Czy inflacja i zmiany cen mają znaczenie w odszkodowaniu? Ciekawe orzeczenie

Wprowadzenie

Oto pytanie, które fascynuje mnie od lat: w jakich cenach wycenia się szkodę – tych z momentu powstania szkody, czy tych aktualnych?

Niedawno trafiłem na sprawę, która idealnie ilustruje ten problem. Szkoda powstała w 2016 roku. Biegły sądowy wycenił ją w 2019 roku. Ubezpieczyciel zaproponował: „Dobra, niech będzie, przyjmijmy wycenę biegłego. Ale przecież ceny materiałów budowlanych i robocizny spadły między 2016 a 2019 rokiem! Obniżmy więc odszkodowanie o jakieś 8-10%!”

Brzmi logicznie? Może. Ale sąd kategorycznie odmówił. I miał rację. Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Sprawa o 8-10%

Kontekst: zalanie pomieszczeń w 2016 roku, sprawa sądowa w latach 2017-2020. Biegły sądowy w 2019 roku wycenił szkodę na podstawie aktualnych cenników materiałów i robocizny. Wyszło mu 196.763 zł.

Ubezpieczyciel na rozprawie w 2020 roku zaproponował: „Panie sędzio, ale przecież między 2016 a 2019 rokiem ceny spadły! Można to oszacować na około 8-10%. Więc zamiast 196 tysięcy powinniśmy zapłacić jakieś 177 tysięcy. Przecież to uczciwe, prawda?”

Biegły odpowiedział krótko: NIE.

Wyjaśnił, że:

  1. Nie ma dostępu do oficjalnych cenników z 2016 roku
  2. Nie może bazować na szacunkach czy cenach z hurtowni
  3. Jego obowiązkiem jest stosowanie aktualnych, oficjalnych cenników

Sąd w pełni podzielił stanowisko biegłego. Ubezpieczyciel nie dostał swojej „zniżki” 8-10%.

Dlaczego sąd odmówił korekty?

Z mojego doświadczenia wynika, że sędziowie bardzo nie lubią „szacunków na oko”. Prawo wymaga precyzji, zwłaszcza gdy chodzi o pieniądze.

Problem z propozycją ubezpieczyciela był taki:

1. Skąd te 8-10%?

Czemu nie 5%? Czemu nie 15%? Ubezpieczyciel powiedział „około 8-10%”, ale na jakiej podstawie? Jakie konkretnie materiały potaniały? O ile? Jakie robocizna?

To było czyste szacowanie. A sądy nie lubią szacowań.

2. Ceny nie spadają równomiernie

Może stal potaniała o 10%, ale płytki gresowe podrożały o 5%? Może robocizna murarska spadła, ale stolarska wzrosła? Nie da się tego ogólnie „zkorygować” o X procent.

Każdy materiał, każda usługa ma swoją dynamikę cen. Żeby uczciwie wyliczyć różnicę, trzeba by sprawdzić cenę każdej pozycji z 2016 roku i porównać z 2019. To setki pozycji, dziesiątki dostawców…

3. Brak oficjalnych cenników z 2016 roku

To kluczowy argument biegłego. Kosztorysanci pracują na oficjalnych cennikach (np. cenniki ORGBUD, KNR – Katalog Nakładów Rzeczowych). Są to publikowane, weryfikowane dane.

Ale te cenniki z 2016 roku nie są już dostępne. Albo są, ale w archiwalnej formie, trudnej do zweryfikowania. Biegły wyjaśnił, że nie może bazować na pamięci czy cenach z hurtowni, bo to nie byłoby rzetelne.

4. Arbitralność

Co jeśli ubezpieczyciel powie „8%”, a poszkodowany „ale przecież niektóre rzeczy podrożały, więc powinno być +5%”? Kto ma rację? Jak to rozstrzygnąć?

Sąd słusznie uznał, że jedynym obiektywnym rozwiązaniem jest: biegły wycenia szkodę według aktualnych cenników. Koniec, kropka, bez korekt „na oko”.

Zasada art. 363 § 2 k.c. – równoważność świadczeń

Jest jeszcze jeden argument prawny, o którym warto wiedzieć. Art. 363 § 2 k.c. mówi:

„Naprawienie szkody powinno nastąpić, według wyboru poszkodowanego, bądź przez przywrócenie stanu poprzedniego, bądź przez zapłatę odpowiedniej sumy pieniężnej.”

Kluczowe słowo: odpowiedniej.

Co to znaczy „odpowiednia suma”? Taka, która pozwoli poszkodowanemu dzisiaj przywrócić stan poprzedni. Nie w 2016 roku, nie w 2019, ale dzisiaj, gdy dostanie pieniądze.

Jeśli dzisiaj wymiana posadzki kosztuje 50 tysięcy złotych, to odszkodowanie powinno wynosić 50 tysięcy. Niezależnie od tego, że w 2016 roku kosztowało 45 tysięcy.

Czemu? Bo poszkodowany dostaje pieniądze dzisiaj i musi za nie dzisiaj naprawić szkodę. Po cenach dzisiejszych.

A co jeśli ceny faktycznie spadły?

Uczciwie mówiąc: czasem ceny rzeczywiście spadają. Zwłaszcza jeśli między szkodą a wyceną mija dużo czasu, a w międzyczasie nastąpi kryzys gospodarczy czy spadek cen surowców.

Co wtedy?

Z mojego doświadczenia: jeśli ubezpieczyciel chce wykazać spadek cen, to musi to udowodnić konkretnie. Nie „około 8-10%”, ale:

  • Pozycja A: w 2016 kosztowała X, w 2020 kosztuje Y (dowód: cenniki)
  • Pozycja B: w 2016 kosztowała X, w 2020 kosztuje Y (dowód: cenniki)
  • …i tak dalej dla każdej pozycji

Jeśli ubezpieczyciel zrobi taką analizę, sąd może ją uwzględnić. Ale to jest praca dla biegłego lub rzeczoznawcy, nie argument „na oko” na rozprawie.

W opisywanej sprawie ubezpieczyciel takiej analizy nie przedstawił. Powiedział tylko „około 8-10%”. I przegrał.

Praktyczne wnioski

Co z tego wynika dla Was, poszkodowanych?

1. Biegły wycenia szkodę według aktualnych cen

Jeśli zgłosiliście szkodę w 2020 roku, a proces toczy się w 2025, biegły powinien wycenić szkodę według cen z 2025. To działa na Waszą korzyść, jeśli ceny wzrosły (a zazwyczaj wzrastają przez inflację).

2. Nie dajcie się przekonać do „korekty inflacyjnej”

Ubezpieczyciel może próbować argumentować, że „przecież ceny wzrosły, więc trzeba obniżyć odszkodowanie o inflację”. To błędny argument. Odszkodowanie ma odzwierciedlać aktualne koszty naprawy.

3. Jeśli ceny faktycznie spadły – dowody

Jeśli między szkodą a wyceną ceny rzeczywiście spadły (co jest rzadkie), ubezpieczyciel musi to udowodnić konkretnie, pozycja po pozycji. Bez konkretnych dowodów sąd nie uwzględni takiego argumentu.

4. Czas gra na Waszą korzyść (jeśli inflacja rośnie)

Im dłużej toczy się proces, tym wyższa będzie wycena biegłego (przy rosnącej inflacji). To trochę paradoksalne, ale faktycznie: zwłoka ubezpieczyciela w likwidacji szkody może oznaczać, że ostatecznie zapłaci więcej.

Oczywiście nie polecam celowego przeciągania procesu. Ale warto mieć na uwadze, że czas nie zawsze gra przeciwko poszkodowanemu.

Ciekawostka z innej sprawy

Pamiętam sprawę sprzed kilku lat (nie mogę podać szczegółów, ale mechanizm jest ciekawy): szkoda powstała w 2010 roku, proces toczył się do 2015 roku. W międzyczasie nastąpił boom budowlany, ceny materiałów wzrosły o 30-40%.

Ubezpieczyciel próbował argumentować: „Ale przecież w 2010 roku naprawa kosztowała 100 tysięcy! Nie możemy płacić 140 tysięcy!”

Sąd: „Możecie i zapłacicie. Plus odsetki od 2010 roku.”

Efekt? Ubezpieczyciel zapłacił odszkodowanie według cen z 2015 roku (140 tysięcy) plus odsetki za 5 lat opóźnienia. Gdyby wypłacił od razu w 2010, zapłaciłby 100 tysięcy.

Morał: opóźnianie wypłaty odszkodowania nie opłaca się ubezpieczycielom.

Refleksja

To fascynujący aspekt prawa odszkodowawczego. Na pierwszy rzut oka argument ubezpieczyciela brzmi logicznie: „Ceny się zmieniły, więc odszkodowanie powinno odzwierciedlać ceny z momentu szkody.”

Ale prawo mówi inaczej. Odszkodowanie ma być realne – ma pozwolić poszkodowanemu dzisiaj naprawić szkodę. A dzisiaj obowiązują dzisiejsze ceny.

Czy to sprawiedliwe? Moim zdaniem – tak. Poszkodowany nie powinien być karany za to, że ubezpieczyciel zwleka z wypłatą. Jeśli w międzyczasie ceny wzrosły (czy to przez inflację, czy boom budowlany), to problem ubezpieczyciela, nie poszkodowanego.

Oczywiście działa to też w drugą stronę – jeśli ceny spadły, poszkodowany może dostać mniej, niż kosztowałaby naprawa w momencie szkody. Ale w praktyce takie sytuacje są rzadkie. Zazwyczaj ceny rosną.

Co sądzicie o tej zasadzie? Sprawiedliwa czy nie? Piszcie w komentarzach!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Odsetki za opóźnienie od ubezpieczyciela – kiedy Ci się należą?

Wprowadzenie

„Panie Bartoszu, ubezpieczyciel w końcu wypłacił mi odszkodowanie, ale minęło już pół roku od zgłoszenia szkody. Czy oprócz odszkodowania należą mi się też jakieś odsetki?”

Słyszę to pytanie regularnie. I zawsze odpowiadam to samo: TAK, należą się! A często to wcale nie są małe pieniądze. W sprawie, o której dzisiaj opowiem, same odsetki od maja 2016 r. do czerwca 2020 r. to kilkanaście tysięcy złotych dodatkowe.

Problem w tym, że ubezpieczyciele rzadko o tym mówią. Wypłacają odszkodowanie bez odsetek, licząc na to, że poszkodowany nie wie o swoich prawach. Albo – jeszcze gorzej – twierdzą, że „nie pozostawali w opóźnieniu”, więc odsetki się nie należą.

Dziś rozłożę to na czynniki pierwsze. Po tym artykule będziecie wiedzieć dokładnie, kiedy należą Wam się odsetki i od kiedy je liczyć.

Sprawa, która wszystko wyjaśnia

Mam przed sobą wyrok w sprawie odszkodowawczej, która toczyła się prawie 4 lata. Fakty są proste:

  • 28 kwietnia 2016 r. – zgłoszenie szkody
  • 11 maja 2016 r. – ubezpieczyciel odmawia wypłaty
  • 27 czerwca 2016 r. – ubezpieczyciel zmienia zdanie i wypłaca 40 tysięcy
  • Kolejne miesiące – stopniowe dopłaty (59k, 13k, 7k)
  • Lipiec 2017 r. – poszkodowany wnosi pozew
  • Czerwiec 2020 r. – wyrok sądu

Pytanie: od kiedy liczą się odsetki?

Poszkodowany twierdzil: od 29 maja 2016 r. (30 dni od zgłoszenia szkody).

Ubezpieczyciel twierdził: odsetki w ogóle się nie należą, bo „nie pozostawał w zwłoce”.

Sąd orzekł: odsetki od 29 maja 2016 r.

Dlaczego tak? Zaraz wyjaśnię.

Magiczne 30 dni

Art. 812 § 1 Kodeksu cywilnego stanowi jasno: „Ubezpieczyciel obowiązany jest spełnić świadczenie w terminie trzydziestu dni, licząc od daty otrzymania zawiadomienia o wypadku.”

To jest kluczowy przepis. 30 dni, nie 60, nie 90, nie „jak się uda”. 30 dni od zgłoszenia szkody.

W opisywanej sprawie:

  • Szkoda zgłoszona: 28 kwietnia 2016 r.
  • Termin na wypłatę: 28 maja 2016 r.
  • Opóźnienie od: 29 maja 2016 r.

I od tego dnia należą się odsetki. Niezależnie od tego, że ubezpieczyciel wypłacił część odszkodowania w czerwcu, kolejną część w sierpniu, następną w marcu następnego roku…

Od 29 maja 2016 r. do dnia zapłaty. Kropka.

„Ale my nie byliśmy w zwłoce!” – ulubiony argument ubezpieczycieli

Ubezpieczyciel w procesie bronił się tak: „Przecież wypłacaliśmy stopniowo! W miarę jak poszkodowany dostarczał faktury! Nie mogliśmy wiedzieć, jaka będzie ostateczna wysokość szkody! Więc nie pozostawaliśmy w zwłoce z zapłatą!”

Brzmi logicznie, prawda? Ale sąd tego nie kupił. I słusznie.

Dlaczego ten argument nie działa?

Po pierwsze: art. 481 § 1 k.c. mówi wyraźnie: „Jeżeli dłużnik opóźnia się ze spełnieniem świadczenia pieniężnego, wierzyciel może żądać odsetek za czas opóźnienia, chociażby nie poniósł żadnej szkody i chociażby opóźnienie było następstwem okoliczności, za które dłużnik odpowiedzialności nie ponosi.”

Zauważcie: „chociażby opóźnienie było następstwem okoliczności, za które dłużnik odpowiedzialności nie ponosi”. To znaczy, że nawet jeśli ubezpieczyciel miał „dobre powody” do opóźnienia, to i tak musi zapłacić odsetki.

Po drugie: Ubezpieczyciel mógł (i powinien!) powołać własnego rzeczoznawcę, który wyceniłby szkodę. Mógł zweryfikować faktury. Mógł poprosić o dodatkowe dokumenty. Mógł działać aktywnie, zamiast czekać biernie.

W opisywanej sprawie ubezpieczyciel ograniczył się do oczekiwania na faktury od poszkodowanego. To była jego decyzja. I ta decyzja oznacza, że od 29 maja 2016 r. liczą się odsetki.

Ile to jest w praktyce?

Policzmy to na przykładzie opisywanej sprawy:

  • Zasądzona kwota: 76.609 zł
  • Odsetki od: 29 maja 2016 r.
  • Wyrok: 4 czerwca 2020 r.
  • Okres: około 4 lata

Przyjmijmy na potzreby niniejszego wpisu średnią stopę odsetek ustawowych w tym okresie na poziomie około 7% rocznie (w 2016-2020 wahała się od 5% do 8%). To daje nam mniej więcej:

76.609 zł × 7% × 4 lata = około 21.450 zł

To nie jest precyzyjne wyliczenie (stopa odsetek zmieniała się w czasie), ale daje perspektywę: same odsetki to dodatkowe 21 tysięcy złotych!

A pamiętajcie: odsetki biegną do dnia zapłaty. Jeśli ubezpieczyciel zwleka z wykonaniem wyroku, suma rośnie dalej.

Najczęstsze błędy poszkodowanych

Z mojego doświadczenia wynika, że poszkodowani często popełniają trzy błędy związane z odsetkami:

Błąd 1: Nie żądają odsetek

Zaskakująco często widzę pozwy, w których poszkodowany żąda tylko odszkodowania, bez odsetek. Dlaczego? Bo po prostu nie wie, że mu się należą.

Zawsze żądajcie odsetek! To Wasze prawo, a często to spore pieniądze.

Błąd 2: Źle liczą datę początkową

Poszkodowany liczy odsetki od daty pozwu. Albo od daty pierwszej decyzji ubezpieczyciela. Albo od jakiejś innej daty.

Poprawna data to: 30 dni od zgłoszenia szkody.

W opisywanej sprawie poszkodowany zgłosił szkodę 28 kwietnia, więc odsetki liczył od 29 maja. I sąd to zaakceptował.

Błąd 3: Dają się przekonać ubezpieczycielowi

Ubezpieczyciel mówi: „Przecież wypłacaliśmy stopniowo, nie możemy być w zwłoce!” I poszkodowany odpuszcza odsetki.

Nie dajcie się! Opóźnienie to opóźnienie. Jeśli ubezpieczyciel nie wypłacił całego odszkodowania w ciągu 30 dni, to od 31. dnia liczą się odsetki. Kropka.

Praktyczne wskazówki

Żebyście mogli skutecznie dochodzić odsetek, musicie wiedzieć kilka rzeczy:

1. Dokumentujcie datę zgłoszenia szkody

To kluczowe. W opisywanej sprawie było oświadczenie wykonawcy robót z 28.04.2016 r., w którym potwierdził, że szkoda została zarejestrowana tego dnia. To był dowód dla sądu.

Jeśli zgłaszacie szkodę:

  • E-mailem – zachowajcie potwierdzenie wysłania i odbioru
  • Osobiście – poproście o potwierdzenie na piśmie
  • Telefonicznie – wyślijcie potem e-mail potwierdzający zgłoszenie

2. Wezwijcie do zapłaty

Chociaż nie jest to konieczne dla naliczenia odsetek (art. 481 k.c. działa automatycznie), warto wysłać formalne wezwanie do zapłaty. Można w nim wyraźnie wskazać termin 30 dni od zgłoszenia szkody.

W opisywanej sprawie poszkodowany wysłał pismo 17 stycznia 2017 r., wzywając do uzupełnienia odszkodowania o 116 tysięcy złotych. Dał termin 14 dni. Ubezpieczyciel wypłacił wtedy tylko 7 tysięcy. Reszta? Dopiero po wyroku.

3. W pozwie żądajcie odsetek wyraźnie

Nie wystarczy napisać „odszkodowanie 100 tysięcy zł”. Trzeba dodać: „wraz z odsetkami ustawowymi za opóźnienie od dnia [data] do dnia zapłaty”.

W opisywanej sprawie pozew zawierał dokładnie takie sformułowanie. I sąd je uwzględnił.

4. Sprawdzajcie aktualne stawki odsetek

Odsetki ustawowe zmieniają się co roku (a czasem częściej). Aktualną stawkę znajdziecie na stronach Ministerstwa Finansów lub NBP.

5. Nie przyjmujcie odszkodowania bez odsetek

Jeśli ubezpieczyciel proponuje: „Wypłacimy 100 tysięcy, ale bez odsetek”, to jest to próba oszczędzenia na Waszym rachunku. Odsetki Wam się należą!

Kiedy odsetki NIE biegną?

Żeby być uczciwym: są sytuacje, w których odsetki nie biegną lub biegną od innej daty:

1. Brak współpracy poszkodowanego

Jeśli ubezpieczyciel wielokrotnie prosi o dokumenty, a poszkodowany ich nie dostarcza, to opóźnienie może być usprawiedliwione. Ale uwaga: to musi być udokumentowane, z konkretnymi wezwaniami i terminami.

2. Sporna kwestia odpowiedzialności

Jeśli odpowiedzialność sprawcy (a więc i ubezpieczyciela) jest sporna, to dopiero wyrok sądowy ją przesądzi. Wtedy odsetki mogą biec od innej daty. Ale w typowych sprawach (jak zalanie, wypadek drogowy z jednoznaczną winą) to nie jest argument.

3. Częściowa wypłata

Jeśli ubezpieczyciel wypłacił część odszkodowania w terminie 30 dni, to od tej części odsetki nie biegną. Ale od reszty? Jak najbardziej.

W opisywanej sprawie ubezpieczyciel wypłacił 40 tysięcy w czerwcu 2016 r. (z opóźnieniem). Potem kolejne kwoty. Ale nigdy nie wypłacił całości. I od tej „reszty” odsetki biegły przez cały czas.

Refleksja na koniec

Często widzę, że poszkodowani traktują odsetki jako coś drugorzędnego. „Najważniejsze, że dostanę odszkodowanie, a odsetki to już dodatek.”

Ale prawda jest taka: odsetki to nie dodatek, to Wasze prawo. I często to spore pieniądze – w opisywanej sprawie nawet ponad 20 tysięcy złotych.

Ubezpieczyciele liczą na to, że nie będziecie żądać odsetek. Albo że dadzież się przekonać, że „nie ma podstaw”. Albo że po prostu nie wiecie o swoich prawach.

Teraz już wiecie. 30 dni od zgłoszenia szkody. Od 31. dnia – odsetki. Niezależnie od tego, czy ubezpieczyciel wypłacał stopniowo, czy czekał na faktury, czy miał inne „usprawiedliwienie”.

To prawo. I warto z niego korzystać.

Czy mieliście problemy z ubezpieczycielami w kwestii odsetek? Jak sobie poradziliście? Piszcie w komentarzach – chętnie podyskutuję!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Sprawa o odszkodowanie – kiedy użytkownik pojazdu nie jest poszkodowanym?

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć Wam o jednej z moich spraw, która pokazuje, jak ważne są niuanse prawne w sprawach odszkodowawczych. Choć finalnie nie wygraliśmy tego procesu, sprawa ta nauczyła mnie i mojego klienta bardzo wiele o tym, jak kluczowe jest precyzyjne określenie podstawy faktycznej roszczenia już na etapie pozwu.

Spis treści

  1. Stan faktyczny – wypadek i umowa użyczenia
  2. Dlaczego Sąd Rejonowy oddalił powództwo?
  3. Co poszło nie tak w postępowaniu?
  4. Czy można było uniknąć tej pułapki?
  5. Wnioski praktyczne dla poszkodowanych
  6. FAQ – najczęstsze pytania

Stan faktyczny – wypadek i umowa użyczenia

W kwietniu 2017 roku doszło do kolizji drogowej, w której uszkodzony został Volkswagen Touareg. Pojazd należał do rodziców mojego klienta – nazwijmy go Tomkiem – którzy użyczyli mu auto do codziennego użytku. Tomek był wyłącznym użytkownikiem pojazdu, dojeżdżał nim do pracy w pensjonacie na Garaszewie, woził dzieci do szkoły, jeździł na treningi rugby.

Po wypadku uszkodzony pojazd został odholowany do warsztatu, a Tomek wynajął Mercedesa klasy E jako samochód zastępczy – w końcu potrzebował auta do codziennego funkcjonowania. Najem trwał 36 dni, koszt wyniósł 13.284 zł. Dodatkowo powstały koszty holowania (430,50 zł) i parkowania uszkodzonego auta (830,25 zł).

Ubezpieczyciel sprawcy wypłacił jedynie odszkodowanie za naprawę pojazdu (19.686,44 zł), odmawiając zwrotu pozostałych kosztów. Rodzice Tomka – właściciele auta – zawarli z nim umowę cesji, przekazując mu roszczenia wobec ubezpieczyciela. I wtedy rozpoczęła się długa batalia sądowa.

Dlaczego Sąd Rejonowy oddalił powództwo?

Sąd I instancji zasądził jedynie 1.260,75 zł tytułem zwrotu kosztów holowania i częściowo parkowania. Oddalił natomiast powództwo w zakresie najmu pojazdu zastępczego – aż 13.284 zł. Dlaczego?

Rozumowanie Sądu było następujące: skoro Tomek korzystał z pojazdu na podstawie umowy użyczenia, to w chwili jego uszkodzenia nie miał roszczenia wobec rodziców o dostarczenie mu innego auta. Rodzice z kolei – będący właścicielami uszkodzonego Volkswagena – nie ponieśli szkody w postaci konieczności wynajęcia pojazdu zastępczego. Ojciec jeździł służbowym autem, matka nie miała prawa jazdy. Brak więc związku przyczynowo-skutkowego między wypadkiem a potrzebą właścicieli do wynajmu auta zastępczego.

W ocenie Sądu Rejonowego Tomek jako dorosły, pracujący człowiek powinien był sam zadecydować, czy stać go na nabycie własnego samochodu, czy będzie korzystał z komunikacji miejskiej. Nie mógł natomiast obciążać tymi kosztami sprawcy wypadku przez pośrednika w postaci ubezpieczyciela.

Co poszło nie tak w postępowaniu?

Z perspektywy czasu widzę, gdzie leżał problem. W pozwie – złożonym w maju 2020 roku – Tomek wywodził swoją legitymację czynną wyłącznie z umowy cesji zawartej z rodzicami. Oznaczało to, że dochodził tych samych roszczeń, które mogliby dochodzić jego rodzice jako właściciele pojazdu. A rodzice – jak słusznie zauważył Sąd – nie potrzebowali pojazdu zastępczego.

Tomek mógł natomiast dochodzić tych kosztów jako bezpośredni poszkodowany – wyłączny użytkownik pojazdu, który w wyniku wypadku stracił możliwość korzystania z auta. Problem w tym, że takiej podstawy faktycznej nie wskazał w pozwie. Dopiero w apelacji próbował zmienić narrację, twierdząc, że to on – jako użytkownik – jest poszkodowanym. Ale było już za późno.

Sąd Okręgowy słusznie zauważył, że zmiana podstawy faktycznej roszczenia w postępowaniu apelacyjnym jest niedopuszczalna. Zgodnie z art. 383 k.p.c. w postępowaniu apelacyjnym nie można rozszerzyć żądania pozwu ani występować z nowymi roszczeniami. Nie można też zmieniać podstawy faktycznej – a właśnie do tego dążył Tomek w apelacji.

Czy można było uniknąć tej pułapki?

Absolutnie tak. Z mojego doświadczenia wynika, że kluczowe jest precyzyjne określenie podstawy faktycznej roszczenia już na etapie pozwu. W tym przypadku Tomek powinien był:

  1. Wskazać siebie jako bezpośredniego poszkodowanego – wyłącznego użytkownika pojazdu, który w wyniku wypadku stracił możliwość korzystania z auta.
  2. Wykazać swoją potrzebę korzystania z pojazdu zastępczego – dojazdy do pracy, szkoły dzieci, treningi.
  3. Ewentualnie połączyć dwie podstawy faktyczne – zarówno jako użytkownik, jak i nabywca wierzytelności w umowie cesji.

Umowa cesji była słusznym rozwiązaniem – pozwoliła na przeniesienie roszczeń z rodziców na Tomka. Problem w tym, że Tomek poprzestał na tym i nie wskazał, że sam – jako użytkownik – poniósł szkodę. A to właśnie ta szkoda – utrata możliwości korzystania z pojazdu – była kluczowa dla roszczenia o zwrot kosztów najmu auta zastępczego.

Wnioski praktyczne dla poszkodowanych

Ta sprawa pokazuje, jak ważne jest:

  1. Precyzyjne określenie podstawy faktycznej roszczenia już w pozwie – nie można tego zmienić w apelacji.
  2. Wykazanie związku przyczynowo-skutkowego między wypadkiem a szkodą – w tym przypadku między wypadkiem a potrzebą korzystania z pojazdu zastępczego.
  3. Konsultacja z prawnikiem na wczesnym etapie – najlepiej jeszcze przed złożeniem pozwu, by uniknąć błędów, które mogą kosztować kilkanaście tysięcy złotych.

Z praktyki mojej kancelarii wiem, że sprawy odszkodowawcze to nie tylko kwestia merytoryczna, ale przede wszystkim procesowa. Jeden błąd w pozwie może przekreślić nawet najsłuszniejsze roszczenie.

FAQ – najczęstsze pytania

Czy użytkownik pojazdu może dochodzić odszkodowania za najem pojazdu zastępczego?
Tak, ale musi wykazać, że to on – jako użytkownik – poniósł szkodę w postaci utraty możliwości korzystania z pojazdu. Nie wystarczy umowa cesji z właścicielem.

Czy umowa cesji wierzytelności jest potrzebna w takich sprawach?
Umowa cesji może być pomocna, ale nie zastępuje wykazania własnej szkody. Najlepiej połączyć obie podstawy faktyczne.

Ile kosztuje najem pojazdu zastępczego?
Według opinii biegłego z tej sprawy, średnia stawka za wynajem samochodu zbliżonego do Volkswagena Touarega wynosiła w 2017 roku 517-617 zł netto za dobę. Dla Mercedesa klasy E było to 332-386 zł netto/dobę.

Ile czasu można wynajmować pojazd zastępczy?
Czas najmu powinien odpowiadać uzasadnionemu czasowi naprawy. W tej sprawie biegły uznał 27 dni za uzasadnione, minus 10 dni zwłoki w zgłoszeniu dodatkowych oględzin.

Czy ubezpieczyciel może odmówić zwrotu kosztów najmu pojazdu zastępczego?
Ubezpieczyciel może kwestionować wysokość stawki dziennej oraz czas trwania najmu. Nie może natomiast odmówić zwrotu kosztów, jeśli poszkodowany wykaże potrzebę korzystania z pojazdu zastępczego.


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza jest indywidualna, dlatego zapraszam do kontaktu z moją kancelarią.

Zapraszam do Kancelarii KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI:
Radca Prawny Bartosz Kowalak
ul. Mickiewicza 18a/3, 60-834 Poznań
Tel.: +48 61 2224963
E-mail: bartosz.kowalak@prawnikpoznanski.pl

www: https://prawnikpoznanski.pl

Źródła:

  • Kodeks cywilny, art. 361, 363, 822
  • Kodeks postępowania cywilnego, art. 383, 385
  • Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 12 kwietnia 2018 r., sygn. II CNP 43/17

Opinia biegłego kontra kosztorysy ubezpieczyciela – kto ma rację?

Wprowadzenie

Klient przychodzi do mnie z ofertą ubezpieczyciela: „Panie Bartoszu, ubezpieczyciel przysłał mi kosztorys sporządzony przez profesjonalnego rzeczoznawcę. Są tam wszystkie pozycje, szczegółowe wyliczenia… Ale jakoś mi ta kwota nie pasuje. Za mało to jest.”

I zazwyczaj ten klient ma rację. Bo wiesz co? Kosztorysy ubezpieczycieli to często dzieła sztuki – wyglądają profesjonalnie, pełne są technicznych terminów, mają pieczątki… A jednocześnie są systematycznie zaniżone.

Dziś opowiem Wam o sprawie, która idealnie pokazuje, jak wielka może być różnica między wyceną ubezpieczyciela a opinią niezależnego biegłego sądowego. Różnica? 77 tysięcy złotych. To nie literówka.

Dwie rzeczywistości, dwie kwoty

Mam przed sobą dokumenty z fascynującej sprawy. Zalanie pomieszczeń w budynku mieszkalnym. Szkoda na pierwszy rzut oka wyglądała na poważną: zawilgocone i napuchnięte ściany, zniszczone posadzki z ogrzewaniem podłogowym, wypaczone drzwi, uszkodzona boazeria…

Według ubezpieczyciela: szkoda wyniosła 120.154,83 zł. Wypłacili ją etapami (o czym pisałem w poprzednim artykule), ale ostatecznie uznali, że to właśnie tyle kosztowała naprawa.

Według biegłego sądowego: szkoda wyniosła 196.763,49 zł.

Moment, coś tu nie gra, prawda? Ta sama szkoda, te same faktury, te same prace naprawcze… A różnica w wycenie wynosi 76.608,66 zł. To prawie 40% więcej!

Jak to możliwe?

Z mojego doświadczenia wynika, że ubezpieczyciele stosują kilka „sztuczek”, żeby zaniżyć wycenę szkody. Nie mówię tu o oszustwie – to byłoby zbyt mocne słowo. Ale o… powiedzmy, „optymistycznym” podejściu do wyceny.

Sztuczka nr 1: Kwestionowanie zakresu prac

Ubezpieczyciel patrzy na fakturę za roboty stolarskie i mówi: „Dobra, wymiana drzwi – rozumiemy. Ale wymiana wszystkich ościeżnic? To chyba przesada, można było naprawić.”

Problem w tym, że jeśli drewno napuchło od wilgoci, naprawa często nie ma sensu. Albo nie jest możliwa. Albo będzie widoczna. W opisywanej sprawie biegły stwierdził jednoznacznie: wymiana była konieczna.

Ale ubezpieczyciel tego nie widział. Albo nie chciał widzieć.

Sztuczka nr 2: Zaniżanie stawek

Factura mówi: robocizna stolarza – 150 zł/h. Ubezpieczyciel mówi: „Ale przecież w naszych wytycznych stawka to 80 zł/h.”

Jakie wytyczne? Czyje? Z jakiego roku? To pozostaje tajemnicą.

Biegły sądowy operuje cenami rynkowymi. Sprawdza, ile faktycznie kosztują materiały i robocizna w danym regionie, w danym czasie. Ubezpieczyciel? Ubezpieczyciel ma swoje „wytyczne”.

Sztuczka nr 3: Pomijanie kosztów pośrednich

W opisywanej sprawie była sprawa z osuszaniem. Firma osuszająca wystawiła fakturę na 45.149 zł. W tej kwocie było:

  • Wynajęcie sprzętu osuszającego
  • Praca specjalistów
  • Monitoring procesu osuszania

Ale czy ta kwota uwzględniała zużycie energii elektrycznej? Poszkodowany twierdził, że nie, i przedłożył rachunki za prąd na dodatkowe 8 tysięcy złotych. Ubezpieczyciel: nie uznajemy, nie ma dowodu, że prąd był zużyty tylko na osuszanie.

Biegły ostatecznie nie uwzględnił tej pozycji w swojej opinii (zabrakło jednoznacznego dowodu), ale pokazuje to, jak drobiazgowo trzeba wszystko dokumentować.

Sztuczka nr 4: „Przecież można było taniej”

Poszkodowany wymienił płytki gresowe na identyczne – w końcu chciał przywrócić stan poprzedni. Problemy? Nowa partia płytek miała inny odcień niż stara. Różnica była na tyle widoczna, że nie dało się ich połączyć – trzeba było wymienić płytki w całym pomieszczeniu, nie tylko te uszkodzone.

Ubezpieczyciel: „No ale po co całe pomieszczenie? Wystarczyło fragmentarycznie.”

Świadek – płytkarz – zeznał w sądzie: „Odcienie były różne, widoczność była taka, że nie dało się tego połączyć.” Biegły to potwierdził.

A ubezpieczyciel? Ubezpieczyciel miał swoje zdanie.

Dlaczego opinia biegłego jest inna?

Pracowałem z wieloma biegłymi sądowymi i wiem jedno: oni nie mają interesu w zaniżaniu ani zawyżaniu szkody. Ich zadanie to obiektywne określenie, ile kosztuje przywrócenie stanu poprzedniego.

Biegły w opisywanej sprawie:

  • Pojechał na miejsce i obejrzał szkodę na własne oczy
  • Przeanalizował dokumentację zdjęciową
  • Przesłuchał świadków (ekipę remontową, osuszającą, itd.)
  • Sprawdził faktury i kosztorysy
  • Zastosował aktualne stawki rynkowe z oficjalnych cenników

I wyszła mu kwota 196.763 zł. Nie 120 tysięcy, nie 150 tysięcy. Prawie 197 tysięcy.

Co ciekawe, ubezpieczyciel w procesie próbował jeszcze kwestionować opinię biegłego! Argumentował, że ceny materiałów i robocizny spadły między 2016 r. (kiedy była szkoda) a 2019 r. (kiedy biegły robił wycenę), więc należałoby obniżyć kwotę o „jakieś 8-10%”.

Biegły kategorycznie odmówił. Wyjaśnił, że:

  1. Nie ma dostępu do oficjalnych cenników z 2016 r.
  2. Nie może bazować na szacunkach czy cenach z hurtowni
  3. Jego obowiązkiem jest stosowanie aktualnych, oficjalnych cenników

Sąd w pełni podzielił stanowisko biegłego. I miał rację – skąd to „8-10%”? Czemu nie 5%? Czemu nie 15%? To byłaby czysta arbitralność.

Moja rada: nie bojcie się biegłego

Często widzę, że klienci obawiają się sprawy sądowej, bo „tam będzie biegły, to dodatkowe koszty, to się przeciągnie…”. Rozumiem te obawy. Ale z mojego doświadczenia wynika, że opinia biegłego sądowego to najlepsza rzecz, jaka może Wam się przytrafić w sporze z ubezpieczycielem.

Dlaczego?

1. Niezależność – Biegły nie pracuje dla ubezpieczyciela. Nie pracuje dla poszkodowanego. Pracuje dla sądu. Jego opinia ma być obiektywna.

2. Profesjonalizm – Biegły sądowy to ekspert wpisany na listę biegłych. Ma doświadczenie, wiedzę, autorytet.

3. Szczegółowość – Opinia biegłego to nie jest kartka A4 z cyferkami. To często kilkadziesiąt stron szczegółowych analiz, z dokładnym opisem każdej pozycji.

4. Moc dowodowa – Sąd traktuje opinię biegłego jako kluczowy dowód. Jeśli biegły stwierdzi, że szkoda wynosi X złotych, sąd zazwyczaj to zaakceptuje.

W opisywanej sprawie biegły sporządził opinię na 23 stronach. Rozpisał każdy koszt:

  • Osuszanie: 37.636 zł
  • Roboty płytkarskie: szczegółowy kosztorys
  • Roboty stolarskie: szczegółowy kosztorys
  • Roboty malarskie: szczegółowy kosztorys
  • Materiały: każda pozycja z ceną

I do tego wszystkiego dorzucił jeszcze VAT (7.513 zł), bo poszkodowany jako osoba fizyczna nie mógł go odliczyć. Ubezpieczyciel o tym nie pomyślał.

Praktyczne wskazówki

Jeśli jesteście w sporze z ubezpieczycielem o wysokość odszkodowania, oto co warto zrobić:

1. Zbierzcie własną dokumentację Zanim sprawa trafi do sądu, dobrze jest mieć własną dokumentację kosztów. Faktury, kosztorysy, oferty cenowe. To pomoże biegłemu w jego pracy.

2. Nie wyrzucajcie niczego Każdy rachunek, każda faktura, każde zdjęcie może się przydać. W opisywanej sprawie poszkodowany miał dokumentację zdjęciową, faktury od wszystkich wykonawców, nawet rachunki za prąd. To było kluczowe.

3. Świadkowie to skarb Biegły często opiera się na zeznaniach świadków – ekip remontowych, rzeczoznawców, sąsiadów. W opisywanej sprawie zeznawali: firma osuszająca, stolarz, płytkarz, malarz. Każdy potwierdził zakres i konieczność wykonanych prac.

4. Nie dajcie się zastraszyć kosztorysem ubezpieczyciela Ubezpieczyciel przysłał kosztorys z pieczątką rzeczoznawcy? To nie znaczy, że jest poprawny. To znaczy tylko tyle, że ktoś go sporządził. Dopiero opinia biegłego sądowego pokaże prawdę.

5. Rozważcie sprawę sądową Wiem, że to brzmi stresująco. Ale różnica między ofertą ubezpieczyciela a wyceną biegłego może wynieść dziesiątki tysięcy złotych. W opisywanej sprawie było to prawie 77 tysięcy. Czy to nie warte kilkunastu miesięcy procesu?

Refleksja

Prowadzę tego bloga, bo chcę, żebyście rozumieli, jak działa system odszkodowań. I prawda jest taka: kosztorys ubezpieczyciela to często punkt wyjścia do negocjacji, a nie ostateczna wycena szkody.

Ubezpieczyciele mają swoje zasady, swoje wytyczne, swoich rzeczoznawców. I wszystko to jest skonstruowane tak, żeby wypłacić jak najmniej. To nie jest ich wina – to po prostu ich model biznesowy.

Ale Wy macie prawo do sprawiedliwego odszkodowania. I narzędzie do tego – opinię biegłego sądowego – macie w zasięgu ręki. Wystarczy wnieść pozew i złożyć wniosek o dopuszczenie dowodu z opinii biegłego.

Z mojej praktyki wiem, że w 9 na 10 spraw opinia biegłego jest wyższa niż oferta ubezpieczyciela. Czasem różnica jest niewielka (kilka tysięcy), czasem – jak w opisywanej sprawie – ogromna (77 tysięcy). Ale prawie zawsze warto walczyć.

Czy mieliście doświadczenia z biegłymi sądowymi? Jak wyglądała Wasza sprawa? Piszcie w komentarzach – chętnie podyskutuję!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Kosztorys z internetu vs opinia biegłego sądowego – dlaczego różnica wynosi 80 000 zł?

Ta sama szkoda, dwie wyceny, astronomiczna różnica

Usiądźcie wygodnie, bo opowiem Wam historię, która doskonale pokazuje chaos panujący w wycenach szkód powypadkowych.

Mamy:

  • Kosztorys ubezpieczyciela: 13.076,57 zł
  • Kosztorys firmy budowlanej (na zlecenie poszkodowanej): 136.075,10 zł
  • Opinia biegłego sądowego: 66.296,07 zł

Ta sama szkoda. Te same uszkodzenia. A różnica między najniższą a najwyższą wyceną? 123 tysiące złotych.

Jak to możliwe? I co ważniejsze – kto ma rację?

Zacznijmy od początku: Kto wycenia szkodę?

Po każdej szkodzie (zalanie, pożar, grad) ktoś musi ustalić, ile kosztuje naprawa. Problem w tym, że nie ma jednej, obiektywnej metody wyceny. Różne osoby patrzą na tę samą szkodę i widzą… różne rzeczy.

Typ 1: Rzeczoznawca ubezpieczyciela

To osoba zatrudniona (bezpośrednio lub jako external) przez ubezpieczyciela. Jej zadanie: ocenić szkodę i sporządzić kosztorys.

Teoretycznie powinien być bezstronny. W praktyce… no cóż. Z doświadczenia wiem, że rzeczoznawcy ubezpieczycieli mają tendencję do:

  • Wybierania najtańszych materiałów
  • Stosowania minimalnych zakresów prac
  • „Optymalizowania” kosztorysów na rzecz ubezpieczyciela

Bo od tego zależy, czy dostaną kolejne zlecenia.

Typ 2: Firma budowlana (na zlecenie poszkodowanego)

Poszkodowany zleca wycenę lokalnej firmie budowlanej. Firma przygląda się szkodzie i wycenia, ile będzie kosztowało doprowadzenie nieruchomości do stanu sprzed zdarzenia.

Problem: Różne firmy mają różne ceny. I różne podejścia do zakresu prac. Jedna powie „wystarczy przemalować”, druga „trzeba rozbierać i robić od nowa”.

Typ 3: Biegły sądowy

Kiedy sprawa trafia do sądu, sąd powołuje niezależnego biegłego – specjalistę z list prowadzonych przez sądy. Teoretycznie najbardziej obiektywna wycena.

Ale – i tu jest haczyk – biegły też ma swoją metodologię, swoje doświadczenie, swoje podejście. Nie ma „jedynej prawdy”.

Dlaczego kosztorys ubezpieczyciela był tak niski?

W sprawie pani U. ubezpieczyciel wycenił szkodę na niecałe 13.1 tysięcy złotych.

Co zrobił źle? (Albo – co zrobił „optymizując” na swoją korzyść?)

1. Minimalizował zakres prac

Przykład: Elewacja zewnętrzna.

Zalanie dotknęło ściany w pasie około 50 cm od gruntu. Tynk zewnętrzny został uszkodzony – zawilgocony, odpadający, z plamami.

Kosztorys ubezpieczyciela: Remont tylko uszkodzonego pasa (50 cm).

Opinia biegłego: Remont całej elewacji.

Dlaczego? Bo jeśli naprawisz tylko pas, będziesz miał dwie różne struktury tynku (stary i nowy) w linii falistej. To wygląda okropnie. Profesjonalnie – remontuje się całość.

Różnica w kosztach? Kilkanaście tysięcy złotych.

2. Zakładał, że zniszczone elementy da się odzyskać

Przykład: Płytki ceramiczne na cokolikach.

Po zalaniu płytki na cokolikach (dolna część ściany) całkowicie odspojały się od ściany włącznie z klejem. Teoretycznie można by je zdjąć i spróbować ponownie przykleić.

Kosztorys ubezpieczyciela: Zakładał ponowne użycie starych płytek.

Opinia biegłego: Wymiana płytek na nowe.

Dlaczego? Bo podczas zdejmowania płytki pękają. A nawet jeśli nie pękną – klej trzeba usunąć, co często niszczy płytkę. Profesjonalnie – wymienia się na nowe.

3. Stosował ceny „hurtowe”, nie detaliczne

Ubezpieczyciele często używają cen z hurtowni budowlanych czy przetargów. Tymczasem normalny człowiek kupuje w sklepie budowlanym po cenach detalicznych.

Różnica? 20-30% w górę.

4. Nie uwzględniał prac przygotowawczych

Żeby położyć nowe płytki, trzeba:

  • Usunąć stare
  • Oczyścić powierzchnię
  • Wyrównać podłoże
  • Zagruntować
  • Dopiero położyć nowe

Kosztorysy ubezpieczycieli często pomijają pierwsze cztery kroki. „No przecież przecież jak kładziecie nowe płytki to i tak musicie te stare zdjąć, nie?”

Tak. I to kosztuje. I powinno być w kosztorysie.

Dlaczego kosztorys firmy budowlanej był tak wysoki?

Firma budowlana wyceniła szkodę na ponad 136 tysięcy złotych. To ponad 10 razy więcej niż ubezpieczyciel!

Co poszło nie tak?

Z opinii biegłego wynikało, że firma „przesadziła” w kilku miejscach:

1. Zbyt szeroki zakres prac

Firma zakładała wymiany elementów, które faktycznie nie były uszkodzone albo dałoby się je naprawić. Przykład: Część instalacji elektrycznej można było przetestować i ewentualnie wymienić tylko uszkodzone fragmenty, zamiast całości.

2. Drogie materiały

Firma wyceniała materiały z wyższej półki, podczas gdy przywrócenie stanu sprzed szkody nie wymaga premium quality. Wystarczą materiały standardowe, dopasowane do obecnego stanu nieruchomości.

3. „Robota na zapas”

Z doświadczenia wiem, że firmy budowlane lubią dodawać 10-20% „na wszelki wypadek”. Bo przecież „jak się zacznie rozbierać ściany to zawsze coś jeszcze wyłazi”.

To ma sens z perspektywy rzemieślnika (kto chce robić dwa razy?). Ale z perspektywy wyceny szkody – niekoniecznie.

Biegły sądowy: Złoty środek czy własna wizja?

Biegły sądowy dr inż. B. H. wycenił szkodę na 66.296,07 zł. Mniej niż firma, więcej niż ubezpieczyciel.

Jak do tego doszedł?

1. Profesjonalna metodologia

Biegły użył aktualnych stawek i cen materiałów z lokalnego rynku (Poznań i okolice). Nie ceny hurtowe, nie ceny premium – ceny realne.

2. Rozsądny zakres prac

Uwzględnił to, co faktycznie trzeba zrobić, żeby przywrócić stan sprzed szkody. Nie mniej (jak ubezpieczyciel), nie więcej (jak firma).

Przykład z elewacją: Uzasadnił, dlaczego trzeba remontować całość, a nie tylko uszkodzony pas. Argument: estetyka i jednolitość struktury tynku.

3. Uwzględnił specyfikę budynku

Budynek był stary (lata 60-te), ale przeszedł gruntowny remont w 2000 i 2011. Biegły wziął to pod uwagę – nie traktował go jako „30-letniego budynku w oryginalnym stanie”, ale jako budynek po kapitalnym remoncie.

4. Odpowiedział na zarzuty stron

Ubezpieczyciel oczywiście kwestionował opinię biegłego. Biegły na każdy zarzut odpowiedział szczegółowo, uzasadniając swoje stanowisko.

Przykład:

  • Zarzut ubezpieczyciela: „Biegły nie uwzględnił amortyzacji budynku”
  • Odpowiedź biegłego: „Zgodnie z OWU amortyzacja dotyczy odbudowy, nie naprawy. W tym przypadku mówimy o naprawie.”

Kluczowa różnica: Kto płaci za wycenę?

Oto coś, o czym mało kto mówi, a co ma ogromne znaczenie:

Kosztorys ubezpieczyciela: Płaci ubezpieczyciel. I ubezpieczyciel wie, że im niższa wycena, tym mniej musi zapłacić.

Kosztorys firmy budowlanej: Płaci poszkodowany (zwykle 300-1500 zł). Firma nie ma interesu w zaniżaniu ani zawyżaniu (chyba że liczy, że dostanie zlecenie na remont).

Opinia biegłego sądowego: Płaci sąd (tymczasowo, później koszty pokrywa przegrywający). Biegły nie ma bezpośredniego interesu w tym, jaka będzie wysokość wyceny.

To pokazuje, że najbardziej obiektywna jest opinia biegłego sądowego. Ale żeby do niej dojść, trzeba… iść do sądu. A to kosztuje czas i pieniądze.

Moja rada: Co zrobić po szkodzie?

Kiedy przychodzi szkoda, nie polegaj ślepo na wycenie ubezpieczyciela. Ale też nie rzucaj się od razu do sądu.

Krok 1: Pozwól ubezpieczycielowi zrobić swoją robotę

Zgłoś szkodę, przyjmij rzeczoznawcę, dostań kosztorys i ofertę odszkodowania.

Krok 2: Zweryfikuj, czy to ma sens

Pokaż kosztorys znajomemu fachowcowi (remoncista, budowlaniec). Zapytaj: „Za te pieniądze da się to naprawić?”

Jeśli powie „tak” – super, przyjmij odszkodowanie.

Jeśli powie „no chyba żartujesz” – masz problem.

Krok 3: Zleć własny kosztorys

Koszt: 300-1500 zł (zależnie od skomplikowania).

Porównaj z kosztorysem ubezpieczyciela. Jeśli różnica jest znaczna (kilka-kilkanaście tysięcy) – warto walczyć.

Krok 4: Próba ugody

Wyślij ubezpieczycielowi swój kosztorys, wytłumacz różnice, poproś o ponowną analizę.

Czasem ubezpieczyciel się ugnie i dopłaci. Czasem nie.

Krok 5: Decyzja o procesie

Jeśli różnica między Twoim kosztorysem a ofertą ubezpieczyciela to:

  • Poniżej 5 tysięcy – zastanów się, czy warto. Proces będzie kosztował podobnie.
  • 5-20 tysięcy – może być warto, ale to ryzyko (możesz przegrać i pokryć koszty).
  • Powyżej 20 tysięcy – zdecydowanie warto walczyć. Opinia biegłego może to wyjaśnić.

Czy opinia biegłego to ostateczna prawda?

Nie.

Opinia biegłego to ekspertyza jednego specjalisty. Może być kwestionowana (i często jest). Sąd może powołać drugiego biegłego. Albo trzeciego.

Ale w praktyce – jeśli biegły jest profesjonalny, uzasadnia swoje wnioski, odpowiada na zarzuty – sądy przyjmują jego opinię jako miarodajną.

W sprawie pani U. ubezpieczyciel chciał drugiego biegłego. Sąd odmówił, uznając że opinia dr inż. H. jest kompletna.

Ciekawostka: Biegły nie zawsze jest po Twojej stronie

Niektórzy klienci myślą, że skoro sąd powołał biegłego, to będzie on po ich stronie. Nie.

Biegły ma być obiektywny. Czasem jego opinia jest korzystna dla poszkodowanego, czasem dla ubezpieczyciela.

W sprawie pani U. firma budowlana wyceniła szkodę na 136 tys. Biegły uznał, że to za dużo i wycenił na 66 tys.

Czy to źle? Nie. To pokazuje, że biegły faktycznie był obiektywny, a nie „po stronie powoda”.

Podsumowanie: Zaufaj, ale weryfikuj

Wycena szkody to nie sztuka ścisła. To ocena, która zależy od wielu czynników: metodologii, doświadczenia, lokalnych cen, założeń co do zakresu prac.

Dlatego nigdy nie przyjmuj pierwszej wyceny jako ostatecznej prawdy. Zawsze weryfikuj.

A jeśli różnica między tym, co oferuje ubezpieczyciel, a tym co mówi Twoja wycena jest znaczna – nie bój się walczyć. Proces może trwać długo i być stresujący, ale czasem warto.

Bo różnica między 13 tysięcy a 66 tysięcy to 53 tysiące złotych. To kwota, która zmienia życie.



Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Odszkodowanie za opiekę rodziny – czyli dlaczego bezpłatna pomoc ma swoją cenę

Pamiętam, jak siedziałem w sali rozpraw Sądu Rejonowego w Poznaniu i słuchałem uzasadnienia wyroku, który właśnie oddalił roszczenie mojego klienta. Pan Marek – po ciężkim wypadku, złamany kręgosłup, miesięce w kołnierzu ortopedycznym, pampersy, całkowita zależność od pomocy innych. Jego żona przez pół roku praktycznie nie wychodziła z domu, opiekowała się nim 8 godzin dziennie. Potem jeszcze przez trzy lata po 4 godziny dziennie.

Żądaliśmy 42 000 zł tytułem zwrotu kosztów opieki. Sąd stwierdził: „Nie wykazano, że żona utraciła zarobek. Roszczenie oddalam.”

Wyszedłem z sali wściekły. I zainspirowany – bo to był idealny przykład problemu, z którym spotykam się w praktyce regularnie. Dlatego musiałem o tym napisać.

Problem, który wraca jak bumerang

Z mojego doświadczenia wiem, że spory o koszty opieki sprawowanej przez rodzinę to jedna z najczęstszych przyczyn konfliktów z ubezpieczycielami. A szkoda, bo prawo jest w tej materii dość jasne. Tyle że czasem trzeba sądowi przypomnieć, jak to prawo należy rozumieć.

Schemat jest zawsze podobny:

  1. Osoba po wypadku wymaga opieki (nie może chodzić, myć się, jeść samodzielnie)
  2. Rodzina – żona, mąż, dzieci – sprawuje tę opiekę przez wiele miesięcy
  3. Poszkodowany domaga się odszkodowania od ubezpieczyciela sprawcy
  4. Ubezpieczyciel mówi: „Nie zapłacimy, bo przecież rodzina robiła to za darmo”
  5. Albo sąd przychyla się do tego argumentu: „Nie udowodniono, że rodzina poniosła koszty”

I tu się zaczyna absurd.

Co ustalił Sąd w sprawie pana Marka?

Zanim przejdę do prawnej argumentacji, pozwólcie, że przypomnę ustalenia faktyczne Sądu. Bo one były bezspornie prawidłowe – problem był w ich prawnej ocenie.

Sąd ustalił (cytuję z uzasadnienia):

„Powód nadal był zależny od pomocy osób trzecich. W okresie tym, powód miał zabezpieczony kręgosłup w odcinku szyjnym kołnierzem ortopedycznym, nie był w stanie samodzielnie się poruszać, wymagał pomocy przy załatwianiu potrzeb fizjologicznych (przebywał w pampersach), toalety ciała. Niezbędną opiekę w tym okresie zapewniała żona, w mniejszym zakresie syn oraz szwagier. Praktycznie aż do 30.04.2011 r. powód wymagał opieki w wymiarze 8 godzin na dobę.”

Sąd ustalił nawet rynkową wartość takiej opieki: około 10 zł za godzinę (co moim zdaniem było zaniżone, ale przynajmniej coś).

I mimo to – oddalił powództwo.

Dlaczego? Bo – uwaga – „powód nie wykazał, aby koszty te poniósł lub był zobowiązany do ich poniesienia”. I dodał: „Nie wynika z przytaczanych okoliczności, by osoby, które sprawowały opiekę utraciły w związku z tym jakikolwiek zarobek.”

Swoją drogą, to rozumowanie zawsze mnie fascynuje. Jakby wartość pracy była uzależniona od tego, czy ktoś za nią zapłacił. To tak jakby powiedzieć: „Panie sędzio, przecież nikt mi nie zapłacił za napisanie tego pozwu, więc on nic nie jest wart”.

Co mówi Sąd Najwyższy? Zupełnie co innego

Na szczęście – i tu jest nadzieja – Sąd Najwyższy oraz większość sądów apelacyjnych rozumie tę materię prawidłowo.

Kluczowy wyrok to Sąd Najwyższy z dnia 15 lutego 2007 r., sygn. akt II CSK 474/06. Sprawa dotyczyła podobnej sytuacji – opieka sprawowana przez żonę poszkodowanego.

Sąd Najwyższy wyjaśnił dwie fundamentalne zasady:

Po pierwsze: Legitymacja do żądania zwrotu kosztów opieki przysługuje poszkodowanemu, niezależnie od tego, kto sprawuje opiekę (żona, syn, obca osoba).

Po drugie: Rozmiar roszczenia zależy od okoliczności:

  • Jeśli żona zrezygnowała z pracy – poszkodowany może żądać zwrotu jej utraconych zarobków
  • Ale te zarobki nie mogą przekraczać wynagrodzenia osoby zawodowo trudniącej się taką opieką
  • Jeśli żona nie pracowała – poszkodowany może żądać kwoty odpowiadającej wynagrodzeniu profesjonalnej opiekunki

I uwaga – nie trzeba udowadniać, że żona faktycznie utraciła zarobek. Wystarczy wykazać, że opieka była konieczna i faktycznie sprawowana.

Co ciekawe, to nie jest nowe orzecznictwo. Sąd Najwyższy stoi na tym stanowisku od lat 70. XX wieku (wyrok z 4 października 1973 r., II CR 365/73).

Stanowisko sądów apelacyjnych – praktyka jest jasna

Żeby nie było, że to tylko teoria prawnicza, przytoczę kilka orzeczeń sądów powszechnych, które jasno pokazują, jak należy rozumieć tę materię.

Sąd Apelacyjny w Lublinie (wyrok z 24.10.2012 r., sygn. I ACa 456/12):

„Przyznanie odszkodowania z tego tytułu [kosztów opieki] nie jest uzależnione od wykazania, że poszkodowany efektywnie wydał odpowiednie kwoty na koszty opieki. Fakt, iż opiekę nad poszkodowaną sprawowały bliskie jej osoby nie pozbawia powódki prawa do żądania odszkodowania w zakresie kosztów, które musiałaby ponieść z tego tytułu.”

Sąd Apelacyjny w Łodzi (wyrok z 23.05.2014 r., sygn. I ACa 1508/13):

„Prawo poszkodowanego (także w wypadku przy pracy) do uzyskania ekwiwalentu z tytułu zwiększonych potrzeb, polegających na konieczności korzystania z opieki osoby trzeciej nie jest uzależnione od wykazania, że opieka ta była świadczona za wynagrodzeniem.”

Jasne? Nie trzeba płacić rodzinie, żeby móc żądać odszkodowania.

Dlaczego to ma sens? Moja refleksja

Pamiętam rozmowę z panią Marią, żoną klienta po wypadku. Opiekowała się nim przez 9 miesięcy – myła, ubierała, karmiła, zmieniała pampersy. Siedziała przy nim dzień i noc, bo bała się, że jak zaśnie, to on spadnie z łóżka.

Zapytałem ją kiedyś: „Pani Mario, gdyby to była obca osoba, czy zgodziłaby się pani to robić za 10 złotych na godzinę?”. Spojrzała na mnie jak na wariata: „Panie mecenasie, za żadne pieniądze bym tego nie robiła. Tylko dlatego, że to mój mąż, mogłam to zrobić.”

I tu jest clou. Rodzina nie ma obowiązku sprawować opieki. Robi to z miłości, z poczucia obowiązku moralnego – ale nie z obowiązku prawnego. Gdyby nie wypadek spowodowany przez sprawcę, żona mogłaby ten czas przeznaczyć na pracę, hobby, odpoczynek.

Dlaczego sprawca wypadku (i jego ubezpieczyciel) mieliby na tym korzystać? Dlaczego mieliby płacić mniej tylko dlatego, że poszkodowany ma kochającą rodzinę?

To byłaby premiowanie sprawcy za szczęście poszkodowanego. Absurd.

Co mówi doktryna prawnicza?

Skoro już jesteśmy przy argumentacji, warto przytoczyć, co piszą specjaliści od prawa cywilnego.

Dr Dorota Bentkowska (Prawo Asekuracyjne 1/2003):

„Jeżeli opieka nad poszkodowanym sprawowana jest przez jego bliskich, roszczenie o zwrot wynikających z niej kosztów zasadne jest nawet wtedy, gdy poszkodowany nie jest w stanie wykazać tychże kosztów.”

Prof. Andrzej Śmieja (System prawa prywatnego, t. 6):

„We wszystkich opisanych przypadkach idzie bądź o koszty i wydatki rzeczywiście poniesione bądź też – gdy poszkodowany żąda wyłożenia z góry stosownej kwoty przez osobę zobowiązaną do naprawienia szkody – koszty, z jakimi należy się liczyć przy uwzględnieniu zasad funkcjonowania polskiego systemu opieki zdrowotnej oraz reguł doświadczenia życiowego.”

Innymi słowy: nie chodzi o to, czy zapłaciłeś, tylko o to, ile kosztowałaby taka opieka, gdybyś musiał za nią zapłacić.

Praktyczne rady – jak nie dać się zbyć

Z praktyki kancelarii wypracowałem kilka zasad, które pomagają w tego typu sprawach:

1. Dokumentuj zakres opieki Zbieraj zaświadczenia od lekarzy, że wymaga się opieki osoby trzeciej (najlepiej z określeniem wymiaru godzinowego). Biegły sądowy to potwierdzi, ale lepiej mieć to wcześniej.

2. Określ rynkową wartość opieki Sprawdź, ile kosztuje profesjonalna opieka w Twoim regionie. Agencje opiekuńcze, pielęgniarki środowiskowe – zbierz oferty. To będzie punkt odniesienia dla sądu.

3. Nie daj się zastraszyć Ubezpieczyciel powie: „Ale pana żona nie straciła zarobku”. Odpowiedź: „Nie musi. Sąd Najwyższy w wyroku z 2007 roku jasno stwierdził, że to nie jest konieczne.”

4. Przygotuj się na apelację Jeśli sąd pierwszej instancji oddali roszczenie (jak w sprawie pana Marka) – nie poddawaj się. Sądy apelacyjne zazwyczaj rozumieją tę materię lepiej.



Co się stało z panem Markiem?

Wnieśliśmy apelację. Argumentowaliśmy, że Sąd Rejonowy błędnie zastosował art. 444 § 1 Kodeksu cywilnego, ignorując jednolitą linię orzeczniczą Sądu Najwyższego i sądów apelacyjnych.

Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego. I tam – zgodnie z przewidywaniami – wygraliśmy. Sąd Okręgowy zmienił wyrok i zasądził pełną kwotę 42 000 zł plus odsetki i koszty procesu.

Pan Marek był szczęśliwy. Jego żona jeszcze bardziej – bo w końcu ktoś docenił jej ogromny wysiłek i poświęcenie.

Moja refleksja na koniec

Ta dziedzina prawa daje mi największą satysfakcję, gdy udaje się przebić przez opór ubezpieczycieli i przekonać sąd, że sprawiedliwość wymaga uznania wartości pracy osób bliskich. Bo nie chodzi tu tylko o pieniądze – chodzi o szacunek dla ludzi, którzy poświęcili swój czas, zdrowie, a czasem kariery zawodowe, żeby zaopiekować się bliskim po wypadku.

Prowadzę tego bloga, bo chcę, żebyście wiedzieli, jakie macie prawa. Bo wiedza to potęga – zwłaszcza w starciu z potężną korporacją ubezpieczeniową, która ma armię prawników i wszystkie narzędzia, żeby zniechęcić Was do walki.

Nie dajcie się. Prawo jest po Waszej stronie.

A jakie są Wasze doświadczenia z dochodzeniem odszkodowania za opiekę rodziny? Udało się wywalczyć godziwe kwoty, czy sąd też uznał, że „rodzina robi to za darmo”? Dajcie znać w komentarzach – może Wasze historie pomogą innym w podobnej sytuacji.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Źródła:

  • Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 15.02.2007 r., sygn. akt II CSK 474/06
  • Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 4 października 1973 r., II CR 365/73
  • Wyrok Sądu Apelacyjnego w Lublinie z dnia 24.10.2012 r., sygn. akt I ACa 456/12
  • Wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z dnia 23.05.2014 r., sygn. akt I ACa 1508/13
  • Kodeks cywilny, art. 444 § 1
  • D. Bentkowska, „Roszczenia osobowe przysługujące poszkodowanym w wypadkach drogowych oraz osobom uprawnionym”, Prawo Asekuracyjne 1/2003
  • A. Śmieja, System prawa prywatnego, t. 6

Części używane w naprawie auta po wypadku – kiedy warsztat nie ma wyboru?

Każdy, kto kiedykolwiek naprawiał auto po kolizji, zna tę sytuację. Warsztat proponuje użycie części używanych – „z demontażu”, jak to mówią – bo będzie taniej. Likwidator szkód mówi: „Proszę bardzo, my płacimy za nowe”. Albo odwrotnie – warsztat chce montować nowe części, a ubezpieczyciel twierdzi, że wystarczą używane, bo „przecież działają”.

I tu zaczyna się problem, z którym w kancelarii spotykam się regularnie.

Spór o części – klasyka spraw odszkodowawczych

Z praktyki kancelarii wiem, że konflikty dotyczące części zamiennych to chleb powszedni w sporach z ubezpieczycielami. Widziałem już wszystkie scenariusze:

Scenariusz 1: Ubezpieczyciel nalicza odszkodowanie za części używane. Poszkodowany chce naprawić auto na nowych częściach (bo swoje, kochane). Różnica w kosztach? Często kilka tysięcy złotych.

Scenariusz 2: Poszkodowany naprawia auto na częściach używanych (bo taniej, szybciej). Ubezpieczyciel odmawia zapłaty twierdząc, że naprawa jest „niezgodna z zaleceniami producenta” i proponuje… szkodę całkowitą. Czyli jeszcze mniej pieniędzy.

Scenariusz 3: Warsztat montuje nowe części bez konsultacji z ubezpieczycielem. Ubezpieczyciel mówi: „My za to nie zapłacimy, bo wystarczyły używane”.

Kto ma rację? Odpowiedź brzmi: zależy.

Co mówi prawo? Nie każdą część można ponownie użyć

Kluczem do zrozumienia tej materii jest połączenie dwóch aktów prawnych.

Pierwszy to art. 66 ust. 1 pkt 1 ustawy Prawo o ruchu drogowym:

„Pojazd uczestniczący w ruchu ma być tak zbudowany, wyposażony i utrzymany, aby korzystanie z niego nie zagrażało bezpieczeństwu osób nim jadących lub innych uczestników ruchu, nie naruszało porządku ruchu na drodze i nie narażało kogokolwiek na szkodę.”

To generalny nakaz – auto musi być bezpieczne. Brzmi ogólnikowo? Dlatego mamy drugi akt.

Drugi to Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 28 września 2005 r. w sprawie wykazu przedmiotów wyposażenia i części wymontowanych z pojazdów, których ponowne użycie zagraża bezpieczeństwu ruchu drogowego lub negatywnie wpływa na środowisko (Dz.U. Nr 201, poz. 1666).

To rozporządzenie – sprawdziłem, nadal obowiązuje w tej samej wersji – zawiera konkretną listę części, których NIE WOLNO montować jako używanych.

Lista zakazana – te części muszą być nowe

Załącznik do rozporządzenia wymienia 19 pozycji. Przepiszę je tu, bo to kluczowa informacja:

  1. Poduszki powietrzne z aktywatorami pirotechnicznymi, jednostkami kontroli elektronicznej i czujnikami
  2. Klocki, szczęki hamulcowe
  3. Przewody i uszczelnienia układu hamulcowego
  4. Tłumiki układu wydechowego
  5. Przeguby układu kierowniczego i zawieszenia
  6. Fotele zintegrowane z pasami bezpieczeństwa lub poduszkami powietrznymi
  7. Układ blokady kierownicy
  8. Immobilisery wraz z transponderami sterowania elektrycznego
  9. Urządzenia przeciwwłamaniowe i alarmowe
  10. Elementy elektryczne i elektroniczne układów bezpieczeństwa jazdy (w szczególności: ABS, ASR)
  11. Przewody paliwowe
  12. Filtry jednorazowe i wkłady filtra
  13. Zawory recyrkulacji spalin
  14. Instalacje zasilania gazem silników
  15. Automatyczne i nieautomatyczne zestawy pasów bezpieczeństwa, łącznie z częścią pasa wykonaną z materiału, klamrami, mechanizmem służącym do zwijania pasów, aktywatorami pirotechnicznymi i mechanicznymi
  16. Pióra wycieraczek szyb
  17. Płyny eksploatacyjne (olej silnikowy, olej przekładniowy, olej do przekładni hydraulicznych, olej do układów hydraulicznych, płyn chłodzący, płyn odmrażający, płyn hamulcowy, płyn do układów klimatyzacyjnych)
  18. Konwertory katalityczne (katalizatory)
  19. Kondensatory zawierające PCB

Co to oznacza w praktyce?

Lista ta dotyczy części bezpośrednio związanych z bezpieczeństwem:

  • Układ hamulcowy (klocki, szczęki, przewody)
  • Układ kierowniczy (przeguby)
  • Systemy bezpieczeństwa (airbagi, pasy, ABS)
  • Układy paliwowe i wydechowe (przewody paliwowe, katalizatory)
  • Płyny eksploatacyjne (wszystkie)

Co ciekawe – lista nie obejmuje na przykład:

  • Lamp (reflektorów, świateł tylnych)
  • Karoserii (błotników, progów, drzwi)
  • Elementów wnętrza (deski rozdzielczej, tapicerki)
  • Szyb
  • Elementów silnika (głowica, tłoki, wał)

Przykład z praktyki – gdy warsztat montuje używane airbagi

Uderzenie w tył – uszkodzona tylna belka, a przy okazji „strzeliły” przednie airbagi (to normalne przy większych uderzeniach, nawet z tyłu).

Warsztat zaproponował: „Mamy używane airbagi z demontażu, z Niemiec, fajne, tanio”. Pan Marek się zgodził – bo różnica w cenie wynosiła 4000 zł.

Ubezpieczyciel wypłacił odszkodowanie… za nowe airbagi. Czyli te 4000 zł więcej. Pan Marek chciał zostać z różnicą w kieszeni.

Problem? Warsztat złamał prawo. Montaż używanych poduszek powietrznych jest ZAKAZANY (poz. 1 załącznika do rozporządzenia).

Teoretycznie to warsztat ponosi odpowiedzialność. Praktycznie – pan Marek miał auto niebezpieczne i potencjalnie problemy przy następnym przeglądzie technicznym (jeśli diagnosta zauważy używane airbagi).

A co z „zaleceniami producenta”?

Często słyszę argument ubezpieczycieli: „Producent pojazdu zabrania montażu używanych części”. I tu muszę być precyzyjny.

Zalecenia producenta NIE są przepisami prawa. To tylko rekomendacje producenta, które mogą wpływać na gwarancję, ale nie tworzą obowiązku prawnego.

Jedyny obowiązek prawny to przestrzeganie wspomnianego rozporządzenia. Jeśli część nie jest na liście 19 pozycji – można ją montować jako używaną.

Kiedy ubezpieczyciel może odmówić zapłaty za nowe części?

Tylko wtedy, gdy część nie jest na zakazanej liście i gdy używana część jest dostępna w odpowiednim stanie technicznym.

Np. reflektory, błotniki, drzwi – to można montować jako używane (jeśli są sprawne i estetyczne).

Kiedy ubezpieczyciel MUSI zapłacić za nowe części?

Gdy część jest na liście 19 pozycji z rozporządzenia. Wtedy nie ma dyskusji – obowiązek montażu nowej części.

Pułapka „szkody całkowitej” – nowa sztuczka ubezpieczycieli

To jest ciekawa sytuacja, z którą spotkałem się ostatnio. Poszkodowany naprawia auto na częściach używanych (bo szybciej, bo warsztat tak zaproponował). Ubezpieczyciel patrzy na kosztorys i mówi: „Aha, ale gdyby pan montował części NOWE (jak wymaga producent), to naprawa byłaby nieopłacalna. Więc my rozliczymy to jako szkodę całkowitą”.

Szkoda całkowita = niższe odszkodowanie (wartość pojazdu minus wartość wraku).

I tu ubezpieczyciel gra na dwa fronty:

  1. Jeśli naprawisz na nowych – zapłacimy za nowe (ale będzie drogo dla nas)
  2. Jeśli naprawisz na używanych – uznamy, że naprawa jest „nieopłacalna” przy częściach nowych i wypłacimy szkodę całkowitą (mniej dla ciebie)

Jak się przed tym bronić?

Moja rada: Zawsze sprawdzaj, czy uszkodzone części są na liście 19 pozycji. Jeśli TAK – domagaj się nowych i ubezpieczyciel musi zapłacić. Jeśli NIE – możesz negocjować, ale pamiętaj, że ubezpieczyciel może próbować sztuczki ze szkodą całkowitą.

FAQ – najczęstsze pytania o części używane

Czy warsztat może montować używane części bez mojej zgody? Nie. Warsztat powinien uzyskać twoją zgodę. Ale nawet z twoją zgodą – nie może montować części z listy 19 pozycji jako używanych.

Co się stanie, jeśli złamię zakaz i zmontuję używane airbagi? Teoretycznie – wykroczenie (art. 97 § 1 ustawy Prawo o ruchu drogowym – mandat do 3000 zł). Praktycznie – problem przy przeglądzie technicznym i ryzyko, że airbag nie zadziała w razie wypadku.

Czy mogę kupić części sam i przynieść do warsztatu? Tak, możesz. Ale jeśli kupisz używane części z listy zakazanej – warsztat nie powinien ich montować (ryzykuje odpowiedzialnością).

Czy ubezpieczyciel może narzucić mi warsztat, który montuje używane części? Nie. Ty wybierasz warsztat. Ale jeśli warsztat montuje używane części (poza listą zakazaną), ubezpieczyciel może zapłacić za używane (co jest legalne).



Moja refleksja na koniec

Przez lata pracy z sprawami odszkodowawczymi widziałem dziesiątki przypadków, gdzie spór o części zamienne ciągnął się miesiącami. Ubezpieczyciel upiera się przy używanych, poszkodowany chce nowe, warsztat chce jak najszybciej oddać auto…

I często okazuje się, że nikt nie sprawdził podstawowej rzeczy: czy ta część w ogóle MOŻE być używana?

Ta lista 19 pozycji to klucz do rozwiązania większości sporów. Jeśli część jest na liście – koniec dyskusji, musi być nowa. Jeśli nie ma – można negocjować.

Moim zdaniem ubezpieczyciele powinni być bardziej transparentni w tym temacie. Zamiast gier typu „napraw na używanych, a my zrobimy szkodę całkowitą”, powinni jasno mówić: „Te części mogą być używane (bo prawo na to pozwala), te muszą być nowe (bo prawo tego wymaga)”.

A Wy? Mieliście problemy z częściami zamiennymi po wypadku? Udało się wywalczyć nowe części, czy ubezpieczyciel was „wyrolował”? Dajcie znać w komentarzach – może Wasze doświadczenia pomogą innym.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Źródła:

  • Ustawa z dnia 20 czerwca 1997 r. Prawo o ruchu drogowym, art. 66 ust. 1 pkt 1
  • Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 28 września 2005 r. w sprawie wykazu przedmiotów wyposażenia i części wymontowanych z pojazdów, których ponowne użycie zagraża bezpieczeństwu ruchu drogowego lub negatywnie wpływa na środowisko (Dz.U. Nr 201, poz. 1666) – rozporządzenie nadal obowiązujące w wersji z 2005 r.

Standard należytej staranności adwokata – czyli dlaczego „nie wiedziałem” to nie jest usprawiedliwienie

Ostatnio czytam apelację w sprawie, którą prowadzę – pozew przeciwko ubezpieczycielowi OC adwokata, który popełnił szereg błędów kosztujących klienta kilka tysięcy złotych. I w tej apelacji pojawia się zdanie, które mnie zainspirowało do napisania tego wpisu.

Ubezpieczyciel broni się argumentem, że adwokat „nigdy wcześniej nie spotkał się z sytuacją” tego typu, więc nie można mu zarzucać błędu.

Przyznaję szczerze: gdy to przeczytałem, zastanowiłem się, czy ktoś to napisał na poważnie. Bo to nie jest usprawiedliwienie. To jest przyznanie się do nieprofesjonalizmu.

Pozwólcie, że wyjaśnię dlaczego.

Czym jest należyta staranność zawodowa?

Art. 355 § 2 Kodeksu cywilnego mówi, że należytą staranność dłużnika w zakresie prowadzonej przez niego działalności gospodarczej określa się przy uwzględnieniu zawodowego charakteru tej działalności.

Brzmi sucho i prawniczo, prawda? W praktyce oznacza to, że profesjonaliści są oceniani według wyższych standardów niż zwykli ludzie.

Jeśli jako zwykły człowiek popełnisz błąd, bo czegoś nie wiedziałeś – OK, może to usprawiedliwienie. Ale jeśli jako adwokat popełnisz błąd, bo czegoś nie wiedziałeś – to nie jest usprawiedliwienie. To jest Twoja wina, bo powinieneś był wiedzieć.

Zawód zaufania publicznego = szczególna odpowiedzialność

Adwokat (i radca prawny) to nie jest zwykły zawód. To zawód zaufania publicznego. Co to oznacza w praktyce?

Że ludzie przychodzą do Ciebie z problemami, których sami nie potrafią rozwiązać. Nie rozumieją prawa. Nie znają procedur. Nie wiedzą, jakie mają opcje. I ufają, że Ty – jako profesjonalista – przeprowadzisz ich przez zawiłości systemu prawnego.

To zaufanie nakłada na prawników szczególne obowiązki. Nie możemy powiedzieć „nie wiedziałem” i się wykręcić. Powinniśmy wiedzieć – bo to nasz zawód.

Sąd Najwyższy w wyroku z 15 marca 2012 r. (I CSK 330/11) stwierdził jasno:

„Staranność zawodowa adwokata może być uznana za niemieszczącą się w tym wzorcu tylko wtedy, gdy sporządzona przez niego opinia lub sposób postępowania w sprawie są oczywiście sprzeczne z przepisami mającymi zastosowanie albo z powszechnie aprobowanymi poglądami doktryny lub ustalonym orzecznictwem, znanym przed podjęciem czynności.”

Innymi słowy: jeśli istnieje orzecznictwo, doktryna, literatur prawnicza na dany temat – a prawnik ich nie zna – to jest to błąd. Nie „pech”. Nie „trudna sytuacja”. Błąd.

Kodeks Etyki Adwokackiej konkretyzuje ten standard

Kodeks Etyki Adwokackiej to nie są puste słowa. To są normy, które konkretyzują standard należytej staranności z art. 355 § 2 KC.

§ 8 KEA mówi, że adwokat wykonuje czynności zawodowe „według najlepszej woli i wiedzy, z należytą uczciwością, sumiennością i gorliwością”.

„Według najlepszej wiedzy” – to nie jest ozdoba stylistyczna. To obowiązek. Musisz wiedzieć. A jeśli nie wiesz – musisz się dowiedzieć.

§ 49 KEA mówi, że adwokat ma obowiązek czuwać nad biegiem sprawy i informować klienta o jej postępach i wyniku.

Nie chodzi tylko o to, żeby „poprowadzić sprawę”. Chodzi o to, żeby:

  • Monitorować na bieżąco, co się dzieje
  • Informować klienta o rozwoju sytuacji
  • Ostrzegać przed ryzykami
  • Przedstawiać alternatywne rozwiązania

Jeśli adwokat tego nie robi – narusza nie tylko normę etyczną, ale także standard należytej staranności zawodowej.

Porównanie z lekarzem: zawody zaufania są podobne

Wyobraźcie sobie taką sytuację: idziecie do chirurga na zabieg. Zabieg się nie udaje. Pytacie dlaczego. Chirurg odpowiada: „No wie Pan, nigdy wcześniej nie operowałem tego narządu, więc nie wiedziałem o powikłaniach.”

Czy to usprawiedliwienie? Oczywiście, że nie. Chirurg powinien był wiedzieć o powikłaniach przed podjęciem się zabiegu. Albo – jeśli nie czuł się kompetentny – powinien skierować Państwa do specjalisty.

To samo dotyczy prawników. Jeśli nie znacie się na danej dziedzinie – przyznajcie się i skierujcie klienta do kogoś bardziej doświadczonego. Albo poświęćcie czas na dokładny research.

Ale nie mówcie „nie wiedziałem”. Bo powinieneście byli wiedzieć.

„Nie było jednolitego orzecznictwa” – czy to usprawiedliwienie?

W sprawie, którą prowadzę, ubezpieczyciel broni się argumentem, że „w orzecznictwie istniała niejednolitość” co do kwestii jurysdykcji. Były wyroki uwzględniające powództwa, były wyroki je odrzucające.

Czy to usprawiedliwia błąd adwokata?

Nie.

Jeśli orzecznictwo jest niejednolite, to tym bardziej adwokat ma obowiązek:

  1. Poinformować klienta o tym ryzyku
  2. Przedstawić alternatywne strategie
  3. Wyjaśnić, dlaczego wybiera tę konkretną drogę

Klient ma prawo do świadomej decyzji. Nie może podjąć świadomej decyzji, jeśli nie zna ryzyk.

W sprawie, którą prowadzę, adwokat nie poinformował klienta o ryzyku odrzucenia pozwu. Nie zaproponował alternatywnych rozwiązań (PBUK, pozwanie sprawcy). Nie wyjaśnił, dlaczego wybiera tę konkretną strategię.

Efekt? Pozew odrzucony. Roszczenie przedawnione. Klient bez pieniędzy.

Co z brakiem umowy pisemnej?

W sprawie, którą prowadzę, pojawił się jeszcze jeden problem: brak pisemnej umowy między adwokatem a klientem.

Adwokat prowadził dla klienta „kilkaset spraw” (tak, dobrze czytacie – kilkaset!). Bez pisemnej umowy.

Regulamin wykonywania zawodu adwokata (§ 5 ust. 1) mówi jasno: „Umowa o świadczenie usług adwokackich na rzecz klienta powinna być sporządzona na piśmie, chyba że dotyczy to porady prawnej lub innej czynności jednorazowej.”

Kilkaset spraw to nie jest „czynność jednorazowa”.

Kto powinien zadbać o pisemną umowę? Adwokat. To na nim spoczywa obowiązek profesjonalnego zabezpieczenia interesów klienta.

A teraz mamy problem: klient twierdzi, że zakres zlecenia obejmował kompleksową obsługę prawną. Adwokat twierdzi, że ograniczał się do reprezentacji w konkretnych sprawach.

Kto ma rację? Nie wiadomo. Bo nie ma umowy.

I wszystkie wątpliwości powinny być interpretowane na niekorzyść profesjonalisty, który nie dopełnił obowiązku formalnego.

Podsumowanie: profesjonalizm to nie slogan

„Należyta staranność zawodowa” brzmi jak sucha fraza prawnicza. Ale w praktyce oznacza ona coś bardzo konkretnego:

  • Znaj prawo w swojej dziedzinie
  • Śledź orzecznictwo – nie tylko polskie, ale też TSUE
  • Informuj klienta o ryzykach i alternatywach
  • Dokumentuj ustalenia – umowy, maile, notatki
  • Przyznaj się, jeśli czegoś nie wiesz – i zrób research albo skieruj do specjalisty

To nie są wygórowane wymagania. To minimum, jakiego można oczekiwać od profesjonalisty.

A jeśli tego nie robisz? To nie jest „pech”. To nie jest „trudna sytuacja”. To błąd zawodowy, za który ponosi odpowiedzialność Twój ubezpieczyciel OC.

Bo „nie wiedziałem” to nie jest usprawiedliwienie. Powinieneś był wiedzieć.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Jak NIE prowadzić sprawy z zagranicznym ubezpieczycielem – lekcja kosztująca klienta kilka tysięcy złotych

Prowadzę właśnie sprawę, która jest dla mnie szczególnie pouczająca. I frustrująca. I trochę przykra, bo dotyczy błędu kolegi po fachu. Ale właśnie dlatego uważam, że warto o niej napisać – bo ilustruje ona klasyczny błąd, który nie powinien się zdarzyć.

Mój klient miał roszczenie odszkodowawcze od duńskiego ubezpieczyciela. Jego poprzedni prawnik złożył pozew… do polskiego sądu. Sprawa została odrzucona z powodu braku jurysdykcji. Klient stracił kilka tysięcy złotych i – co gorsza – roszczenie się przedawniło.

Wszystko to przez jedno proste nieporozumienie: prawnik nie sprawdził, kto właściwie jest jego klientem.

Wyrok TSUE, który zmienił wszystko

Zacznijmy od początku. W styczniu 2018 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok w sprawie C-106/17. Brzmi technicznie? Jest technicznie. Ale ma ogromne znaczenie praktyczne.

TSUE orzekł, że cesjonariusz (czyli osoba, która skupiła wierzytelność od poszkodowanego) nie może powołać się na szczególną jurysdykcję przewidzianą dla bezpośrednio poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych.

Co to oznacza w praktyce? Że jeśli:

  • Poszkodowany bezpośrednio (ofiara wypadku) → może pozwać zagranicznego ubezpieczyciela w Polsce
  • Profesjonalista, który skupił wierzytelność → nie może pozwać zagranicznego ubezpieczyciela w Polsce

Dlaczego? Bo profesjonalista skupujący wierzytelności nie jest „stroną słabszą” w rozumieniu przepisów o ochronie konsumentów. To uczestnik obrotu profesjonalnego, który wie (lub powinien wiedzieć), w co się pakuje.

Błąd prawnika: nie sprawdził statusu klienta

W sprawie, którą prowadzę, klient prowadził działalność gospodarczą polegającą na skupowaniu wierzytelności odszkodowawczych z wypadków komunikacyjnych. Kupował od poszkodowanych ich roszczenia, a następnie sam dochodzi je na drodze sądowej.

To jest całkowicie legalna działalność. Problem w tym, że zmienia to status prawny takiej osoby. Klient nie był już „poszkodowanym” – był profesjonalnym cesjonariuszem.

I prawnik powinien to sprawdzić. Powinien zadać pytanie: „Jak Pan nabył tę wierzytelność? Był Pan bezpośrednio poszkodowany, czy kupił Pan roszczenie?”.

Prawnik tego nie zrobił. Złożył pozew do polskiego sądu tak, jakby klient był bezpośrednio poszkodowanym. Sąd Rejonowy w Ostrołęce odrzucił pozew z powodu braku jurysdykcji. Sąd Okręgowy w Białymstoku oddalił zażalenie.

Sprawa przegrana. Klient zapłacił koszty procesu. I co gorsza – roszczenie się przedawniło, bo nikt nie podjął alternatywnych działań.

„Ale przecież wygrałem podobną sprawę!”

Ubezpieczyciel OC prawnika (tak, tego pozywam) bronił się argumentem: „Przecież adwokat wcześniej wygrał podobną sprawę! Miał podstawy przypuszczać, że i tym razem uda się uzyskać korzystny wyrok!”.

To prawda – prawnik wcześniej prowadził podobną sprawę i wygrał. Ale jest jeden kluczowy szczegół: w tamtej sprawie sąd uznał powoda za „podmiot słabszy”, co miało znaczenie dla oceny jurysdykcji.

Problem w tym, że w sprawie mojego klienta taka kwalifikacja nie była możliwa. Klient prowadził działalność gospodarczą polegającą na skupowaniu wierzytelności – nie można go było uznać za stronę słabszą.

I tu pojawia się kluczowa kwestia: fakt uzyskania wyroku w podobnej sprawie nie zwalnia prawnika z obowiązku dogłębnej analizy kolejnej sprawy. Każda sprawa wymaga indywidualnej oceny. Automatyczne powielanie rozwiązań z poprzednich spraw to klasyczna „ślepa uliczka”.

Alternatywy, które istniały – ale nikt ich nie wykorzystał

Co najbardziej frustrujące w tej sprawie? To, że istniały jasne, oczywiste alternatywy, które prawnik powinien znać i zaproponować:

Opcja 1: Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (PBUK)

Gdy sprawca wypadku ma zagraniczne ubezpieczenie (np. duńskie), można dochodzić odszkodowania od PBUK w Polsce. To jest prosta, sprawdzona droga. Nie ma problemów z jurysdykcją, nie trzeba pozywać zagranicznego ubezpieczyciela.

Opcja 2: Pozwanie sprawcy bezpośrednio

Można było pozwać sprawcę wypadku osobiście. To też unika problemu jurysdykcji związanego z zagranicznym ubezpieczycielem.

Opcja 3: Po upadłości Gefiona – zgłoszenie do UFG

W 2021 roku Gefion Insurance (duński ubezpieczyciel) ogłosił upadłość. W takiej sytuacji można zgłosić roszczenie do Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego w Polsce. Prawnik nie zrobił tego – i roszczenie się przedawniło.

„Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką sytuacją”

W uzasadnieniu odrzucenia reklamacji ubezpieczyciel OC prawnika napisał (cytuję): „Ubezpieczony nigdy wcześniej nie spotkał się z sytuacją, by wobec szkody komunikacyjnej, mającej miejsce w kraju, wytaczać powództwo przed Sąd znajdujący się nie w Polsce.”

Przyznaję, że gdy to przeczytałem, zatkało mnie.

To nie jest usprawiedliwienie. To wręcz przeciwnie – przyznanie się do braku profesjonalizmu.

Adwokat, jako osoba wykonująca zawód zaufania publicznego, ma obowiązek stałego aktualizowania swojej wiedzy prawniczej i śledzenia zmian w orzecznictwie. Zwłaszcza w obszarach, w których prowadzi sprawy.

Brak wcześniejszego zetknięcia się z problemem nie usprawiedliwia błędu. Powinien skłonić do szczególnie wnikliwej analizy przepisów i orzecznictwa przed podjęciem decyzji procesowej.

To tak, jakby chirurg powiedział: „Nigdy wcześniej nie operowałem tego narządu, więc nie wiedziałem, że trzeba zrobić znieczulenie”. To nie jest usprawiedliwienie – to dyskwalifikacja.

Czego możemy się nauczyć?

Prowadząc tę sprawę, wyciągnąłem kilka wniosków – dla siebie i dla innych prawników:

1. Zawsze sprawdzaj status klienta

Nie zakładaj automatycznie, że klient jest poszkodowanym bezpośrednio. Zapytaj: „Jak nabyłeś tę wierzytelność? Byłeś bezpośrednio poszkodowany, czy kupiłeś roszczenie?”. Ta różnica ma fundamentalne znaczenie.

2. Każda sprawa wymaga indywidualnej analizy

Fakt, że wcześniej wygrałeś podobną sprawę, nie oznacza, że możesz automatycznie powielić to samo rozwiązanie. Szczegóły mają znaczenie.

3. Śledź orzecznictwo TSUE

Wyroki Trybunału Sprawiedliwości mają bezpośrednie zastosowanie w Polsce. Jeśli nie znasz kluczowych orzeczeń w swojej dziedzinie – jesteś nieprzygotowany do prowadzenia spraw.

4. Informuj klienta o alternatywach

Nawet jeśli wybierasz jedną strategię, poinformuj klienta o innych opcjach i wyjaśnij, dlaczego wybrałeś tę konkretną drogę.

5. „Nie wiem” to dopuszczalna odpowiedź

Jeśli spotykasz się z problemem prawnym, którego nie znasz – przyznaj się i poświęć czas na researc lub skonsultuj się z kimś bardziej doświadczonym. Nie udawaj, że wiesz wszystko.

Dla klientów: na co uważać?

Jeśli macie sprawę z zagranicznym ubezpieczycielem, zapytajcie swojego prawnika:

  • „Czy polski sąd ma jurysdykcję w tej sprawie?”
  • „Jakie są alternatywne drogi dochodzenia roszczenia?”
  • „Co się stanie, jeśli sąd uzna brak jurysdykcji?”

Jeśli prawnik nie potrafi odpowiedzieć na te pytania albo odpowiada „ja najlepiej wiem” bez wyjaśnień – to znak, że może nie być kompetentny w tej konkretnej dziedzinie.

Podsumowanie

Ta sprawa kosztowała mojego klienta kilka tysięcy złotych i kilka lat nerwów. Wszystko przez jeden błąd: prawnik nie sprawdził, kto właściwie jest jego klientem.

To lekcja dla nas wszystkich – prawników i klientów. Dla prawników: nie ma rutynowych spraw. Każda wymaga indywidualnej analizy. Dla klientów: macie prawo pytać i domagać się wyjaśnień.

Bo prawo jest skomplikowane. Ale nie może być wymówką dla braku staranności.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Zasiłek pogrzebowy a odszkodowanie za koszty pogrzebu – czy przysługują oba świadczenia?

Kiedy tragedia spotyka się z biurokracją

W Polsce rocznie ginie około 3000 osób w wypadkach drogowych. To o niebo mniej niż kilkanaście lat temu, gdy liczba ofiar polskich dróg sięgała nawet 8 tysięcy rocznie, ale każda tragedia pozostawia rodzinę w rozpaczy i wobec trudnych formalności. Oprócz bólu po stracie bliskiej osoby, pojawia się konieczność zorganizowania pogrzebu i… konfrontacja z zakładem ubezpieczeń sprawcy.

Z praktyki kancelarii wiem, że jednym z najbardziej kontrowersyjnych zagadnień w sprawach odszkodowawczych po śmierci bliskiej osoby jest kwestia: czy ubezpieczyciel może pomniejszyć odszkodowanie za koszty pogrzebu o zasiłek pogrzebowy wypłacony przez ZUS? Odpowiedź może zaskoczyć – zwłaszcza samych ubezpieczycieli, którzy przez lata próbowali stosować takie potrącenia.

Dwa świadczenia – dwa różne cele

Czym jest zasiłek pogrzebowy?

Zasiłek pogrzebowy to świadczenie wypłacane przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych osobom uprawnionym, które poniosły koszty pogrzebu ubezpieczonego. Jego podstawą prawną jest ustawa z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. W praktyce chodzi o wsparcie socjalne państwa dla rodziny zmarłego – niezależnie od tego, czy śmierć była naturalna, czy spowodowana przez osobę trzecią.

Czym jest odszkodowanie za koszty pogrzebu?

Odszkodowanie za koszty pogrzebu to natomiast świadczenie wynikające z odpowiedzialności cywilnej sprawcy wypadku, uregulowane w art. 446 § 1 Kodeksu cywilnego. Sprawca wypadku (a w praktyce jego ubezpieczyciel OC) ma obowiązek zwrócić osobie, która poniosła koszty pogrzebu, „niezbędne koszty pogrzebu”. To odpowiedzialność deliktowa – wynika z czynu niedozwolonego, jakim było spowodowanie śmierci osoby bliskiej.

Praktyka ubezpieczycieli – potrącanie zasiłku

Przez lata zakłady ubezpieczeń stosowały praktykę, która z perspektywy prawnej była co najmniej wątpliwa. Wypłacając odszkodowanie za koszty pogrzebu, ubezpieczyciele automatycznie pomniejszali je o wartość zasiłku pogrzebowego, który rodzina otrzymała z ZUS. Argumentacja była prosta: skoro poszkodowani już otrzymali część kosztów z ZUS, to po co płacić dwa razy za to samo?

Z praktyki kancelarii wiemy, że takie stanowisko ubezpieczycieli spotykało się z oburzeniem rodzin ofiar wypadków. Osoby poszkodowane czuły się pokrzywdzone podwójnie – najpierw straciły bliską osobę, a potem musiały walczyć o pełne pokrycie kosztów pogrzebu.

Rzecznik Ubezpieczonych interweniuje

Sytuacja była na tyle niejasna, że Rzecznik Ubezpieczonych (obecnie Rzecznik Finansowy) zdecydował się skierować do Sądu Najwyższego wniosek o wydanie uchwały wyjaśniającej tę kwestię. Praktyka ubezpieczycieli była niejednolita, podobnie jak orzecznictwo sądów – część sądów uznawała potrącenia za uzasadnione, część je odrzucała.

Uchwała Sądu Najwyższego – przełomowe rozstrzygnięcie

W dniu 15 maja 2009 r. pełny skład Izby Cywilnej Sądu Najwyższego podjął uchwałę o sygn. akt III CZP 140/08, która definitywnie rozstrzygnęła ten spór. Brzmi ona następująco:

„Zasiłek pogrzebowy przewidziany art. 77 ustawy z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych nie podlega uwzględnieniu przy ustalaniu odszkodowania dochodzonego na podstawie art. 446 § 1 k.c.”

Innymi słowy: zasiłek pogrzebowy i odszkodowanie za koszty pogrzebu to dwa odrębne świadczenia, których nie można ze sobą kompensować.

Dlaczego Sąd Najwyższy tak orzekł?

Sąd Najwyższy w uzasadnieniu uchwały wskazał kilka kluczowych argumentów:

  1. Różne podstawy prawne – zasiłek pogrzebowy wynika z ustawy o emeryturach i rentach z FUS, a odszkodowanie z art. 446 § 1 KC. To dwa różne reżimy prawne.
  2. Różne cele – zasiłek pogrzebowy ma funkcję socjalną (wsparcie państwa dla rodziny), natomiast odszkodowanie ma charakter restytucyjny (naprawienie szkody wyrządzonej przez sprawcę).
  3. Brak związku przyczynowego – zasiłek pogrzebowy nie zależy od tego, czy śmierć została spowodowana przez osobę trzecią. Wypłacany jest niezależnie od przyczyny zgonu. Odszkodowanie natomiast wynika bezpośrednio z czynu niedozwolonego sprawcy wypadku.
  4. Brak roszczenia regresowego – ZUS nie ma prawa żądać od ubezpieczyciela sprawcy zwrotu wypłaconego zasiłku pogrzebowego. Gdyby chodziło o to samo świadczenie, taki regres byłby możliwy.

Co to oznacza w praktyce?

Uchwała Sądu Najwyższego jest wiążąca dla wszystkich sądów w Polsce i ma moc precedensową. W praktyce oznacza to, że:

  • Rodzina ofiary wypadku może otrzymać zarówno zasiłek pogrzebowy z ZUS, jak i pełne odszkodowanie za koszty pogrzebu od ubezpieczyciela sprawcy.
  • Ubezpieczyciel nie ma prawa pomniejszać odszkodowania o wartość zasiłku pogrzebowego.
  • Jeśli ubezpieczyciel dokonał takiego potrącenia, poszkodowani mogą dochodzić dopłaty odszkodowania na drodze sądowej.

Z praktyki kancelarii wiemy, że po tej uchwale większość ubezpieczycieli zmieniła swoją praktykę i zaprzestała potrącania zasiłku pogrzebowego. Zdarzają się jednak wyjątki – niektóre zakłady ubezpieczeń nadal próbują kwestionować pełne roszczenia poszkodowanych.

Praktyczne porady

Jeśli znalazłeś się w sytuacji, w której zginął Twój blis w wypadku spowodowanym przez osobę trzecią:

  1. Zachowaj wszystkie faktury i rachunki związane z pogrzebem – będą podstawą do ustalenia wysokości odszkodowania.
  2. Złóż wniosek o zasiłek pogrzebowy do ZUS – to świadczenie przysługuje niezależnie od odszkodowania od ubezpieczyciela sprawcy.
  3. Zgłoś roszczenie do ubezpieczyciela sprawcy – domagaj się pełnego odszkodowania za koszty pogrzebu, bez pomniejszania o zasiłek pogrzebowy.
  4. Jeśli ubezpieczyciel odmawia lub pomniejsza odszkodowanie – możesz dochodzić swoich praw na drodze sądowej. Uchwała SN jest tu jednoznaczna.
  5. Skonsultuj się z prawnikiem – sprawy odszkodowawcze po śmierci bliskiej osoby są skomplikowane emocjonalnie i prawnie. Profesjonalna pomoc może być nieoceniona.

Podsumowanie

Uchwała Sądu Najwyższego z 2009 roku definitywnie rozstrzygnęła, że zasiłek pogrzebowy i odszkodowanie za koszty pogrzebu to dwa niezależne świadczenia. Rodziny ofiar wypadków mają prawo do obu tych świadczeń – i ubezpieczyciele nie mogą ich ze sobą kompensować.

Co ciekawe, ta uchwała pokazuje, jak ważna jest konsekwencja w dochodzeniu swoich praw wobec ubezpieczycieli. Gdyby nie interwencja Rzecznika Ubezpieczonych i ostatecznie Sądu Najwyższego, praktyka potrącania zasiłku pogrzebowego mogłaby trwać nadal, pozbawiając rodziny ofiar części należnego im odszkodowania.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza jest indywidualna i wymaga analizy konkretnych okoliczności.