Czy są zaburzenia przewodnictwa nerwowego
  • Jakie są rokowania neurologiczne

Z mojego doświadczenia – opinie neurologów są zazwyczaj bardziej szczegółowe i bardziej pomocne dla powoda niż opinie ortopedów.

2. Ortopeda – ale nie zawsze najlepszy wybór

Ortopeda to specjalista od narządu ruchu – kości, stawów, więzadeł.

W teorii powinien być idealny do spraw o uraz biczowy. W praktyce? Bywa różnie.

Problem polega na tym, że wielu ortopedów skupia się na zmianach widocznych na obrazach. Na RTG, na MRI. Na złamaniach, zwichnięciach, uszkodzeniach dysków.

A uraz biczowy nie daje takich zmian.

Pamiętam opinię jednego ortopedy, która brzmiała: „Badania obrazowe nie wykazują zmian pourazowych w zakresie kręgosłupa szyjnego. Brak podstaw do stwierdzenia uszczerbku na zdrowiu.”

Czytam to i myślę: „Panie doktorze, ale przecież uraz biczowy z definicji nie daje zmian na RTG. To uraz tkanek miękkich, nie kości.”

Na szczęście sąd zarządził uzupełniającą opinię neurologa. I neurolog stwierdził uszczerbek.

Ale gdybyśmy pozostali przy samym ortopedzie – sprawa mogła się skończyć przegraną.

3. Psycholog lub psychiatra – niedoceniany, a często kluczowy

To jest coś, o czym wielu prawników zapomina. A to błąd.

Statystyki pokazują, że w około 40% przypadków urazu biczowego pojawiają się zaburzenia psychiczne:

  • Lęki
  • Depresja
  • Zaburzenia snu
  • Lęk przed jazdą samochodem
  • PTSD (zespół stresu pourazowego)

I to są realne skutki urazu, które podlegają zadośćuczynieniu.

Widziałem sprawę, gdzie ortopeda i neurolog stwierdzili niewielki uszczerbek (2-3%). Ale psycholog stwierdził 5% długotrwałego uszczerbku z tytułu zaburzeń adaptacyjnych, lękowych i depresyjnych.

Łącznie – 7-8% uszczerbku. To różnica kilku tysięcy złotych w zadośćuczynieniu.

4. Inne specjalizacje – rzadziej, ale czasem potrzebne

Czasem w sprawach o uraz biczowy pojawia się potrzeba opinii:

  • Neurochirurga – jeśli są podejrzenia uszkodzenia struktur głębokich kręgosłupa
  • Rehabilitanta – do oceny zakresu i skuteczności rehabilitacji
  • Specjalisty medycyny sądowej – do kompleksowej oceny uszczerbku

Ale to rzadsze przypadki.

Jak powstaje opinia biegłego? Zajrzyjmy za kulisy

Klienci często pytają: „Jak to wygląda? Co będzie robił ten biegły?”

Proces jest mniej więcej taki:

Krok 1: Sąd wydaje postanowienie

Sędzia wydaje postanowienie o dopuszczeniu dowodu z opinii biegłego. W postanowieniu określa:

  • Z jakiej dziedziny ma być biegły (np. neurologia)
  • Jakie pytania ma rozstrzygnąć
  • Kto pokrywa zaliczkę na poczet wynagrodzenia biegłego

Krok 2: Biegły bada dokumentację

Biegły dostaje akta sprawy. Czyta:

  • Dokumentację medyczną (karty informacyjne, wyniki badań)
  • Opis wypadku
  • Zeznania stron i świadków
  • Historię leczenia

To może zająć kilka tygodni.

Krok 3: Badanie poszkodowanego

To kluczowy moment. Biegły wzywa poszkodowanego na badanie.

Badanie zazwyczaj trwa 30-60 minut. Biegły:

  • Przeprowadza wywiad (pyta o dolegliwości, przebieg leczenia, obecny stan)
  • Wykonuje badanie fizykalne (sprawdza ruchomość, bolesność, odruchy)
  • Czasem zleca dodatkowe badania (np. EMG – badanie przewodnictwa nerwowego)

Z mojego doświadczenia – to jest moment, który często decyduje o treści opinii. Jeśli poszkodowany podczas badania szczerze opisze swoje dolegliwości, pokaże ograniczenia, nie będzie przesadzał – biegły to doceni.

Jeśli będzie symulował lub przesadzał – biegły to wyłapie. I może to zaznaczyć w opinii.

Krok 4: Sporządzenie opinii

Biegły pisze opinię. Zazwyczaj składa się ona z:

  • Wprowadzenia (dane sprawy, zlecone pytania)
  • Analizy dokumentacji
  • Opisu badania
  • Rozumowania biegłego
  • Odpowiedzi na pytania sądu (tzw. konkluzja)

Opinia trafia do sądu. Sąd przesyła ją stronom.

Krok 5: Ewentualne zastrzeżenia i uzupełnienia

Strony mogą zgłosić zastrzeżenia do opinii. Jeśli są uzasadnione – sąd zleca biegłemu uzupełnienie opinii lub powołuje kolejnego biegłego.

To może wydłużyć proces o kolejne miesiące.

Neurolog vs ortopeda – dlaczego polecam neurologa?

To jest pytanie, które często pojawia się podczas konsultacji: „Kogo mam wnioskować o powołanie – neurologa czy ortopedę?”

Moja odpowiedź: neurologa.

Dlaczego?

Problem z ortopedami

Wielu ortopedów ma pewien „zawodowy nawyk” – patrzą przede wszystkim na struktury kostne i stawowe. Na to, co widać na obrazach.

A w urazie biczowym często nie ma nic do zobaczenia. RTG pokazuje „w normie”. MRI też „bez cech pourazowych”.

I ortopeda, patrząc na te wyniki, myśli: „No skoro nie ma zmian, to nie ma urazu.”

To jest błąd logiczny, ale wielu ortopedów w niego wpada.

Przewaga neurologów

Neurolog natomiast patrzy inaczej. Jego nie interesują przede wszystkim kości. Jego interesuje funkcjonowanie układu nerwowego.

Neurolog bada:

  • Czy są zaburzenia czucia
  • Czy są zaburzenia ruchowe
  • Czy są objawy korzeniowe (np. promieniowanie bólu do rąk)
  • Czy są zaburzenia odruchów
  • Jak działa układ autonomiczny

I to wszystko może być zaburzone mimo „normalnych” obrazów RTG czy MRI.

Z mojego doświadczenia – opinie neurologów są zazwyczaj bardziej korzystne dla powoda niż opinie ortopedów.

Oczywiście są wyjątki. Znam ortopedów, którzy świetnie rozumieją specyfikę urazu biczowego. Ale statystycznie – neurolog to bezpieczniejszy wybór.

Rola psychologa – nie lekceważ aspektu psychicznego

To jest coś, co odkryłem dopiero po kilku latach prowadzenia spraw o uraz biczowy: aspekt psychiczny ma ogromne znaczenie.

40% przypadków z zaburzeniami psychicznymi

Badania pokazują, że w około 40% przypadków urazu biczowego pojawiają się zaburzenia psychiczne:

  • Lęk przed jazdą samochodowym (czasem tak silny, że osoba przestaje prowadzić)
  • Depresja (spowodowana chronicznym bólem i ograniczeniami)
  • Zaburzenia snu (niemożność znalezienia wygodnej pozycji)
  • Zaburzenia adaptacyjne (trudności w powrocie do normalnego życia)

To są realne skutki urazu. I podlegają zadośćuczynieniu.

Sprawa, która mnie nauczyła lekcji

Pamiętam sprawę pana Andrzeja. Kolizja od tyłu, uraz biczowy, standardowa historia. Neurolog stwierdził 3% uszczerbku na zdrowiu.

Ubezpieczyciel zaproponował 6 000 złotych. Klient chciał akceptować, myślał że to wszystko.

Ale ja zauważyłem w dokumentacji wzmiankę o wizycie u psychologa. Zapytałem klienta: „Co z tym psychologiem?”

„A, no… miałem problemy ze snem. I trochę się bałem jeździć samochodem. Ale teraz już lepiej.”

Wnioskowałem o opinię psychologa. Psycholog stwierdził 5% długotrwałego uszczerbku z tytułu zespołu stresu pourazowego i zaburzeń lękowych.

Łącznie – 8% uszczerbku zamiast 3%.

Sąd zasądził 15 000 złotych zamiast 6 000.

To jest różnica, którą psycholog może zrobić.

Praktyczne porady dla poszkodowanych

Z mojego doświadczenia, oto kilka rad, które mogą pomóc w sprawie:

1. We wniosku o opinię biegłego preferuj neurologa

W pozwie od razu wnioskuj o opinię biegłego neurologa, nie ortopedy. To zwiększa szanse na korzystną opinię.

2. Jeśli masz problemy psychiczne – idź do psychologa/psychiatry

Nie wstydzę się. Jeśli po wypadku masz lęki, problemy ze snem, depresję – idź do specjalisty. To nie tylko pomoże ci w leczeniu, ale też da dokumentację medyczną, która będzie podstawą do powołania biegłego psychologa w sprawie.

3. Na badaniu u biegłego – bądź szczery

Nie przesadzaj. Nie symuluj. Ale też nie bagatelizuj swoich dolegliwości.

Biegły to doświadczony lekarz. Wyłapie zarówno symulację, jak i udawanie, że „wszystko w porządku”.

Opisz szczerze, co cię boli, jak to wpływa na twoje życie, jakie masz ograniczenia.

4. Zabierz całą dokumentację medyczną

Na badanie u biegłego zabierz ze sobą:

  • Wszystkie karty informacyjne
  • Wyniki badań (RTG, MRI)
  • Dokumentację z rehabilitacji
  • Recepty na leki
  • Zaświadczenia lekarskie

Im więcej materiału, tym lepiej.

5. Jeśli opinia jest niekorzystna – nie poddawaj się

Czasem zdarza się, że pierwsza opinia jest niekorzystna. Biegły nie stwierdza uszczerbku lub stwierdza bardzo niski.

Nie poddawaj się. Można:

  • Zgłosić zastrzeżenia do opinii
  • Wnioskować o uzupełnienie opinii
  • Wnioskować o powołanie kolejnego biegłego

Z mojego doświadczenia – często druga opinia jest bardziej korzystna niż pierwsza.

Moja refleksja – biegły jako „drugi sędzia”

Po latach prowadzenia spraw o uraz biczowy doszedłem do wniosku, że biegły jest faktycznie „sędzią” w sprawie.

Teoretycznie sąd jest niezależny. Może odrzucić opinię biegłego, jeśli uzna ją za nieprzekonującą.

Ale praktycznie? W 95% przypadków sąd przyjmuje opinię biegłego bez zastrzeżeń. Bo sąd nie ma specjalistycznej wiedzy medycznej. Musi zaufać ekspertowi.

Dlatego wybór biegłego (neurolog vs ortopeda) i jakość opinii są tak kluczowe.

To jest moment, który może zmienić wynik sprawy z przegranej na wygraną. Z 5 000 złotych na 15 000 złotych.

I dlatego warto w tym momencie mieć dobrego prawnika, który wie:

  • Jakiego biegłego wnioskować
  • Jakie pytania zadać biegłemu
  • Jak przygotować klienta do badania
  • Co zrobić, jeśli opinia jest niekorzystna

To nie jest coś, co można zrobić „na czuja”. To wymaga doświadczenia.

Podsumowanie – dowód, który decyduje o wszystkim

Wracając do pytania z początku: dlaczego biegły jest tak ważny?

Bo to on odpowiada na kluczowe pytania. To jego opinia stanowi podstawę wyroku. To od niego zależy, czy dostaniesz 5 000 złotych, czy 15 000.

W sprawach o uraz biczowy moja rada jest jasna:

  • Wnioskuj o neurologa, nie ortopeda
  • Nie zapominaj o psychologu/psychiatrze – jeśli masz problemy psychiczne
  • Przygotuj się do badania u biegłego – bądź szczery, zabierz dokumentację
  • Miej dobrego prawnika, który zna się na współpracy z biegłymi

I pamiętaj – opinia biegłego to nie wyrok. Jeśli jest niekorzystna, można z nią walczyć. Można wnioskować o uzupełnienie, o kolejnego biegłego.

Ale najlepiej od razu dobrze to rozegrać. Bo to zaoszczędzi ci miesięcy procesu i tysiące złotych.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Renta z ZUS a renta od ubezpieczyciela – jak to działa?

Wprowadzenie

„Panie mecenasie, dostałem decyzję z ZUS – przyznali mi 2.000 zł renty. To znaczy, że ubezpieczyciel już mi nic nie da?”

To jedno z najczęstszych nieporozumień, z jakimi się spotykam. I rozumiem tę konfuzję – dwie renty, dwa źródła, dwa zupełnie różne systemy. A poszkodowany w środku, próbując ogarnąć, ile mu się należy i od kogo.

Prawda jest taka: renta z ZUS i renta od ubezpieczyciela to dwa osobne światy. Mają różne podstawy prawne, różne zasady obliczania, różne źródła finansowania. Ale działają razem – i jeśli tego nie rozumiesz, możesz stracić dziesiątki tysięcy złotych.

Dziś wyjaśnię Wam dokładnie, jak te dwa systemy się ze sobą krzyżują, kiedy się uzupełniają, a kiedy wykluczają. Bo to wiedza, która może zadecydować o Waszej przyszłości finansowej.

Spis treści

  1. Dwa światy, dwa systemy – podstawowe różnice
  2. Renta z ZUS – system ubezpieczeń społecznych
  3. Renta od ubezpieczyciela – odszkodowanie cywilne
  4. Jak te dwie renty się uzupełniają? (Formuła konkurencji)
  5. Pułapka: Co jeśli ZUS odmówił, a ubezpieczyciel oferuje śmiesznie mało?
  6. Czy renta z ZUS zmniejsza odszkodowanie od ubezpieczyciela?
  7. Case study: Kiedy ZUS daje więcej niż ubezpieczyciel (i odwrotnie)
  8. Praktyczne porady – co zrobić w pierwszej kolejności?

1. Dwa światy, dwa systemy – podstawowe różnice

Zacznijmy od fundamentu. To są dwa zupełnie różne światy prawne, które akurat spotykają się w Twojej sytuacji.





Kluczowa różnica w filozofii:

  • ZUS – „Masz niezdolność? Oto minimalne wsparcie, żebyś nie umarł z głodu.”
  • Ubezpieczyciel OC – „Sprawca wyrządził Ci szkodę? Musi ją naprawić w 100%.”

2. Renta z ZUS – system ubezpieczeń społecznych

Kiedy przysługuje renta z ZUS?

Trzy warunki (wszystkie naraz!):

  1. Byłeś ubezpieczony w ZUS (umowa o pracę, działalność, dobrowolne ubezpieczenie)
  2. Utraciłeś zdolność do pracy w okresie ubezpieczenia (lub krócej niż 18 miesięcy po jego ustaniu)
  3. Masz odpowiedni staż ubezpieczeniowy (zwykle min. 5 lat, w zależności od wieku)

Ważne: Nie ma znaczenia, kto zawinił. Nawet jeśli sam spowodowałeś wypadek – renta z ZUS Ci przysługuje (jeśli spełniasz warunki).

Ile wynosi renta z ZUS?

Renta to NIE jest 100% Twoich poprzednich zarobków. To system progresywny z minimami i maksimami.

Przykładowa symulacja (kwoty orientacyjne, 2024 r.):

  • Podstawa wymiaru: 4.000 zł (średnia z 10 lat składkowych)
  • Całkowita niezdolność do pracy (100%): renta ~1.600-2.000 zł/mies.
  • Częściowa niezdolność (50%): renta ~1.000-1.300 zł/mies.

Dlaczego tak mało? Bo ZUS stosuje skomplikowany wzór z procentami i kwotami bazowymi. To NIE jest „50% = 50% zarobków”.

Minimalna renta z ZUS (2024): ~1.780 zł brutto (~1.588 zł netto)


3. Renta od ubezpieczyciela – odszkodowanie cywilne

Kiedy przysługuje renta od ubezpieczyciela?

Trzy warunki:

  1. Ktoś jest winny Twojego wypadku (sprawca musi być ustalony)
  2. Ten ktoś ma polisę OC (lub odpowiada osobiście)
  3. Utraciłeś dochody z powodu wypadku

Przykłady:

  • Wypadek drogowy (sprawca na czerwonym świetle) → OC sprawcy płaci
  • Wypadek przy pracy (pracodawca zawinił, brak BHP) → OC pracodawcy płaci
  • Błąd medyczny (zaniedbanie lekarza) → OC szpitala płaci

Co jeśli nikt nie jest winny? (np. wypadek na oblodzonym chodniku, ale miasto posypało)
Renta od ubezpieczyciela NIE przysługuje. Zostaje tylko ZUS.

Ile wynosi renta od ubezpieczyciela?

Tutaj jest różnica: pełne odszkodowanie.

Formuła:

RENTA = (Zarobki PRZED ) − Aktualne dochody − Renta z ZUS

Przykład:

  • Przed wypadkiem: 6.000 zł/mies. netto
  • Renta z ZUS: 1.500 zł/mies.
  • Aktualne zarobki: 0 zł (nie pracujesz)

Obliczenia:

6.000 zł -1500 = 4500 zł (hipotetyczna utrata)

Renta od ubezpieczyciela: 4500 zł/mies.


4. Jak te dwie renty się uzupełniają? (Formuła konkurencji)

To jest kluczowa zasada, którą musicie zrozumieć:

Renta z ZUS + Renta od ubezpieczyciela = Twoja faktyczna utrata zarobków

Nie można zarobić więcej niż przed wypadkiem.



Czy renta z ZUS zmniejsza odszkodowanie od ubezpieczyciela?

Tak, ale to nie jest „zmniejszenie” – to „uzupełnienie”.

Filozofia:

  • ZUS płaci za „system społeczny” (wszyscy się składamy)
  • Ubezpieczyciel płaci za „szkodę sprawcy” (ten konkretny sprawca musi naprawić szkodę)

Gdyby obie renty były wypłacane w 100%, to:

Renta z ZUS: 2.000 zł
Renta od ubezpieczyciela: 3.000 zł
RAZEM: 5.000 zł

A Twoja utrata: tylko 3.000 zł
→ Zarobiłbyś WIĘCEJ niż przed wypadkiem!

To byłby absurd. Dlatego sądy stosują zasadę: renta od ubezpieczyciela = faktyczna strata MINUS renta z ZUS.

5. Praktyczne porady – co zrobić w pierwszej kolejności?

Jeśli miałeś wypadek:

Krok 1: Złóż wniosek do ZUS
Nawet jeśli masz sprawcę i ubezpieczyciela OC – i tak złóż wniosek do ZUS. To niezależne świadczenie.

Termin: Wniosek najlepiej w ciągu 30 dni od zakończenia leczenia (lub od ustalenia trwałych następstw).

Dokumenty:

  • Zaświadczenie lekarskie (ZUS wyśle Cię na komisję)
  • Historia choroby, dokumentacja leczenia
  • Zaświadczenie od pracodawcy (jeśli byłeś zatrudniony)

Krok 2: Nie przyjmuj pochopnie oferty ubezpieczyciela
Ubezpieczyciel może zadzwonić szybko z ofertą: „Proponujemy 1.000 zł miesięcznie”.

Nie podpisuj od ręki! Najpierw:

  1. Sprawdź, ile faktycznie Ci się należy (według formuły z poprzedniego artykułu)
  2. Poczekaj na decyzję ZUS
  3. Skonsultuj się z prawnikiem

Krok 3: Jeśli ZUS odmówił lub dał za mało – odwołaj się
Masz miesiąc na odwołanie. Nie trać tego terminu!

Co daje odwołanie?

  • Nowa opinia medyczna (inny lekarz)
  • Możliwość przedstawienia dodatkowych dowodów
  • Często sądy pracy przyznają wyższą niezdolność niż ZUS

Krok 4: Dopiero po decyzji ZUS – negocjuj z ubezpieczycielem
Gdy wiesz, ile dostaniesz z ZUS, możesz obliczyć, ile powinien dać ubezpieczyciel.

Jeśli odmówi: Pozew do sądu cywilnego .


Podsumowanie – Twoja ściągawka

3 kluczowe zasady:

  1. ZUS i ubezpieczyciel to dwa systemy – różne podstawy, różne zasady, ale działają razem
  2. Renta od ubezpieczyciela = Faktyczna strata MINUS renta z ZUS – nie można zarobić więcej niż przed wypadkiem
  3. Jeśli ZUS odmówił/zaniżył – odwołaj się! – bo to wpływa na to, ile dostaniesz od ubezpieczyciela

Pamiętaj: ZUS to Twoje minimum, ubezpieczyciel to Twoje dopełnienie. Razem powinny pokryć 100% Twojej straty.


A Wy? Ktoś dostał rentę z ZUS i od ubezpieczyciela naraz? Jak to się w praktyce układało? Podzielcie się w komentarzach!

Źródła:

  • Kodeks cywilny, art. 444 KC
  • Ustawa o emeryturach i rentach z FUS

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl.

Masz pytanie? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Uraz biczowy – niedoceniane obrażenie, które rujnuje życie na miesiące

Spotkałem się z tym wielokrotnie – poszkodowany przychodzi z dokumentacją ze szpitala: „uraz klatki piersiowej, stłuczenia”. Brzmi niegroźnie, prawda? Ubezpieczyciel proponuje 500-800 złotych zadośćuczynienia i uważa sprawę za zamkniętą. Ale kilka tygodni później okazuje się, że poszkodowany nie może normalnie funkcjonować. Ból, drętwienie, problemy z ruchem. I wtedy pada diagnoza: uraz biczowy kręgosłupa szyjnego.

Sprawa poznańskiej kobiety po wypadku w Zakopanem to podręcznikowy przykład jak uraz biczowy potrafi zniszczyć życie – na wiele miesięcy. Wypadek był w lipcu 2016, ale problemy zdrowotne ciągnęły się do końca roku, a nawet dłużej. Miesiąc niezdolności do pracy, rehabilitacja, wizyty u neurologa, rezonans magnetyczny kręgosłupa szyjnego… A ubezpieczyciel? 800 złotych. Bo „to tylko stłuczenia”.

Czym właściwie jest uraz biczowy?

Uraz biczowy (whiplash) to uszkodzenie kręgosłupa szyjnego powstające w wyniku gwałtownego ruchu głowy do tyłu i do przodu – dokładnie jak uderzenie biczem. Najczęściej zdarza się w wypadkach samochodowych, zwłaszcza przy zderzeniach tylnych lub czołowych.

Co się dzieje podczas urazu biczowego?

Wyobraź sobie sytuację: siedzisz w aucie, nagle uderzenie. Twoja głowa (która waży ok. 5 kg) zostaje gwałtownie rzucona do tyłu, a następnie do przodu. Kręgosłup szyjny nie jest w stanie zaabsorbować tej siły. Efekt:

  • Uszkodzenie więzadeł – naciągnięcie, mikrouszkodzenia
  • Nadwyrężenie mięśni – karku, ramion, górnej części pleców
  • Uszkodzenie stawów międzykręgowych – mikropęknięcia
  • Uciśnięcie nerwów – co prowadzi do drętwienia, mrowienia

Problem w tym, że te obrażenia nie są widoczne na pierwszym RTG. Pacjent trafia do szpitala, lekarz robi zdjęcie rentgenowskie, widzi, że „kości całe”, więc pisze „uraz kręgosłupa szyjnego bez uszkodzenia kości”. I na tym koniec diagnostyki.

Ale uszkodzenia tkanek miękkich – więzadeł, mięśni, nerwów – nie są widoczne na RTG. Dopiero rezonans magnetyczny lub badania neurologiczne mogą pokazać pełen obraz.

Objawy urazu biczowego – nie tylko ból karku

W sprawie z Poznania poszkodowana miała klasyczny przebieg urazu biczowego:

Początkowe objawy (pierwsze dni/tygodnie):

  • Silny ból karku i pleców – nasilający się w ciągu kilku dni po wypadku
  • Ograniczenie ruchomości – niemożność swobodnego obrotu głowy
  • Problemy z oddychaniem – z powodu urazu klatki piersiowej i obtłuczonych płuc
  • Trudności z poruszaniem się – każdy ruch powodował ból

Objawy opóźnione (tygodnie/miesiące):

  • Drętwienie ręki i lewej strony ciała – w listopadzie (4 miesiące po wypadku!) poszkodowana trafiła na SOR z drętwieniem
  • Bóle głowy – często towarzyszące urazom biczowym
  • Problemy ze snem – niemożność znalezienia wygodnej pozycji
  • Zmęczenie i osłabienie – organizm cały czas walczy z bólem

To nie jest „kilka dni dyskomfortu”. To kilka miesięcy ciągłego bólu i ograniczeń.

Diagnostyka – dlaczego rezonans magnetyczny jest kluczowy

W sprawie poznańskiej dopiero rezonans magnetyczny kręgosłupa szyjnego (wykonany w grudniu 2016, czyli pół roku po wypadku) pokazał prawdziwy obraz:

  • Zniesienie fizjologicznej lordozy – czyli utrata naturalnego wygięcia kręgosłupa szyjnego
  • Ustawienie kifotyczne w odcinku C2-C6 – kręgosłup zaczął się wyginać w niewłaściwą stronę

To nie jest „drobne stłuczenie”. To strukturalna zmiana w kręgosłupie, która powoduje przewlekły ból i może prowadzić do długoterminowych komplikacji – dyskopatii, przewlekłych bólów, ograniczenia ruchomości.

Dlaczego ubezpieczyciele bagatelizują uraz biczowy?

Bo na pierwszy rzut oka wygląda niegroźnie:

  • RTG ze szpitala: „Brak złamań”
  • Wypis: „Uraz kręgosłupa szyjnego, zalecono obserwację”
  • Likwidator myśli: „No więc nic poważnego”

I dopiero gdy pojawia się dokumentacja z ortopedy, neurologa, rezonans magnetyczny – wtedy ubezpieczyciel zaczyna rozumieć skalę problemu. Ale często jest już po decyzji odmownej czy zaniżonym świadczeniu.

Wpływ urazu biczowego na życie zawodowe i osobiste

W sprawie poznańskiej uraz biczowy kompletnie zdezorganizował życie poszkodowanej:

Życie zawodowe:

  • Miesiąc niezdolności do pracy – zwolnienie lekarskie do końca sierpnia
  • Problemy po powrocie – trudności z prowadzeniem samochodu (co było konieczne w pracy)
  • Niemożność reprezentowania firmy – praca wymagała kontaktów z klientami, profesjonalnego wyglądu i pewności siebie. Poszkodowana z bólem, ograniczoną ruchomością i problemami z koncentracją nie była w stanie pełnić tych obowiązków.
  • Trudności z pisaniem na klawiaturze – drętwienie ręki i ból utrudniały pracę biurową

Życie osobiste:

  • Niemożność opieki nad dziećmi – przez kilka tygodni opiekę przejął mąż i teściowie
  • Obowiązki domowe – mąż musiał przejąć gotowanie, sprzątanie, zakupy
  • Brak możliwości aktywnego wypoczynku – reszta wakacji, a później jesień/zima – zamiast rodzinnych wyjazdów, rehabilitacja i wizyty u lekarzy
  • Lęk przed jazdą samochodem – dodatkowo potęgowany traumą wypadku

To nie jest „kilka dni odpoczynku”. To całkowita reorganizacja życia rodziny na wiele miesięcy.

Leczenie urazu biczowego – długie i kosztowne

Leczenie w sprawie poznańskiej to był maraton, nie sprint:

Co było konieczne:

  1. Rehabilitacja – masaże, ultradźwięki, laseroterapia (koszty: 425 zł)
  2. Wizyty u ortopedy – specjalistyczne badania i terapia (koszty: 275 zł)
  3. Badania diagnostyczne – rezonans magnetyczny kręgosłupa (koszty: 670 zł)
  4. Leki przeciwbólowe – przez kilka miesięcy (koszty: kilkanaście złotych)
  5. Wizyty na SOR – gdy objawy się nasiliły (listopad 2016 – drętwienie)

Dlaczego poszkodowana korzystała z prywatnej opieki medycznej?

Ubezpieczyciel próbował kwestionować: „Dlaczego nie skorzystała z NFZ?”. Ale orzecznictwo jest jasne – poszkodowany ma prawo do wyboru formy leczenia, o ile jest celowa.

A kolejka do ortopedy w NFZ to kilka miesięcy. Kolejka do rezonansu – podobnie. Tymczasem poszkodowana potrzebowała natychmiastowej pomocy – ból był nie do zniesienia, uniemożliwiał pracę i normalne funkcjonowanie.

Sąd Apelacyjny w Katowicach w wyroku z 26 listopada 1991 r. (III APr 75/91) jednoznacznie stwierdził: prawa do żądania zwrotu kosztów leczenia nie pozbawia poszkodowanego okoliczność, że korzysta z lecznictwa prywatnego, jeżeli tylko zostanie wykazane, że celowe jest stosowanie takich metod lecznictwa.

Jak ubezpieczyciele minimalizują szkodę przy urazie biczowym?

Z mojego doświadczenia, strategie są przewidywalne:

1. „To tylko stłuczenia, przejdzie samo”

Ubezpieczyciel skupia się na pierwszej karcie ze szpitala – „uraz bez złamania”. Ignoruje późniejszą dokumentację neurologiczną, ortopedyczną, rezonans.

2. „Nie wszystkie koszty są uzasadnione”

InterRisk w sprawie poznańskiej wypłacił tylko 795 zł zwrotu kosztów leczenia z 2 989,50 zł. Odmówił uznania:

  • Części kosztów rehabilitacji (masaże)
  • Rezonansu magnetycznego (!!)
  • Terapii psychologicznej

Uzasadnienie? „Nie znajduje potwierdzenia w dokumentacji medycznej”. Ale przecież rezonans to właśnie część dokumentacji medycznej. To badanie diagnostyczne zlecone przez lekarza!

3. „800 zł zadośćuczynienia wystarczy”

Za kilka miesięcy bólu, miesiąc niezdolności do pracy, zniszczone wakacje, wpływ na życie zawodowe i rodzinne – 800 złotych. To obelga, nie rekompensata.

Jak dochodzić sprawiedliwego odszkodowania za uraz biczowy?

1. Nie ignoruj objawów opóźnionych

Jeśli kilka tygodni po wypadku pojawiają się nowe objawy (drętwienie, bóle głowy, problemy z koncentracją) – zgłoś się do neurologa. To może być opóźnione następstwo urazu biczowego.

2. Zrób rezonans magnetyczny kręgosłupa szyjnego

RTG nie pokazuje uszkodzeń tkanek miękkich. Rezonans tak. Jeśli lekarz zaleca – zrób go, nawet prywatnie. To kluczowy dowód w sprawie odszkodowawczej.

3. Dokumentuj wszystko

  • Zwolnienia lekarskie
  • Karty wizyt u lekarzy (ortopeda, neurolog)
  • Faktury z rehabilitacji, badań, leków
  • Koszty dojazdów do placówek medycznych

4. Opisz wpływ na życie

W piśmie do ubezpieczyciela lub pozwie szczegółowo przedstaw, jak uraz wpłynął na Twoje życie:

  • Czy byłeś na zwolnieniu? Jak długo?
  • Czy po powrocie do pracy miałeś ograniczenia?
  • Czy ktoś musiał się Tobą opiekować?
  • Jak wyglądała Twoja codzienność – co mogłeś, a czego nie mogłeś robić?

To wszystko składa się na obraz krzywdy, za którą należy się zadośćuczynienie.

5. Nie akceptuj pierwszej propozycji

Jeśli ubezpieczyciel proponuje 500-800 złotych za kilka miesięcy cierpienia – odrzuć. To nie jest sprawiedliwa rekompensata. W sprawie poznańskiej poszkodowana domagała się 5 000 złotych zadośćuczynienia (ostatecznie ubezpieczyciel wypłacił 800 zł, ale po pozwie sprawa zapewne zakończyła się wyższą kwotą).

Uraz biczowy to nie fanaberia – to poważne obrażenie

Przez lata pracy z klientami widziałem dziesiątki przypadków urazu biczowego. I wiem, że to jedno z najbardziej niedocenianych i bagatelizowanych obrażeń przez ubezpieczycieli.

Ale dla poszkodowanego to nie jest „drobne stłuczenie”. To kilka miesięcy bólu, ograniczeń, rehabilitacji. To niemożność pracy, opieki nad dziećmi, normalnego funkcjonowania. To zmiany strukturalne w kręgosłupie, które mogą prowadzić do przewlekłych problemów zdrowotnych.

I jeśli uległeś takiemu urazowi – masz prawo do pełnego odszkodowania i sprawiedliwego zadośćuczynienia. Nie daj się zbyć symboliczną kwotą, bo ubezpieczyciel „nie widzi poważnych obrażeń na RTG”.

A Ty? Masz uraz biczowy po wypadku?

Jeśli po wypadku masz przewlekłe bóle karku, drętwienie, problemy z ruchomością – zgłoś się do ortopedy lub neurologa. Może to być uraz biczowy wymagający leczenia i diagnostyki. I nie akceptuj zaniżonego odszkodowania tylko dlatego, że ubezpieczyciel bagatelizuje Twoje obrażenia.

Masz pytania? Potrzebujesz pomocy w sprawie odszkodowawczej? Napisz – chętnie ocenię Twoją sytuację.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Terapia psychologiczna po wypadku – dlaczego ubezpieczyciel odmawia zapłaty?

Pamiętam rozmowę z klientką z Poznania, która po wypadku w Zakopanem przyszła do mnie z decyzją ubezpieczyciela. InterRisk wypłacił jej część kosztów leczenia – za ortopedę, rehabilitację, rezonans. Ale kiedy zobaczyłem, co odrzucili, zrobiło mi się słabo. Terapia psychologiczna – 1 500 złotych – odmowa uznania. Uzasadnienie? „Nie znajduje potwierdzenia w dokumentacji medycznej”.

Kobieta po wypadku bała się wsiadać do samochodu. Miała napady płaczu na widok kolizji na drodze. Nie mogła spać, bo wciąż przeżywała moment zderzenia. Musiała podjąć terapię rodzinną, bo w wypadku ucierpiały też jej dzieci – Zuzanna i Stanisław, które były w aucie. Terapia trwała kilka miesięcy. I ubezpieczyciel mówi: „To nie jest element szkody”?

To klasyczny przykład jak ubezpieczyciele traktują zdrowie psychiczne – jakby to była fanaberia, luksus, coś nieistotnego. Ale prawo mówi co innego.

Dlaczego ubezpieczyciele odmawiają zwrotu kosztów terapii psychologicznej?

Z mojego doświadczenia, ubezpieczyciele stosują trzy główne argumenty:

1. „Nie ma związku przyczynowego z wypadkiem”

Tłumaczą, że skoro w kartotece ze szpitala nie ma diagnozy „zaburzenia lękowe po wypadku”, to znaczy, że terapia nie była konieczna. Jakby człowiek od razu po wypadku myślał o wizycie u psychologa, a nie o złamanym biodrze i obtłuczonych płucach.

Ale lęk i trauma pojawiają się często z opóźnieniem. Poszkodowana z Poznania zaczęła terapię dopiero kilka tygodni po wypadku, gdy zorientowała się, że nie potrafi normalnie jeździć samochodem. To normalne – w pierwszych dniach dominują ból i leczenie fizyczne. Psychika przychodzi później.

2. „To nie jest leczenie, tylko wsparcie psychologiczne”

Ubezpieczyciele lubią tę rozgrywkę semantyczną. „Leczenie” to operacje, leki, rehabilitacja. A psycholog to tylko „rozmowy”, więc można to pominąć.

Ale prawo tego nie rozróżnia. Art. 444 § 1 KC mówi o „kosztach leczenia” – nie ogranicza tego tylko do leczenia fizycznego. Sąd Najwyższy wielokrotnie podkreślał, że leczenie obejmuje wszystkie działania mające na celu przywrócenie zdrowia, w tym psychicznego.

3. „Nie ma skierowania od lekarza”

To ulubiony argument. „Psycholog to nie lekarz, więc nie było skierowania od uprawnionej osoby”.

Tutaj ubezpieczyciele znowu grają na nieznajomości systemu. Nie potrzebujesz skierowania do psychologa w Polsce. Możesz udać się na terapię z własnej inicjatywy. A jeśli wypadek spowodował u Ciebie lęk, to związek przyczynowy jest oczywisty – bez wypadku nie było lęku, bez lęku nie było potrzeby terapii.

Co mówi prawo o kosztach terapii psychologicznej?

Art. 444 § 1 KC stanowi, że w razie uszkodzenia ciała lub wywołania rozstroju zdrowia naprawienie szkody obejmuje wszelkie wynikłe z tego powodu koszty. Nie ma tam żadnego zapisu, że „tylko koszty leczenia fizycznego” czy „tylko u lekarza z tytułem specjalisty”.

Orzecznictwo jest jasne

Sąd Apelacyjny w Katowicach w wyroku z 26 listopada 1991 r. (III APr 75/91) stwierdził, że poszkodowany ma prawo do zwrotu kosztów leczenia, jeżeli stosowanie danych metod, zabiegów lub środków jest celowe – nawet jeśli nie wchodzą w zakres leczenia refundowanego przez NFZ.

Mówiąc prościej: jeśli terapia psychologiczna była konieczna do przywrócenia zdrowia psychicznego, to ubezpieczyciel musi za nią zapłacić. Bez względu na to, czy była refundowana, czy prywatna.

Co trzeba wykazać?

Sądy wymagają, żeby poszkodowany udowodnił:

  1. Konieczność terapii – że podjęcie leczenia psychologicznego było uzasadnione stanem zdrowia
  2. Związek przyczynowy – że problemy psychiczne wynikły z wypadku, a nie np. z wcześniejszych zaburzeń
  3. Racjonalność kosztów – że cena terapii była adekwatna do rynku

Jak udowodnić konieczność terapii psychologicznej?

W sprawie z Poznania kobieta miała solidną argumentację:

1. Opis objawów i ich wpływu na życie

Opisała szczegółowo, jak wypadek wpłynął na jej życie:

  • Lęk przed jazdą samochodem – zarówno jako kierowca, jak i pasażer. Przed wypadkiem nigdy nie korzystała z komunikacji publicznej, teraz jeździła tramwajem, bo auto wywoływało panikę.
  • Napady płaczu – na widok wypadków na drodze od razu wracały flashbacki z jej kolizji.
  • Niemożność normalnego funkcjonowania – problemy z pracą (kontakty z klientami, reprezentowanie firmy), trudności w codziennych czynnościach.

To nie są fanaberie. To zespół stresu pourazowego (PTSD), który jest udokumentowanym zaburzeniem psychicznym wymagającym leczenia.

2. Zeznania świadków

Członkowie rodziny (mąż, teściowie) mogli potwierdzić zmianę zachowania poszkodowanej po wypadku. Że wcześniej jeździła samochodem bez problemu, a po wypadku odmawia jazdy. Że płacze, gdy widzi kolizję. Że dzieci też odczuły traumę.

3. Zaświadczenie od psychologa

Psycholog prowadzący terapię wystawił zaświadczenie potwierdzające:

  • Że terapia była prowadzona w związku z wypadkiem z dnia 25 lipca 2016 r.
  • Że diagnoza obejmowała zaburzenia lękowe związane z traumą powypadkową
  • Że terapia miała formę rodzinną, bo w wypadku ucierpiały też dzieci

To wystarczyło, żeby wykazać związek przyczynowy.

4. Faktury i rachunki

1 500 złotych za kilka miesięcy terapii rodzinnej to racjonalna kwota na rynku prywatnych usług psychologicznych. Nie jest wygórowana, nie jest podejrzanie niska. To standardowy koszt.

Terapia rodzinna – czy to też podlega zwrotowi?

W sprawie poznańskiej terapia miała formę rodzinną, bo dzieci także ucierpiały w wypadku. Były w aucie, widziały mamę w bólu, stres, szpital. To trauma dla dziecka.

Ubezpieczyciel próbował kwestionować: „Skoro dzieci nie były poszkodowane fizycznie, to po co terapia?”. Ale to myślenie z epoki kamienia łupanego. Trauma psychiczna nie wymaga fizycznych obrażeń.

Sądy coraz częściej uznają koszty terapii rodzinnej, gdy:

  • Wypadek dotknął całą rodzinę (np. dzieci były w aucie)
  • Członkowie rodziny musieli opiekować się poszkodowanym i sami doznali stresu
  • Terapia rodzinna była zalecona przez specjalistę jako najlepsza metoda leczenia

W tym przypadku – wszystkie przesłanki spełnione.

Co zrobić, jeśli ubezpieczyciel odmawia zwrotu kosztów terapii?

1. Zbierz dokumentację

  • Zaświadczenie od psychologa/psychiatry – że terapia była związana z wypadkiem
  • Faktury i rachunki – za każdą sesję
  • Opis objawów – napisz szczegółowo, jak wypadek wpłynął na Twoje życie psychiczne
  • Zeznania bliskich – że zaobserwowali zmianę Twojego zachowania po wypadku

2. Powołaj się na przepisy

W piśmie do ubezpieczyciela lub w pozwie cytuj:

  • Art. 444 § 1 KC – naprawienie szkody obejmuje wszelkie koszty leczenia
  • Wyrok SA w Katowicach (III APr 75/91) – o prawie do zwrotu kosztów prywatnego leczenia
  • Stanowisko orzecznictwa, że leczenie obejmuje również terapię psychologiczną

3. Wykaż związek przyczynowy

Ubezpieczyciel będzie próbował udowodnić, że Twoje problemy psychiczne nie wynikają z wypadku. Dlatego szczegółowo opisz, jak wyglądało Twoje życie przed wypadkiem (np. „Jeździłam samochodem 10 lat bez problemów”) i jak zmieniło się po (np. „Po wypadku nie mogę wsiadać do auta bez ataku paniki”).

4. Nie daj się zwieść argumentom „to nie jest konieczne”

Ubezpieczyciele lubią mówić: „Mógł Pan poczekać na refundowaną terapię w NFZ”. Ale orzecznictwo jednoznacznie stwierdza, że poszkodowany ma prawo do wyboru formy leczenia, o ile jest ona celowa.

A jeśli kolejka do psychiatry przez NFZ to 6 miesięcy, a Ty potrzebujesz pomocy teraz – masz prawo wybrać prywatną terapię. I ubezpieczyciel musi za to zapłacić.

Dlaczego to takie ważne?

Bo zdrowie psychiczne to nie fanaberia. To nie jest „dodatek” do leczenia fizycznego. To równie ważny element zdrowia, który może być zniszczony przez wypadek.

Widziałem klientów, którzy po latach od wypadku wciąż boją się jeździć samochodem. Którzy mają koszmary, flashbacki, napady paniki. Którzy stracili pracę, bo nie potrafili wrócić do normalnego funkcjonowania. I słyszę od ubezpieczycieli: „Ale przecież Pan już nie ma bólu w nodze, więc po co psycholog?”.

To myślenie jest nie tylko niesprawiedliwe – jest sprzeczne z prawem. I na szczęście sądy zaczynają to dostrzegać.

A Ty? Borykasz się z traumą po wypadku?

Jeśli po wypadku masz lęk, koszmary, unikasz jazdy samochodem – zgłoś się do psychologa. To nie jest słabość. To normalna reakcja organizmu na traumatyczne przeżycie. I masz prawo dochodzić zwrotu kosztów tej terapii od ubezpieczyciela sprawcy.

Nie daj się zbyć argumentem „to nie jest element szkody”. Jest. I prawo Cię w tym wspiera.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl