
Kilka miesięcy temu pisałem o wysokości zadośćuczynień za złamanie ręki – możesz znaleźć ten wpis. Dziś wracam do tematu, bo trafiły do mnie dwa fascynujące wyroki, które pokazują, jak bardzo różne mogą być kwoty zadośćuczynień za pozornie podobne obrażenia. I co ważniejsze – jak ogromna jest przepaść między tym, co proponuje ubezpieczyciel, a tym, co ostatecznie zasądza sąd.
Analizując te orzeczenia, zauważyłem pewien wzorzec w działaniu ubezpieczycieli. Może nawet nazwałbym to strategią: zaniżaj, ile się da, i licz, że poszkodowany się podda. Ale czy tak musi być? Sprawdźmy.
Spis treści
- Dwa złamania, dwa różne światy
- Sprawa pierwsza: 6.600 zł vs 20.000 zł (Poznań)
- Sprawa druga: 30.000 zł vs 230.000 zł (Konin)
- Dlaczego takie różnice w kwotach?
- Co to znaczy dla Ciebie jako poszkodowanego?
- Kiedy warto walczyć w sądzie?
Dwa złamania, dwa różne światy
Zacznijmy od prostego zestawienia. Obie sprawy dotyczyły złamania ręki w wypadku komunikacyjnym. W obu przypadkach odpowiedzialność zakładu ubezpieczeń była bezsporna. I w obu przypadkach poszkodowani musieli iść do sądu, bo propozycje ubezpieczyciela były po prostu nieadekwatne do doznanej krzywdy.
Ale na tym podobieństwa się kończą. Bo skala obrażeń, cierpienia i skutków była diametralnie różna. I to właśnie ta różnica pokazuje, dlaczego nie można mówić o „taryfikatorze” czy sztywnych stawkach za złamanie ręki.
Sprawa pierwsza: 6.600 zł vs 20.000 zł (Poznań)
Fakty
W lutym 2014 roku H.P. jechała rowerem, gdy została potrącona przez ciężarówkę. Skutki? Wielofragmentowe złamanie kości ramiennej lewej, uraz głowy, liczne zasinienia. Hospitalizacja, operacja z założeniem płyt i śrub, rehabilitacja.
Ale to nie koniec – kilka miesięcy później doszło do ponownego złamania tej samej ręki (tzw. refractura), co wymagało kolejnej operacji i założenia stabilizatora zewnętrznego.
Poszkodowana przez pół roku wymagała pomocy w podstawowych czynnościach – ubieraniu, myciu, gotowaniu. Do dziś odczuwa bóle, ma ograniczoną ruchomość ramienia, nie może podnieść ręki do głowy. Uszczerbek na zdrowiu: 12%.
Co zaoferował ubezpieczyciel?
Łącznie 6.600 zł tytułem zadośćuczynienia (w dwóch transzach: 12.000 zł minus wcześniejsze wypłaty).
Co zasądził sąd?
Sąd Okręgowy w Poznaniu (II Ca 154/16) podwyższył zadośćuczynienie do 20.000 zł (zasądzając dodatkowo 10.400 zł).
Co mówi uzasadnienie?
Sąd zwrócił uwagę na kilka kluczowych rzeczy:
- Rozmiar krzywdy był znaczny – mimo że uszczerbek wynosił „tylko” 12%, to rzeczywiste cierpienie i ograniczenia były o wiele większe
- Podeszły wiek powódki (57 lat w chwili wypadku) – zmniejszona zdolność regeneracji organizmu
- Trwałe skutki – nieodwracalne ograniczenie ruchomości, stały ból
- Utrata samodzielności – przed wypadkiem aktywna, jeżdżąca wszędzie rowerem, po wypadku zdana na pomoc innych
Sąd podkreślił również, że kompensacja dokonuje się w sferze psychicznej konkretnego poszkodowanego, a nie abstrakcyjnej „przeciętnej osoby”.
Sprawa druga: 30.000 zł vs 230.000 zł (Konin)
Fakty
Październik 2015 roku. J.P. jedzie jako pasażer z córką. Zderzenie czołowe. Skutki: złamanie kości ramiennej lewej z całkowitym porażeniem nerwu łokciowego.
Trzeba było wykonać operację zespolenia kości, potem neuralizę (celowe medyczne uszkodzenie nerwu dla zmniejszenia bólu!), później kolejną operację. Rehabilitacja, wizyty u psychiatry i psychologa. Powódka przez pół roku była na zwolnieniu, ale wróciła do pracy… z obawy przed zwolnieniem.
Skutki do dziś: praktycznie unieruchomione palce IV i V lewej ręki, odrętwiała ręka, ograniczenie zgięcia w łokciu, przewlekłe bóle, zaburzenia adaptacyjne pourazowe. Łączny uszczerbek na zdrowiu: 90%.
Co zaoferował ubezpieczyciel?
Łącznie 30.000 zł (wypłacone w dwóch transzach w ramach postępowania likwidacyjnego).
Co zasądził sąd?
Sąd Okręgowy w Koninie (I C 226/20) ustalił zadośćuczynienie na 230.000 zł, co oznaczało zasądzenie dodatkowych 200.000 zł.
Sąd Apelacyjny w Poznaniu (I ACa 157/21) podtrzymał to rozstrzygnięcie, oddalając apelację powódki, która domagała się jeszcze wyższej kwoty (300.000 zł).
Co mówi uzasadnienie?
Sąd bardzo szczegółowo przeanalizował krzywdę powódki:
- Bardzo poważne złamanie – z porażeniem nerwu, wymagające wielokrotnych operacji
- Trwałe i nieodwracalne skutki – brak rokowań poprawy
- Przewlekły ból – wymuszający codzienne zażywanie leków przeciwbólowych
- Utrata samodzielności – przez rok wymagała pomocy w podstawowych czynnościach
- Skutki psychiczne – zespół stresu pourazowego, terapia psychiatryczna, leki psychotropowe
- Wiek (57 lat) – zmniejszona zdolność regeneracji
- Zmuszony powrót do pracy – pomimo ogromnego bólu, z obawy przed utratą zatrudnienia
Ciekawe jest też to, co sąd odrzucił jako argument. Poszkodowana próbowała walczyć o wyższe zadośćuczynienie, podnosząc m.in. wysokość przeciętnego wynagrodzenia jako punkt odniesienia. Sąd Apelacyjny uznał jednak, że kwota 230.000 zł jest odpowiednia i nie jest „rażąco zaniżona”.
Dlaczego takie różnice w kwotach?
Różnica w kwotach jest ogromna, ale… uzasadniona. Bo krzywda w drugiej sprawie była nieporównywalnie większa.
Na co zwraca uwagę sąd?
Z analizy obu wyroków (i wielu innych, które przewinęły się przez moje biurko) wynika, że sądy biorą pod uwagę przede wszystkim:
- Rozmiar i intensywność cierpień – zarówno fizycznych, jak i psychicznych
- Trwałość skutków – czy jest szansa na poprawę, czy obrażenia są nieodwracalne
- Wiek poszkodowanego – młody człowiek ma większe szanse na regenerację
- Wpływ na codzienne życie – czy poszkodowany musi rezygnować z dotychczasowej aktywności
- Konieczność pomocy osób trzecich – i jak długo ta pomoc jest potrzebna
- Prognozy na przyszłość – czy ból będzie towarzyszył poszkodowanemu przez resztę życia
Co istotne – procentowy uszczerbek na zdrowiu to nie jest jedyny ani nawet najważniejszy czynnik. Sąd Najwyższy wielokrotnie podkreślał, że stosowanie „taryfikatora” i mechaniczne przeliczanie procentów na złotówki jest niedopuszczalnym uproszczeniem.
Co to znaczy dla Ciebie jako poszkodowanego?
Lekcja pierwsza: Uszczerbek to nie wszystko
Nawet jeśli lekarz orzekł „tylko” 10-15% uszczerbku na zdrowiu, to nie znaczy, że Twoje zadośćuczynienie będzie symboliczne. Jeśli ból jest intensywny, jeśli nie możesz funkcjonować normalnie, jeśli skutki są trwałe – to wszystko ma znaczenie.
Lekcja druga: Nie bój się sądu
W obu sprawach ubezpieczyciel drastycznie zaniżył wypłatę. W pierwszej sprawie sąd zasądził 3 razy więcej, w drugiej – prawie 8 razy więcej. To nie są wyjątki. To norma.
Ubezpieczyciele liczą na to, że poszkodowani się poddadzą. Że pomyślą: „No dobrze, wezmę te 10.000 zł i zapomnę”. Ale czy to sprawiedliwe? Czy 10.000 zł to odpowiednia kwota za pół roku bólu, operacje, rehabilitację i trwałe ograniczenia?
Lekcja trzecia: Każda sprawa jest inna
Nie ma „stawek” za złamanie ręki. Jest ocena Twojej indywidualnej krzywdy. Dlatego porównywanie wyroków jest pomocne, ale nie rozstrzygające. Twoja sprawa może być warta 15.000 zł, ale też 50.000 zł czy 200.000 zł – w zależności od okoliczności.
Kiedy warto walczyć w sądzie?
Z mojego doświadczenia wynika, że warto rozważyć drogę sądową, gdy:
- Ubezpieczyciel w ogóle odmówił wypłaty (jak w sprawie z Warszawy, którą wspominałem w poprzednim wpisie)
- Wypłacona kwota jest symboliczna w stosunku do doznanej krzywdy
- Twoje obrażenia są poważne – wymagały operacji, długotrwałej rehabilitacji
- Skutki są trwałe – ból towarzyszy Ci na co dzień, nie odzyskałeś pełnej sprawności
- Wypadek zmienił Twoje życie – musiałeś zrezygnować z aktywności, hobby, pracy
Oczywiście są też sytuacje, gdy walka w sądzie się nie opłaca. Jeśli złamanie było niewielkie, szybko się wygoiło, nie ma żadnych trwałych skutków, a ubezpieczyciel zaproponował rozsądną kwotę – to może faktycznie nie warto.
Ale jeśli masz wątpliwości… zapytaj. Bo różnica może być ogromna.
Czy warto iść do sądu przeciwko zakładowi ubezpieczeń? Na podstawie przeanalizowanych wyroków mogę powiedzieć jedno: w zdecydowanej większości przypadków – tak, warto. Ubezpieczyciele systematycznie zaniżają wypłaty, licząc na to, że poszkodowani nie będą walczyć. Ale sądy widzą to i korygują te kwoty – czasem dwukrotnie, czasem nawet ośmiokrotnie.
Jeśli czujesz, że zostałeś potraktowany niesprawiedliwie – nie rezygnuj. Sprawdź swoje szanse. Bo może okazać się, że te kilka czy kilkanaście tysięcy, które Ci zaproponowano, to zaledwie ułamek tego, co Ci się naprawdę należy.
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.blogoodszkodowaniach.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl