
Pytanie, które słyszę codziennie
Pamiętam rozmowę z panią Marią, która po wypadku samochodowym doznała złamania nogi i kilku miesięcy rehabilitacji. Kiedy przyszła do kancelarii, zadała mi dwa pytania w ciągu pierwszych trzydziestu sekund: „Ile mi się należy?” i zaraz potem: „Ile to będzie trwało?”.
Na pierwsze pytanie można odpowiedzieć dopiero po analizie dokumentacji medycznej, orzeczeń, faktur. Na drugie? Cóż, odpowiedź brzmi: „To zależy”. I niestety, ta odpowiedź często oznacza: „Dłużej, niż by Pani chciała”.
Z mojego wieloletniego doświadczenia w prowadzeniu spraw odszkodowawczych mogę powiedzieć jedno: cierpliwość jest w tych sprawach równie ważna jak dobry prawnik. I dziś chcę szczerze opowiedzieć o tym, jak naprawdę wygląda droga do uzyskania zadośćuczynienia – bez owijania w bawełnę, ale też bez straszenia. Po prostu: prawda, jaką poznałem po latach praktyki.
Teoria: piękne 30 dni
Zacznijmy od teorii, bo ona brzmi naprawdę pięknie. Zgodnie z przepisami ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych, ubezpieczyciel ma 30 dni na wypłatę odszkodowania lub zadośćuczynienia od daty zgłoszenia szkody. Trzydzieści dni! Brzmi nieźle, prawda?
W idealnym świecie poszkodowany zgłasza szkodę, załącza dokumentację medyczną, ubezpieczyciel weryfikuje roszczenie i po miesiącu na koncie pojawia się sprawiedliwa kwota. Koniec, kropka, wszyscy szczęśliwi.
Ale to teoria. A praktyka? Cóż, praktyka jest nieco bardziej… skomplikowana.
Praktyka: od miesięcy do lat
W rzeczywistości, od momentu zgłoszenia szkody do otrzymania pieniędzy mija zwykle od 2-3 miesięcy do nawet roku, a czasem i dłużej. Dlaczego?
Po pierwsze, ubezpieczyciele rzadko wydają decyzję w terminie 30 dni. Zazwyczaj w tym czasie pojawia się pismo: „Potrzebujemy dodatkowych dokumentów” lub „Wyznaczyliśmy Pana/Panią na badanie przez naszego lekarza orzecznika w dniu X”. Nieźle, jeśli termin tego badania przypada za miesiąc. Często jest to dwa, trzy miesiące do przodu.
Po drugie, ubezpieczyciele lubią „komplikować”. Czasem proponują wypłatę „kwoty bezspornej” – czyli takiej, co do której „nie ma wątpliwości”. Problem w tym, że ta kwota jest zwykle… śmiesznie niska. To taka taktyka: „Weź teraz mało, a potem się zobaczy”. Albo proponują ugodę – i tu znów wracamy do tematu z poprzedniego wpisu: zanim podpiszesz ugodę, skonsultuj się z prawnikiem.
Po trzecie, jeśli sprawa jest bardziej skomplikowana – np. są wątpliwości co do przebiegu zdarzenia, winy, sprawstwa – ubezpieczyciel będzie „ciągnął” postępowanie likwidacyjne jak długo się da. Każdy dodatkowy miesiąc to dla niego oszczędność na odsetkach.
Odwołanie od decyzji: jeszcze 2-3 miesiące
Załóżmy, że po kilku miesiącach otrzymujemy w końcu decyzję ubezpieczyciela. I co? Kwota nas nie satysfakcjonuje – bo zazwyczaj nie satysfakcjonuje. Co wtedy?
Można złożyć odwołanie do ubezpieczyciela. To dodatkowe 2-3 miesiące oczekiwania na odpowiedź. I tu szczera prawda: szanse na to, że ubezpieczyciel zmieni zdanie i podniesie kwotę, są… minimalne. To polityka zakładów ubezpieczeń: raz podjęta decyzja rzadko jest zmieniana na etapie odwołania.
Dlaczego w takim razie ludzie składają odwołania? Bo czasem trzeba „wyczerpać tryb postępowania” przed ubezpieczycielem, zanim pójdzie się do sądu. I bo czasem – naprawdę rzadko, ale czasem – zdarzy się cud i ubezpieczyciel podwyższy kwotę.
Sąd: tu zaczyna się prawdziwe oczekiwanie
Jeśli jednak decydujemy się na drogę sądową – a w sprawach poważniejszych prawie zawsze jest to konieczne – to przygotujmy się na co najmniej kilkanaście miesięcy, a często dłużej.
Etap 1: Oczekiwanie na pierwszy termin rozprawy
Po złożeniu pozwu mija zwykle 5-6 miesiące, zanim sąd wyznaczy pierwszy termin rozprawy. Czasem więcej, w zależności od obłożenia danego sądu. Na tym pierwszym terminie sąd wysłuchuje poszkodowanego, ewentualnie świadków, dopuszcza dowody.
I tu pojawia się kluczowy moment: opinia biegłego sądowego.
Etap 2: Opinia biegłego – wąskie gardło sądownictwa
Opinia biegłego to absolutnie kluczowy element w sprawach o zadośćuczynienie. To biegły określa, jakiego uszczerbku na zdrowiu doznał poszkodowany, jakie są rokowania, czy są trwałe następstwa. Bez opinii biegłego sąd nie wyda wyroku.
I tu zaczyna się problem, który obserwuję od lat: brak biegłych.
Lekarze w Polsce całkiem nieźle dziś zarabiają w swojej praktyce zawodowej. Orzekanie w sądzie? To dodatkowa praca, dodatkowy stres, odpowiedzialność, częste kwestionowanie opinii przez strony. Za stawkę, która nie jest szczególnie atrakcyjna. Efekt? Lekarze nie garną się na listy biegłych sądowych.
Pamiętam sytuację z kilka lat temu, gdy w okręgu Sądu Okręgowego w Poznaniu na liście biegłych ortopedów figurował… jeden lekarz. Jeden! A większość ofiar wypadków komunikacyjnych to właśnie urazy ortopedyczne: złamanie ręki, nogi, nadgarstka, miednicy, kręgosłupa.
Jeszcze gorzej było ze stomatologami. Był moment, gdy w Poznaniu na liście nie było żadnego biegłego dentysty. Sąd musiał szukać biegłych w Warszawie, co dodatkowo przedłużało postępowanie.
Co to oznacza w praktyce? Okres oczekiwania na samo badanie przez biegłego wynosił od 6 miesięcy do roku. Do tego dodajmy czas na sporządzenie pisemnej opinii – kolejne 2-3 miesiące.
Etap 3: Kwestionowanie opinii
Opinia biegłego trafia do akt sprawy. Każda ze stron – poszkodowany i ubezpieczyciel – ma prawo się do niej ustosunkować. I często to robią. „Opinia jest niepełna”, „Biegły nie wziął pod uwagę dokumentacji X”, „Wnioskujemy o opinię uzupełniającą”.
To kolejne miesiące. Albo sąd zleca opinię uzupełniającą (biegły pisze dodatek – znów 2-3 miesiące), albo wzywa biegłego na rozprawę (termin za kilka miesięcy).
Zdarza się też, że sąd uznaje opinię za nieprzydatną i powołuje nowego biegłego. To najgorszy scenariusz – cały proces zaczyna się od nowa. Kolejne kilkanaście miesięcy.
Etap 4: Wyrok… i apelacja
Wreszcie – po wszystkich dowodach, opiniach, rozprawach – sąd wydaje wyrok. Ale to jeszcze nie koniec. Każdej ze stron przysługuje apelacja.
W Poznaniu wniesienie apelacji przedłuża sprawę o kolejne pół roku do roku, w zależności od obłożenia Sądu Apelacyjnego. I dopiero wyrok sądu II instancji kończy sprawę (chyba że ktoś złoży skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego, ale to już naprawdę rzadkie przypadki).
Moja rada: cierpliwość, ale z głową
Czy da się to jakoś przyspieszyć? Szczerze? Niewiele. System jest jaki jest. Ale kilka rzeczy może pomóc:
1. Zgromadź pełną dokumentację od razu
Im szybciej dostarczysz ubezpieczycielowi (lub sądowi) kompletną dokumentację medyczną, tym mniej będzie powodów do „ciągnięcia” sprawy. Zbieraj wszystko: karty informacyjne, wyniki badań, faktury za leki, zaświadczenia lekarskie.
2. Nie daj się zwieść „szybkim” propozycjom
Ubezpieczyciel zaproponował Ci „szybką ugodę” na niską kwotę? To pułapka. Lepiej poczekać i dostać sprawiedliwe zadośćuczynienie niż się spieszyć i dostać grosze.
3. Pamiętaj o odsetkach
Jedynym „pocieszeniem” w długotrwałej sprawie są odsetki za opóźnienie. Od daty zgłoszenia szkody ubezpieczycielowi zaczynają biec odsetki. Im dłużej trwa sprawa, tym więcej odsetek naliczysz do kwoty głównej. Co prawda nie wszystkie sądy zgadzają się na przyznanie odsetek od daty zgłoszenia szkody (czasem liczą od daty wyroku), ale to temat na osobny wpis.
4. Miej prawnika od początku
Wiem, wiem, znów będę brzmiał jak „reklama samego siebie”. Ale szczerze: poszkodowany, który sam prowadzi sprawę z ubezpieczycielem, jest w nierównej pozycji. Ubezpieczyciel ma prawników, likwidatorów, lekarzy orzeczników. Ty – masz ból, stres i niepewność.
Refleksja: czy to musi tak długo trwać?
Często zastanawiam się, czy ten system nie mógłby działać sprawniej. Czy naprawdę musi minąć rok, dwa lata, zanim poszkodowany – który często pilnie potrzebuje pieniędzy na leczenie, rehabilitację – dostanie to, co mu się należy?
Moim zdaniem, problem leży w dwóch kwestach:
- Brak biegłych: Państwo powinno stworzyć lepsze warunki dla lekarzy orzekających w sądach. Wyższe stawki, lepszą ochronę prawną, może jakieś ulgi podatkowe? Jeśli nie będzie biegłych, system będzie się dusił coraz bardziej.
- Opieszałość ubezpieczycieli: Przedłużanie postępowań likwidacyjnych to strategia ubezpieczycieli. Im dłużej nie płacą, tym lepiej dla ich finansów. Może czas na surowsze kary za przekraczanie terminów?
Ale to tylko moje przemyślenia. W obecnym systemie możemy jedynie działać w jego ramach – czyli uzbroić się w cierpliwość i dobrą reprezentację prawną.
Podsumowanie: ile to naprawdę trwa?
Żeby zsumować:
- Postępowanie likwidacyjne u ubezpieczyciela: 2-12 miesięcy
- Odwołanie: 2-3 miesiące (opcjonalnie)
- Proces sądowy w I instancji: 12-24 miesiące (czasem dłużej)
- Apelacja: 6-12 miesięcy (jeśli ktoś wniesie)
Razem: od kilku miesięcy do nawet 3-4 lat.
Brzmi przygnębiająco? Trochę tak. Ale wiedząc, czego się spodziewać, łatwiej się na to przygotować psychicznie i organizacyjnie.
A jakie są Wasze doświadczenia? Ile czekaliście na swoje zadośćuczynienie? Podzielcie się w komentarzach – ciekawe, czy Wasze sprawy trwały krócej, czy dłużej niż te, które ja obserwuję w kancelarii.
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl