Prowadzisz wieczorem przez drogę. Nic nie zapowiada zagrożenia. Nagle z ciemności wyskakuje dzik. Zderzenie, stłuczka, a Ty – w najlepszym razie – z kontuzjami i zepsutym samochodem. Myślisz sobie: „Przecież nie było tu znaku ostrzegawczego! Zarządca drogi powinien był go postawić!” Zgłaszasz sprawę, liczysz na odszkodowanie. I dostajesz… odmowę.
Tak wyglądała historia pani K., która w 2012 roku na ulicy w pobliżu wrocławskiego lotniska zderzyła się z dzikiem. Sprawa trafiła do sądu, a wyrok? Powództwo oddalono w całości. Dlaczego? Bo – jak się okazało – brak znaku ostrzegawczego A18B („Uwaga! Dzikie zwierzęta!”) nie oznacza automatycznie, że ktoś musi zapłacić.
Kiedy znak A18B powinien stać na drodze?
Z praktyki kancelarii wiem, że wielu poszkodowanych myśli, że wszędzie tam, gdzie dzik może pojawić się na drodze, znak ostrzegawczy powinien stać. Niestety prawo tak nie działa.
Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Infrastruktury znak A18B powinien być ustawiony w miejscach, gdzie zwierzęta dziko żyjące często przekraczają drogę. Chodzi o konkretne sytuacje:
Wjazd do lasu o dużej ilości zwierzyny
Miejsca przecięcia drogi z dojściem zwierząt do wodopoju
Stałe trasy migracji zwierzyny
Kluczowe słowo to „często”. Nie wystarczy, że ktoś raz widział dzika. Nie wystarcza nawet to, że sołtys okolicznej wsi wspominał kiedyś o dzikich zwierząt w okolicy. Trzeba wykazać, że dany odcinek drogi to faktyczne miejsce systematycznego przechodu zwierzyny.
Co musiała udowodnić pani K. (i czego nie udowodniła)?
W sprawie IX C 487/14 Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Śródmieścia postawił sprawę jasno: to na poszkodowanym ciąży obowiązek udowodnienia, że:
Zarządca drogi miał obowiązek postawić znak – czyli że to miejsce faktycznie było stałym przejściem zwierząt
Brak znaku był przyczyną wypadku – że gdyby znak stał, zderzenia by nie było
Pani K. nie przedstawiła żadnych przekonujących dowodów na te okoliczności. Owszem, znalazła informację z internetu, że w pobliskiej wsi sołtys wspominał o dzikach – ale to było kilka kilometrów dalej i dwa miesiące wcześniej. Sąd uznał to za niewystarczające.
Co więcej – dzik pojawił się… przy płocie lotniska. Nie przy lesie, nie przy wodopoju, nie w żadnym typowym miejscu bytowania dzikiej zwierzyny. Po prostu przypadkiem.
„Było niespodziewanie” – argument, który robi różnicę
Zwróć uwagę na coś ciekawego. Pani K. sama zeznała, że dzik wtargnął na jezdnię niespodziewanie. Było ciemno, zwierzę było nisko i w szarej sierści – praktycznie niewidoczne. I tutaj następuje prawniczy kop: jeśli zderzenie było nieuniknione, to czy obecność znaku cokolwiek by zmieniła?
Sąd stwierdził wprost: nawet gdyby znak stał, to przy tak nagłym wtargnięciu dzika i niemożności wykonania manewru obronnego, zderzenia i tak by nie udało się uniknąć. A to przecina związek przyczynowo-skutkowy – fundamentalną przesłankę odpowiedzialności odszkodowawczej.
Mówiąc prościej: znak ostrzegawczy to nie tarcza ochronna. On jedynie przypomina kierowcy, żeby zachował ostrożność. Nie gwarantuje, że dzik nie wyskoczy.
Czy to oznacza, że nigdy nie dostaniesz odszkodowania za zderzenie z dzikiem?
Nie. Ale droga do odszkodowania jest trudna i wymaga solidnych dowodów.
Kiedy masz szansę?
Gdy na danym odcinku drogi wielokrotnie dochodziło do zderzeń ze zwierzętami (są zgłoszenia policyjne, notatki zarządcy drogi)
Gdy lokalne służby leśne lub łowieckie potwierdzą stałą obecność zwierzyny w tym miejscu
Gdy zarządca drogi wiedział o problemie, a mimo to nie postawił znaku
Kiedy raczej przegrasz?
Gdy dzik pojawił się „znikąd”, w nietypowym miejscu
Gdy nie masz żadnych dowodów na systematyczność zagrożenia
Gdy sam przyznasz, że zderzenie było nieuniknione
Co robić zamiast opierać się wyłącznie na braku znaku?
Jeśli faktycznie chcesz walczyć o odszkodowanie po zderzeniu z dzikiem, to:
Zgromadź dowody na stałość zagrożenia – np. zwróć się do Policji o dane o innych wypadkach w tym miejscu, popytaj sołtysów, skontaktuj się z zarządcą obwodu łowieckiego
Udokumentuj miejsce wypadku – zrób zdjęcia, zapisz dokładną lokalizację GPS
Sprawdź inne podstawy odpowiedzialności – czasem za szkodę odpowiada dzierżawca obwodu łowieckiego (art. 46 ustawy Prawo łowieckie), a nie zarządca drogi
Szukaj świadków – innych kierowców, którzy też widzieli tam dziki
Refleksja na koniec
Po latach praktyki dostrzegam pewien paradoks. Poszkodowani w zderzeniach z dzikami szukają odpowiedzialności tam, gdzie jej nie ma – u zarządców dróg. A przecież to nie zarządca wypuszcza dziki na jezdnię. To nie on kontroluje, gdzie one chodzą.
Czasem po prostu trzeba pogodzić się z pechowym zrządzeniem losu.
A wyrok w sprawie IX C 487/14? To kolejne potwierdzenie zasady, którą powtarzam klientom od lat: w sprawach odszkodowawczych to Ty musisz udowodnić winę drugiej strony. Sąd nie zrobi tego za Ciebie.
Źródła:
Wyrok Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Śródmieścia z dnia 19 listopada 2014 r., sygn. akt IX C 487/14
Ustawa z dnia 21 marca 1985 r. o drogach publicznych (art. 20 pkt 4)
Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 3 lipca 2003 r. w sprawie szczegółowych warunków technicznych dla znaków i sygnałów drogowych (pkt 2.2.20.2 załącznika nr 1)
Wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z dnia 10 stycznia 2013 r., I ACa 717/12
Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 19 kwietnia 1974 r., II CR 157/74
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl
Dziesięć tysięcy złotych za uraz biczowy? „To za dużo, nie wygramy” – słyszę od wielu poszkodowanych. A potem okazuje się, że sąd przyznaje dokładnie taką kwotę. Z praktyki kancelarii wynika, że najczęstszą przeszkodą w dochodzeniu sprawiedliwego zadośćuczynienia nie jest brak podstaw prawnych, ale… strach przed kosztami procesu. Dziś chcę pokazać, dlaczego ten strach jest często nieuzasadniony i dlaczego warto walczyć o wysokie kwoty, nawet gdy ubezpieczyciel próbuje sprowadzić sprawę do kilku tysięcy złotych.
Spis treści
Problem: niska wypłata i strach przed procesem
Tendencja wzrostowa – sądy przyznają coraz więcej
Sprawa z Gdyni – 10 000 zł za typowy uraz biczowy
Dlaczego warto walczyć o wysoką kwotę?
Praktyczne rady dla poszkodowanych
Podsumowanie
Niska wypłata po likwidacji szkody – frustrujący standard
Po przeprowadzeniu postępowania likwidacyjnego zdecydowana większość poszkodowanych z urazem typu „smagnięcie biczem” nie jest zadowolona z przyznanego zadośćuczynienia. Ubezpieczyciele oferują zazwyczaj kwoty w przedziale 2 000 – 5 000 zł, argumentując to tym, że uraz był „krótkotrwały”, „nie pozostawił trwałych następstw” lub że „brak jest obiektywnych dowodów na dolegliwości”.
W praktyce kancelarii spotykamy się z tym schematem niemal codziennie:
Poszkodowany dostaje propozycję 3 000 zł
Wie, że to za mało, bo przez miesiące cierpiał, chodził na rehabilitację, nie mógł normalnie funkcjonować
Chce walczyć o więcej, ale boi się, że jeśli wytoczą powództwo o np. 15 000 zł i przegrają, będą musieli zapłacić koszty procesu
I tu pojawia się kluczowe pytanie: czy warto ryzykować?
Tendencja wzrostowa – sądy przyznają coraz wyższe kwoty
Dobrą wiadomością jest to, że sądy coraz częściej przyznają wysokie zadośćuczynienia za urazy biczowe kręgosłupa. Jeszcze kilka lat temu kwoty rzędu 10 000 zł za „zwykły” uraz biczowy były rzadkością. Dziś – w odpowiednio udokumentowanych sprawach – stają się standardem.
Dlaczego tak się dzieje?
Rosnąca świadomość sądów co do rzeczywistych skutków urazu biczowego
Wiedza o tym, że skutki urazu mogą trwać miesiącami, a czasem latami
Coraz więcej precedensów orzeczniczych
Sprawa z Gdyni – dowód na to, że warto walczyć
Doskonałym przykładem jest wyrok Sądu Rejonowego w Gdyni z dnia 4 października 2017 r., sygn. akt I C 640/16. Sprawa ta pokazuje, że nawet przy „typowym” urazie biczowym można uzyskać wysokie zadośćuczynienie – pod warunkiem odpowiedniego przygotowania sprawy.
Czego dotyczyła sprawa?
Powódka została uderzona przez poprzedzający pojazd. W wyniku zderzenia doznała:
Długotrwałe konsekwencje – rezygnacja z aktywności sportowej, ograniczenia w codziennym życiu
Dlaczego warto walczyć o wysoką kwotę?
1. Sądy coraz częściej przyznają wysokie kwoty
Tendencja jest wyraźna – jeszcze 5-10 lat temu kwoty rzędu 10 000 zł za uraz biczowy były rzadkością. Dziś, przy odpowiedniej dokumentacji i reprezentacji prawnej, stają się standardem.
2. Koszty procesu nie są tak straszne, jak się wydaje
Wielu poszkodowanych boi się, że jeśli wytoczą powództwo o 15 000 zł, a sąd przyzna im tylko 8 000 zł, będą musieli zwrócić ubezpieczycielowi wszystkie koszty. To nieprawda.
Zgodnie z zasadą odpowiedzialności za wynik sprawy
Jeśli wygrywasz w 80%, ponosisz tylko 20% kosztów strony przeciwnej
Jeśli wygrywasz w 50%, każda strona ponosi swoje koszty
Koszty są proporcjonalne do tego, w jakim stopniu wygrałeś sprawę
Przykład: Wytaczasz powództwo o 15 000 zł. Sąd przyznaje 10 000 zł. Wygrałeś w 67% (10 000 / 15 000). To znaczy, że:
Ubezpieczyciel zwraca Ci 67% Twoich kosztów (np. opłata sądowa, koszty zastępstwa procesowego)
Ty zwracasz ubezpieczycielowi tylko 33% jego kosztów
W praktyce kancelarii widzimy, że nawet jeśli nie uzyskasz pełnej kwoty z pozwu, i tak wychodzisz na plus – bo dostajesz znacznie więcej niż oferował ubezpieczyciel w postępowaniu likwidacyjnym.
3. Ubezpieczyciele liczą na Twój strach
Proponując 3 000 zł za uraz wart 10 000 zł, ubezpieczyciele doskonale wiedzą, że większość poszkodowanych nie będzie walczyć. Dlaczego? Bo:
Nie wiedzą, ile naprawdę mogą dostać
Boją się kosztów procesu
Myślą, że „to za mało, żeby się kłócić”
A tymczasem różnica między 3 000 zł a 10 000 zł to 7 000 zł – często więcej niż miesięczna pensja.
Praktyczne rady dla poszkodowanych
1. Dokumentuj wszystko od pierwszego dnia
Im lepiej udokumentujesz swoje dolegliwości, tym większe masz szanse na wysokie zadośćuczynienie:
Wizyty u lekarza – każda wizyta, każde badanie (RTG, MRI)
Ograniczenia w codziennym życiu – czy przestałeś uprawiać sport? Czy miałeś problemy z pracą? Zapisz to!
2. Nie przyjmuj pierwszej propozycji
Jeśli ubezpieczyciel proponuje Ci 2 000 – 5 000 zł za uraz biczowy z miesięcznym leczeniem i rehabilitacją – to prawdopodobnie zaniżona kwota. Przed podpisaniem ugody skonsultuj się z prawnikiem specjalizującym się w odszkodowaniach.
3. Nie bój się wysokich kwot w pozwie
Jeśli masz solidną dokumentację medyczną i rzeczywiste dolegliwości – warto wytaczać powództwo o kwotę, która rzeczywiście odzwierciedla Twoją krzywdę. Pamiętaj:
Sąd i tak przyzna tyle, ile uzna za słuszne (może być mniej niż żądasz, ale rzadko będzie więcej)
Koszty procesu są proporcjonalne do wyniku sprawy
Jeśli wygrasz w znacznej części – ubezpieczyciel zwróci Ci większość kosztów
4. Wybierz prawnika z doświadczeniem w odszkodowaniach
Nie każdy prawnik ma doświadczenie w sprawach odszkodowawczych. W praktyce kancelarii widzimy różnicę między sprawami prowadzonymi przez specjalistów a tymi prowadzonymi „po omacku”. Dobry prawnik:
Zna aktualne orzecznictwo i trendy w przyznawanych kwotach
Wie, jak skutecznie negocjować z ubezpieczycielem
5. Pamiętaj o terminach
Roszczenie o zadośćuczynienie przedawnia się:
Po 3 latach – jeśli sprawca został skazany za wykroczenie (naruszenie czynności narządu ciała poniżej 7 dni)
Po 20 latach – jeśli sprawca został skazany za przestępstwo (naruszenie czynności narządu ciała powyżej 7 dni)
Uwaga: Termin 3-letni biegnie od momentu, gdy dowiedziałeś się o szkodzie i sprawcy – czyli zazwyczaj od dnia wypadku!
Czy wiesz, że…
…większość spraw o odszkodowanie za uraz biczowy kończy się ugodą sądową jeszcze przed wyrokiem? Ubezpieczyciele wolą zapłacić więcej „na dobre” niż ryzykować niekorzystny wyrok. Dlatego samo wytoczenie dobrze przygotowanego powództwa często skutkuje podwyższeniem oferty – nawet zanim sprawa trafi na rozprawę.
…sądy coraz częściej uwzględniają tzw. „ból emocjonalny” i „utratę jakości życia” przy wycenie zadośćuczynienia? Jeśli z powodu urazu przestałeś uprawiać ulubiony sport, masz problemy ze snem, czy zrezygnowałeś z aktywności towarzyskich – to wszystko ma znaczenie.
Podsumowanie
Sprawa z Gdyni to doskonały przykład na to, że warto walczyć o wysokie zadośćuczynienie za uraz biczowy – nawet jeśli ubezpieczyciel próbuje Cię przekonać, że „to tylko kilka dni bólu” i oferuje śmieszną kwotę.
Dziesięć tysięcy złotych za typowy uraz biczowy to dziś realny wynik – pod warunkiem odpowiedniego przygotowania sprawy i odwagi w domaganiu się sprawiedliwej rekompensaty. Nie daj się zastraszyć kosztami procesu. W praktyce kancelarii widzimy, że poszkodowani, którzy zdecydowali się na walkę w sądzie, ostatecznie zyskują znacznie więcej niż ci, którzy zgodzili się na pierwszą propozycję ubezpieczyciela.
Pamiętaj: różnica między 3 000 zł a 10 000 zł to 7 000 zł – często więcej niż miesięczna pensja. Czy naprawdę warto z tego rezygnować ze strachu przed procesem?
Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza wymaga indywidualnej analizy okoliczności, dokumentacji medycznej i konsultacji z prawnikiem specjalizującym się w odszkodowaniach.
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz na blogu www.blogoodszkodowaniach.pl.
W praktyce kancelarii regularnie spotykamy się z sytuacjami, w których sąd pierwszej instancji przyznaje zadośćuczynienie za uraz biczowy w wysokości, która – delikatnie mówiąc – nie odzwierciedla rzeczywistej skali cierpień poszkodowanego. Wtedy pojawia się pytanie: czy warto walczyć dalej? Czy sąd apelacyjny może podwyższyć tę kwotę? Odpowiedź brzmi: tak, i to znacząco. Chciałbym pokazać Wam na przykładzie rzeczywistej sprawy, jak apelacja pozwoliła zwiększyć zadośćuczynienie z 30 000 zł aż do 50 000 zł.
Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej.
Spis treści
Stan faktyczny sprawy – co się wydarzyło?
Orzeczenie sądu pierwszej instancji
Apelacja i argumenty poszkodowanej
Wyrok sądu apelacyjnego – dlaczego podwyższono kwotę?
Kluczowe przesłanki zwiększenia zadośćuczynienia
Praktyczne wnioski dla poszkodowanych
Najczęstsze pytania o apelację w sprawach odszkodowawczych
Stan faktyczny sprawy – co się wydarzyło?
Sprawa, którą dziś analizujemy, dotyczyła wypadku z 14 maja 2013 roku. Powódka była pasażerką samochodu prowadzonego przez męża. W pewnym momencie inny kierowca, nie hamując, uderzył w tył ich stojącego pojazdu, który siłą odrzutu uderzył w auto przed nim. Klasyczna kolizja typu „karambol” – z pozoru niewielka, ale skutki okazały się poważne.
Co ciekawe, powódka w dniu wypadku zrezygnowała z karetki pogotowia – musiała odwieźć chore dziecko do lekarza. To częsta sytuacja, którą obserwujemy w praktyce – poszkodowani bagatelizują pierwsze objawy, myśląc „zaraz mi przejdzie”. Niestety, to błąd. Dopiero następnego dnia, gdy dolegliwości się nasiliły (silny ból karku, głowy, trudności w poruszaniu szyją), kobieta zgłosiła się do szpitala.
Diagnoza i leczenie
Badania wykazały uraz typu „smagnięcia biczem” (mechanizm odgięciowo-zgięciowy kręgosłupa szyjnego) z urazem okolicy potylicznej czaszki. W wyniku urazu doszło do:
Przemieszczenia kręgu C5 w stosunku do C6
Spłycenia lordozy (krzywizny) kręgosłupa szyjnego
Ucisku korzonków szyjnych przez struktury kostno-stawowe
Powódka była leczona:
Przez 3 tygodnie nosiła kołnierz ortopedyczny
Pobierała leki przeciwbólowe
Przechodziła rehabilitację ambulatoryjną do 23 maja 2014 roku
Leczenie zakończono bez uzyskania remisji objawów
Orzeczenie sądu pierwszej instancji
Wyrokiem z dnia 21 listopada 2017 roku (sygn. akt: I C 942/14) Sąd Rejonowy w Łasku zasądził zadośćuczynienie w wysokości 30 000 zł.
Okres zasadniczego leczenia: do 7 października 2014 roku
Leczenie nie zostało zakończone
Dolegliwości są utrwalone i umiarkowane
Skutki dla życia powódki:
Stałe przyjmowanie leków przeciwbólowych
Zaburzenia czucia i siły chwytnej ręki lewej
Problemy z czynnościami precyzyjnymi (pisanie na klawiaturze, szycie)
Brak rokowania na wyleczenie
Apelacja i argumenty poszkodowanej
Powódka nie zgodziła się z wysokością przyznanego zadośćuczynienia i wniosła apelację. Główny zarzut dotyczył naruszenia art. 445 § 1 KC – zasądzona kwota 30 000 zł nie była adekwatna do rozmiaru doznanej krzywdy.
I tu kluczowa obserwacja z praktyki kancelarii: nie każda niska kwota zasądzona przez sąd pierwszej instancji jest ostateczna. Sąd apelacyjny ma pełne prawo do kontroli wysokości zadośćuczynienia i jego podwyższenia, jeśli uznaje, że nie odzwierciedla ono rzeczywistej skali cierpień.
Wyrok sądu apelacyjnego – dlaczego podwyższono kwotę?
Wyrokiem z dnia 28 lutego 2018 roku (sygn. akt: I Ca 32/18) Sąd Okręgowy w Sieradzu zmienił zaskarżony wyrok i podwyższył zadośćuczynienie z 30 000 zł do 50 000 zł (łącznie z wcześniejszą wypłatą 1500 zł = 51 500 zł).
Sąd apelacyjny uznał zarzut apelującej za trafny i wskazał, że:
„Wprawdzie ustalenie wysokości zadośćuczynienia pozostawiono dyskrecjonalnej władzy sędziego, to jednak jej wysokość podlega kontroli Sądu odwoławczego.”
Kryteria, które sąd wziął pod uwagę
Sąd apelacyjny powołał się na bogate orzecznictwo i piśmiennictwo, które wypracowało kryteria ustalania „odpowiedniej sumy” zadośćuczynienia. Przy uszkodzeniu ciała należy uwzględnić:
Rodzaj i stopień intensywności cierpień – fizycznych i psychicznych
Czas trwania dolegliwości – w tym przypadku od 2013 roku do chwili orzekania (i dalej)
Nieodwracalność skutków urazu – brak rokowania na wyleczenie
Wpływ na dotychczasowy styl życia – niemożność wykonywania precyzyjnych czynności
Rodzaj wykonywanej pracy – ograniczenia w życiu zawodowym
Szanse na przyszłość – trwałe pogorszenie jakości życia
Sąd podkreślił:
„Uwzględniając całokształt okoliczności sprawy, w ocenie Sądu Okręgowego odpowiednią kwotą, które należycie spełni swoją funkcję kompensacyjną będzie suma w wysokości 51 500 zł. Wymieniona kwota nie jest nadmierna, biorąc pod uwagę skalę cierpień apelującej oraz ich trwałość, a także wpływ na dalsze życie powódki.”
Kluczowe przesłanki zwiększenia zadośćuczynienia
Z analizy tego wyroku wynikają kluczowe czynniki, które przekonały sąd apelacyjny do podwyższenia kwoty:
1. Trwałość i nieodwracalność skutków
Powódka nie rokuje wyleczenia. To nie jest urz, który przeszedł po pół roku rehabilitacji – to trwałe pogorszenie stanu zdrowia, z którym będzie żyć do końca życia.
2. Stałe przyjmowanie leków
Konieczność systematycznego zażywania leków przeciwbólowych – to koszt finansowy i psychiczny. W praktyce kancelarii widzimy, że sądy coraz częściej doceniają ten aspekt.
3. Ograniczenie funkcji życiowych
Zaburzenia czucia i siły chwytnej ręki lewej to nie abstrakcja – to konkretne problemy w codziennym życiu. Powódka ma trudności z pisaniem na klawiaturze czy szyciem. Dla osoby aktywnej zawodowo to poważne ograniczenie.
4. Długotrwałość leczenia bez efektu
Leczenie trwało ponad rok i zakończyło się bez remisji objawów. To pokazuje, że nie było to „zwykłe” smagnięcie, które przechodzi po kilku tygodniach.
5. Skala cierpień
Sąd apelacyjny zwrócił uwagę na „skalę cierpień” – dolegliwości były początkowo znaczne, potem umiarkowane, ale utrwalone. To oznacza permanentny dyskomfort, z którym poszkodowana musi się zmagać codziennie.
Praktyczne wnioski dla poszkodowanych
Wniosek 1: Nie bój się apelacji
Jeśli uważasz, że przyznane zadośćuczynienie jest zbyt niskie w stosunku do Twojej krzywdy – warto walczyć. Ta sprawa pokazuje, że sąd apelacyjny może podwyższyć kwotę nawet o 67% (z 30 000 zł do 50 000 zł).
Wniosek 2: Dokumentuj wszystko
Zbieraj wszystkie faktury za leki, wizyty lekarskie, rehabilitację
Prowadź dziennik dolegliwości – zapisuj, co Cię boli, kiedy i jak bardzo
Zbieraj dowody wpływu urazu na życie – np. jeśli musiałeś zmienić pracę, zrezygnować z hobby, itp.
Wniosek 3: Podkreślaj trwałość skutków
Jeśli dolegliwości są trwałe i nie rokują wyleczenia – to kluczowy argument. W apelacji warto mocno akcentować ten aspekt, powołując się na opinie biegłych.
Wniosek 4: Wskaż konkretne ograniczenia
Nie mów ogólnie „boli mnie kark”. Powiedz: „Z powodu bólu karku nie mogę pracować przy komputerze dłużej niż 2 godziny, muszę brać przerwy, przyjmuję leki 3 razy dziennie, nie mogę bawić się z dzieckiem tak jak kiedyś.”
Wniosek 5: Powołaj się na orzecznictwo
Sąd apelacyjny w tej sprawie powołał się na wyrok Sądu Najwyższego z 26 marca 2015 r., V CSK 317/14. W apelacji warto cytować podobne sprawy, w których przyznano wyższe kwoty za porównywalne urazy.
Czego unikać w apelacji?
Z praktyki kancelarii wynika, że niektóre błędy mogą zaszkodzić sprawie:
Nie żądaj absurdalnie wysokich kwot – sąd podkreślił, że zadośćuczynienie „nie powinno prowadzić do nadmiernego wzbogacenia się poszkodowanego”
Nie opieraj apelacji tylko na emocjach – potrzebne są merytoryczne argumenty, powołanie na orzecznictwo, precyzyjne wskazanie naruszeń prawa przez sąd pierwszej instancji
Nie bagatelizuj dolegliwości, ale też nie przesadzaj – sądy są wyczulone na próby wyolbrzymienia krzywdy
Podsumowanie z refleksją
Ta sprawa to doskonały przykład na to, że warto walczyć o swoje prawa. Apelacja pozwoliła poszkodowanej uzyskać o 20 000 zł więcej – to niemal podwojenie pierwotnej kwoty. Co więcej, sąd apelacyjny jasno wskazał kryteria, którymi się kierował – a to cenna wskazówka dla innych poszkodowanych.
Pamiętajcie: zadośćuczynienie ma rekompensować krzywdę. Jeśli czujecie, że przyznana kwota tego nie robi – nie rezygnujcie. Apelacja to Wasze prawo i może przynieść znaczącą różnicę.
A Wy? Jakie macie doświadczenia z apelacjami w sprawach odszkodowawczych? Dajcie znać w komentarzach!
FAQ – Najczęstsze pytania o apelację
1. Ile mam czasu na wniesienie apelacji?
14 dni od doręczenia Ci wyroku z uzasadnieniem. To termin bezwzględny – jeśli go przegapisz, apelacja będzie nieskuteczna. Najpierw musisz złożyć wniosek o uzasadnienie wyroku (w ciągu 7 dni od ogłoszenia), potem sąd sporządza uzasadnienie i Ci je doręcza, a od tego momentu biegnie 14 dni na apelację.
2. Ile kosztuje apelacja w sprawie o zadośćuczynienie?
Opłata sądowa od apelacji to 5% wartości przedmiotu zaskarżenia, ale nie mniej niż 30 zł. Przykład: jeśli zaskarżasz wyrok w części oddalającej Twoje żądanie 20 000 zł, opłata wyniesie 1000 zł. Koszty zastępstwa procesowego (adwokata/radcy) to zazwyczaj kilka tysięcy złotych – ale jeśli wygrasz, strona przeciwna zwróci Ci te koszty.
3. Czy w apelacji mogę podnosić nowe okoliczności?
Co do zasady nie. Apelacja to kontrola wyroku sądu pierwszej instancji, a nie nowe postępowanie. Możesz powoływać nowe okoliczności tylko w wyjątkowych sytuacjach (art. 381 KPC), np. jeśli nie mogłeś ich powołać wcześniej bez swojej winy. Dlatego tak ważne jest, żeby już w pozwie i w trakcie postępowania przed sądem pierwszej instancji przedstawić wszystkie istotne fakty.
4. Czy sąd apelacyjny zawsze podwyższa kwotę zadośćuczynienia?
Nie zawsze. Sąd apelacyjny może:
Utrzymać wyrok w mocy – jeśli uzna, że kwota była odpowiednia
Podwyższyć kwotę – jeśli uzna apelację za zasadną (jak w tej sprawie)
Obniżyć kwotę – jeśli to strona przeciwna wniosła apelację i przekona sąd
Z praktyki kancelarii wynika, że kluczowe jest merytoryczne uzasadnienie apelacji – powołanie się na konkretne błędy sądu pierwszej instancji, orzecznictwo, skalę krzywdy.
5. Czy mogę sam napisać apelację bez adwokata?
Formalnie tak – nie ma obowiązku reprezentacji przez profesjonalistę w sądzie pierwszej i drugiej instancji. Jednak z praktyki kancelarii wiemy, że apelacja to skomplikowany dokument, wymagający znajomości procedury i orzecznictwa. W tej sprawie poszkodowana zapewne korzystała z pomocy prawnika – i to się opłaciło. Błędy w apelacji mogą kosztować Cię sprawę.
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl
Źródła:
Wyrok Sądu Rejonowego w Łasku z dnia 21 listopada 2017 r., sygn. akt: I C 942/14
Wyrok Sądu Okręgowego w Sieradzu z dnia 28 lutego 2018 r., sygn. akt: I Ca 32/18
Art. 445 § 1 Kodeksu cywilnego (zadośćuczynienie za uszkodzenie ciała lub wywołanie rozstroju zdrowia)
Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 26 marca 2015 r., V CSK 317/14 (kryteria ustalania wysokości zadośćuczynienia)
Kilka postów temu pisałem o jednym z ulubionych zarzutów ubezpieczycieli: przyczynieniu się poszkodowanego do powstania szkody przez brak zapiętych pasów bezpieczeństwa. Konkluzja była prosta – skuteczność tego zarzutu stoi i pada z wykazaniem związku przyczynowo-skutkowego między niezapiętymi pasami a powstałymi obrażeniami. Bez tego związku, żadnego zmniejszania odszkodowania.
Ale prawo odszkodowawcze ma to do siebie, że regularnie zaskakuje. Czasem wręcz przewraca nasze wyobrażenia o „logice” wypadków na nice. Dziś opowiem Wam o sprawie, która na zawsze utkwiła mi w pamięci – o przypadku, gdy niezapięcie pasów bezpieczeństwa paradoksalnie uratowało życie mojej klientce.
Spis treści
Nawiązanie do wcześniejszego artykułu – przyczynienie się a pasy bezpieczeństwa
Tragiczny wypadek na ulicach Poznania
Obrażenia powódki – konsekwencje wyrzucenia przez przednią szybę
Kluczowe „ale” – zapięte pasy oznaczałyby pewną śmierć
Analiza prawna – dlaczego Sąd Okręgowy w Poznaniu oddalił zarzut
Paradoks bezpieczeństwa – refleksje nad sprawą
Praktyczne wnioski dla podobnych spraw
Przyczynienie się a pasy bezpieczeństwa – krótkie przypomnienie
Zanim przejdę do sedna, szybkie przypomnienie. Zarzut przyczynienia się (art. 362 Kodeksu cywilnego) polega na tym, że ubezpieczyciel twierdzi: „Gdybyś miał zapięte pasy, Twoje obrażenia byłyby mniejsze, więc zmniejszamy odszkodowanie”. To klasyka gatunku w sprawach komunikacyjnych.
Problem w tym, że sama teza „nie miałeś pasów, więc się przyczyniłeś” to za mało. Ubezpieczyciel musi wykazać, że między brakiem pasów a konkretnymi obrażeniami istnieje związek przyczynowy. Jeśli tego nie udowodni – pasy w grę nie wchodzą, a odszkodowanie należy się w pełnej wysokości.
Z mojego doświadczenia wiem, że ubezpieczyciele często podnoszą ten zarzut automatycznie, licząc na to, że poszkodowany się przestraszy i przyjmie zaniżoną propozycję. Dlatego tak ważne jest, by nie dać się zastraszać i dokładnie analizować każdą sprawę.
Tragiczny wypadek na ulicach Poznania
Kilka lat temu reprezentowałem młodą kobietę w sprawie, która była jedną z najtrudniejszych emocjonalnie w mojej karierze. Wypadek miał miejsce na ulicach Poznania. W pojeździe podróżowało czworo młodych ludzi – kierowca oraz trzech pasażerów, w tym moja klientka.
Samochód uderzył w przydrożny słup. Siła uderzenia, co potwierdziła później ekspertyza, nie była kolosalna – mówimy o zderzeniu, które przy zapiętych pasach prawdopodobnie zakończyłoby się otarciami tułowia, może złamaniem obojczyków w wyniku napięcia pasów, ale nic więcej. Typowy „mniejszy” wypadek komunikacyjny.
Ale dalej… No właśnie, dalej działy się rzeczy, których nikt nie mógł przewidzieć.
Obrażenia powódki – wyrzucenie przez przednią szybę
Moja klientka nie miała zapiętych pasów. W momencie uderzenia w słup wyrzuciło ją przez przednią szybę. Rozbiła ją własnym ciężarem ciała, przeleciała przez nią i wylądowała na poboczu.
Obrażenia były dramatyczne:
Cała twarz połamana i porozrywana
Złamane kości rąk
Uszkodzenia narządów wewnętrznych
Liczne rany i blizny
W zasadzie wyglądało to tak, jakby ktoś celowo chciał pokazać, co się dzieje, gdy nie zapina się pasów. Klasyczny materiał do kampanii społecznej „Zapnij pasy – uratuj życie”.
Zakład ubezpieczeń podniósł zarzut przyczynienia się i… miał mocne argumenty. Powołany przez niego biegły stwierdził jednoznacznie:
„Do obrażeń doszło w wyniku wyrzucenia powódki przez przednią szybę. Gdyby miała zapięte pasy bezpieczeństwa, nie zostałaby wyrzucona z pojazdu. Przy takiej sile uderzenia, z zapiętymi pasami, doszłoby jedynie do ewentualnych otarć tułowia i złamań obojczyków w wyniku napięcia pasów. Ciężkie obrażenia twarzy i narządów wewnętrznych nie wystąpiłyby.”
Innymi słowy: związek przyczynowy był ewidentny. Niezapięcie pasów bezpośrednio doprowadziło do ciężkich obrażeń.
Na pierwszy rzut oka sprawa wydawała się przegrana. Ubezpieczyciel miał opinię biegłego, logikę po swojej stronie i – co tu ukrywać – prawo też zdawało się przemawiać na jego korzyść.
Ale był jeden szczegół. Jeden kluczowy, dramatyczny szczegół.
Kluczowe „ale” – zapięte pasy oznaczałyby pewną śmierć
Wspomniałem, że w wypadku uczestniczyło czworo młodych ludzi. Moja klientka była jedyną, która przeżyła.
Dlaczego pozostali zginęli?
Ponieważ natychmiast po uderzeniu w słup doszło do zapalenia się paliwa, a chwilę później – do wybuchu pojazdu. Kierowca i dwaj pozostali pasażerowie nie zdążyli wydostać się z samochodu. Mimo że w samym uderzeniu nie doznali śmiertelnych obrażeń, po prostu spłonęli żywcem.
A moja klientka? Ona w tym samym momencie, gdy doszło do uderzenia, została wyrzucona z pojazdu. Wylądowała na poboczu – pokiereszowana, poturbowana, ale żywa. I właśnie dlatego, że była poza samochodem, uniknęła losu pozostałych uczestników.
Gdyby miała zapięte pasy, najprawdopodobniej pozostałaby uwięziona w fotelu. I jak kierowca oraz dwaj inni pasażerowie – zginęłaby w płomieniach.
To był ten jeden tragiczny przypadek, gdy niezapięcie pasów zamiast doprowadzić do śmierci, uratowało życie.
Moja argumentacja przed Sądem – logika na opak
Stanąłem przed Sądem Okręgowym w Poznaniu i przedstawiłem argumentację, która brzmiała niemal jak science fiction:
„Tak, Wysoki Sądzie, moja klientka rzeczywiście doznała ciężkich obrażeń w wyniku niezapięcia pasów. Ale gdyby miała zapięte pasy, nie żyłaby. W tej konkretnej, tragicznej sytuacji konsekwencją zapięcia pasów byłby pewny zgon.”
Ubezpieczyciel twierdził, że zapięte pasy zapobiegłyby ciężkim obrażeniom. Ja odpowiedziałem: „Tak, zapobiegłyby. Ale kosztem życia mojej klientki”.
To był jeden z tych momentów w zawodzie prawnika, gdy zdajesz sobie sprawę, że prawo – choć wydaje się sztywne i przewidywalne – musi elastycznie reagować na rzeczywistość. Bo rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana niż jakikolwiek paragraf.
Wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu – oddalenie zarzutu
Sąd Okręgowy w Poznaniu podzielił moje stanowisko i oddalił zarzut przyczynienia się.
Uzasadnienie było proste, choć w praktyce rzadko spotykane: w tej konkretnej sprawie niezapięcie pasów było czynnikiem, który uratował życie poszkodowanej. Ubezpieczyciel wykazał co prawda, że między brakiem pasów a obrażeniami istnieje związek przyczynowy, ale to nie oznacza automatycznego zmniejszenia odszkodowania, gdy alternatywą dla tych obrażeń byłaby śmierć.
Innymi słowy: poszkodowana nie może ponosić konsekwencji prawnych za coś, co – w tak ekstremalnych okolicznościach – paradoksalnie ją ocaliło.
Refleksje – prawo nie jest czarno-białe
Ta sprawa nauczyła mnie czegoś, o czym często zapominam w codziennej praktyce: prawo odszkodowawcze to nie tylko paragrafy i precedensy. To także ludzkie historie, czasem tak dramatyczne i nieoczekiwane, że wymykają się wszelkim schematom.
Ubezpieczyciele lubią operować czarno-białą logiką: „Nie miałeś pasów – Twoja wina – mniejsze odszkodowanie”. Ale rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana. Czasem to, co na pierwszy rzut oka wydaje się oczywistym zaniedbaniem, w kontekście całej sytuacji okazuje się… ratunkiem.
Czy moja klientka powinna była mieć zapięte pasy? Oczywiście, że tak – to podstawowa zasada bezpieczeństwa. Ale czy fakt, że ich nie miała, powinien skutkować zmniejszeniem odszkodowania w sytuacji, gdy zapięcie pasów oznaczałoby śmierć? Sąd powiedział: nie.
I słusznie.
Praktyczne wnioski – nie każdy przypadek jest oczywisty
Co z tego wynika dla praktyki?
Nie akceptuj automatycznie zarzutu przyczynienia się. Nawet jeśli ubezpieczyciel przedstawia opinię biegłego, warto dokładnie przeanalizować całą sytuację. Czasem kontekst zmienia wszystko.
Każda sprawa wymaga indywidualnej analizy. Szablonowe podejście ubezpieczycieli („nie miał pasów = zmniejszamy odszkodowanie”) nie zawsze się sprawdza.
Związek przyczynowy to nie wszystko. Nawet jeśli istnieje związek między zachowaniem poszkodowanego a obrażeniami, trzeba spojrzeć szerzej – na całość okoliczności wypadku.
W sprawach o zadośćuczynienie warto mieć prawnika. Takie niuanse, jak ten w mojej sprawie, rzadko są dostrzegane przez poszkodowanych działających samodzielnie.
Podsumowanie – gdy pasy bezpieczeństwa stają się pułapką
Tę sprawę wspominam zawsze, gdy ktoś pyta mnie, czy prawo odszkodowawcze to nudne paragrafy. Odpowiadam wtedy: „Nie, to fascynujące studium ludzkiej rzeczywistości”. Bo choć zasady są jasne, życie pisze scenariusze, których żaden ustawodawca nie był w stanie przewidzieć.
Pasy bezpieczeństwa ratują życie – to niepodważalna prawda. Ale w jednym tragicznym przypadku w Poznaniu to właśnie brak pasów uratował życie mojej klientce. I prawo – dzięki elastyczności Sądu – potrafiło to dostrzec.
A Ty? Czy spotkałeś się kiedyś z podobnie paradoksalną sytuacją? Daj znać w komentarzach – ciekaw jestem Waszych historii.
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza jest indywidualna i wymaga analizy konkretnych okoliczności. W celu uzyskania profesjonalnej porady prawnej zapraszamy do kontaktu z naszą kancelarią.
Analizując orzecznictwo w sprawach odszkodowawczych za urazy typu whiplash, natknąłem się na wyrok, który zasługuje na szczególną uwagę. Sąd Rejonowy w Legnicy w sprawie VII C 559/13 z 29 kwietnia 2014 roku przyznał poszkodowanemu 5000 złotych zadośćuczynienia, mimo że biegli nie stwierdzili trwałego uszczerbku na zdrowiu. Dlaczego to orzeczenie jest tak istotne? Bo pokazuje, że sam fakt wystąpienia urazu i cierpienia jest wystarczającą podstawą do zadośćuczynienia – nawet jeśli nie pozostawił trwałych następstw.
Spis treści
Stan faktyczny – typowy wypadek, nietypowe rozstrzygnięcie
Kluczowe ustalenia biegłych
Co zdecydowało o przyznaniu zadośćuczynienia?
Praktyczne wnioski dla poszkodowanych
FAQ – najczęstsze pytania
Stan faktyczny – typowy wypadek, nietypowe rozstrzygnięcie
Przebieg zdarzenia
W maju 2011 roku powód uczestniczył w wypadku komunikacyjnym, w wyniku którego doznał urazu kręgosłupa szyjnego typu „smagnięcie biczem”. Po przewiezieniu na SOR wykonano badanie RTG kręgosłupa szyjnego i rozpoznano skręcenie kręgosłupa szyjnego. Zalecono:
Stosowanie kołnierza ortopedycznego
Kontynuację leczenia w podstawowej opiece zdrowotnej
Rehabilitację
Powód nosił kołnierz przez 4 tygodnie, w tym czasie miał ograniczoną sprawność ze względu na silne bóle. Po zakończeniu leczenia dolegliwości ustąpiły, a funkcjonowanie w życiu codziennym wróciło do normy.
Stanowisko ubezpieczyciela
Zakład ubezpieczeń wypłacił poszkodowanemu 2500 złotych w postępowaniu likwidacyjnym. Kwota ta miała – w opinii ubezpieczyciela – w pełni rekompensować doznaną krzywdę. Poszkodowany uznał ją za niewystarczającą i wniósł sprawę do sądu, żądając dopłaty kolejnych 2500 złotych.
Kluczowe ustalenia biegłych
Opinia biegłego ortopedy-traumatologa
Biegły z zakresu chirurgii urazowej i ortopedii potwierdził, że w następstwie wypadku powód doznał typowego urazu z mechanizmu „smagnięcia biczem” – na skutek nagłego ruchu głowy kręgosłup szyjny wykonał gwałtowny ruch w stronę uderzenia, a następnie w przeciwną.
Kluczowe jednak było stwierdzenie: brak deficytu ruchomości kręgosłupa szyjnego spowodował, że powód nie spełniał kryteriów do stwierdzenia trwałego uszczerbku na zdrowiu (zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 18 grudnia 2002 r. w sprawie szczegółowych zasad orzekania o stałym lub długotrwałym uszczerbku na zdrowiu).
Opinia biegłego psychologa-psychiatry
Biegły potwierdził krótkotrwałe zaburzenia w sferze emocjonalnej, które jednak ustały. Rokowania co do pełnego powrotu do zdrowia określono jako bardzo korzystne – powód był młodym człowiekiem, a ewentualna rehabilitacja powinna dać właściwy efekt.
Co ciekawe…
Z praktyki kancelarii wiemy, że taka sytuacja – uraz potwierdzony, leczenie udokumentowane, ale brak trwałego uszczerbku – to częsty scenariusz w sprawach o urazy biczowe. I właśnie w takich przypadkach ubezpieczyciele najchętniej odmawiają wypłaty lub proponują symboliczne kwoty, argumentując: „skoro nie ma uszczerbku, to nie ma podstawy do zadośćuczynienia”.
Co zdecydowało o przyznaniu zadośćuczynienia?
Kluczowe argumenty Sądu
Sąd Rejonowy w Legnicy przyjął rozumowanie, które powinno być standardem w polskim orzecznictwie, a niestety często jest pomijane:
Fakt wystąpienia urazu jest niezaprzeczalny – powód doznał obrażeń ciała w wyniku wypadku, co potwierdziła dokumentacja medyczna i opinie biegłych.
Uraz wymagał leczenia – stosowanie kołnierza ortopedycznego przez 4 tygodnie, rehabilitacja, leki przeciwbólowe to konkretne, udokumentowane formy terapii.
Powód doznał cierpienia – w pierwszych tygodniach po wypadku miał silne bóle i ograniczoną sprawność, co niewątpliwie stanowi krzywdę w rozumieniu art. 445 § 1 Kodeksu cywilnego.
Brak trwałego uszczerbku nie wyklucza zadośćuczynienia – zgodnie z art. 445 KC zadośćuczynienie przysługuje za samą krzywdę (ból, cierpienie, dyskomfort), niezależnie od tego, czy skutki urazu są trwałe.
Przełomowe znaczenie wyroku
Ten wyrok jest ważny, bo łamie mit, że zadośćuczynienie wymaga stwierdzonego procentowego uszczerbku na zdrowiu. W praktyce kancelarii często spotykamy się z sytuacją, gdzie ubezpieczyciele odmawiają wypłaty, argumentując właśnie brakiem uszczerbku w tabeli.
Tymczasem Kodeks cywilny nie wymaga uszczerbku – wymaga wyłącznie udowodnienia faktu doznania krzywdy. A krzywdą jest sam ból, cierpienie, ograniczenie sprawności – nawet jeśli są krótkotrwałe.
Praktyczne wnioski dla poszkodowanych
Co zrobić, gdy ubezpieczyciel odmawia z powodu „braku uszczerbku”?
Zbierz dokumentację medyczną – każda wizyta na SOR, u lekarza rodzinnego, neurologa, fizjoterapeuty to dowód na to, że uraz był realny i wymagał leczenia.
Udokumentuj koszty – faktury za kołnierz ortopedyczny, leki, prywatne wizyty, MRI – wszystko to pokazuje skalę problemu.
Opisz dolegliwości – w korespondencji z ubezpieczycielem i ewentualnie w pozwie szczegółowo opisz, jak uraz wpłynął na Twoje codzienne życie (np. „przez 4 tygodnie nie mogłem pracować przy komputerze”, „miałem problemy ze spaniem”).
Powołaj się na ten wyrok – w piśmie do ubezpieczyciela lub w pozwie sądowym warto wskazać orzecznictwo, które potwierdza, że brak uszczerbku nie jest przeszkodą do przyznania zadośćuczynienia.
Nie przyjmuj zaniżonych propozycji – jeśli ubezpieczyciel proponuje 1000-2000 zł za uraz biczowy z kilkutygodniowym leczeniem, to kwota rażąco zaniżona. Wyrok legnicki pokazuje, że należne zadośćuczynienie to co najmniej 5000 zł.
Kiedy warto iść do sądu?
Jeśli:
Ubezpieczyciel odmówił wypłaty, powołując się na brak uszczerbku
Zaproponował kwotę poniżej 3000 zł za uraz wymagający kilkutygodniowego leczenia
Kwestionuje związek przyczynowy mimo dokumentacji medycznej
…to warto rozważyć pozew. Koszty sądowe (opłata od pozwu, ewentualna opinia biegłego) zwykle pokrywa przegrany ubezpieczyciel, a czas trwania procesu to zazwyczaj 12-18 miesięcy.
FAQ – najczęstsze pytania
1. Czy mogę dostać zadośćuczynienie za uraz biczowy, jeśli biegły nie stwierdził trwałego uszczerbku na zdrowiu? Tak. Wyrok Sądu Rejonowego w Legnicy (VII C 559/13) potwierdza, że zadośćuczynienie przysługuje za sam fakt doznania krzywdy, nawet bez trwałego uszczerbku. Wystarczy udokumentować uraz i leczenie.
2. Ile wynosi zadośćuczynienie za uraz biczowy bez uszczerbku? W praktyce sądowej: 3000-8000 zł, w zależności od stopnia dolegliwości, czasu leczenia i intensywności bólu. W wyroku legnickim sąd przyznał 5000 zł.
3. Czy noszenie kołnierza ortopedycznego jest wystarczającym dowodem urazu? Tak, to jeden z kluczowych dowodów, szczególnie jeśli zalecił go lekarz na SOR lub w poradni ortopedycznej. Udokumentuj zakup kołnierza fakturą.
4. Co zrobić, gdy biegły stwierdził, że „nie ma podstaw do uszczerbku”, a ubezpieczyciel odmówił wypłaty? Opinia biegłego o braku uszczerbku nie jest równoznaczna z brakiem prawa do zadośćuczynienia. Wykaż, że doznałeś krzywdy (ból, ograniczenia), nawet jeśli skutki były krótkotrwałe.
5. Czy młody wiek poszkodowanego ma znaczenie dla wysokości zadośćuczynienia? W praktyce sądowej młody wiek często jest argumentem za niższym zadośćuczynieniem (z uwagi na lepsze rokowania), ale nie powinien automatycznie obniżać kwoty. Ważniejsze jest rzeczywiste cierpienie i czas leczenia.
Podsumowanie – czy warto walczyć?
Wyrok Sądu Rejonowego w Legnicy to ważny precedens, który pokazuje, że brak trwałego uszczerbku nie jest przeszkodą do uzyskania sprawiedliwego zadośćuczynienia. W praktyce kancelarii widzimy, że ubezpieczyciele często wykorzystują brak uszczerbku jako pretekst do odmowy wypłaty lub zaniżania kwot. Ten wyrok daje poszkodowanym mocny argument – sam fakt urazu, bólu i konieczności leczenia jest wystarczający.
Moim zdaniem takie orzeczenia powinny stać się standardem. Prawo odszkodowawcze nie może pomijać realnego cierpienia tylko dlatego, że organizm szybko się zregenerował. Zadośćuczynienie to rekompensata za przeszłą krzywdę, a nie tylko za trwałe skutki zdarzenia.
Jeśli doznałeś urazu biczowego i ubezpieczyciel odmówił Ci zadośćuczynienia „z powodu braku uszczerbku” – nie rezygnuj. To Twoje prawo, a orzecznictwo stoi po Twojej stronie.
Źródła
Wyrok Sądu Rejonowego w Legnicy z dnia 29 kwietnia 2014 r., sygn. akt VII C 559/13
Kodeks cywilny, art. 445 § 1 (zadośćuczynienie za krzywdę)
Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 18 grudnia 2002 r. w sprawie szczegółowych zasad orzekania o stałym lub długotrwałym uszczerbku na zdrowiu
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl
Niedawno zakończyła się sprawa, która idealnie ilustruje problem, z którym spotykam się regularnie w mojej praktyce. Poszkodowany zgłosił szkodę po zalaniu – ubezpieczyciel najpierw w ogóle odmówił wypłaty, potem przyznał 40 tysięcy, później kolejne dopłaty… A ostatecznie? Sąd zasądził jeszcze prawie 77 tysięcy złotych! To brzmi niewiarygodnie, prawda? A jednak to codzienność w świecie odszkodowań.
Z mojego doświadczenia wynika, że taktyka „małych kroków” to ulubiona metoda ubezpieczycieli. Wypłacają fragmentami, niechętnie, licząc na to, że poszkodowany w końcu się zmęczy i odpuści. Ale warto wiedzieć jedno – prawie zawsze warto walczyć. Pozwólcie, że opowiem Wam o tej fascynującej sprawie.
Historia, która powinna Was zmobilizować
Wyobraźcie sobie taką sytuację: macie budowany dom, zlecacie montaż basenu renomowanej firmie. Wszystko wydaje się pod kontrolą. Aż pewnego dnia odkrywacie, że pomieszczenia na niższym poziomie są zalane. Okazuje się, że pracownik wykonawcy po prostu nie dokręcił śrubunku przy dysży przeciwprądów. Błąd ludzki, może drobny w teorii, ale w praktyce? Woda spływała przez 2-4 tygodnie, zalała pięć pomieszczeń, zniszczyła posadzki, ściany, stolarkę…
Co robicie? Zgłaszacie szkodę ubezpieczycielowi wykonawcy. I tu zaczyna się cyrk, który znam aż za dobrze.
Pierwszy akt: odmowa
28 kwietnia. – zgłoszenie szkody. 11 maja . – decyzja ubezpieczyciela: odmowa wypłaty odszkodowania. Tak po prostu. Bez głębszej analizy, bez wnikliwego sprawdzenia dokumentacji. Odmowa.
Często spotykam się z taką taktyką. Ubezpieczyciel liczy na to, że poszkodowany się przestraszy, pomyśli „skoro odmówili, to pewnie nie mam racji” i odpuści. Ale ten poszkodowany – na szczęście – nie odpuścił.
Drugi akt: seria dopłat
27 czerwca . – ubezpieczyciel zmienia zdanie i przyznaje… 40.048 zł. „No wreszcie!” – pomyślelibyście. Tylko że rzeczywista szkoda była znacznie wyższa.
3 sierpnia – dopłata 59.307 zł. Czemu od razu nie wypłacili całości? Dobre pytanie.
29 sierpnia– kolejna dopłata 13.046 zł. Ubezpieczyciel stopniowo „odkrywał” kolejne koszty.
8 marca – jeszcze 7.752 zł.
Łącznie ubezpieczyciel wypłacił 120.154 zł. I stwierdził, że to koniec, że więcej się nie należy.
Trzeci akt: sąd i prawda
Poszkodowany nie dał za wygraną. Wytoczył powództwo. Sąd powołał biegłego sądowego z zakresu budownictwa, który… wycenił szkodę na 196.763 zł. Różnica? Prawie 77 tysięcy złotych! To nie jest błąd w zaokrągleniu. To celowe zaniżenie odszkodowania.
Dlaczego ubezpieczyciele tak robią?
Często klienci pytają mnie: „Panie Bartoszu, dlaczego oni tak działają? Przecież w końcu i tak sąd ich zmusi do zapłaty?” Odpowiedź jest prosta i brutalna: bo im się to opłaca.
Pomyślcie: jeśli 7 na 10 poszkodowanych przyjmie zaniżoną ofertę i nie pójdzie do sądu, ubezpieczyciel oszczędza ogromne pieniądze. Tak, w trzech pozostałych sprawach przegra i zapłaci więcej (plus odsetki, plus koszty procesu), ale bilans wciąż jest dla niego korzystny.
To czysta matematyka. Ubezpieczyciele mają całe działy zajmujące się optymalizacją wypłat. Wiedzą, że większość ludzi zmęczy się walką. Że uwierzą w „profesjonalny kosztorys” sporządzony przez rzeczoznawcę ubezpieczyciela. Że w końcu przyjmą to, co dostaną.
Taktyki, które stosują
Z mojej praktyki znam kilka klasycznych zagrywek:
1. Stopniowe wypłaty – jak w opisywanej sprawie. Zamiast jednorazowo wypłacić całe odszkodowanie, robią to częściami. Każda dopłata wymaga kolejnego pisma, kolejnej walki. To ma Was zmęczyć.
2. Kwestionowanie faktur – „ta faktura nie dotyczy miejsca szkody”, „te koszty są zawyżone”, „to nie było konieczne do naprawy”. Słyszałem to setki razy.
3. Własne kosztorysy – ubezpieczyciel sporządza kosztorys według własnych „wytycznych”. Niespodziewanie zawsze wychodzi niższy niż realne koszty.
4. Przeciąganie w czasie – im dłużej trwa postępowanie likwidacyjne, tym większa szansa, że poszkodowany w końcu przyjmie każdą kwotę, byle już to się skończyło.
Co możecie zrobić? Moje rady
Po latach reprezentowania poszkodowanych nauczyłem się kilku rzeczy, które naprawdę działają:
1. Dokumentujcie wszystko
Zdjęcia, filmy, świadkowie. Im więcej, tym lepiej. W opisywanej sprawie poszkodowany miał świadków, którzy widzieli zalanie, oraz szczegółową dokumentację fotograficzną. To był klucz.
2. Zbierajcie faktury i rachunki
Każda złotówka wydana na naprawę szkody powinna mieć potwierdzenie. Faktura VAT, rachunek, umowa – wszystko się przyda.
3. Nie przyjmujcie pierwszej oferty
Nigdy. Serio, nigdy. Pierwsza oferta ubezpieczyciela to zazwyczaj 40-60% rzeczywistej wartości szkody. To punkt wyjścia do negocjacji, nie ostateczna propozycja.
4. Rozważcie sprawę sądową
Wiem, że brzmi to strasznie. „Sąd”, „proces”, „lata czekania”… Ale prawda jest taka, że sprawy odszkodowawcze toczą się dziś względnie szybko (ta trwała niecałe 3 lata od pozwu do wyroku). A różnica w kwocie? W opisywanej sprawie poszkodowany dzięki procesowi dostał o 77 tysięcy więcej. Czy to nie warte walki?
5. Konsultujcie się z prawnikiem
Nie musicie od razu zatrudniać adwokata na cały proces. Ale warto pokazać ofertę ubezpieczyciela komuś, kto zna się na rzeczy. Często już podczas konsultacji wychodzi, że odszkodowanie jest rażąco zaniżone.
Rola biegłego sądowego – game changer
W opisywanej sprawie przełomem było powołanie biegłego sądowego. To nie jest rzeczoznawca ubezpieczyciela, który ma interes w zaniżeniu szkody. To niezależny ekspert wyznaczony przez sąd.
Łącznie: 196.763 zł. Ubezpieczyciel wycenił to na 120 tysięcy. Różnica? 40% wartości szkody!
Z mojego doświadczenia wynika, że opinia biegłego sądowego jest w 90% przypadków korzystniejsza dla poszkodowanego niż wycena ubezpieczyciela. Dlaczego? Bo biegły nie ma interesu w zaniżaniu. Liczy rynkowe stawki, uwzględnia wszystkie konieczne prace, nie pomija „drobnych” kosztów.
Refleksja na koniec
Prowadzę tego bloga, bo chcę, żebyście wiedzieli, jak naprawdę wygląda świat odszkodowań. To nie jest tak, że zgłaszacie szkodę i dostajecie sprawiedliwe odszkodowanie. Niestety. Musicie walczyć o swoje prawa.
Ale – i to jest najważniejsze – ta walka ma sens. W opisywanej sprawie poszkodowany mógł przyjąć pierwsze 40 tysięcy i tyle. Albo nawet 120 tysięcy, które ubezpieczyciel wypłacił stopniowo. Zamiast tego poszedł do sądu i dostał prawie 77 tysięcy więcej. Plus odsetki od maja 2016 r. To może być kolejnych kilkanaście tysięcy złotych!
Czy było warto? Zapytajcie poszkodowanego. Albo lepiej – nie pytajcie, bo odpowiedź jest oczywista.
Co ciekawe, ubezpieczyciel do końca twierdził, że wypłacił wszystko, co się należało. Nawet w procesie utrzymywał, że 120 tysięcy to uczciwe odszkodowanie. Dopiero opinia biegłego i wyrok sądu postawiły kropkę nad „i”.
Mam nadzieję, że ta historia Was zmobilizuje. Jeśli dostaliście propozycję odszkodowania od ubezpieczyciela i macie wątpliwości – nie odpuszczajcie. Sprawdźcie, zweryfikujcie, konsultujcie. Często różnica między ofertą ubezpieczyciela a rzeczywistą wartością szkody wynosi dziesiątki tysięcy złotych.
A jakie są Wasze doświadczenia z ubezpieczycielami? Spotykaliście się z taktyką „małych kroków”? Dajcie znać w komentarzach – chętnie podyskutuję!
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
„Panie mecenasie, byłem po wypadku, lekarz stwierdził uraz biczowy. Ile procent mi dadzą?”
To jedno z najczęstszych pytań, jakie słyszę w kancelarii. I za każdym razem muszę odpowiedzieć coś, co brzmi jak unik: „To zależy”.
Widzę rozczarowanie na twarzach klientów. Przyszli po konkret, a dostają „to zależy”. Ale prawda jest taka, że w przypadku urazu biczowego nie ma prostej odpowiedzi. I to nie dlatego, że chcę być tajemniczy – to po prostu kwestia tego, czym tak naprawdę jest ten uraz.
Pozwólcie, że wyjaśnię.
Uraz biczowy to nie choroba
Pierwsza rzecz, którą muszę wyjaśnić każdemu klientowi: uraz biczowy to nie jest konkretna choroba. To nie jest tak, że lekarz patrzy w tabelę, znajduje „uraz biczowy = 5%” i koniec tematu.
Uraz biczowy (Whiplash, WAD – Whiplash Associated Disorders) to mechanizm powstawania urazu, nie jednostka chorobowa.
Wyobraźcie sobie sytuację: stoisz na światłach, nagle ktoś uderza Was od tyłu. Głowa wykonuje gwałtowny ruch – najpierw do tyłu, potem do przodu. Ten ruch przypomina smagnięcie biczem (stąd nazwa). I teraz – co się może stać w wyniku tego ruchu?
Możliwości jest mnóstwo:
Naderwanie tkanek miękkich szyi
Uszkodzenie więzadeł
Przeciążenie stawów międzykręgowych
Uszkodzenie nerwów
Zaburzenia psychiczne (lęk, PTSD)
A w skrajnych przypadkach – nawet złamanie kręgów
Widzicie różnicę? „Uraz biczowy” to sposób powstania urazu, a nie konkretne schorzenie. Dlatego tak trudno przypisać mu jeden konkretny procent uszczerbku.
Tabela Quebec – próba uporządkowania chaosu
Żeby jakoś uporządkować ten chaos, lekarze opracowali coś, co nazywa się Tabelą Quebec. To 5-stopniowa skala, która próbuje sklasyfikować konsekwencje urazu biczowego:
Stopień 0
W zasadzie brak objawów. Może jakiś chwilowy dyskomfort, który przechodzi po kilku godzinach. Nie wymaga leczenia, może kilka tabletek przeciwbólowych. Uszczerbek? Zero.
Stopień I
Ból szyi, sztywnienie, ale bez obiektywnych zmian. To znaczy: czujesz ból, lekarz widzi ograniczenie ruchomości, ale na RTG czy MRI wszystko wygląda normalnie. Tu zaczyna się problem z wyceną.
Stopień II
Ból szyi plus objawy neurologiczne – mrowienie w rękach, osłabienie siły, zawroty głowy. Nadal często bez widocznych zmian na obrazach. Jeszcze większy problem z wyceną.
Stopień III
Objawy neurologiczne plus obiektywne zmiany w badaniu – osłabione odruchy, wyraźne deficyty neurologiczne. Tu biegły już ma za co się „uchwycić”.
Stopień IV
Złamanie, zwichnięcie kręgu. To już konkretne obrażenie widoczne na zdjęciu. Procent uszczerbku? Może być nawet kilkadziesiąt procent.
Z mojego doświadczenia: zdecydowana większość spraw dotyczy stopni I-III. I to właśnie tam jest największy problem.
Problem z „niewidzialnym” urazem
Dlaczego lekarze mają problem z wyceną urazu biczowego w stopniach I-III?
Bo nie widać go na zdjęciu.
Klient przychodzi do mnie: „Panie mecenasie, bolało jak cholera, nie mogłem obrócić głowy, byłem na rehabilitacji trzy miesiące. A biegły napisał, że zero procent, bo na MRI nic nie widać!”.
I to jest właśnie clou problemu. W medycynie istnieje coś takiego jak:
Objawy przedmiotowe (subiektywne) – to te, które czuje tylko pacjent. Ból, sztywnienie, mrowienie, dyskomfort. Nie można ich zmierzyć, nie można ich pokazać na zdjęciu.
Objawy podmiotowe (obiektywne) – to te, które lekarz może obiektywnie stwierdzić. Osłabione odruchy, ograniczenie zakresu ruchu (mierzone kątomierzem), widoczne zmiany na obrazach.
I tu jest pies pogrzebany: jeśli uraz objawia się głównie symptomami przedmiotowymi, biegły ma trudność z określeniem uszczerbku. Bo przecież nie może napisać „pacjent mówi, że boli, więc 10%”. Musi mieć obiektywne podstawy.
Co mówią statystyki?
Z mojego doświadczenia wynika, że w sprawach o odszkodowanie za uraz biczowy biegli najczęściej orzekają:
0% uszczerbku – gdy objawy są głównie przedmiotowe, krótkotrwałe, bez obiektywnych zmian
1-3% uszczerbku – gdy był okres leczenia, rehabilitacji, ale bez trwałych zmian
5-10% uszczerbku – gdy są obiektywne objawy neurologiczne lub przedłużony okres leczenia
Powyżej 10% – gdy są widoczne zmiany strukturalne lub poważne deficyty neurologiczne
Najczęściej? Gdzieś w okolicach 3-5% uszczerbku.
I teraz uwaga: to nie jest żadna sztywna zasada. Widziałem sprawy, gdzie klient cierpiał rok, a dostał 0%. I widziałem sprawy, gdzie po trzech miesiącach leczenia dostał 8%.
Wszystko zależy od:
Dokumentacji medycznej
Długości leczenia
Obiektywności objawów
Wiedzy i doświadczenia biegłego
Jakości reprezentacji prawnej
Co to oznacza dla Ciebie?
Jeśli jesteś po wypadku i masz uraz biczowy, nie przykładaj zbyt dużej wagi do procentów uszczerbku. To tylko jeden z elementów, które sąd weźmie pod uwagę przy ustalaniu zadośćuczynienia.
Ważniejsze jest:
Dokładna dokumentacja leczenia – każda wizyta u lekarza, każda rehabilitacja
Opis objawów – jak uraz wpłynął na Twoje życie codzienne
Świadkowie – ludzie, którzy widzieli, jak cierpiałeś
Twoje zeznania – co odczuwałeś, jak się leczyłeś, co zmieniło się w Twoim życiu
Pamiętaj: zadośćuczynienie to nie jest matematyka. To nie jest tak, że 5% = X złotych. Sąd ocenia całokształt sprawy. I nawet 0% uszczerbku nie oznacza, że nie dostaniesz zadośćuczynienia – jeśli udowodnisz, że naprawdę cierpiałeś.
Moja rada: skup się na faktach, nie na procentach
Klienci często przychodzą do mnie z myśleniem: „Muszę dostać jak najwyższy procent uszczerbku”. I zaczynają przesadzać z objawami, wyolbrzymiać cierpienie.
To błąd.
Biegły to wykryje. I jeśli uzna, że symulujecie – możecie dostać 0%, nawet jeśli naprawdę cierpieliście.
Zamiast tego: mówcie prawdę. Jeśli bolało – powiedzcie, jak bardzo. Jeśli przeszliście rehabilitację – pokażcie karty wizyt. Jeśli przestaliście uprawiać sport – wyjaśnijcie dlaczego.
Prawda, poparta dokumentacją, to najlepsza strategia.
Refleksja na koniec
Uraz biczowy to fascynujący temat prawniczy. Z jednej strony – powszechny jak grypa. Z drugiej – tak trudny do obiektywnej oceny. To pole bitwy między poszkodowanymi, którzy naprawdę cierpią, a ubezpieczycielami, którzy widzą w każdym symulanta.
I gdzieś pośrodku są biegli, którzy próbują znaleźć prawdę w tym, czego nie widać na zdjęciu.
Dlatego tak ważne jest, żeby w takiej sprawie mieć dobrego prawnika. Kogoś, kto wie, jak zadać właściwe pytania biegłemu. Jak udokumentować uraz. Jak przekonać sąd, że cierpienie było realne.
Bo procenty to tylko liczby. A za nimi kryje się Twoje zdrowie i Twoje życie.
A Ty, jakie masz doświadczenia?
Jeśli miałeś uraz biczowy – ile procent uszczerbku orzekł biegły? Czy zgadzało się to z tym, jak naprawdę się czułeś? A może dopiero jesteś w trakcie sprawy i martwisz się o opinię biegłego?
Podziel się swoją historią w komentarzach. Doświadczenia innych są często najcenniejsze.
Masz pytanie o swoją sprawę? Napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza wymaga indywidualnej analizy.
W sprawach o zadośćuczynienie – czy to po wypadku samochodowym, czy wypadku przy pracy, czy błędzie medycznym – zawsze pojawia się ten sam moment. Klient przychodzi na konsultację, omawiamy strategię, dokumenty, biegłych. I wtedy pada pytanie: „A ja będę musiał mówić w sądzie? Bo ja się boję, że coś źle powiem…”.
Odpowiedź brzmi: tak, najprawdopodobniej tak. I dobrze. Bo paradoksalnie to Twoja szansa, nie zagrożenie.
Opinia biegłego to nie wszystko
Zobaczmy, jak wygląda typowa sprawa o zadośćuczynienie. Mamy dokumentację medyczną, mamy opinię biegłego, który stwierdza procent uszczerbku na zdrowiu, czas leczenia, rokowania. To wszystko brzmi bardzo naukowo i… zimno.
Biegły napisze: „Stwierdzono uraz kręgosłupa szyjnego, okres leczenia 6 miesięcy, uszczerbek 5%”. I tyle. To sucha, techniczna konkluzja. Ale gdzie w tym jest człowiek? Gdzie jest to, że przez pół roku nie mogłeś wziąć dziecka na ręce? Że przestałeś grać w tenisa, bo kręgosłup nie pozwala? Że budziłeś się w nocy z bólu i żona musiała robić Ci okłady?
Tego biegły nie powie. A sąd musi to wiedzieć.
Dlaczego przesłuchanie jest tak ważne?
Z praktyki kancelarii wiem, że sprawy, w których poszkodowany zostaje przesłuchany, kończą się zasądzeniem wyższych kwot niż te, gdzie klient unika zeznań. Dlaczego?
Bo zadośćuczynienie to nie jest matematyka. To nie jest tak, że sąd bierze tabelkę i mnoży procenty przez stawki. Zadośćuczynienie ma być „odpowiednie” – tak mówi Kodeks cywilny. A co to znaczy „odpowiednie”? To znaczy dostosowane do tego, jak bardzo konkretny człowiek ucierpiał.
I tutaj zaczyna się magia przesłuchania.
Co sąd chce usłyszeć?
Sąd nie chce wysłuchiwać wykładu o tym, jakie masz RTG czy MRI. To ma w aktach. Sąd chce usłyszeć:
Jak wyglądał wypadek i pierwsze chwile po nim – często to trauma psychiczna, o której biegły nie wie
Jak przebiegało leczenie – czy to była tylko wizyta u lekarza, czy może miesiące rehabilitacji po kilka razy w tygodniu
Jak uraz wpłynął na codzienne życie – czy przestałeś uprawiać sport? Czy masz problemy ze snem? Czy zmieniło się Twoje życie towarzyskie?
Jak wyglądają konsekwencje psychiczne – lęk przed jazdą samochodowym, koszmary nocne, depresja
Jak uraz wpłynął na rodzinę – czy małżonek musiał przejąć wszystkie obowiązki? Czy dzieci nie mogły liczyć na Twoją pomoc?
To wszystko brzmi subiektywnie? Oczywiście. Ale właśnie o to chodzi.
Historia z sali sądowej
Wyobrażmy sobie sytuację klienta po wypadku. Dokumentacja wyglądała niespecjalnie – kilka miesięcy leczenia, niewielki uszczerbek według biegłego. Ubezpieczyciel proponował 8 tysięcy złotych.
Na rozprawie klient opowiedział, że jest gitarzystą w zespole. Że przez pół roku nie mógł grać, bo dłoń nie miała siły. Że stracił angaże, ale co gorsza – stracił pasję. Że kiedy wrócił do gry, już nigdy nie zagrał tak dobrze jak przed wypadkiem. I że to go psychicznie załamało, bo muzyka była jego życiem.
Czy biegły napisał o gitarze? Nie. Czy wynikało to z dokumentacji medycznej? Nie. Ale sąd to usłyszał. I to zrozumiał.
Jak się przygotować do przesłuchania?
Wiem, że perspektywa stanięcia przed sądem stresuje. Ale to naprawdę nie jest przesłuchanie jak w filmach kryminalnych. Nikt Cię nie będzie „łamał”. Oto kilka praktycznych rad:
1. Bądź szczery
Nie wyolbrzymiaj, ale też nie bagatelizuj. Jeśli bolało – powiedz, że bolało. Jeśli przestałeś uprawiać hobby – powiedz. Sąd czuje kłamstwo, ale czuje też prawdę.
2. Opowiadaj konkrety
Nie mów: „Było mi ciężko”. Mów: „Przez trzy miesiące nie mogłem pochylić się, żeby zawiązać buty. Żona musiała mi pomagać”. Konkret działa na wyobraźnię.
3. Nie bój się emocji
Jeśli temat Cię rusza – niech to będzie widoczne. Sędzia to też człowiek. Jeśli widzę, że klient jest autentycznie poruszony wspominając wypadek, to wiem, że trauma była prawdziwa.
4. Nie ucz się na pamięć
Najgorsze zeznania to te, które brzmią jak wyuczona scenka. Mów swoimi słowami. Jeśli coś zapomniałeś – powiedz „nie pamiętam”, a nie wymyślaj.
5. Odpowiadaj na pytania
To brzmi banalnie, ale: słuchaj pytania i odpowiadaj na nie. Nie rozwijaj, jeśli nie pytają. Nie obrażaj się na pytania ubezpieczyciela – on ma prawo zadawać trudne pytania.
A co jeśli nie chcę zeznawać?
Formalnie nikt Cię nie zmusi. Ale konsekwencje mogą być bolesne.
Jeśli zrezygnujesz z przesłuchania, sąd może uznać, że:
Nie masz nic istotnego do powiedzenia
Ukrywasz coś
Krzywda nie była tak duża, skoro nie chcesz o niej mówić
I może zasądzić mniej. Albo w ogóle oddalić powództwo.
Czy sędzia „przejrzy” symulację?
To pytanie słyszę często. Odpowiedź: tak, sędziowie widzą symulantów na kilometr.
Jeśli ktoś przez cały proces siedzi wyprostowany, a na przesłuchaniu nagle zaczyna udawać, że nie może się ruszyć – to widać. Jeśli ktoś opowiada, że cierpi niewyobrażalnie, a dokumentacja mówi, że był raz u lekarza – to nie przejdzie.
Ale jeśli naprawdę cierpiałeś – jeśli leczenie było długie, jeśli konsekwencje są realne – nie bój się tego pokazać. To nie jest symulacja. To jest prawda.
Moja rada: traktuj przesłuchanie jako szansę
Wiem, że brzmi to paradoksalnie, ale przesłuchanie to Twoja przewaga nad ubezpieczycielem. Ubezpieczyciel ma akta, dokumenty, zimne liczby. Ty masz historię. Ludzką, prawdziwą historię.
Sąd nie zasądzi wysokiego zadośćuczynienia tylko dlatego, że biegły stwierdził uszczerbek. Ale zasądzi, jeśli zobaczy, że ten uszczerbek naprawdę zniszczył Ci życie. A to możesz pokazać tylko Ty.
Więc nie bój się przesłuchania. Przygotuj się do niego. I traktuj je jako szansę, żeby sędzia zobaczył w Tobie człowieka, nie tylko numer sprawy.
A Ty, jakie masz doświadczenia?
Czy przesłuchiwał Cię kiedyś sąd w sprawie o zadośćuczynienie? Jak to wyglądało? Albo może dopiero stoisz przed taką perspektywą i masz pytania? Napisz w komentarzu – chętnie odpowiem.
Masz pytanie o swoją sprawę? Napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza wymaga indywidualnej analizy.
Pamiętam klientkę, która po odmowie ubezpieczyciela zgodziła się na pozew. Wszystko szło dobrze – zebraliśmy dokumentację, przygotowaliśmy świadków, czekaliśmy na opinię biegłego. Aż do dnia, gdy dostała wezwanie na rozprawę.
Zadzwoniła do mnie, głos trzęsący się: „Panie mecenasie, tu jest napisane że mam się stawić osobiście. Czy ja… czy ja będę musiała mówić? Przed sędzią?”
„Tak” – odpowiedziałem spokojnie.
„Ale ja… ja nie umiem mówić publicznie. Zapomnę wszystkiego. A jeśli powiem coś źle?”
„Pani Magdo” – przerwałem jej łagodnie – „to nie jest egzamin. Nikt nie będzie oceniał Pani wymowy czy elokwencji. Sędzia chce po prostu usłyszeć Pani historię. Z Pani ust. Bo to jest Pani historia, nie biegłego, nie ubezpieczyciela. Pani.”
I to jest esencja przesłuchania strony w sprawach o whiplash. Biegły powie ile procent, świadkowie potwierdzą co widzieli. Ale tylko Wy możecie opowiedzieć jak to było być Wami przez ten czas.
Czy muszę zeznawać? – krótka odpowiedź
Tak.
W zasadzie w sprawach o odszkodowanie za uraz biczowy przesłuchanie osoby poszkodowanej jest konieczne. Nie jest to jakaś formalność, od której można się wykręcić. To jest fundamentalny dowód w sprawie.
Dlaczego? Zaraz wyjaśnię.
Biegły powie co, ale nie powie jak – luka którą musicie wypełnić Wy
Opinia biegłego neurologa to podstawa sprawy. Bez niej nie wygracie. Biegły powie:
Jaki uszczerbek na zdrowiu (np. 7%)
Czy był związek przyczynowy z wypadkiem
Jakie rokowania na przyszłość
Czy dolegliwości są trwałe
Ale wiecie czego biegły nie powie? Jak to było.
Biegły nie powie:
Jak się budziliście w nocy z bólu
Jak płakaliście bo nie mogliście podnieść dziecka
Jak zrezygnowaliście z wymarzonego urlopu w górach
Jak zmieniło się Wasze życie towarzyskie
Jak baliście się wsiąść do samochodu
Jak wpłynęło to na relacje w rodzinie
Bo opinia biegłego ma charakter techniczny. To jest raport medyczny, nie ludzka historia.
A sąd potrzebuje usłyszeć ludzką historię. Bo zadośćuczynienie to nie jest matematyczny wzór „7% × stawka = kwota”. To jest próba zrekompensowania krzywdy. A krzywdę można zrozumieć tylko słuchając człowieka, który jej doświadczył.
Z mojego wieloletniego doświadczenia mogę powiedzieć jedno: przesłuchanie poszkodowanego może podwoić wysokość zadośćuczynienia. Bo różnica między suchym „7% uszczerbku” a „siedem miesięcy piekła, które całkowicie zmieniło moje życie” to różnica między 10 000 zł a 20 000 zł.
Co powinniście powiedzieć? – czego sąd chce się dowiedzieć
Kiedy przygotowuję klientów do przesłuchania, zawsze mówię im: to nie jest egzamin. To jest rozmowa. Sędzia chce Was poznać, zrozumieć co przeżyliście.
Oto tematy, o których powinniście opowiedzieć:
1. Jak wyglądał wypadek – Wasze wspomnienia
Nie techniczne szczegóły (to jest w dokumentacji policyjnej), ale Wasze wrażenia:
Co czuliście w momencie uderzenia?
Czy od razu wiedzieliście że coś jest nie tak?
Co było pierwszą myślą?
Jak wyglądał ból bezpośrednio po wypadku?
Przykład z mojej praktyki: Klientka opowiadała: „Siedziałam na światłach, myślałam o zakupach. Nagle poczułam jakby ktoś szarpnął moją głową do tyłu, a potem do przodu. Przez chwilę nie wiedziałam co się stało. Potem poczułam dziwne ciepło w karku. Myślałam że to krew, ale to był po prostu ból, taki intensywny że czułam go jak ciepło.”
To jest żywa opowieść. Nie „doznałam urazu szyjnego kręgosłupa”, ale „jakby ktoś szarpnął moją głową”. Sędzia to pamięta.
2. Jak wyglądało leczenie – od SOR do rehabilitacji
Kiedy pojawił się ból? (często dopiero po kilku godzinach)
Jak długo leczyliście się w domu?
Ile wizyt lekarskich było?
Jak wyglądała rehabilitacja? Jak często? Jak intensywna?
Jakie leki braliście? Czy pomagały?
Czy nosiliście kołnierz Schanza? (to zawsze robi wrażenie na sędziach)
Nie czytajcie z kartki. Opowiadajcie własnymi słowami. Jeśli czegoś nie pamiętacie dokładnie – powiedzcie „to było chyba w lipcu, albo sierpniu”. To jest autentyczne.
3. Jak zmieniło się Wasze życie – konkretne przykłady
To jest najważniejsza część. Tutaj sędzia widzi realny wymiar krzywdy:
Życie codzienne:
Co musieliście przestać robić?
Co robiliście z trudem?
Czego się nauczyliście unikać?
Przykład: „Przed wypadkiem codziennie jeździłem na rower do pracy, 8 km. Po wypadku próbowałem wrócić po miesiącu – przejechałem 500 metrów i ból karku był tak silny że musiałem zawrócić. Od tamtej pory nie jeżdżę.”
Życie rodzinne:
Jak reagowała rodzina?
Co nie mogliście robić z dziećmi/partnerem?
Jakie plany musieliście zmienić?
Przykład: „Mój syn ma 3 lata, waży 15 kg. Przed wypadkiem podnosiłem go bez problemu. Po wypadku próbowałem – ból w karku był tak silny że musiałem go odstawić. Płakał że tata go nie chce. To było dla mnie najtrudniejsze.”
Życie towarzyskie i hobby:
Z czego musieliście zrezygnować?
Co straciło sens?
Jak zmienił się Wasz tryb życia?
Przykład: „Co sobotę grałem w piłkę z kolegami, przez 10 lat. Po wypadku próbowałem wrócić po 3 miesiącach. Głowa mi się kręciła jak biegłem. Koledzy mówili ‚wytrzymaj’, ale musiałem zejść. Teraz już nie gram. Zresztą boję się – co jeśli ktoś uderzy mnie w głowę piłką?”
4. Problemy psychiczne – nie wstydźcie się o tym mówić
To jest temat, którego ludzie się wstydzą. Ale nie wstydźcie się:
Czy mieliście problemy ze snem?
Czy wracały flashbacki wypadku?
Czy baliście się jeździć samochodem?
Czy zmienił się Wasz nastrój? (drażliwość, płaczliwość, depresja)
Czy myśleliście o psychologu/psychiatrze?
Z mojego doświadczenia: Aspekty psychiczne whiplash są często bardziej wyniszczające niż fizyczne. A sędziowie to rozumieją.
Przykład: „Przez pierwsze dwa miesiące budziłem się w nocy spocony. Śniło mi się że znowu jadę i ktoś we mnie uderza. Żona mówi że krzyczałem przez sen. W dzień bałem się jeździć jako pasażer. Przy każdym hamowaniu łapałem się za kark, jakby to mogło go ochronić.”
5. Co zmieniło się na stałe – perspektywa przyszłości
Sąd musi wiedzieć czy to jest „przeszło i koniec” czy „zostanie na zawsze”:
Jakie macie dolegliwości teraz? (jeśli trwają)
Co lekarze mówią o przyszłości?
Czego już nigdy nie będziecie mogli robić?
Jak to wpłynie na Wasze starzenie się?
Nie wymyślajcie. Jeśli czujecie się już dobrze – powiedzcie to. Ale jeśli nadal boli – też powiedzcie.
Jak się przygotować? – praktyczne wskazówki
Zawsze przed rozprawą spotykam się z klientem i przeprowadzamy „próbną rozmowę”. Oto co mu mówię:
1. Przejrzyjcie swoją historię
Przypominijcie sobie chronologię (wypadek → SOR → lekarz → rehabilitacja)
Odświeżcie sobie daty (w przybliżeniu)
Przypomnijcie sobie najgorsze momenty
Pomyślcie co zmieniło się w Waszym życiu
2. Zapiszcie kluczowe momenty Możecie mieć notatkę z datami i nazwami leków (trudno zapamiętać „Urydynox” czy „Ketonal”), ale nie czytajcie z kartki. Notatka to wsparcie, nie scenariusz.
3. Mówcie prawdę – ale mówcie dobrze
Nie przesadzajcie („płakałem codziennie przez rok” – to brzmi nieprawdopodobnie)
Ale nie bagatelizujcie („trochę bolało” – to brzmi jakby nic się nie stało)
Mówcie konkretnie („nie mogłem podnieść dziecka” zamiast „było ciężko”)
4. Bądcie przygotowani na pytania ubezpieczyciela Pełnomocnik ubezpieczyciela będzie próbował wyłapać sprzeczności:
„A dlaczego w dokumentacji z 15 lipca nie ma wzmianki o bólu głowy?”
„Twierdzi Pan że nie mógł Pan prowadzić, a tu mam zdjęcie z Facebooka gdzie Pan jedzie samochodem”
„Przed wypadkiem też Pan chodził do neurologa, prawda?”
Nie denerwujcie się. Jeśli mówicie prawdę, łatwo odpowiecie. Jeśli czegoś nie pamiętacie – powiedzcie „nie pamiętam dokładnie”. To jest OK.
5. Pamiętajcie: sędzia jest po Waszej stronie (jeśli mówicie prawdę) Sędziowie to ludzie. Mają rodziny, kręgosłupy, samochody. Rozumieją ból. Chcą Wam pomóc – pod warunkiem, że widzą że mówicie prawdę.
Czego się boją ludzie? – i dlaczego niepotrzebnie
Z mojej praktyki znam wszystkie obawy:
„Co jeśli zapomnę co mówić?” Nie macie „mówić” – macie opowiedzieć swoją historię. Nie da się zapomnieć własnej historii.
„Co jeśli powiem coś źle?” Jeśli pomylicie daty – nic się nie stanie. Jeśli pomylicie nazwę leku – też nie. Liczy się prawda, nie perfekcja.
„Co jeśli zacznę płakać?” To się zdarza. To jest OK. To pokazuje że naprawdę cierpieliście. Sędzia zrobi przerwę, poczekamy, spokojnie.
„Co jeśli pełnomocnik ubezpieczyciela będzie agresywny?” Nie będzie. Sędzia tego nie pozwoli. A jeśli spróbuje – ja zainterweniuję. Jestem po to, żeby Was chronić.
„Co jeśli coś poplączę?” Każdy coś poplącze. To normalne. Ważne jest czy ogólny obraz jest spójny i prawdziwy.
Moja szczera rada – traktujcie to jako szansę, nie zagrożenie
Wiem, że perspektywa stawienia się przed sądem i opowiadania o swoim cierpieniu jest przerażająca. Naprawdę rozumiem. Sam bym się stresował na Waszym miejscu.
Ale proszę, spróbujcie to potraktować inaczej. To nie jest egzamin, na którym możecie oblać. To jest Wasza szansa żeby w końcu ktoś Was wysłuchał.
Bo przez cały ten proces nikt Was nie słuchał, prawda? Likwidator ubezpieczyciela przeczytał dokumenty i powiedział „nie”. Lekarz ubezpieczyciela napisał opinię nie widząc Was. Biegły słuchał, ale technicznie, chłodno.
Ale sędzia? Sędzia naprawdę słucha. Bo to jest jego praca – wysłuchać obu stron i rozstrzygnąć.
I to jest Wasza chwila. 15-30 minut, kiedy możecie powiedzieć: „To jest to co mi się przydarzyło. To jest jak to zmieniło moje życie. I dlatego zasługuję na sprawiedliwość.”
Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć: większość klientów wychodzi z sali rozpraw i mówi mi „To nie było takie straszne jak myślałem”. Niektórzy wręcz mówią „Dobrze że mogłem to w końcu komuś opowiedzieć”.
Bo prawda jest taka: Wasza historia jest ważna. I zasługuje żeby została wysłuchana.
Ostatnia rzecz – o czym chcę żebyście pamiętali
Kiedy będziecie siedzieć przed sędzią, być może spoceni ze stresu, z bijącym sercem, zastanawiając się „co ja tu robię” – proszę, przypomnijcie sobie jedną rzecz:
Jesteście tam, bo ktoś Was skrzywdził. I macie prawo domagać się sprawiedliwości.
Nie jesteście tam żeby się tłumaczyć. Nie jesteście tam żeby błagać. Jesteście tam, bo prawo daje Wam możliwość naprawienia krzywdy.
I Wasza opowieść – żywa, autentyczna, ludzka – to najsilniejszy dowód w tej sprawie.
Więc mówcie. Mówcie prawdę. Mówcie o bólu, o strachu, o zmianach w życiu. Mówcie własnymi słowami, w swoim tempie.
Bo to jest Wasza historia. I tylko Wy możecie ją opowiedzieć.
A Wy? Zeznawaliście w sprawie o whiplash? Jak to było? Czego się baliście? Co Was zaskoczyło? Podzielcie się w komentarzach – Wasze doświadczenia mogą pomóc innym przygotować się do tego momentu!
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Przygotowanie klientów do przesłuchania to dla mnie jedna z najważniejszych części pracy – bo wiem, że to ich historia zmienia wyroki. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz tutaj, na blogu o odszkodowaniach.
Masz pytania o przesłuchanie w Twojej sprawie? Obawiasz się rozprawy? Napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl lub zadzwoń: 795 777 519. Chętnie pomogę Ci przygotować się do zeznań i przejść przez to z głową wysoko.
Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa wymaga indywidualnej analizy okoliczności. Przygotowanie do przesłuchania powinno być przeprowadzone z Twoim pełnomocnikiem, który zna szczegóły Twojej sprawy.
Źródła:
Kodeks postępowania cywilnego (przepisy o przesłuchaniu stron)
Praktyka własna w prowadzeniu spraw o odszkodowania za whiplash
Doświadczenia klientów w przygotowaniu do zeznań przed sądem
Analiza wpływu przesłuchania strony na wysokość zasądzonych zadośćuczynień
Po dwudziestu latach praktyki w prawie odszkodowawczym nauczyłem się jednej fundamentalnej prawdy: każda sprawa o zadośćuczynienie to opowieść o cierpieniu, która musi zostać przetłumaczona na język prawny i medyczny. I właśnie ta „translacja” jest najtrudniejsza – zarówno dla poszkodowanych, jak i dla nas, prawników.
Pamiętam, jak na początku mojej kariery myślałem, że w sprawach o zadośćuczynienie liczy się przede wszystkim znajomość Kodeksu cywilnego. Szybko się okazało, że to za mało. Trzeba rozumieć psychologię bólu, mechanizmy urazów, język dokumentacji medycznej i – co może najważniejsze – umieć spojrzeć na sprawę oczami sędziego, który musi podjąć decyzję na podstawie suchych faktów. Dziś chcę podzielić się z Wami swoimi obserwacjami na temat tego, jak tak naprawdę wygląda proces dochodzenia zadośćuczynienia i co tak naprawdę decyduje o jego wyniku.
Zadośćuczynienie – coś więcej niż tylko pieniądze
Zacznijmy od podstaw. Zadośćuczynienie to świadczenie pieniężne, które ma „wynagrodzić” krzywdę niemajątkową – ból, cierpienie, dyskomfort, utratę radości życia. Regulują je artykuły 445, 446 i 448 Kodeksu cywilnego. Brzmi prosto, prawda? W praktyce jest to jeden z najtrudniejszych obszarów prawa.
Dlaczego? Bo jak wycenić ból? Jak określić, ile warte jest cierpienie po wypadku, który zmienił całe życie? Jak zmierzyć wartość utraconej radości z codziennych aktywności?
Z mojego doświadczenia wynika, że sądy w takich sprawach szukają obiektywnych punktów zaczepienia. I tutaj wkraczamy w fascynujący świat dowodów w sprawach o zadośćuczynienie.
Trzy filary dowodowe w sprawach o zadośćuczynienie
1. Dokumentacja medyczna – fundament sprawy
Pierwszym i absolutnie kluczowym elementem jest dokumentacja medyczna. Karty informacyjne ze szpitala, wyniki badań, zaświadczenia lekarskie, historia wizyt u specjalistów – to wszystko tworzy medyczny „życiorys” urazu.
Często spotykam się z sytuacją, gdzie poszkodowani bagatelizują znaczenie tej dokumentacji. „Przecież ja wiem, jak mi było źle” – mówią. Problem w tym, że sąd nie może opierać się na samych odczuciach. Potrzebuje twardych, medycznych dowodów.
Praktyczna rada z mojej strony: od pierwszego dnia po wypadku dokumentujcie wszystko. Każda wizyta u lekarza, każde badanie, każdy lek – wszystko to buduje obraz Waszego cierpienia.
2. Opinie biegłych – tłumacze medycyny na język prawa
Drugi filar to opinie biegłych sądowych. I tu zaczyna się prawdziwa alchemia procesu.
Biegły to lekarz (neurolog, ortopeda, psycholog, czasem psychiatra czy neurochirurg), który na zlecenie sądu analizuje dokumentację medyczną, przeprowadza badanie poszkodowanego i wydaje opinię o charakterze i skutkach urazu.
Z mojej praktyki wynika, że wybór właściwego biegłego to połowa sukcesu. Dla przykładu, w sprawach o urazy kręgosłupa szyjnego (tzw. uraz biczowy czy whiplash) zawsze rekomendowałbym neurologa zamiast ortopedy. Dlaczego? Bo ten typ urazu często nie daje zmian widocznych na RTG czy rezonansie – dotyczy układu nerwowego, nie kości. Ortopeda może po prostu nie dostrzec problemu, który dla neurologa będzie oczywisty.
Podobnie w sprawach, gdzie dominują konsekwencje psychiczne wypadku – lęki, depresja, zaburzenia snu – nieoceniona jest opinia psychologa. Co ciekawe, zdarza się, że ortopeda czy neurolog nie widzi uszczerbku fizycznego, a psycholog wykryje poważne zmiany w funkcjonowaniu psychicznym. To fascynujące, jak wielowymiarowe potrafią być skutki urazów.
3. Zeznania – ludzki wymiar cierpienia
Trzeci filar to zeznania: samego poszkodowanego i świadków, którzy obserwowali jego cierpienie i rekonwalescencję.
Tutaj pojawia się pewien paradoks. Z jednej strony, zeznania są kluczowe – tylko poszkodowany wie, jak naprawdę czuł się przez ostatnie miesiące czy lata. Z drugiej strony, sądy podchodzą do nich z pewną dozą ostrożności. Dlaczego? Bo mają świadomość, że w grę wchodzą pieniądze, a poszkodowany jest stroną zainteresowaną.
Dlatego tak ważne są zeznania świadków – partnera życiowego, rodziny, przyjaciół, czasem współpracowników. Oni mogą potwierdzić, jak zmieniło się życie poszkodowanego. Że ktoś, kto wcześniej był aktywny sportowo, dziś nie może biegać. Że osoba wesoła i towarzyska zaczęła unikać ludzi. Że ktoś musiał zmienić pracę lub zrezygnować z pasji.
Ciekawostka z mojej praktyki – kiedy 1+1 nie równa się 2
Pozwólcie, że podzielę się jedną obserwacją, która mnie zawsze fascynuje. W sprawach o zadośćuczynienie suma dowodów nie zawsze działa addytywnie. Czasem mniej znaczy więcej.
Spotkałem się z przypadkami, gdzie klient przychodził z górą dokumentacji – dziesiątki wizyt u różnych specjalistów, setki stron wyników badań – ale to wszystko było… chaotyczne. Brak było spójnej narracji, ciągłości leczenia, logicznego rozwoju diagnozy.
Z drugiej strony widziałem sprawy, gdzie dokumentacja była skromna, ale precyzyjna i spójna. Jasno pokazywała przyczynę urazu, jego bezpośrednie skutki, proces leczenia i długoterminowe konsekwencje. I to właśnie te sprawy często kończyły się lepszym rezultatem.
Wniosek? W sprawach o zadośćuczynienie jakość i spójność dowodów bije na głowę ich ilość.
Kiedy sprawa zaczyna się komplikować?
Są sytuacje, gdzie dochodzenie zadośćuczynienia staje się szczególnie trudne:
1. Brak ciągłości leczenia Jeśli poszkodowany po wypadku nie był systematycznie leczony, pojawia się pytanie: czy uraz był aż tak poważny? To pułapka – czasem ludzie stoicko znoszą ból, odkładają wizyty u lekarza, bo „może przejdzie”. A potem trudno im udowodnić skalę cierpienia.
2. Choroby współistniejące Co jeśli poszkodowany przed wypadkiem miał problemy zdrowotne? Ubezpieczyciele zawsze będą twierdzić, że obecne dolegliwości to kontynuacja wcześniejszych problemów. Tutaj rola biegłego jest nie do przecenienia – musi rozdzielić, co jest skutkiem wypadku, a co było wcześniej.
3. Opinia biegłego niekorzystna dla poszkodowanego To najgorszy scenariusz. Czasem biegły stwierdza, że nie widzi związku między wypadkiem a obecnymi dolegliwościami. Wtedy sprawa staje się naprawdę trudna. Można wnioskować o opinię uzupełniającą, opinię innego biegłego, ale to wydłuża i komplikuje proces.
Moja rada – jak przygotować się do sprawy o zadośćuczynienie?
Po latach prowadzenia takich spraw mogę powiedzieć jedno: przygotowanie to podstawa.
Dokumentujcie wszystko od pierwszego dnia. Każda wizyta, każde badanie, nawet jeśli wydaje się mało istotne.
Leczcie się systematycznie. Przerwanie terapii, nawet uzasadnione, może być wykorzystane przeciwko Wam.
Zbierajcie świadków. Proście bliskich, by zapamiętali, jak zmienił się Wasz stan. W razie potrzeby mogą zeznawać w sądzie.
We wniosku o opinię biegłego precyzyjnie określajcie pytania. To kluczowe – źle postawione pytanie da bezużyteczną odpowiedź.
Nie bagatelizujcie aspektu psychologicznego. Jeśli po wypadku zmienił się Wasz nastrój, sen, stosunek do życia – to też jest krzywda wymagająca zadośćuczynienia.
Refleksja na koniec
Po tylu latach w tym fachu wciąż fascynuje mnie, jak prawo próbuje „uchwycić” coś tak nieuchwytnego jak ludzkie cierpienie. Zadośćuczynienie to próba przełożenia bólu, strachu, frustracji i utraconej radości życia na język paragrafów i kwot pieniężnych. To nigdy nie będzie doskonałe, ale jeśli proces jest prowadzony rzetelnie, jeśli dowody są solidne i spójne – można osiągnąć sprawiedliwy wynik.
A Wy? Macie doświadczenia ze sprawami o zadośćuczynienie? Jakie były Wasze największe wyzwania? Dajcie znać w komentarzach – zawsze chętnie rozmawiam o tych sprawach!
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl