
Kilka miesięcy temu pisałem o wysokości zadośćuczynień za złamanie ręki – możesz znaleźć ten wpis. Tamten artykuł opierał się na konkretnych wyrokach, które pozwalały porównać, ile rzeczywiście otrzymują poszkodowani. Dzisiaj chcę pójść krok dalej i pokazać, jak ubezpieczyciele traktują takie sprawy – i czy warto walczyć w sądzie.
Analizując wyroki sądowe, dostrzegłem pewien wzorzec. Może nawet nazwałbym go strategią. Ubezpieczyciele systematycznie zaniżają wypłaty, licząc na to, że poszkodowani się poddadzą. A prawda jest taka, że różnice między tym, co proponuje zakład ubezpieczeń, a tym, co zasądza sąd, potrafią być… dramatyczne.
Spis treści
- Dlaczego warto porównywać wyroki?
- Trzy sprawy – trzy lekcje o realnych kwotach
- Czy każda sprawa wymaga sądu?
- Moja rada: kiedy iść do sądu
Dlaczego warto porównywać wyroki?
Z mojego doświadczenia wynika, że sam fakt orzeczenia w konkretnej sprawie – na przykład przez Sąd Rejonowy w Szamotułach czy Sąd Okręgowy w Poznaniu – nie gwarantuje, że w Twojej sprawie wyrok będzie identyczny. Każdy przypadek jest inny: inny wiek poszkodowanego, inna intensywność bólu, inna prognoza na przyszłość.
Ale porównując kilka wyroków, można wyrobić sobie zdanie na temat tego, jak ubezpieczyciele w ogóle podchodzą do spraw związanych ze złamaniem ręki. I tu zaczyna się właśnie najciekawsze – albo raczej najbardziej przygnębiające, jeśli spojrzeć na to z perspektywy poszkodowanego.
Trzy sprawy – trzy lekcje o realnych kwotach
Pozwól, że przedstawię Ci trzy przypadki, które szczególnie utkwiły mi w pamięci. Nie zmyślam – to rzeczywiste orzeczenia, które można znaleźć w publicznie dostępnych bazach.
Przypadek 1: Łódź – od 9.600 zł do 15.000 zł
Sąd Okręgowy w Łodzi (sprawa II Ca 1461/15) zasądził dodatkową kwotę 5.400 zł ponad wcześniej wypłacone przez ubezpieczyciela 9.600 zł. Łącznie poszkodowana otrzymała 15.000 zł.
Co ciekawe, w uzasadnieniu sąd podkreślił, że zadośćuczynienie ma charakter kompensacyjny – ma przedstawiać „ekonomicznie odczuwalną wartość”. Zwrócił uwagę na 5-procentowy uszczerbek na zdrowiu, rozmiar cierpień fizycznych i psychicznych oraz trwałość skutków wypadku.
Innymi słowy: ubezpieczyciel wypłacił niecałe dwie trzecie tego, co ostatecznie uznano za „odpowiednią sumę”.
Przypadek 2: Kłodzko – od 12.000 zł do 60.000 zł
To jest sprawa, która naprawdę robi wrażenie. Sąd Rejonowy w Kłodzku (I C 1480/12) zasądził 48.000 zł ponad wypłacone wcześniej 12.000 zł. Łącznie poszkodowany otrzymał 60.000 zł – pięć razy więcej niż zaoferował ubezpieczyciel.
Dlaczego? Poszkodowany miał 40-procentowy uszczerbek na zdrowiu, nadal odczuwał bóle, nie mógł wykonywać cięższych prac fizycznych, a jego prawa ręka (główna) była znacznie ograniczona w ruchomości. Sąd uznał, że kwota 12.000 zł to po prostu żart.
Przypadek 3: Warszawa Mokotów – od 0 zł do 7.000 zł
Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa (XVI C 110/14) zasądził 7.000 zł w sytuacji, gdy ubezpieczyciel w ogóle odmówił wypłaty zadośćuczynienia.
Wyobraź sobie: nieudany zabieg operacyjny, repozycja kości przy znieczuleniu ogólnym, trzy i pół roku od wypadku wciąż odczuwane bóle, brak pełnej sprawności ręki. A zakład ubezpieczeń stwierdził: „nie widzimy podstaw do wypłaty”.
Oczywiście sąd miał inne zdanie. I choć 7.000 zł to relatywnie niewielka kwota (sąd argumentował, że ręka to nie narząd wewnętrzny), to jednak pokazuje, jak bardzo ubezpieczyciele potrafią lekceważyć cierpienie poszkodowanych.
Czy każda sprawa wymaga sądu?
Zastanówmy się przez chwilę. Może jesteś tym szczęściarzem, który dostał od ubezpieczyciela dokładnie tyle, ile się należy? Może sąd jest w Twoim przypadku zbędny?
No cóż… Z mojego doświadczenia to raczej mało prawdopodobne. Ale oczywiście nie twierdzę, że w każdej sprawie i zawsze właściwa jest droga sądowa. Są sytuacje, gdy ubezpieczyciel faktycznie wywiązuje się ze swoich zobowiązań. Są też sytuacje, gdy walka w sądzie po prostu się nie opłaca – na przykład wtedy, gdy obrażenia są naprawdę niewielkie, a różnica między propozycją a realną wartością krzywdy jest symboliczna.
Ale jeśli mówimy o poważnym złamaniu, które wymaga operacji, rehabilitacji, które powoduje trwały uszczerbek na zdrowiu i wpływa na codzienne funkcjonowanie – wtedy warto się zastanowić. Bo jak pokazują powyższe przykłady, różnice potrafią być drastyczne.
Moja rada: kiedy iść do sądu
Jeśli chcesz wiedzieć, czy Twoja sprawa ma sens, zadaj sobie kilka pytań:
- Czy ubezpieczyciel w ogóle uwzględnił wszystkie okoliczności Twojej sprawy?
- Czy kwota, którą zaproponował, jest chociaż zbliżona do tego, co otrzymują inni poszkodowani z podobnymi obrażeniami?
- Czy Twoje obrażenia są trwałe? Czy nadal odczuwasz ból?
- Czy wypadek wpłynął na Twoją codzienną aktywność, pracę, życie rodzinne?
Jeśli odpowiedź na którekolwiek z tych pytań brzmi „tak”, to jest bardzo prawdopodobne, że ubezpieczyciel po prostu Cię zbył. I że warto z nim powalczyć.
Podsumowanie? Tak, warto iść do sądu przeciwko zakładowi ubezpieczeń. Statystyki nie kłamią – w większości przypadków poszkodowani otrzymują znacznie więcej, niż zaoferował im ubezpieczyciel. Oczywiście każda sprawa jest inna, ale jeśli czujesz, że zostałeś potraktowany niesprawiedliwie, nie rezygnuj.
A jeśli masz wątpliwości – po prostu zapytaj. Zawsze chętnie pomogę ocenić, czy Twoja sprawa ma szansę powodzenia.
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl