
Wprowadzenie
Kolizje z dzikimi zwierzętami to jeden z najczęstszych typów zdarzeń drogowych w Polsce. Dzik, łoś, sarna – wyskakują znikąd, tuż przed maskę, i nawet najlepszy kierowca nie ma szans na reakcję. W praktyce kancelarii spotykamy się z tego typu sprawami regularnie, a pytanie klientów jest zawsze to samo: „Kto mi za to zapłaci?”.
Odpowiedź, choć przykra, jest zazwyczaj brutalna: najprawdopodobniej nikt. Dzisiaj chcę szczerze opowiedzieć o tym, dlaczego szanse na odszkodowanie po zderzeniu z dzikiem są tak minimalne, kiedy można spróbować walczyć, i dlaczego autocasco to jedyne sensowne rozwiązanie w tej sytuacji.
Spis treści
- Dlaczego dzika zwierzyna to problem bez właściciela
- Koło łowieckie – teoretyczna szansa, praktyczna iluzja
- Zarządca drogi i sprawa brakującego znaku
- Co mówi orzecznictwo? (Nic dobrego)
- Moje doświadczenia: klienci rezygnują po analizie kosztów
- Porady praktyczne: autocasco i ostrożność
- Kiedy mimo wszystko warto próbować?
Dlaczego dzika zwierzyna to problem bez właściciela
Zacznijmy od fundamentalnej kwestii, która wydaje się truizmem, ale właśnie w niej tkwi cały problem: dzika zwierzyna jest dzika. Nikt nie jest jej właścicielem, nikt nie odpowiada za jej zachowanie, nikt nie kontroluje jej ruchów.
Wyobraźmy sobie typową sytuację: wracacie wieczorem do domu przez las, nagle z boku wyskakuje dzik, uderzacie w niego, przednia część auta w gruzach, wy w szoku. Przychodzicie do kancelarii z pytaniem: „Kto zapłaci?”.
I tu zaczyna się problem. Bo w prawie odszkodowawczym musimy znaleźć podmiot odpowiedzialny – kogoś, kto ponosi winę za zdarzenie. A w przypadku dzikiego zwierzęcia… kto to ma być? Dzik sam nie odpowie przed sądem (co oczywiste), ale co ważniejsze – nie ma też nikogo, kto by „za niego” odpowiadał.
To jak szukanie winnego, gdy w auto uderza meteoryt. Teoretycznie zdarzenie jest, szkoda jest, ale sprawcy w rozumieniu prawnym – nie ma.
Koło łowieckie – teoretyczna szansa, praktyczna iluzja
Istnieje jednak jeden scenariusz, w którym odpowiedzialność można by przypisać: polowanie z nagonką.
Wyobraźmy sobie sytuację: trwa polowanie, myśliwi organizują nagonkę (czyli spłoszenie zwierzyny w określonym kierunku), dzik w panice wybiega na drogę i wpada pod koła Waszego auta. W takiej sytuacji można by mówić o odpowiedzialności koła łowieckiego lub organizatora polowania – to ich działanie doprowadziło do wybiegnięcia zwierzęcia na jezdnię.
Brzmi prosto, prawda? W teorii tak. Ale w praktyce z taką sytuacją nigdy się nie spotkałem.
Dlaczego? Bo:
- Polowania nie są zazwyczaj organizowane w bezpośrednim sąsiedztwie dróg (przynajmniej oficjalnie)
- Poszkodowany kierowca zwykle nie ma pojęcia, że akurat trwa polowanie
- Nawet jeśli polowanie się odbywało, udowodnienie związku przyczynowego (że to nagonka spowodowała wybiegnięcie) jest niezwykle trudne
Tak więc ta podstawa odpowiedzialności istnieje głównie w podręcznikach prawa, nie w praktyce.
Zarządca drogi i sprawa brakującego znaku
Druga możliwa podstawa odpowiedzialności to zarządca drogi (gmina, powiat, GDDKiA – w zależności od rodzaju drogi).
Zgodnie z art. 20 ustawy z dnia 21 marca 1985 r. o drogach publicznych, do zarządcy drogi należy utrzymanie drogi w sposób zapewniający bezpieczeństwo ruchu. Obejmuje to m.in.:
- utrzymanie nawierzchni,
- stawianie znaków drogowych,
- ostrzeganie o potencjalnych zagrożeniach.
I tu pojawia się pewien pomysł: a co jeśli w miejscu, gdzie często występuje dzika zwierzyna, nie ma znaku ostrzegawczego (znak A-18b „Dzikie zwierzęta”)? Czy to nie jest zaniedbanie zarządcy?
Teoretycznie – owszem, można by się o to zaczepić. Ale praktyka pokazuje, że to droga donikąd. Dlaczego?
Problem 1: Gdzie postawić znak?
Zwierzęta nie trzymają się ustalonych tras. Dzik może wybiec dosłownie wszędzie – w lesie, na skraju wsi, a nawet… w mieście. Czy zarządca ma obowiązek stawić znaki na każdym możliwym odcinku? Oczywiście, że nie.
Problem 2: Dowodzenie winy
Nawet jeśli brakuje znaku w miejscu, gdzie zwierzęta często przekraczają jezdnię, to na poszkodowanym spoczywa ciężar udowodnienia, że:
- zarządca wiedział (lub powinien wiedzieć) o częstym występowaniu zwierzyny,
- brak znaku był zaniedbaniem,
- gdyby znak był, do wypadku by nie doszło.
Ten ostatni punkt jest kluczowy – i tu pojawia się…
Problem 3: Orzecznictwo sądów
Sądy wielokrotnie przyjmowały, że nawet gdyby znak był, to przy nagłym wtargnięciu zwierzyny nic by to nie dało. Dzik wyskakuje z lasu tuż przed maskę – czy znak 200 metrów wcześniej pozwoliłby na uniknięcie zderzenia? Sądy zwykle odpowiadają: nie.
Co ciekawe, w praktyce często okazuje się, że znak był (tylko poszkodowany go nie zauważył), albo poszkodowany po prostu nie ma pewności, czy był. A bez konkretnych dowodów sprawa się sypie.
Co mówi orzecznictwo? (Nic dobrego)
Z praktyki kancelarii wynika, że orzecznictwo w sprawach zderzeń z dzikimi zwierzętami jest zdecydowanie niekorzystne dla poszkodowanych. Sądy konsekwentnie przyjmują, że:
- Brak znaku nie oznacza automatycznej winy zarządcy
- Nagłe wtargnięcie zwierzyny to zdarzenie trudne do przewidzenia
- Nawet z ostrzeżeniem kierowca często nie ma szans na uniknięcie kolizji
Innymi słowy: brak podstaw do przypisania odpowiedzialności.
Moje doświadczenia: klienci rezygnują po analizie kosztów
Zastanawia mnie czasem, jak to jest, że dziki powodują szkody na setki tysięcy złotych rocznie, a tak niewielu poszkodowanych dostaje odszkodowanie. Odpowiedź jest prosta: ekonomiczny rachunek.
W praktyce kancelarii spotkaliśmy się z dziesiątkami zapytań o tego typu sprawy. Typowy scenariusz wygląda tak:
- Klient przychodzi ze zdjęciami rozbitego auta (często szkoda 10-20 tysięcy złotych)
- Pyta: „Kto zapłaci?”
- Przedstawiamy mu analizę sprawy: szanse minimalne, koszty procesu wysokie (opłata sądowa, biegły, ewentualnie koszty strony przeciwnej)
- Klient po przemyśleniu… rezygnuje
I to jest racjonalna decyzja. Po co ryzykować 5-10 tysięcy złotych kosztów procesowych przy bardzo wysokim ryzyku przegrania sprawy?
Większość naszych klientów po dokładnej analizie kosztów i szans procesowych sprawę odpuszczała. Nie dlatego, że się poddawali – po prostu matematyka nie grała.
Porady praktyczne: autocasco i ostrożność
Skoro szanse na odszkodowanie od kogokolwiek są tak znikome, co robić? Mam dla Was kilka praktycznych rad:
1. Autocasco – jedyne sensowne rozwiązanie
Jeśli często jeździcie przez tereny leśne, ubezpieczenie AC (autocasco) to nie luksus, to konieczność. Tylko to zabezpieczenie realnie ochroni Was przed kosztami naprawy po zderzeniu z dzikiem.
Uwaga: sprawdźcie warunki polisy – niektóre AC mają wyłączenia dla szkód spowodowanych przez zwierzęta, albo wymagają dodatkowej składki.
2. Widzisz znak „Dzikie zwierzęta”? Zwolnij!
To nie jest dekoracja – to ostrzeżenie. W miejscach oznaczonych tym znakiem:
- Zwolnij do 60-70 km/h
- Patrz w las po obu stronach drogi
- Szczególnie uważaj o zmierzchu i w nocy (wtedy zwierzęta są najaktywniejsze)
3. Techniki bezpiecznej jazdy
- Jeśli widzisz zwierzę na poboczu – nie trąb! Dzik może się przestraszyć i wybiec pod koła
- Lepiej zatrzymać się i poczekać, aż zwierzę przejdzie
- Pamiętaj: gdzie jedno zwierzę, tam często jest więcej (zwłaszcza dziki chodzą grupami)
4. Co robić po zderzeniu?
- Wezwij policję (protokół będzie potrzebny do zgłoszenia szkody w AC)
- Zrób zdjęcia miejsca zdarzenia i uszkodzeń
- Jeśli zwierzę żyje i jest ranne – nie zbliżaj się! Dzik to niebezpieczne zwierzę
- Powiadom Straż Leśną lub koło łowieckie (numer znajdziesz u dyżurnego policji)
5. Nie próbuj omijać w ostatniej chwili
Paradoksalnie, lepiej uderzyć w dzika niż zrobić gwałtowny manewr, stracić panowanie nad autem i wpaść w drzewo lub do rowu. Twoje życie jest warte więcej niż auto.
Kiedy mimo wszystko warto próbować?
Czy zawsze trzeba odpuścić? Nie do końca. Są sytuacje, w których warto skonsultować sprawę z prawnikiem:
- Masz świadków polowania w pobliżu – jeśli ktoś widział nagonkę, myśliwych w okolicy, to podstawa do odpowiedzialności koła łowieckiego
- Znasz dokładne miejsce i możesz udowodnić częste występowanie zwierzyny + brak znaku – to trudne, ale czasem wykonalne (np. zapisy z FB lokalnej grupy o dzikach na drodze)
- Szkoda jest bardzo wysoka (np. 50-100 tysięcy złotych) – wtedy może warto podjąć ryzyko procesowe
- Masz pełne AC – możesz dostać odszkodowanie z własnego AC, a ubezpieczyciel sam zdecyduje, czy chce regresować (dochodzić zwrotu) od kogokolwiek
Ale uczciwie? To są rzadkie sytuacje. W zdecydowanej większości przypadków sprawa nie ma szans powodzenia.
Podsumowanie i refleksja
Zastanawia mnie, dlaczego w dobie wzrastającej populacji dzików i rosnącej liczby wypadków wciąż nie ma systemowego rozwiązania tego problemu. Może jakiś fundusz kompensacyjny? Jakaś forma odpowiedzialności zbiorowej Skarbu Państwa za szkody wyrządzone przez dziką zwierzynę?
Z praktyki kancelarii wiem jedno: obecny stan prawny nie chroni poszkodowanych. Dzik wybiegł, auto rozbite, życie zagrożone – a odpowiedzialnego nie ma. Pozostaje tylko ubezpieczenie i ostrożność.
Tak więc moja rada: przezornie wykupcie autocasco, a widząc znak ostrzegający o dzikiej zwierzynie – zwolnijcie i wypatrujcie rogów czy szabel wyłaniających się z lasu. Bo szansę na odszkodowanie od kogokolwiek są, niestety, wysoce iluzoryczne.
A jakie są Wasze doświadczenia z dzikami na drodze? Udało się komuś dostać odszkodowanie? A może macie swoje sposoby na bezpieczną jazdę przez lasy? Podzielcie się w komentarzach!
Źródła:
- Ustawa z dnia 21 marca 1985 r. o drogach publicznych (art. 20)
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl