Wprowadzenie
Oto pytanie, które fascynuje mnie od lat: w jakich cenach wycenia się szkodę – tych z momentu powstania szkody, czy tych aktualnych?
Niedawno trafiłem na sprawę, która idealnie ilustruje ten problem. Szkoda powstała w 2016 roku. Biegły sądowy wycenił ją w 2019 roku. Ubezpieczyciel zaproponował: „Dobra, niech będzie, przyjmijmy wycenę biegłego. Ale przecież ceny materiałów budowlanych i robocizny spadły między 2016 a 2019 rokiem! Obniżmy więc odszkodowanie o jakieś 8-10%!”
Brzmi logicznie? Może. Ale sąd kategorycznie odmówił. I miał rację. Zaraz wyjaśnię dlaczego.

Sprawa o 8-10%
Kontekst: zalanie pomieszczeń w 2016 roku, sprawa sądowa w latach 2017-2020. Biegły sądowy w 2019 roku wycenił szkodę na podstawie aktualnych cenników materiałów i robocizny. Wyszło mu 196.763 zł.
Ubezpieczyciel na rozprawie w 2020 roku zaproponował: „Panie sędzio, ale przecież między 2016 a 2019 rokiem ceny spadły! Można to oszacować na około 8-10%. Więc zamiast 196 tysięcy powinniśmy zapłacić jakieś 177 tysięcy. Przecież to uczciwe, prawda?”
Biegły odpowiedział krótko: NIE.
Wyjaśnił, że:
- Nie ma dostępu do oficjalnych cenników z 2016 roku
- Nie może bazować na szacunkach czy cenach z hurtowni
- Jego obowiązkiem jest stosowanie aktualnych, oficjalnych cenników
Sąd w pełni podzielił stanowisko biegłego. Ubezpieczyciel nie dostał swojej „zniżki” 8-10%.
Dlaczego sąd odmówił korekty?
Z mojego doświadczenia wynika, że sędziowie bardzo nie lubią „szacunków na oko”. Prawo wymaga precyzji, zwłaszcza gdy chodzi o pieniądze.
Problem z propozycją ubezpieczyciela był taki:
1. Skąd te 8-10%?
Czemu nie 5%? Czemu nie 15%? Ubezpieczyciel powiedział „około 8-10%”, ale na jakiej podstawie? Jakie konkretnie materiały potaniały? O ile? Jakie robocizna?
To było czyste szacowanie. A sądy nie lubią szacowań.
2. Ceny nie spadają równomiernie
Może stal potaniała o 10%, ale płytki gresowe podrożały o 5%? Może robocizna murarska spadła, ale stolarska wzrosła? Nie da się tego ogólnie „zkorygować” o X procent.
Każdy materiał, każda usługa ma swoją dynamikę cen. Żeby uczciwie wyliczyć różnicę, trzeba by sprawdzić cenę każdej pozycji z 2016 roku i porównać z 2019. To setki pozycji, dziesiątki dostawców…
3. Brak oficjalnych cenników z 2016 roku
To kluczowy argument biegłego. Kosztorysanci pracują na oficjalnych cennikach (np. cenniki ORGBUD, KNR – Katalog Nakładów Rzeczowych). Są to publikowane, weryfikowane dane.
Ale te cenniki z 2016 roku nie są już dostępne. Albo są, ale w archiwalnej formie, trudnej do zweryfikowania. Biegły wyjaśnił, że nie może bazować na pamięci czy cenach z hurtowni, bo to nie byłoby rzetelne.
4. Arbitralność
Co jeśli ubezpieczyciel powie „8%”, a poszkodowany „ale przecież niektóre rzeczy podrożały, więc powinno być +5%”? Kto ma rację? Jak to rozstrzygnąć?
Sąd słusznie uznał, że jedynym obiektywnym rozwiązaniem jest: biegły wycenia szkodę według aktualnych cenników. Koniec, kropka, bez korekt „na oko”.
Zasada art. 363 § 2 k.c. – równoważność świadczeń
Jest jeszcze jeden argument prawny, o którym warto wiedzieć. Art. 363 § 2 k.c. mówi:
„Naprawienie szkody powinno nastąpić, według wyboru poszkodowanego, bądź przez przywrócenie stanu poprzedniego, bądź przez zapłatę odpowiedniej sumy pieniężnej.”
Kluczowe słowo: odpowiedniej.
Co to znaczy „odpowiednia suma”? Taka, która pozwoli poszkodowanemu dzisiaj przywrócić stan poprzedni. Nie w 2016 roku, nie w 2019, ale dzisiaj, gdy dostanie pieniądze.
Jeśli dzisiaj wymiana posadzki kosztuje 50 tysięcy złotych, to odszkodowanie powinno wynosić 50 tysięcy. Niezależnie od tego, że w 2016 roku kosztowało 45 tysięcy.
Czemu? Bo poszkodowany dostaje pieniądze dzisiaj i musi za nie dzisiaj naprawić szkodę. Po cenach dzisiejszych.
A co jeśli ceny faktycznie spadły?
Uczciwie mówiąc: czasem ceny rzeczywiście spadają. Zwłaszcza jeśli między szkodą a wyceną mija dużo czasu, a w międzyczasie nastąpi kryzys gospodarczy czy spadek cen surowców.
Co wtedy?
Z mojego doświadczenia: jeśli ubezpieczyciel chce wykazać spadek cen, to musi to udowodnić konkretnie. Nie „około 8-10%”, ale:
- Pozycja A: w 2016 kosztowała X, w 2020 kosztuje Y (dowód: cenniki)
- Pozycja B: w 2016 kosztowała X, w 2020 kosztuje Y (dowód: cenniki)
- …i tak dalej dla każdej pozycji
Jeśli ubezpieczyciel zrobi taką analizę, sąd może ją uwzględnić. Ale to jest praca dla biegłego lub rzeczoznawcy, nie argument „na oko” na rozprawie.
W opisywanej sprawie ubezpieczyciel takiej analizy nie przedstawił. Powiedział tylko „około 8-10%”. I przegrał.
Praktyczne wnioski
Co z tego wynika dla Was, poszkodowanych?
1. Biegły wycenia szkodę według aktualnych cen
Jeśli zgłosiliście szkodę w 2020 roku, a proces toczy się w 2025, biegły powinien wycenić szkodę według cen z 2025. To działa na Waszą korzyść, jeśli ceny wzrosły (a zazwyczaj wzrastają przez inflację).
2. Nie dajcie się przekonać do „korekty inflacyjnej”
Ubezpieczyciel może próbować argumentować, że „przecież ceny wzrosły, więc trzeba obniżyć odszkodowanie o inflację”. To błędny argument. Odszkodowanie ma odzwierciedlać aktualne koszty naprawy.
3. Jeśli ceny faktycznie spadły – dowody
Jeśli między szkodą a wyceną ceny rzeczywiście spadły (co jest rzadkie), ubezpieczyciel musi to udowodnić konkretnie, pozycja po pozycji. Bez konkretnych dowodów sąd nie uwzględni takiego argumentu.
4. Czas gra na Waszą korzyść (jeśli inflacja rośnie)
Im dłużej toczy się proces, tym wyższa będzie wycena biegłego (przy rosnącej inflacji). To trochę paradoksalne, ale faktycznie: zwłoka ubezpieczyciela w likwidacji szkody może oznaczać, że ostatecznie zapłaci więcej.
Oczywiście nie polecam celowego przeciągania procesu. Ale warto mieć na uwadze, że czas nie zawsze gra przeciwko poszkodowanemu.
Ciekawostka z innej sprawy
Pamiętam sprawę sprzed kilku lat (nie mogę podać szczegółów, ale mechanizm jest ciekawy): szkoda powstała w 2010 roku, proces toczył się do 2015 roku. W międzyczasie nastąpił boom budowlany, ceny materiałów wzrosły o 30-40%.
Ubezpieczyciel próbował argumentować: „Ale przecież w 2010 roku naprawa kosztowała 100 tysięcy! Nie możemy płacić 140 tysięcy!”
Sąd: „Możecie i zapłacicie. Plus odsetki od 2010 roku.”
Efekt? Ubezpieczyciel zapłacił odszkodowanie według cen z 2015 roku (140 tysięcy) plus odsetki za 5 lat opóźnienia. Gdyby wypłacił od razu w 2010, zapłaciłby 100 tysięcy.
Morał: opóźnianie wypłaty odszkodowania nie opłaca się ubezpieczycielom.
Refleksja
To fascynujący aspekt prawa odszkodowawczego. Na pierwszy rzut oka argument ubezpieczyciela brzmi logicznie: „Ceny się zmieniły, więc odszkodowanie powinno odzwierciedlać ceny z momentu szkody.”
Ale prawo mówi inaczej. Odszkodowanie ma być realne – ma pozwolić poszkodowanemu dzisiaj naprawić szkodę. A dzisiaj obowiązują dzisiejsze ceny.
Czy to sprawiedliwe? Moim zdaniem – tak. Poszkodowany nie powinien być karany za to, że ubezpieczyciel zwleka z wypłatą. Jeśli w międzyczasie ceny wzrosły (czy to przez inflację, czy boom budowlany), to problem ubezpieczyciela, nie poszkodowanego.
Oczywiście działa to też w drugą stronę – jeśli ceny spadły, poszkodowany może dostać mniej, niż kosztowałaby naprawa w momencie szkody. Ale w praktyce takie sytuacje są rzadkie. Zazwyczaj ceny rosną.
Co sądzicie o tej zasadzie? Sprawiedliwa czy nie? Piszcie w komentarzach!
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl







