„Panie mecenasie, rozumiem, że pozywamy ubezpieczyciela. A co ze sprawcą? On przecież zniszczył mi samochód! Może powinniśmy go też pozwać?”
To pytanie słyszę przy praktycznie każdej sprawie odszkodowawczej, którą prowadzę. I za każdym razem widzę w oczach klienta to samo – mieszankę frustracji, pragnienia sprawiedliwości i… no właśnie, często zwykłej chęci zemsty.
Nie będę udawał, że tego nie rozumiem. Ktoś zniszczył twój samochód, może jeszcze cię zranił, a potem siedzi sobie w domu, podczas gdy ty walczysz z ubezpieczycielem o każdą złotówkę. Naturalnym odruchem jest chęć pociągnięcia go do odpowiedzialności osobiście. Ale czy to dobry pomysł?
Dzisiaj odpowiem na to pytanie raz na zawsze. I być może zaskoczę cię swoją odpowiedzią.

Co mówi prawo? Masz wybór
Zacznijmy od podstaw. Polskie prawo – podobnie jak przepisy większości krajów Unii Europejskiej – daje poszkodowanemu pełny wybór, kogo pozwać:
- Samego ubezpieczyciela sprawcy
- Samego sprawcę wypadku
- Obu łącznie (na zasadach podobnych do solidarności)
Brzmi uczciwie, prawda? Masz opcje. Ale jak to zwykle bywa w prawie – fakt, że coś możesz zrobić, nie oznacza, że powinieneś to zrobić.
Kiedy pozywanie sprawcy ma sens? Tylko w jednej sytuacji
Z mojego doświadczenia wynika, że jest właściwie tylko jeden przypadek, gdy warto pozwać bezpośrednio sprawcę (zamiast lub obok ubezpieczyciela):
Gdy ubezpieczyciel odmawia wypłaty, twierdząc, że polisa nie obejmuje odpowiedzialności za sprawcę.
Przykłady takiej sytuacji:
- Sprawca nie miał ważnego ubezpieczenia OC
- Sprawca prowadził pod wpływem alkoholu i ubezpieczyciel powołuje się na wyłączenia z polisy
- Polisa była nieważna z jakichś powodów formalnych
- Istnieje poważne ryzyko, że sąd uzna, że ubezpieczyciel nie odpowiada
W takim przypadku, jeśli sprawca jest wypłacalny (ma majątek, pracę, nieruchomości), lepiej skierować pozew bezpośrednio do niego. Co prawda sprawca może wtedy wnosić o przypozwanie ubezpieczyciela, ale to już jego problem.
A co z „karaniem” sprawcy przez zmuszanie go do chodzenia na rozprawy?
Kolejny powód, dla którego klienci chcą pozwać sprawcę: „Niech przynajmniej musi się stawić w sądzie, niech poczuje odpowiedzialność!”
Rozumiem tę motywację. Po wypadku, zwłaszcza gdy sprawca zachował się nieodpowiedzialnie, niesmacznie lub w ogóle nie przeprosił – naturalnie chcemy, żeby „poczuł konsekwencje”.
Ale czy warto? Moim zdaniem: nie. I za chwilę wyjaśnię dlaczego.
Dlaczego NIE warto pozywać sprawcy obok ubezpieczyciela
Jeśli ubezpieczyciel nie odmawia odpowiedzialności i nie ma wątpliwości co do pokrycia szkody – pozywanie sprawcy to strzał w stopę. I to z kilku poważnych powodów.
Powód 1: Niepotrzebne emocje w procesie
Spór z zakładem ubezpieczeń to proces koncentrujący się na meritum sprawy: czy była wina, ile się należy, jakie koszty są uzasadnione. To biznes. Chłodna kalkulacja.
Wprowadzenie do procesu osoby fizycznej – sprawcy – to zaproszenie emocji. A emocje w sądzie to najgorszy doradca.
Pamiętam sprawę, w której klientka koniecznie chciała pozwać sprawcę kolizji obok ubezpieczyciela. „Niech pan zobaczy, jak on wygląda! Niech odpowie za to, co zrobił!”. Zgodziliśmy się.
I co się okazało? Sprawca na rozprawie zaczął płakać, opowiadał, że to był jego pierwszy wypadek, że stracił przez to pracę, że ma problemy w domu. Moja klientka… zmiękła. Nagle przestała być pewna swojego stanowiska w sprawie wysokości odszkodowania. „Może ja jednak zaniżam koszty? On jest w trudnej sytuacji…”.
Emocje działają w obie strony. Czasem możesz współczuć sprawcy, czasem będziesz wściekły na jego arogancję. Ale żadne z tych uczuć nie pomoże ci wygrać sprawy.
Powód 2: Nieprzewidywane wnioski dowodowe
Kolejny problem – sprawca może wnosić własne wnioski dowodowe, które przedłużą postępowanie.
Ubezpieczyciel ma swoje procedury, swoich rzeczoznawców, swoje argumenty. To przewidywalne. Sprawca? Sprawca może zgłosić chęć przesłuchania swojej babci, która „widziała ten wypadek zupełnie inaczej”. Może zażądać opinii swojego kolegi mechanika, który „powie, że to auto i tak było do wymiany”.
Efekt? Proces, który mógłby trwać rok, ciągnie się dwa lata. Bo sąd musi rozpatrzyć każdy wniosek, nawet jeśli jest kompletnie bez sensu.
Powód 3: Podwójne koszty procesowe – to najważniejsze!
A teraz najważniejszy argument, który powinien przekonać każdego racjonalnie myślącego poszkodowanego:
Jeśli masz dwóch pozwanych (ubezpieczyciela i sprawcę), każdy z nich może wynająć własnego prawnika. I jeśli przegrasz sprawę – musisz zwrócić koszty OBUDWU.
To znaczy, że zamiast zwracać 3-4 tysiące złotych kosztów procesu ubezpieczyciela, możesz musieć zwrócić 6-8 tysięcy (dla obu stron). Ryzykujesz podwójnie – dla czegoś, co w większości przypadków nic ci nie daje.
Oczywiście, jeśli wygrasz – i tak dostajesz odszkodowanie od ubezpieczyciela. Sprawca niewiele wnosi do tej układanki. A jeśli przegrasz – płacisz dwa razy więcej.
To po prostu nieracjonalne.
Przykład z praktyki: pan Tomasz i „sprawa zasady”
Kilka lat temu reprezentowałem pana Tomasza. Sprawca wypadku, młody kierowca BMW, zachował się skandalicznie – najpierw próbował uciec z miejsca zdarzenia, potem na policji kłamał, że to nie on prowadził. W końcu się przyznał, ale nie przeprosił, nie zadzwonił, nic.
Pan Tomasz chciał go „dosięgnąć”. „To sprawa zasady, panie mecenasie. Niech odpowie osobiście!”.
Próbowałem go przekonać, że to bez sensu. Ubezpieczyciel już zgodził się płacić, tylko spieraliśmy się o wysokość. Ale pan Tomasz był nieugięty.
Efekt? Proces przedłużył się o pół roku, bo sprawca złożył mnóstwo wniosków dowodowych (w tym wniósł o opinię niezależnego rzeczoznawcy, która… potwierdziła nasze stanowisko). Na końcu pan Tomasz wygrał, ale stracił czas, nerwy i… musiał pokryć część kosztów sprawcy (bo sąd częściowo uwzględnił jego stanowisko w innej kwestii).
Czy było warto? Pan Tomasz do dziś twierdzi, że tak – „przynajmniej musiał chodzić na rozprawy i się tłumaczyć”. Ja… mam wątpliwości.
Moja rada: zostaw sprawcę w spokoju
Po latach prowadzenia spraw odszkodowawczych moja rada jest prosta i konkretna:
Jeśli ubezpieczyciel nie odmawia odpowiedzialności – nie pozywaj sprawcy.
Po prostu. Skoncentruj się na procesie z ubezpieczycielem, który:
- Jest profesjonalny i przewidywalny
- Nie wniesie zbędnych emocji
- Ma jasne procedury i argumenty
- Ma pieniądze na wypłatę odszkodowania
Zostaw „biednego sprawcę” w spokoju. On już ma swoje problemy – punkty karne, wyższe składki na ubezpieczenie, może nawet proces karny. Twoja misja to odzyskać pieniądze, a nie karać sprawcę. To nie twoja rola.
Wyjątki, kiedy warto pozwać obu
Okej, przyznaję – są sytuacje, gdy pozwanie obu ma sens:
- Niepewność co do odpowiedzialności ubezpieczyciela – jeśli istnieje ryzyko, że sąd uzna, że ubezpieczyciel nie odpowiada
- Sprawca jest wypłacalny, a ubezpieczyciel może nie wystarczyć – przy bardzo wysokich szkodach (np. 10+ milionów zł)
- Strategia procesowa – w bardzo rzadkich przypadkach obecność sprawcy może być pomocna taktycznie
Ale to naprawdę rzadkie wyjątki. W 95% przypadków – pozwanie tylko ubezpieczyciela to najlepsza strategia.
Podsumowanie: emocje vs. racjonalność
Rozumiem, że po wypadku emocje biorą górę. Chcesz, żeby sprawca „odpowiedział”. Ale twoje zadanie to nie karanie sprawcy – to odzyskanie pieniędzy za szkodę, którą poniósłeś.
Racjonalnie rzecz biorąc:
- Pozywanie sprawcy nie da ci wyższego odszkodowania
- Przedłuży proces
- Wprowadzi emocje, które utrudnią negocjacje
- Podwoi ryzyko kosztów procesowych w razie niepowodzenia
Dlatego moja rada brzmi: zostaw sprawcę w spokoju. Procesuj się z ubezpieczycielem. To zimna kalkulacja, ale w prawie odszkodowawczym zimna kalkulacja wygrywa z gorącymi emocjami.
A jakie są Wasze doświadczenia? Pozywaliście sprawcę obok ubezpieczyciela? Warto było? Podzielcie się w komentarzach – chętnie poznam różne perspektywy.
Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o praktyce kancelarii znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl.
Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl