Trzy rzeczy, które musisz udowodnić w sprawie o zalanie (i dlaczego nie wystarczą zdjęcia)

Wprowadzenie

Niedawno trafiło do mnie orzeczenie, które idealnie pokazuje, dlaczego w sprawach odszkodowawczych szczegóły mają znaczenie. Powódka przegrała sprawę o 5.000 zł za zalanie mieszkania, mimo że miała zdjęcia szkód, faktury za remont i świadka. Co poszło nie tak? Otóż nie wykazała trzech kluczowych przesłanek odpowiedzialności odszkodowawczej. W tym artykule wyjaśniam, czego wymaga art. 415 Kodeksu cywilnego i dlaczego sądy są w tych sprawach tak wymagające.

Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej.

Spis treści

  1. Co mówi art. 415 KC o odpowiedzialności odszkodowawczej?
  2. Przesłanka pierwsza: związek przyczynowy
  3. Przesłanka druga: wina sprawcy
  4. Przesłanka trzecia: wysokość szkody
  5. Praktyczne rady dla poszkodowanych

Art. 415 KC – trzy filary odpowiedzialności

Zgodnie z art. 415 KC, kto z winy swej wyrządził drugiemu szkodę, obowiązany jest do jej naprawienia. Brzmi prosto? W praktyce to prawnicza szachownica, gdzie jeden błąd może kosztować Cię całe roszczenie.

Sąd Okręgowy w Poznaniu w wyroku z 25 kwietnia 2023 r. (sygn. II Ca 2144/22) przypomniał, że poszkodowany musi udowodnić łącznie trzy elementy: bezprawne i zawinione zachowanie sprawcy, szkodę oraz związek przyczynowy między tym zachowaniem a szkodą. Brak dowodu choćby jednej przesłanki oznacza porażkę.

Przesłanka 1: Związek przyczynowy – najtrudniejsza do udowodnienia

W sprawie poznańskiej powódka twierdziła, że zalanie jej mieszkania nastąpiło przez zatkany odpływ na balkonie pozwanych. Miała dowody: zdjęcia mokrych sufitów, zeznania rzemieślnika, który oczyszczał gulik. Wydawałoby się – sprawa oczywista.

Sąd uznał inaczej. Stwierdził, że sama obecność zatkanego odpływu nie dowodzi, iż to właśnie on spowodował zalanie. Może woda przedostała się inną drogą? Może przyczyną był wcześniejszy remont balkonu wykonany przez powódkę, który podniósł poziom posadzki? A może zawiodła instalacja odprowadzająca wodę?

Z mojego doświadczenia wiem, że w sprawach zalaniowych sądy wymagają opinii biegłego budowlanego. Dlaczego? Bo ustalenie mechanizmu przecieku wymaga wiedzy specjalistycznej. Nie wystarczy powiedzieć „był deszcz, gulik był zatkany, więc to przez to”. Trzeba wykazać dokładną ścieżkę przepływu wody, uwzględniając konstrukcję budynku, nachylenia, izolacje.

Teoria adekwatnego związku przyczynowego (art. 361 § 1 KC) wymaga, by skutek był normalnym następstwem danego działania. W sprawie poznańskiej powódka tego nie udowodniła. Sąd podkreślił: „powódka nie wykazała nawet w jaki sposób miało dojść do zalania – czy przez przepływ wody z balkonu bezpośrednio do pokoju, a jeżeli tak, to jak”.

Przesłanka 2: Wina – kto za to odpowiada?

Druga pułapka: wykazanie winy. W prawie cywilnym wina to naganność zachowania – umyślna lub w formie niedbalstwa (brak należytej staranności).

W przypadku zalaniowego mieszkania pojawia się pytanie: czyja to wina? Lokatora, który nie sprząta balkonu? Właściciela lokalu? Zarządcy nieruchomości, który nie dba o drożność rur spustowych?

W sprawie poznańskiej sąd zauważył, że utrzymanie czystości na balkonie należy do korzystającego z niego (tu: pozwanych), ale zapewnienie drożności rur spustowych to obowiązek zarządcy. Powódka nie wykazała, czy odpływ był zatkany przez zaniedbanie pozwanych (np. niesprzątnięte liście), czy może przez wadliwość instalacji leżącej w gestii zarządcy.

Moja rada: W każdej sprawie zalaniowej trzeba precyzyjnie określić, kto za co odpowiadał. Jeśli zarząd sprawował zarządca, to jego można obarczyć odpowiedzialnością za instalację. Jeśli lokator zaniedbał sprzątanie – wtedy jego wina. Ale to trzeba udowodnić, nie tylko twierdzić.

Przesłanka 3: Wysokość szkody – diabeł tkwi w szczegółach

Załóżmy, że udowodniłeś przyczynę i winę. Teraz musisz wykazać, ile kosztuje naprawa szkody.

Powódka w sprawie poznańskiej przedstawiła fakturę na 5.012 zł za prace remontowe: skucie tynku, odeskowanie sufitu, malowanie, położenie tapety, lakierowanie parkietu. Wydawałoby się – dokumentacja kompletna.

Pozwani jednak zakwestionowali konieczność niektórych prac (np. czy parkiet naprawdę wymagał cyklinowania?) oraz stawki wykonawcy (czy nie były zawyżone?). I co zrobił sąd? Uznał, że bez opinii biegłego nie można ustalić, które prace były niezbędne i czy ceny były rynkowe.

Często spotykam się z tym problemem. Poszkodowani myślą, że faktura od rzemieślnika wystarczy. Niestety, jeśli pozwany zakwestionuje kosztorys, trzeba powołać biegłego rzeczoznawcę budowlanego, który potwierdzi zakres i wartość prac. To nie jest złośliwość sądu – to zasada, że strona dochodzaca roszczenia musi je udowodnić.

Praktyczne wskazówki dla poszkodowanych

Po pierwsze: Dokumentuj zdarzenie od razu. Zdjęcia, filmy, protokół ze zgłoszenia u zarządcy, świadkowie – wszystko się przyda.

Po drugie: Nie czekaj ze zgłoszeniem roszczenia. W sprawie poznańskiej zalanie było w 2015 r., a pozew złożono dopiero w 2020 r. To graniczy z przedawnieniem (3 lata od dnia, gdy poszkodowany dowiedział się o szkodzie i osobie zobowiązanej ).

Po trzecie: Jeśli sprawa nie jest oczywista, od razu myśl o opinii biegłego. Nie oszczędzaj na tym – to inwestycja, która może przesądzić o wygranej. W sprawie poznańskiej powódka dopiero w apelacji wniosła o biegłego, co sąd odrzucił jako spóźnione.

Po czwarte: Rozważ pomoc prawnika już na etapie przedsądowym. Powódka w sprawie poznańskiej przez cały proces I instancji występowała bez pełnomocnika i popełniła błędy, które uniemożliwiły wygranie sprawy.

Po piąte: Zachowaj faktury, paragony, umowy z wykonawcami. Dokumentacja finansowa to podstawa ustalenia wysokości szkody.

Podsumowanie – czego nauczyła mnie ta sprawa

Prawo odszkodowawcze to nie tylko emocje i poczucie krzywdy. To precyzyjne wykazanie trzech przesłanek: związku przyczynowego, winy sprawcy i wysokości szkody. Zdjęcia zalanemu mieszkania to dopiero początek. Prawdziwa walka toczy się o udowodnienie jak, przez kogo i za ile można naprawić szkodę.

A Wy, drodzy Czytelnicy, macie doświadczenia ze sprawami zalaniowymi? Podzielcie się w komentarzach.

Źródła

  • Kodeks cywilny, art. 415, art. 361,
  • Wyrok Sądu Okręgowego w Poznaniu z 25 kwietnia 2023 r., sygn. II Ca 2144/22

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Dlaczego podpisanie ugody z ubezpieczycielem może zamknąć Ci drogę do sądu? Historia z sali rozpraw

Przypadek, który nauczył mnie pokory

Niedawno zostałem poproszony o tzw. substytucję procesową – sytuację, w której radca prawny lub adwokat zastępuje stronę na rozprawie w sprawie prowadzonej przez innego prawnika. Bywa to rutynowa czynność, szczególnie gdy główny pełnomocnik ma kolizję terminów. Idąc na tę konkretną rozprawę, spodziewałem się kilku godzin przesłuchań, wzruszających zeznań rodziny i standardowego procesu o podwyższenie zadośćuczynienia.

Tymczasem sprawa zakończyła się w… dziesięć minut. I to przegraną powódki, z obowiązkiem zapłaty wysokich kosztów zastępstwa procesowego dla ubezpieczyciela.

Co poszło nie tak? Otóż pozornie oczywista sprawa o zadośćuczynienie za śmierć ojca w wypadku drogowym okazała się mieć jeden, ale kluczowy haczyk: wcześniejsza ugoda z ubezpieczycielem. Ugoda, o której powódka… zapomniała poinformować swojego adwokata. Lub – co być może bliższe prawdy – nie zdawała sobie sprawy z jej prawnych konsekwencji.

Ta historia idealnie pokazuje, dlaczego w sprawach odszkodowawczych każdy szczegół ma znaczenie. I dlaczego zanim podpiszesz ugodę z ubezpieczycielem, powinieneś porozmawiać z prawnikiem.

Co się stało? Anatomia przegranej

Sprawa wyglądała na pierwszy rzut oka standardowo: ojciec powódki zginął w wypadku drogowym, ubezpieczyciel wypłacił córce jakieś zadośćuczynienie, ale w jej oczach – i ocenie jej adwokata – kwota była zbyt niska. Złożono więc pozew o podwyższenie zadośćuczynienia. Standardowa procedura, tysiące takich spraw rocznie w polskich sądach.

Problem pojawił się w momencie, gdy przedstawiciel ubezpieczyciela wyciągnął z teczki dokument: ugodę, którą powódka podpisała wcześniej, przyjmując pierwszą propozycję ubezpieczyciela. I to nie była ugoda „na poczekaniu”, tylko pełnoprawne porozumienie, w którym strony wskazały, że ugoda ta wyczerpuje wszelkie roszczenia wynikające z przedmiotowego wypadku.

Co to oznaczało? Że powódka zrzekła się prawa do jakichkolwiek dalszych roszczeń związanych z tym zdarzeniem. Innymi słowy, podpisując tę ugodę, zamknęła sobie drogę do sądu. Na zawsze.

Efekt? Sąd oddalił powództwo, powołując się na powagę rzeczy ugodzonej (łac. res transacta). To taka prawnicza formuła, która oznacza, że jeśli już zawarłeś ugodę w danej sprawie, nie możesz ponownie wnosić o to samo do sądu. Sprawa jest „ugodzona” – zakończona, finito.

Res transacta – czyli dlaczego ugoda to nie żart

Powaga rzeczy ugodzonej (res transacta) to instytucja prawna, która chroni stabilność stosunków prawnych. Gdyby każdy mógł podpisać ugodę, wziąć pieniądze, a potem i tak iść do sądu po więcej – chaos byłby nie do opanowania. Prawo zatem zakłada, że ugoda to świadome porozumienie, które kończy spór.

Ale – i tu zaczyna się ciekawe – nie każda ugoda zamyka wszystkie drzwi. W praktyce odszkodowawczej rozróżniamy dwa rodzaje ugód:

  1. Ugoda wyczerpująca wszystkie roszczenia – taka, w której strony wyraźnie stwierdzają, że wszelkie roszczenia związane z danym zdarzeniem są tym samym załatwione. Przykład: „Strony zgodnie oświadczają, że niniejsza ugoda wyczerpuje wszelkie roszczenia powódki względem pozwanego wynikające z wypadku z dnia X”. Taka ugoda faktycznie zamyka drogę do dalszych roszczeń.
  2. Ugoda dotycząca tylko zgłoszonych roszczeń – taka, która dotyczy wyłącznie konkretnych, już zgłoszonych roszczeń. Przykład: „Strony ustalają, że zadośćuczynienie za doznaną krzywdę wynosi X zł”. W tym wypadku, jeśli później pojawią się nowe roszczenia (np. renta z tytułu zwiększonych potrzeb), można je dochodzić.

W mojej sprawie była to ugoda typu pierwszego. Powódka – zapewne nieświadomie – podpisała dokument, który zamykał jej wszelkie możliwości dalszego dochodzenia roszczeń. Ubezpieczyciel zaś doskonale o tym wiedział.

Czy można się „wyplątać” z ugody? Art. 918 KC jako ostatnia deska ratunku

Teoretycznie istnieje możliwość uchylenia się od skutków ugody. Kodeks cywilny w art. 918 przewiduje, że strona może uchylić się od ugody, jeśli działała pod wpływem błędu co do okoliczności faktycznych, które uznawała za niewątpliwe w chwili zawierania ugody. Ale uwaga – błąd musi być na tyle istotny, że gdyby go nie było, spór lub niepewność w ogóle by nie powstały.

Brzmi skomplikowanie? W praktyce oznacza to, że musisz wykazać, iż w momencie podpisywania ugody myślałeś, że dzieje się X, a naprawdę działo się Y – i gdybyś wiedział o Y, nigdy byś ugody nie podpisał.

Przykład? Podpisałeś ugodę, myśląc, że Twoje obrażenia są lekkie i szybko się wyleczysz. Po miesiącu okazało się, że doznałeś trwałego uszczerbku na zdrowiu, o którym nie wiedziałeś w chwili podpisywania ugody. To może być podstawa do uchylenia się od ugody na podstawie art. 918 KC.

Ale to wyjątek, nie reguła. Sądy bardzo restrykcyjnie podchodzą do tego przepisu, bo inaczej każdy mógłby się „rozmyślić” po fakcie. W praktyce odszkodowawczej widziałem zaledwie kilka przypadków skutecznego uchylenia się od ugody na tej podstawie.

Moja rada: ugoda to nie „tylko formalność”

Co z tego wszystkiego wynika dla poszkodowanych? Kilka praktycznych wniosków, które mogą uchronić Cię przed sytuacją mojej powódki:

1. Nigdy nie podpisuj ugody bez konsultacji z prawnikiem

Wiem, że brzmi to jak oczywista rada, ale… ile razy widziałem ludzi, którzy myśleli „to tylko papiery, ubezpieczyciel mi to wysłał, to podpisuję”? Zbyt wiele. Ugoda to umowa, która ma taką samą moc prawną jak wyrok sądowy. Zanim ją podpiszesz, skonsultuj się z radcą prawnym lub adwokatem.

2. Czytaj uważnie, co podpisujesz

Szczególnie zwróć uwagę na zapisy typu:

  • „Strony oświadczają, że niniejsza ugoda wyczerpuje wszelkie roszczenia…”
  • „Powód zrzeka się wszelkich dalszych roszczeń…”
  • „Strony uznają sprawę za zakończoną…”

Takie sformułowania oznaczają, że zamykasz sobie drogę do dalszych roszczeń. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości co do wysokości zadośćuczynienia – nie podpisuj.

3. Wynegocjuj bezpieczniejszą treść ugody

Jeśli rzeczywiście chcesz zawrzeć ugodę (bo np. pilnie potrzebujesz pieniędzy), ale nie jesteś pewien, czy kwota jest sprawiedliwa, zaproponuj sformułowanie typu: „Niniejsza ugoda dotyczy wyłącznie roszczeń zgłoszonych w postępowaniu likwidacyjnym przed ubezpieczycielem do dnia X”. To Ci zostawi furtkę na przyszłość.

4. Pamiętaj: ubezpieczyciel ma prawników, Ty też powinieneś

Ubezpieczyciel ma całe działy prawne, które przygotowują takie ugody w sposób maksymalnie korzystny dla nich. Ty – poszkodowany, często w stresie, bólu, po stracie bliskiej osoby – masz podpisać dokument, którego konsekwencji nie rozumiesz. To nie jest wyrównana walka. Dlatego warto mieć kogoś po swojej stronie.

Refleksja: czego mnie nauczyła ta sprawa

Ta dziesięciominutowa rozprawa utkwiła mi w pamięci bardziej niż niejeden wielodniowy proces. Dlaczego? Bo pokazała mi, jak wiele może zależeć od jednego podpisu. I jak często poszkodowani – działając w dobrej wierze, zaufaniu do instytucji, a czasem po prostu w desperacji – podpisują dokumenty, które zamykają im drogę do sprawiedliwości.

Moim zdaniem, ubezpieczyciele powinni mieć obowiązek jasno informować poszkodowanych o konsekwencjach podpisania ugody. Dziś zbyt często zdarza się, że ugoda jest przedstawiana jako „szybka, bezproblemowa forma załatwienia sprawy”, bez wspominania o tym, że jednocześnie zamyka się możliwość jakichkolwiek dalszych roszczeń.

Ale to tylko moja refleksja. W obecnym stanie prawnym obowiązuje zasada: czytaj, co podpisujesz. A najlepiej – konsultuj się z prawnikiem przed, a nie po.

A jakie są Wasze doświadczenia? Zdarzyło Wam się podpisać ugodę z ubezpieczycielem? Byliście zadowoleni z jej warunków, czy z perspektywy czasu widzicie, że daliście się „przechytrzyć”? Podzielcie się swoimi historiami w komentarzach.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Szkoda całkowita – jak odzyskać należne odszkodowanie od ubezpieczyciela?

Obecnie na polskich drogach dominują samochody, które swoje już przejechały. Wielu kierowców porusza się autami mającymi po kilkanaście lat. Nic więc dziwnego, że duża część kolizji i wypadków kończy się tzw. szkodą całkowitą.

Czym jest szkoda całkowita?

Szkoda całkowita to sytuacja, gdy koszt naprawy pojazdu przekracza jego wartość sprzed wypadku. Wówczas ubezpieczyciel wypłaca odszkodowanie w wysokości różnicy między wartością auta sprzed szkody a wartością wraku.

Przykład:

Jeśli Twój dziesięcioletni Opel Astra był wart 10 000 zł, a koszt naprawy po wypadku wynosi 25 000 zł, ubezpieczyciel uzna szkodę całkowitą. Jeśli wartość wraku zostanie wyceniona na 6 000 zł, otrzymasz jedynie 4 000 zł odszkodowania.

I właśnie tu zaczyna się problem.

Dlaczego ubezpieczyciel zaniża wartość auta i zawyża wartość wraku

Z praktyki wynika, że zakłady ubezpieczeń dążą do obniżenia wartości pojazdu sprzed szkody, a jednocześnie do zawyżenia wartości wraku. Efekt? Odszkodowanie z OC sprawcy jest zaniżone, a poszkodowany otrzymuje kwotę znacznie niższą niż powinien.

Te wyliczenia oparte są na tzw. programach eksperckich, które określają wartości pojazdu czysto teoretycznie – bez realnego odniesienia do rynku wtórnego.

Błąd w kalkulacji: teoretyczna wartość wraku

Wycena samochodu sprzed szkody może być jeszcze w miarę trafna, ale z wartością wraku sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Z doświadczenia wiem, że klient, który próbuje sprzedać wrak po stłuczce, nie jest w stanie uzyskać ceny wskazanej w kalkulacji ubezpieczyciela.

Dlaczego?
Bo obrót wrakami to domena firm specjalistycznych – skupów, warsztatów i handlarzy częściami. Przeciętny poszkodowany nie ma narzędzi ani kanałów sprzedaży, by uzyskać realną, rynkową cenę.

Jak udowodnić, że wycena wraku jest zawyżona

Najskuteczniejszym sposobem jest podjęcie prób sprzedaży wraku na własną rękę i udokumentowanie tych działań.
Warto:

  • wystawić auto na portalach takich jak Allegro, OLX, Otomoto,
  • zamieścić ogłoszenie w lokalnej prasie,
  • skontaktować się z podmiotem wskazanym przez ubezpieczyciela.

Jeżeli mimo prób nie uda się sprzedać wraku za kwotę z kalkulacji, a realny nabywca oferuje mniej — sprzedaj pojazd po cenie rynkowej i zachowaj dowody (zrzuty ekranu, wiadomości, ogłoszenia).

Dowody w sprawie sądowej

W postępowaniu sądowym należy wykazać, że teoretyczna wycena biegłego lub ubezpieczyciela nie odpowiada realiom rynkowym.
Powołując się na faktyczne oferty sprzedaży i nieudane próby zbycia wraku, można skutecznie przekonać sąd, że:

„wartość rynkową rzeczy ustala rynek, nie program ekspercki”.

Taki argument często prowadzi do podwyższenia odszkodowania z OC sprawcy.

Podsumowanie: jak walczyć o należne odszkodowanie

Jeżeli czujesz, że ubezpieczyciel zaniżył Twoje odszkodowanie, nie zostawiaj sprawy samej sobie.
Zbierz dowody, udokumentuj próby sprzedaży wraku i – jeśli trzeba – skorzystaj z pomocy kancelarii prawnej.
Profesjonalny pełnomocnik pomoże Ci wykazać realną wartość pojazdu i uzyskać należne pieniądze.


Autor: adw. Bartosz Kowalak

Kancelaria Prawna w Poznaniu
📞 795 777 519
📍 ul. Mickiewicza 18a/3, Poznań
🌐 www.prawnikpoznanski.pl

„Czekamy na wyrok karny” – czyli jak ubezpieczyciele blokują wypłatę odszkodowań

Czy znacie to uczucie frustracji, gdy po wypadku komunikacyjnym ubezpieczyciel mówi: „Poczekajmy na wyrok w sprawie karnej”? A potem czeka się rok, dwa, czasem dłużej. Tymczasem rachunki za rehabilitację się piętrzą, trzeba naprawić auto, a pieniędzy brak.

Z mojego wieloletniego doświadczenia w prawie odszkodowawczym wiem, że to jeden z najpopularniejszych tricków ubezpieczycieli. Powołują się na „toczące się postępowanie karne” i… zamiatają sprawę pod dywan. Ale czy rzeczywiście mają do tego prawo? Czy musimy biernie czekać, aż „tryby wymiaru sprawiedliwości” w końcu się zakręcą?

Dziś opowiem Wam, dlaczego w większości przypadków takie tłumaczenie to zwykła wymówka – i co możecie z tym zrobić.

Spis treści

  1. Problem: „Czekamy na postępowanie karne”
  2. Co mówi ustawa – art. 14 ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych
  3. Dlaczego ubezpieczyciele nie mogą biernie czekać
  4. Kiedy wstrzymanie wypłaty jest usprawiedliwione
  5. Orzecznictwo: Sądy jasno określają granice
  6. Moja rada: kiedy iść do sądu
  7. Praktyczne wskazówki dla poszkodowanych

Problem, który dotyka tysięcy poszkodowanych

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście ofiarą wypadku komunikacyjnego. Sprawca uderzył w Was od tyłu na skrzyżowaniu. Policja spisała protokół, wszystko jest jasne jak słońce. Zgłaszacie szkodę do ubezpieczyciela sprawcy i… cisza.

Po kilku tygodniach dostajecie pismo: „W związku z toczącym się postępowaniem karnym przeciwko sprawcy, wstrzymujemy się z wypłatą odszkodowania do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia sprawy”.

I teraz zaczyna się Golgota. Postępowanie karne może trwać rok, półtorej, czasem dwa lata. A Wy? Wy czekajcie. Bo ubezpieczyciel najwyraźniej nie może samodzielnie ocenić, kto jest sprawcą.

Spotkałem się z tym setki razy w swojej praktyce. I za każdym razem, gdy czytam takie pisma, czuję frustrację – bo wiem, że w zdecydowanej większości przypadków to zwykła wymówka.

Co mówi ustawa – podstawa prawna „wymówki”

Ubezpieczyciele lubią powoływać się na art. 14 ust. 2 ustawy z dnia 22 maja 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Przepis ten mówi, że:

W przypadku gdyby wyjaśnienie okoliczności niezbędnych do ustalenia odpowiedzialności zakładu ubezpieczeń (…) okazało się niemożliwe, odszkodowanie wypłaca się w terminie 14 dni od dnia, w którym przy zachowaniu należytej staranności wyjaśnienie tych okoliczności było możliwe, nie później jednak niż w terminie 90 dni od dnia złożenia zawiadomienia o szkodzie, chyba że ustalenie odpowiedzialności zakładu ubezpieczeń (…) zależy od toczącego się postępowania karnego lub cywilnego.

Widzicie ten fragment? To właśnie on daje ubezpieczycielom teoretyczną podstawę do wstrzymania wypłaty.

Ale uwaga – to nie oznacza, że mogą siedzieć z założonymi rękami i czekać! I tutaj zaczyna się najciekawsza część.

Dlaczego ubezpieczyciele nie mogą biernie czekać – klucz do sprawy

Przepis, na który powołują się ubezpieczyciele, rzeczywiście istnieje. Ale – i to jest kluczowe – nie zwalnia on ubezpieczyciela z obowiązku przeprowadzenia własnego postępowania likwidacyjnego.

Co to oznacza w praktyce?

Ubezpieczyciel musi sam (a nie wyłącznie czekając na sąd karny):

  • Zebrać materiał dowodowy
  • Przesłuchać świadków
  • Zlecić ekspertyzy, opinie biegłych
  • Ocenić, kto ponosi odpowiedzialność za wypadek
  • Ustalić wysokość szkody

Innymi słowy: ubezpieczyciel nie jest niczyim biurokratycznym dodatkiem do sądu karnego. To profesjonalny podmiot, który dysponuje kadrą specjalistów, likwidatorów szkód, rzeczoznawców. I ma obowiązek aktywnie wyjaśniać okoliczności wypadku.

Bierne czekanie na wyrok karny? To nie jest „należyta staranność”. To lenistwo.

Orzecznictwo mówi jasno – Sądy po stronie poszkodowanych

Polskie sądy wielokrotnie podkreślały, że ubezpieczyciele nie mogą ukrywać się za „toczącym się postępowaniem karnym”. Posłuchajcie, co orzekł Sąd Apelacyjny w Lublinie w wyroku z dnia 5 lutego 2014 r., sygn. akt I ACa 703/13:

„To na ubezpieczycielu ciąży obowiązek przeprowadzenia prawidłowego postępowania likwidacyjnego, którego celem jest nie tylko ocena zasadności roszczeń zgłaszanych przez poszkodowanego, ale również zebranie materiału umożliwiającego ocenę zakresu przedmiotowych roszczeń. Nieprawidłowości w toku postępowania likwidacyjnego nie mogą prowadzić do przerzucenia na ubezpieczonego negatywnych konsekwencji z tym związanych.”

Krócej: jeśli ubezpieczyciel źle przeprowadził postępowanie likwidacyjne (albo w ogóle go nie przeprowadził), to nie może teraz mówić: „No cóż, nie nasza wina, czekamy na sąd”. To jego wina.

Jeszcze lepiej ujął to Sąd Apelacyjny w Krakowie w wyroku z dnia 13 grudnia 2013 r., sygn. akt I ACa 1291/13 (choć w oryginalnym materiale była wskazana sygnatura „I ACa 1291/13″ z błędnie przypisanym miejscem):

„Ratio legis art. 14 ustawy (…) opiera się na uprawnieniu do wstrzymania wypłaty odszkodowania w sytuacjach wyjątkowych, gdy istnieją niejasności odnoszące się do samej odpowiedzialności ubezpieczyciela albo wysokości szkody. (…) Po otrzymaniu zawiadomienia o wypadku ubezpieczyciel – jako profesjonalista korzystający z wyspecjalizowanej kadry (…) – obowiązany jest do ustalenia przesłanek swojej odpowiedzialności, czyli samodzielnego i aktywnego wyjaśnienia okoliczności wypadku oraz wysokości powstałej szkody. Nie może też wyczekiwać na prawomocne rozstrzygnięcie sądu. Bierne oczekiwanie ubezpieczyciela na wynik toczącego się procesu naraża go na ryzyko popadnięcia w opóźnienie lub zwłokę w spełnieniu świadczenia odszkodowawczego.”

Zwróćcie uwagę na słowa: „w sytuacjach wyjątkowych” i „nie może wyczekiwać”. To nie jest sugestia. To wyraźne stanowisko sądów.

Kiedy wstrzymanie wypłaty jest usprawiedliwione?

Dobrze, ale czy są sytuacje, w których ubezpieczyciel faktycznie może się powołać na postępowanie karne?

Tak, są. Ale są to sytuacje wyjątkowe, takie jak:

  • Skomplikowane zdarzenia z wieloma uczestnikami, gdzie sprawstwo jest niejednoznaczne
  • Przypadki, w których istnieją sprzeczne opinie biegłych i rzeczywiście trudno ustalić przebieg wypadku
  • Sytuacje, w których kluczowe dowody są dostępne wyłącznie w aktach postępowania karnego (choć to rzadkość)

Natomiast jeśli mamy do czynienia z typowym wypadkiem drogowym, gdzie:

  • Są świadkowie
  • Jest dokumentacja z miejsca zdarzenia
  • Przebieg jest stosunkowo jasny

To ubezpieczyciel nie ma prawa biernie czekać. Musi sam przeprowadzić postępowanie likwidacyjne i wydać decyzję.

Moja rada: kiedy iść do sądu

Z mojego doświadczenia wiem, że jeśli dostajecie pismo o wstrzymaniu wypłaty z powodu „toczącego się postępowania karnego”, a sprawa jest stosunkowo jasna (np. sprawca uderzył Was od tyłu, nie ustąpił pierwszeństwa itp.), to warto:

  1. Poczekać 30-90 dni (zgodnie z ustawowymi terminami) – dać ubezpieczycielowi czas na przeprowadzenie postępowania likwidacyjnego.
  2. Wezwać ubezpieczyciela do zapłaty – wysłać formalne wezwanie z wyznaczeniem dodatkowego, krótkiego terminu (np. 14 dni).
  3. Jeśli ubezpieczyciel nadal odmawia – iść do sądu. I żądać nie tylko odszkodowania, ale także odsetek za opóźnienie (zazwyczaj od upływu 30. dnia od zgłoszenia szkody).

Dlaczego odsetki? Bo jeśli ubezpieczyciel nieuzasadniennie blokuje wypłatę, popada w opóźnienie. A to kosztuje.

Praktyczne wskazówki dla poszkodowanych

1. Nie dajcie się zastraszyć

Jeśli ubezpieczyciel pisze, że „czeka na wyrok karny”, nie oznacza to automatycznie, że macie czekać. Ocencie, czy Wasza sprawa rzeczywiście jest wyjątkowo skomplikowana. Jeśli nie – działajcie.

2. Zbierzcie własny materiał dowodowy

Nie polegajcie wyłącznie na ubezpieczycielu. Zabezpieczcie:

  • Zdjęcia z miejsca wypadku
  • Dane świadków
  • Protokoły policji
  • Dokumentację medyczną (jeśli doznaliście obrażeń)
  • Kosztorysy napraw

3. Wezwijcie ubezpieczyciela na piśmie

Formalne wezwanie do zapłaty to nie tylko grzeczność – to dowód w przyszłym postępowaniu sądowym, że ubezpieczyciel miał czas i możliwość wypłacić odszkodowanie.

4. Skonsultujcie się z prawnikiem

Jeśli ubezpieczyciel blokuje wypłatę dłużej niż 90 dni, a sprawa wydaje się jasna, warto zasięgnąć profesjonalnej porady. Czasem jedno pismo od prawnika wystarczy, by ubezpieczyciel „przypomniał sobie” o swoich obowiązkach.

5. Pamiętajcie o odsetkach

Jeśli sprawa trafi do sądu, żądajcie odsetek za opóźnienie. To nie tylko „kara” dla ubezpieczyciela – to rekompensata za to, że przez jego bezczynność musieliście czekać na swoje pieniądze.

Czego unikać?

  • Nie akceptujcie automatycznie „decyzji” o wstrzymaniu wypłaty. To nie jest decyzja – to wymówka.
  • Nie czekajcie w nieskończoność. Jeśli minęło 6 miesięcy, a ubezpieczyciel dalej „czeka na wyrok”, to czas działać.
  • Nie załatwiajcie sprawy „po koleżeńsku” bez pisemnych potwierdzeń. Każda rozmowa z ubezpieczycielem powinna mieć pisemny ślad.

Podsumowanie – nie dajcie się zablokować

Taktyka „czekamy na wyrok karny” to jedno z ulubionych narzędzi ubezpieczycieli do opóźniania wypłat. Teoretycznie – zgodnie z art. 14 ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych – mają do tego prawo. Praktycznie – tylko w wyjątkowych sytuacjach.

W zdecydowanej większości przypadków ubezpieczyciel ma obowiązek przeprowadzić własne postępowanie likwidacyjne i samodzielnie ustalić, kto ponosi odpowiedzialność za wypadek. Bierne czekanie na sąd karny? To nie jest „należyta staranność”. To próba przerzucenia odpowiedzialności na barki poszkodowanego.

Dlatego, jeśli znajdziecie się w takiej sytuacji – nie dajcie się. Zbierzcie dowody, wezwijcie ubezpieczyciela, a jeśli trzeba – idźcie do sądu. Prawo jest po Waszej stronie.

A jeśli macie pytania albo chcecie podzielić się swoją historią – zapraszam do komentarzy. Chętnie odpowiem.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza jest indywidualna i wymaga analizy konkretnych okoliczności. W celu uzyskania profesjonalnej porady prawnej zapraszamy do kontaktu z naszą kancelarią.

Dlaczego zainteresowałem się tematem urazu biczowego?

Wprowadzenie

Gdy ludzie pytają mnie, dlaczego akurat uraz biczowy stał się jedną z moich specjalizacji, odpowiadam zwykle: „Bo to było nieuniknione”. Od kilkunastu lat – a niedługo, niestety, będzie to już kilkadziesiąt – pracuję z osobami poszkodowanymi w wypadkach komunikacyjnych. I choć widziałem już setki przypadków – od złamań nóg, przez urazy wewnętrzne, po poważne obrażenia wielonarządowe – to właśnie sprawy urazu biczowego zawsze przykuwały moją szczególną uwagę. Dlaczego? Bo są nie tylko prawnie fascynujące, ale też… osobiście bliskie.

Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej.

Spis treści

  1. Początki – praca w kancelarii adwokackiej w Poznaniu
  2. Jak ubezpieczyciele zmienili podejście do urazu biczowego
  3. Gdy uraz biczowy dotyka Twojej rodziny
  4. Dlaczego te sprawy są wyjątkowe?
  5. Co zmieniło się przez lata?
  6. Moja misja – dlaczego o tym piszę
  7. Najczęstsze pytania o uraz biczowy

Początki – praca w kancelarii adwokackiej w Poznaniu

Moja przygoda z prawem odszkodowawczym zaczęła się jeszcze przed uzyskaniem tytułu radcy prawnego, gdy pracowałem w kancelarii adwokackiej w Poznaniu. Już wtedy zajmowałem się wypadkami komunikacyjnymi, a spektrum obrażeń było bardzo szerokie.

Spotykałem osoby z:

  • Złamaniami kończyn dolnych (nogi, kostki)
  • Złamaniami rąk (nadgarstki, przedramiona)
  • Urazami wewnętrznymi organów (wątroba, śledziona)
  • Obrażeniami wielonarządowymi po poważnych wypadkach

Ale była też inna grupa poszkodowanych – ci, którzy na pierwszy rzut oka wyglądali na „tylko lekko poturbowanych”. Żadnych widocznych obrażeń, żadnych gipsów, żadnych szwów. A jednak skarżyli się na przewlekłe bóle karku, głowy, zawroty, problemy z koncentracją. To byli poszkodowani z urazem biczowym.

Jak ubezpieczyciele zmienili podejście do urazu biczowego

I tu zaczyna się ciekawa – i niestety smutna – historia.

Kilkanaście lat temu: normalne traktowanie urazu biczowego

Gdy zaczynałem pracę, uraz biczowy był traktowany jak każdy inny uraz. Zakłady ubezpieczeń, często jeszcze bez potrzeby angażowania sądu, wypłacały zadośćuczynienia w rozsądnych kwotach. Z tego, co pamiętam, typowe wypłaty to:

  • 2000-5000 zł w zależności od nasilenia objawów
  • Wypłaty następowały stosunkowo szybko
  • Nie było atmosfery „polowania na czarownice”

Dziś: histeria i odmowy

Przeskoczmy do współczesności. Dzisiaj sytuacja wygląda diametralnie inaczej:

  • Ubezpieczyciele masowo odmawiają wypłat za skutki smagnięcia biczem
  • Jeśli już coś płacą, to symboliczne kwoty – 500 zł stało się swoistym „standardem”
  • Każda sprawa jest kwestionowana, każdy poszkodowany traktowany z podejrzliwością
  • Argumentacja ubezpieczycieli: „to symulacja”, „zmiany zwyrodnieniowe”, „brak obiektywnych dowodów”

Co się stało? Z mojej perspektywy to prosta matematyka – ubezpieczyciele zauważyli, że uraz biczowy to najczęstsza konsekwencja kolizji drogowych (szczególnie stłuczek miejskich), i postanowili „zacisnąć pasa”. Efekt? Tysiące osób realnie cierpiących z powodu urazu zostały pozostawione same sobie.

Gdy uraz biczowy dotyka Twojej rodziny

Prawdę mówiąc, mógłbym się zajmować tymi sprawami wyłącznie zawodowo – jako ciekawym zagadnieniem prawnym. Ale życie postanowiło, że uraz biczowy stanie się dla mnie także sprawą osobistą.

Niedawno, siedząc na niedzielnej kawie u rodziców, doszedłem do smutnego wniosku: spośród pięciu osób obecnych w pokoju, aż dwie były ofiarami urazu biczowego. Moja mama i mój brat.

Przypadek mojej mamy

Klasyczna sytuacja – najechanie na tył jej samochodu. Stała spokojnie na czerwonym świetle, gdy raptem uderzył w nią inny pojazd. Efekt: nagły ruch głowy do przodu, potem gwałtowny powrót do tyłu (mechanizm „smagnięcia biczem”). Początkowo bagatelizowała objawy – „zaraz mi przejdzie”, „to tylko lekki ból karku”. Dopiero po kilku dniach, gdy ból się nasilił i pojawiły się zawroty głowy, zgłosiła się do lekarza.

Leczenie trwało miesiącami:

  • Kołnierz ortopedyczny
  • Leki przeciwbólowe
  • Rehabilitacja (kilkadziesiąt wizyt)
  • Fizykoterapia

I co najgorsze – do dziś, po latach, czasem wraca ból karku, szczególnie przy zmianach pogody czy długiej pracy przy komputerze.

Przypadek mojego brata

Podobna historia. Najechanie na tył, uraz biczowy, długie leczenie. Jako młody człowiek liczył, że szybko dojdzie do siebie. Niestety, dolegliwości okazały się uporczywe. Bóle głowy, problemy z koncentracją, dyskomfort przy jeździe samochodem (lęk przed kolejnym uderzeniem).

Dlaczego te sprawy są wyjątkowe?

Obsługa prawna członków własnej rodziny dała mi zupełnie inną perspektywę niż tylko prowadzenie spraw „zwykłych klientów”. Mogłem z bliska obserwować:

Proces leczenia i rehabilitacji

  • Widziałem, jak wygląda rehabilitacja na co dzień – nie tylko w dokumentacji medycznej
  • Słuchałem o codziennych trudnościach – bólu podczas spania, problemach z prowadzeniem samochodu, ograniczeniach w aktywności fizycznej
  • Rozumiałem, jak frustrujące jest leczenie, które trwa miesiącami bez wyraźnej poprawy

Przeżywanie bólu

  • Obserwowałem, jak przewlekły ból wpływa na nastrój i jakość życia
  • Widziałem, jak trudno jest „udowodnić” ból – to subiektywne odczucie, które nie zawsze widać na badaniach obrazowych
  • Rozumiałem, dlaczego poszkodowani czują się bezradni, gdy ubezpieczyciel twierdzi „nic panu/pani nie jest”

Problemy wywołane urazem biczowym

  • Ograniczenia w życiu codziennym (niemożność noszenia ciężkich toreb, problemy z pracą przy komputerze)
  • Lęk przed kolejnymi wypadkami
  • Problemy z koncentracją i pamięcią (częsty, ale mało znany objaw urazu biczowego)
  • Konieczność zmiany stylu życia (np. rezygnacja z niektórych sportów)

To doświadczenie uświadomiło mi, że uraz biczowy to nie tylko sprawa medyczna czy prawna – to sprawa ludzkiej krzywdy, która wymaga empatii, cierpliwości i determinacji w walce o sprawiedliwość.

Co zmieniło się przez lata?

Z perspektywy kilkunastu lat pracy widzę ogromne zmiany – niestety, w dużej mierze na gorsze:

Po stronie ubezpieczycieli:

  • Agresywna polityka odmawiania wypłat – każda sprawa jest kwestionowana
  • Zaniżanie kwot – 500 zł za wielomiesięczne cierpienie to obraza
  • Atmosfera podejrzliwości – poszkodowani traktowani jak oszuści
  • Przedłużanie postępowań – w nadziei, że poszkodowany się zniechęci

Po stronie medycyny:

  • Większa świadomość lekarzy o urazie biczowym (więcej badań, lepsze protokoły leczenia)
  • Lepsze metody diagnostyczne (MRI, EMG pozwalają lepiej zobrazować skutki urazu)
  • Specjalistyczne ośrodki zajmujące się leczeniem urazu biczowego

Po stronie poszkodowanych:

  • Większa świadomość praw (internet, fora dyskusyjne, blogi prawnicze)
  • Większa determinacja w dochodzeniu swoich roszczeń
  • Lepsza dokumentacja (zdjęcia z miejsca wypadku, szczegółowe notatki o dolegliwościach)

Moja misja – dlaczego o tym piszę

Prowadzę tego bloga nie bez powodu. Moim celem jest:

Edukacja poszkodowanych

Chcę, żeby osoby po urazach biczowych wiedziały:

  • Że ich ból jest realny, nawet jeśli ubezpieczyciel twierdzi inaczej
  • Jak dokumentować dolegliwości i leczenie
  • Jakie prawa im przysługują
  • Że nie są sami w tej walce

Przełamywanie stereotypów

Chcę walczyć ze szkodliwym mitem, że „uraz biczowy to symulacja”. To realne cierpienie, które może trwać latami i znacząco pogorszyć jakość życia.

Pomoc w dochodzeniu roszczeń

Dzielę się praktyką, orzecznictwem, strategiami, które sprawdzają się w sądach. Chcę, żeby każdy poszkodowany miał narzędzia do skutecznej walki z ubezpieczycielem.

Dawanie nadziei

Pokazuję, że warto walczyć. Pokazuję wyroki, w których sądy przyznawały 30 000, 50 000, a nawet 80 000 zł zadośćuczynienia za uraz biczowy. To nie są abstrakcyjne kwoty – to realne orzeczenia, które znam z praktyki.

Podsumowanie z refleksją

Dlaczego zainteresowałem się tematem urazu biczowego? Bo to zbieg zawodowej pasji i osobistego doświadczenia. Bo widziałem, jak ta krzywda dotyka zwykłych ludzi – moich klientów, moją rodzinę. Bo wiem, że system często zawodzi poszkodowanych, a ubezpieczyciele liczą na to, że się poddadzą.

Ale ja się nie poddaję. I mam nadzieję, że po przeczytaniu tego bloga – Wy też się nie poddacie.

A Wy? Czy ktoś z Waszych bliskich doznał urazu biczowego? Jak układała się Wasza sprawa z ubezpieczycielem? Podzielcie się w komentarzach – Wasze historie są ważne.


FAQ – Najczęstsze pytania o uraz biczowy

1. Czy uraz biczowy to prawdziwy uraz, czy tylko wymówka?

To prawdziwy, medycznie udokumentowany uraz. Międzynarodowa klasyfikacja chorób (ICD-10) zawiera kod S13.4 dla urazu typu „whiplash” (dystorsja kręgosłupa szyjnego). Mechanizm urazu jest dobrze zbadany: nagły ruch głowy do przodu i do tyłu powoduje naciągnięcie więzadeł, uszkodzenie dysków międzykręgowych, mikrourazy mięśni i możliwy ucisk na korzenie nerwowe. To nie jest „w głowie” – to fizyczne uszkodzenie struktur kręgosłupa.

2. Dlaczego ubezpieczyciele odmawiają wypłat za uraz biczowy?

Z kilku powodów:

  • Częstotliwość – to najczęstszy uraz w kolizjach miejskich, więc ubezpieczyciele chcą „zaoszczędzić”
  • Trudność diagnostyczna – objawy są często subiektywne (ból), a badania obrazowe nie zawsze pokazują uszkodzenia
  • Stereotyp symulacji – media nagłośniły kilka przypadków oszustw, co stworzyło atmosferę podejrzliwości
  • Presja finansowa – ubezpieczyciele dążą do maksymalizacji zysku

3. Jak długo trwa leczenie urazu biczowego?

To bardzo indywidualne. Z praktyki kancelarii wiem, że:

  • Łagodne przypadki: 2-3 miesiące rehabilitacji, pełne wyleczenie
  • Umiarkowane: 6-12 miesięcy leczenia, możliwe okresowe nawroty bólu
  • Ciężkie: powyżej roku, czasem skutki trwałe (przewlekły ból, ograniczenie ruchomości)

Według badań medycznych, około 50% osób z urazem biczowym ma dolegliwości przez ponad rok, a 15-20% cierpi na przewlekły ból.

4. Ile wynosi zadośćuczynienie za uraz biczowy?

Bardzo zależy od indywidualnej sprawy. Z mojej praktyki:

  • Łagodne przypadki (krótkie leczenie, brak trwałych skutków): 5 000 – 15 000 zł
  • Umiarkowane (długotrwałe leczenie, okresowe dolegliwości): 20 000 – 40 000 zł
  • Ciężkie (trwałe skutki, znaczące ograniczenie funkcji): 50 000 – 100 000 zł

Niestety, ubezpieczyciele z góry proponują symboliczne kwoty (500-2000 zł), więc często trzeba iść do sądu.

5. Czy warto iść do sądu, jeśli ubezpieczyciel odmawia lub proponuje niską kwotę?

Zdecydowanie tak, jeśli:

  • Masz dobrą dokumentację medyczną (karty leczenia, skierowania na rehabilitację, RTG/MRI)
  • Dolegliwości były/są rzeczywiste i długotrwałe
  • Ubezpieczyciel proponuje kwotę niewspółmierną do krzywdy

Z praktyki kancelarii: większość spraw o uraz biczowy, które trafiają do sądu, kończy się wyrokiem korzystnym dla poszkodowanego. Sądy przyznają kwoty wielokrotnie wyższe niż pierwotne propozycje ubezpieczycieli.

6. Co zrobić zaraz po wypadku, żeby zabezpieczyć swoje roszczenia?

Najważniejsze kroki:

  1. Zgłoś się do lekarza tego samego dnia lub następnego (nawet jeśli początkowo nie czujesz bólu – objawy mogą pojawić się po kilku godzinach)
  2. Zrób dokumentację fotograficzną miejsca wypadku i pojazdów
  3. Zbieraj wszystkie dowody leczenia (karty, faktury, paragony za leki)
  4. Prowadź dziennik dolegliwości (co, kiedy, jak bardzo boli)
  5. Nie akceptuj pierwszej propozycji ubezpieczyciela bez konsultacji z prawnikiem
  6. Skontaktuj się z prawnikiem specjalizującym się w odszkodowaniach

Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją, szczególnie sprawami urazu biczowego. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Źródła:

  • Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób ICD-10, kod S13.4 (dystorsja kręgosłupa szyjnego)
  • Art. 445 § 1 Kodeksu cywilnego (zadośćuczynienie za uszkodzenie ciała lub wywołanie rozstroju zdrowia)
  • Quinlan KP, Annest JL, Myers B, Ryan G, Hill H. „Neck strains and sprains among motor vehicle occupants-United States, 2000”. Accident Analysis & Prevention, 2004

Współczynnik odchylenia przy lakierowaniu – czy ubezpieczyciel może zaniżać odszkodowanie?

Wprowadzenie

W praktyce kancelarii regularnie spotykamy się z sytuacją, gdy poszkodowany otrzymuje kalkulację naprawy od ubezpieczyciela i widzi tajemniczy zapis: „współczynnik odchylenia przy lakierowaniu: 67%”. Co to oznacza? Mówiąc wprost: ubezpieczyciel obniża Ci wartość odszkodowania o 33%, tłumacząc to „urealnienieniem” kosztów lakierniczych. Ale czy ma do tego prawo?

Większość poszkodowanych wie już, że amortyzacja części zamiennych jest niedopuszczalna. Ubezpieczyciele nie mogą arbitralnie zaniżać wartości części, mówiąc „ta część jest już zużyta”. Ale współczynnik odchylenia? To dla wielu tajemnica. Dziś chcę rozwikłać tę zagadkę i pokazać, dlaczego – w mojej ocenie – stosowanie współczynnika odchylenia jest równie bezprawne jak amortyzacja części.

Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej.

Spis treści

  1. Czym jest współczynnik odchylenia?
  2. Jak ubezpieczyciele uzasadniają jego stosowanie?
  3. Dlaczego to nieuczciwa praktyka?
  4. Co na to sądy? – Analiza wyroków
  5. Jak się bronić przed zaniżaniem odszkodowania?
  6. Praktyczne wskazówki dla poszkodowanych
  7. Najczęstsze pytania o współczynnik odchylenia

Czym jest współczynnik odchylenia?

W kalkulacjach naprawy, jakie poszkodowany otrzymuje z ubezpieczalni, pojawia się nie tylko amortyzacja części, ale i jeszcze jeden punkt powodujący obniżenie należnego odszkodowania: współczynnik odchylenia przy lakierowaniu, np. 67%, odpowiednio zmniejszający koszt – wartość materiału lakierniczego.

Przykład z praktyki kancelarii

Dostajecie kalkulację:

  • Koszt materiału lakierniczego według programu: 1000 zł
  • Współczynnik odchylenia: 67%
  • Wartość po „urealnieniu”: 670 zł

Ubezpieczyciel tłumaczy: „Program ekspercki pokazuje zawyżone ceny, więc stosujemy współczynnik, żeby dostosować je do rzeczywistości”.

Jak ubezpieczyciele uzasadniają jego stosowanie?

Programy eksperckie pokazują wartość materiału lakierniczego obejmującego także koszty składające się na jego zastosowanie, jak:

  • Marża handlowa warsztatu
  • Koszty czynności dodatkowych (przygotowanie powierzchni, maskowanie, itp.)

W teorii więc zastosowanie współczynnika odchylenia prowadzi do określenia wartości lakieru bez narzutów na jego wartość, które mogą powstać w procesie lakierowania pojazdu.

Brzmi rozsądnie, prawda? Ale diabelski szczegół kryje się w praktyce.

Dlaczego to nieuczciwa praktyka?

Argument 1: Brak podstaw przy przeprowadzeniu naprawy

Oznacza to tyle, że po pierwsze, nie ma żadnych podstaw, aby w przypadku przeprowadzenia naprawy pojazdu współczynnik odchylenia był stosowany.

Dlaczego? Bo jeśli faktycznie naprawiasz auto, płacisz rzeczywiste ceny rynkowe – z marżą warsztatu, z kosztami dodatkowymi, ze wszystkim. Współczynnik odchylenia to teoretyczna konstrukcja, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Argument 2: Odszkodowanie ma odpowiadać poniesionej szkodzie

Po drugie, w przypadku szkód likwidowanych z OC sprawcy nie widzę także powodów dla jego zastosowania. Skoro odszkodowanie ma odpowiadać poniesionej szkodzie, to winno odpowiadać cenom rynkowym jej usunięcia, a nie teoretycznym cenom sprzed podjęcia się procesu naprawy.

Argument 3: To jak amortyzacja części, tylko w innym przebraniu

Faktycznie więc zastosowanie współczynnika odchylenia nie różni się w sposób zasadniczy od stosowania amortyzacji na części.

I tu pojawia się genialny komentarz jednego z klientów, który ujął to lepiej, niż mógłbym to zrobić ja:

„Panie mecenasie, w jaki sposób ja mam zdobyć używany lakier samochodowy – zeskrobać z starej części czy co?”

O ile można sobie jeszcze wyobrazić, że można nabyć część używaną odpowiadającą wartości części wskazanej w kalkulacji po amortyzacji, to jak masz zdobyć „używany” lakier? Przecież to absurd!

Argument 4: Brak obiektywnych kryteriów

Ubezpieczyciele stosują współczynniki odchylenia arbitralnie – czasem 67%, czasem 60%, czasem 70%. Na jakiej podstawie? Nikt tego nie wie. Nie ma żadnych obiektywnych kryteriów, norm, standardów branżowych.

Co na to sądy? – Analiza wyroków

Na szczęście sądy jak na razie podzielają to stanowisko. Pozwólcie, że przypomnę dwa wyroki, które dotyczą bezpośrednio tej kwestii.

Wyrok 1: Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Śródmieścia (VIII C 1510/12, 24 lipca 2013 r.)

Sąd stwierdził jasno:

„Jak wynika zatem z powyższego, powodowi przysługiwało odszkodowanie w pełnej wysokości równej rzeczywiście poniesionej szkodzie. Brak było zatem podstaw do zastosowania współczynnika amortyzacji przy cenach części zamiennych, czy też współczynnika odchylenia przy pracach lakierniczych, jak to uczyniła w swojej kalkulacji strona pozwana.”

Sąd dalej argumentował:

„Poszkodowany nie jest bowiem zobowiązany do poszukiwania części najtańszych, lecz części, dzięki którym możliwe jest przywrócenie samochodu do stanu sprzed wypadku z zachowaniem wszystkich jego parametrów i funkcji.”

To kluczowa teza: nie jesteś zobowiązany szukać najtańszych rozwiązań. Masz prawo do przywrócenia auta do stanu sprzed wypadku – za rynkową cenę.

Wyrok 2: Sąd Rejonowy (I C 1128/13, 6 maja 2014 r.)

Ten wyrok jest jeszcze bardziej dobitny:

„Pozwany nie wyjaśnił, w oparciu o jaką podstawę dokonał „urealnienia” cen części niezbędnych do wykonania naprawy, zaniżając ich ceny o 45% czy też zaniżając koszty prac lakierniczych o 33% i stosując tzw. „współczynnik odchylenia”.”

Sąd uznał, że pozwany (ubezpieczyciel) bezzasadnie pomniejszył wysokość odszkodowania. Nie przedstawił żadnej obiektywnej podstawy dla zastosowania współczynnika – a bez tego nie może arbitralnie obniżać kwoty.

Jak się bronić przed zaniżaniem odszkodowania?

Z praktyki kancelarii wynika, że kluczem jest aktywna postawa już na etapie otrzymania kalkulacji.

Krok 1: Sprawdź kalkulację dokładnie

Gdy otrzymasz kalkulację od ubezpieczyciela, przeczytaj ją uważnie. Szukaj pozycji:

  • „Współczynnik odchylenia”
  • „Urealnienie kosztów lakierniczych”
  • Jakiekolwiek procentowe obniżenia wartości materiałów

Krok 2: Wnieś sprzeciw lub odwołanie

Jeśli zobaczysz współczynnik odchylenia, natychmiast wnieś sprzeciw do ubezpieczyciela. W piśmie wskaż:

  • Że współczynnik odchylenia jest bezprawny (tak jak amortyzacja części)
  • Że odszkodowanie ma odpowiadać rzeczywistej szkodzie, nie teoretycznym cenom
  • Że nie istnieją obiektywne kryteria stosowania tego współczynnika
  • Powołaj się na wyroki sądowe (podane wyżej)

Krok 3: Żądaj pełnej kalkulacji bez współczynnika

W sprzeciwie/odwołaniu żądaj ponownej kalkulacji – bez współczynnika odchylenia, z pełnymi kosztami rynkowymi lakierowania.

Krok 4: Jeśli ubezpieczyciel odmawia – pozew do sądu

Z praktyki: ubezpieczyciele rzadko zmieniają zdanie po odwołaniu. Wtedy pozostaje droga sądowa. I tu masz szansę – jak pokazują przytoczone wyroki, sądy są po stronie poszkodowanych.

Praktyczne wskazówki dla poszkodowanych

Wskazówka 1: Zrób naprawę w warsztacie i weź fakturę

Najlepszym dowodem na rzeczywisty koszt naprawy jest faktura z warsztatu. Jeśli faktyczna cena lakierowania wyniosła 1000 zł (bez współczynnika), masz twardy dowód, że kalkulacja ubezpieczyciela z 670 zł była zaniżona.

Wskazówka 2: Zbieraj kosztorysy z kilku warsztatów

Jeśli chcesz udowodnić, że ceny rynkowe są wyższe niż te po „urealnieniu”, zbierz kosztorysy z 2-3 warsztatów. Pokażą one, że rzeczywiste koszty odpowiadają kalkulacji bez współczynnika odchylenia.

Wskazówka 3: Nie zgadzaj się na zaniżone kwoty

Ubezpieczyciele liczą na to, że się zniechęcisz i przyjmiesz zaniżoną kwotę. Nie rób tego. Różnica może wynosić setki, a nawet tysiące złotych.

Wskazówka 4: Argumentuj jak sądy

W piśmie do ubezpieczyciela (lub w pozwie) powołaj się na argumenty sądów:

  • Odszkodowanie = rzeczywista szkoda, nie teoretyczne ceny
  • Brak obowiązku szukania najtańszych rozwiązań
  • Przywrócenie auta do stanu sprzed wypadku z zachowaniem parametrów

Wskazówka 5: Skonsultuj się z prawnikiem

Sprawy o podwyższenie odszkodowania wymagają znajomości orzecznictwa i umiejętności argumentacji. Warto skorzystać z pomocy prawnika specjalizującego się w odszkodowaniach.

Podsumowanie z refleksją

Współczynnik odchylenia przy lakierowaniu to kolejna sztuczka ubezpieczycieli, mająca na celu zaniżenie odszkodowania. W mojej ocenie, jest to praktyka równie bezprawna jak amortyzacja części – i na szczęście sądy zaczynają to dostrzegać.

Kluczem jest świadoma postawa poszkodowanych. Nie dajcie się nabrać na „urealnienie kosztów”. Żądajcie pełnego odszkodowania, odpowiadającego rzeczywistym cenom rynkowym. A jeśli ubezpieczyciel odmawia – idźcie do sądu. Macie szansę wygrać.

Czy spotykaliście się z współczynnikiem odchylenia w kalkulacjach naprawy? Jak sobie z tym poradziliście? Podzielcie się w komentarzach – Wasze doświadczenia mogą pomóc innym poszkodowanym!


FAQ – Najczęstsze pytania o współczynnik odchylenia

1. Czy ubezpieczyciel może legalnie stosować współczynnik odchylenia przy lakierowaniu?

W mojej ocenie – nie. Współczynnik odchylenia jest praktyką analogiczną do amortyzacji części, która została uznana za niedopuszczalną przez sądy. Odszkodowanie ma odpowiadać rzeczywistej szkodzie, a nie teoretycznym cenom sprzed podjęcia naprawy.

Z praktyki kancelarii: sądy coraz częściej uznają stosowanie współczynnika odchylenia za bezprawne (zob. wyroki przytoczone w artykule). Jednak ubezpieczyciele nadal próbują go stosować, licząc na to, że poszkodowani się nie zorientują lub nie będą walczyć.

2. Jaka jest różnica między współczynnikiem odchylenia a amortyzacją części?

W istocie – żadna. Oba mechanizmy mają ten sam cel: zaniżyć odszkodowanie.

  • Amortyzacja części: Ubezpieczyciel twierdzi, że część jest „zużyta”, więc obniża jej wartość o pewien procent
  • Współczynnik odchylenia: Ubezpieczyciel twierdzi, że koszt lakierowania w programie jest „zawyżony”, więc obniża go o pewien procent

Różnica jest tylko kosmetyczna – w obu przypadkach ubezpieczyciel arbitralnie zmniejsza kwotę odszkodowania bez obiektywnych podstaw.

3. Jak mam sprawdzić, czy w mojej kalkulacji zastosowano współczynnik odchylenia?

Sprawdź pozycje dotyczące lakierowania. Szukaj zapisów typu:

  • „Współczynnik odchylenia: 67%”
  • „Urealnienie kosztów lakierniczych: -33%”
  • „Rabat na materiały lakiernicze: 30%”

Jeśli widzisz takie zapisy – ubezpieczyciel zaniżył Ci odszkodowanie. Wartość materiałów lakierniczych powinna być pełna, bez żadnych współczynników.

Dodatkowo: porównaj sumę końcową z kosztorysem z warsztatu. Jeśli jest znacząco niższa – prawdopodobnie zastosowano współczynnik.

4. Co zrobić, jeśli ubezpieczyciel odmawia usunięcia współczynnika odchylenia?

Postępuj krok po kroku:

  1. Wnieś odwołanie/sprzeciw do ubezpieczyciela z uzasadnieniem, że współczynnik jest bezprawny (powołaj się na wyroki z artykułu)
  2. Jeśli ubezpieczyciel podtrzymuje decyzję – zrób naprawę i zbierz faktury/kosztorysy jako dowód rzeczywistych kosztów
  3. Złóż pozew do sądu o zapłatę różnicy między pełnym odszkodowaniem a wypłaconą kwotą

Z praktyki: większość spraw kończy się wyrokiem korzystnym dla poszkodowanego, jeśli ma on solidne dowody (faktury, kosztorysy).

5. Czy mogę naprawić auto, a potem dochodzić różnicy od ubezpieczyciela?

Tak, i to jest najlepsza strategia. Gdy masz fakturę z warsztatu potwierdzającą rzeczywiste koszty lakierowania (np. 1000 zł), możesz łatwo udowodnić, że kalkulacja ubezpieczyciela ze współczynnikiem odchylenia (np. 670 zł) była zaniżona.

Procedura:

  1. Przyjmij zaniżone odszkodowanie od ubezpieczyciela
  2. Zrób naprawę w warsztacie i weź szczegółową fakturę
  3. Oblicz różnicę (np. 1000 zł – 670 zł = 330 zł)
  4. Złóż pozew o zapłatę różnicy, dołączając fakturę jako dowód

Sąd zobaczy, że faktycznie zapłaciłeś więcej niż wypłacił ubezpieczyciel – i zasądzi różnicę.

6. Czy mogę dochodzić odsetek od niedopłaconej kwoty?

Tak. Jeśli ubezpieczyciel zaniżył odszkodowanie, stosując współczynnik odchylenia, możesz żądać:

  • Różnicy w kwocie (pełne odszkodowanie minus wypłacona kwota)
  • Odsetek ustawowych za opóźnienie (art. 481 KC) od dnia, w którym ubezpieczyciel powinien wypłacić pełną kwotę

Odsetki mogą być znaczące, szczególnie jeśli sprawa ciągnie się miesiącami lub latami.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Źródła:

  • Wyrok Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Śródmieścia, Wydział VIII Cywilny, sygn. akt VIII C 1510/12 z dnia 24 lipca 2013 r.
  • Wyrok Sądu Rejonowego, sygn. akt I C 1128/13 z dnia 6 maja 2014 r.
  • Art. 481 Kodeksu cywilnego (odsetki za opóźnienie)
  • Art. 361 Kodeksu cywilnego (zakres odpowiedzialności za szkodę)

Odpowiedzialność za pracownika – jak dochodzić odszkodowania bezpośrednio od ubezpieczyciela?

Wprowadzenie

Zleciliście komuś remont w domu. Przychodzi jego pracownik, coś schrzani, powstaje szkoda. Pytanie: od kogo dochodzicie odszkodowania? Od pracownika? Od właściciela firmy? A może od ubezpieczyciela?

Z mojego doświadczenia wynika, że większość ludzi nie wie, jak to działa. A to jest ważne, bo może zadecydować o tym, czy w ogóle dostaniecie odszkodowanie.

Dziś opowiem Wam o sprawie, która idealnie ilustruje mechanizm roszczenia bezpośredniego – czyli jak pominąć sprawcę szkody i iść prosto do jego ubezpieczyciela. To może zaoszczędzić Wam mnóstwo czasu i nerwów.

Historia z praktyki

Mam przed sobą dokumenty sprawy, która trafiła ostatecznie do sądu. Fakty są dość typowe dla takich spraw:

  1. Inwestor budował dom i zlecił montaż basenu firmie budowlanej
  2. Pracownik tej firmy nie dokręcił śrubunku przy dysży przeciwprądów
  3. Przez kilka tygodni woda przeciekała i zalała pięć pomieszczeń
  4. Szkoda: prawie 200 tysięcy złotych

Pytanie: kogo pozwać? Pracownika, który nie dokręcił śruby? Firmę budowlaną? Ubezpieczyciela?

Poszkodowany wybrał mądrze: pozwał ubezpieczyciela firmy budowlanej. I wygrał.

Jak działa odpowiedzialność za pracownika?

Zacznijmy od podstaw prawnych. W Polsce mamy dwa kluczowe przepisy:

Art. 430 k.c. – odpowiedzialność za osoby, którym powierzono wykonanie czynności

„Kto na własny rachunek powierza wykonanie czynności osobie, która przy wykonywaniu tej czynności podlega jego kierownictwu i ma obowiązek stosować się do jego wskazówek, ten jest odpowiedzialny za szkodę wyrządzoną z winy tej osoby przy wykonywaniu powierzonej jej czynności.”

Prościej mówiąc: pracodawca odpowiada za błędy pracownika.

Art. 120 Kodeksu pracy – jeszcze bardziej jednoznaczny

„W razie wyrządzenia przez pracownika przy wykonywaniu przez niego obowiązków pracowniczych szkody osobie trzeciej, zobowiązany do naprawienia szkody jest wyłącznie pracodawca.”

Zauważcie słowo „wyłącznie”. To znaczy, że poszkodowany nie może pozwać pracownika, tylko pracodawcę.

W opisywanej sprawie:

  • Szkodę wyrządził pracownik Z.M.
  • Pracował dla M.W., właścicielki firmy budowlanej
  • Odpowiedzialność ponosiła więc M.W., a nie Z.M.

Ale dalej: M.W. miała ubezpieczenie OC u pozwanego ubezpieczyciela. I tu wchodzi magia roszczenia bezpośredniego.

Roszczenie bezpośrednie – klucz do sukcesu

Art. 822 § 4 k.c. to jeden z moich ulubionych przepisów:

„Uprawniony do odszkodowania w związku ze zdarzeniem objętym umową ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej może dochodzić roszczenia bezpośrednio od ubezpieczyciela.”

Co to znaczy w praktyce? Możecie pominąć sprawcę szkody i od razu pozwać jego ubezpieczyciela.

To jest ogromna zaleta, bo:

1. Ubezpieczyciel ma pieniądze

Sprawca szkody może być niewypłacalny. Może mieć długi, egzekucje, może zbankrutować. Ubezpieczyciel? Ubezpieczyciel ma pieniądze. I jak przegra sprawę, to zapłaci.

W opisywanej sprawie poszkodowany mógł pozwać firmę budowlaną M.W. Ale po co? Miała ubezpieczenie. Więc od razu pozwał ubezpieczyciela.

2. Nie musicie ścigać dwóch zajęcy

Wyobraźcie sobie, że pozwacie firmę budowlaną. Wygracie. Zasądzą 200 tysięcy odszkodowania. I co dalej? Musicie jeszcze udowodnić ubezpieczycielowi, że firma jest zobowiązana do zapłaty, żeby on wypłacił świadczenie z OC.

To dwa procesy zamiast jednego. Po co?

Roszczenie bezpośrednie pozwala załatwić wszystko w jednej sprawie: pozew przeciwko ubezpieczycielowi, wyrok, zapłata. Koniec.

3. Szybsza droga do pieniędzy

Egzekucja od osoby fizycznej czy małej firmy może trwać latami. Egzekucja od ubezpieczyciela? Zazwyczaj kończy się szybko, bo ubezpieczyciel wie, że ostatecznie i tak zapłaci.

Warunki roszczenia bezpośredniego

Żeby dochodzić roszczenia bezpośrednio od ubezpieczyciela, muszą być spełnione trzy warunki:

1. Sprawca ma ubezpieczenie OC

To oczywiste. Jeśli sprawca nie ma ubezpieczenia, nie ma od kogo dochodzić roszczenia bezpośredniego.

W opisywanej sprawie firma M.W. miała polisę OC u pozwanego ubezpieczyciela. Było to potwierdzone dokumentami.

2. Szkoda jest objęta polisą

Nie każda szkoda jest objęta każdą polisą. Musicie sprawdzić, czy Wasza konkretna szkoda mieści się w zakresie ochrony ubezpieczeniowej.

W opisywanej sprawie: firma budowlana miała OC z tytułu prowadzenia działalności. Zalanie powstało przy wykonywaniu robót budowlanych. Więc było objęte polisą.

3. Odpowiedzialność sprawcy (a więc i ubezpieczyciela) jest oczywista

Jeśli odpowiedzialność jest sporna, ubezpieczyciel może bronić się, że sprawca nie ponosi winy. Wtedy musicie to udowodnić w procesie.

W opisywanej sprawie: sam wykonawca robót złożył oświadczenie, że szkoda powstała „z winy – błędu pracownika firmy”. To był kluczowy dowód.

Jak sprawdzić, kto jest ubezpieczony?

To częste pytanie moich klientów: „Panie Bartoszu, skąd mam wiedzieć, czy sprawca ma ubezpieczenie?”

Oto kilka sposobów:

1. Zapytajcie wprost

Najprościej. Jeśli wynajmujecie firmę do robót, zapytajcie: „Czy macie ubezpieczenie OC?” I poproście o potwierdzenie – numer polisy, nazwę ubezpieczyciela.

2. Sprawdźcie umowę

W umowach na roboty budowlane często jest zapis, że wykonawca musi mieć ubezpieczenie OC. Jeśli takiego zapisu nie ma, można go dodać.

3. Poproście o oświadczenie

Po szkodzie możecie poprosić sprawcę o oświadczenie, w którym wskaże swojego ubezpieczyciela i numer polisy. W opisywanej sprawie tak właśnie było – wykonawca złożył oświadczenie z 28.04.2016 r.

4. Sprawdźcie w rejestrach

Dla niektórych branż (np. OC posiadaczy pojazdów) istnieją rejestry, w których można sprawdzić, kto jest ubezpieczony. Ubezpieczenia Fundusz Gwarancyjny ma bazę UFG.

Praktyczne wskazówki

Z mojego doświadczenia wynika, że najwięcej problemów sprawia udowodnienie, że:

  1. Sprawca ponosi winę
  2. Szkoda jest objęta polisą
  3. Wysokość szkody jest taka, a nie inna

Jak sobie z tym poradzić?

1. Zbierajcie dowody od razu

W opisywanej sprawie poszkodowany miał:

  • Oświadczenie wykonawcy, że to wina jego pracownika
  • Zeznania świadków, którzy widzieli zalanie
  • Dokumentację zdjęciową
  • Faktury od wszystkich ekip remontowych

To był pełen pakiet dowodowy. Ubezpieczyciel nie miał się gdzie schować.

2. Nie czekajcie z pozwem

Jeśli ubezpieczyciel odma wia wypłaty lub zaniża odszkodowanie, nie ma sensu czekać w nieskończoność na jego „dobrą wolę”. W opisywanej sprawie poszkodowany próbował dogadać się polubownie przez ponad rok (od kwietnia 2016 do lipca 2017). Dopiero pozew rozwiązał sprawę.

3. Powołajcie biegłego

W sprawach budowlanych (zalania, pęknięcia, wady konstrukcyjne) opinia biegłego jest niemal zawsze konieczna. Sąd nie jest ekspertem od budownictwa, więc potrzebuje pomocy specjalisty.

W opisywanej sprawie biegły wycenił szkodę na prawie 197 tysięcy złotych. Bez jego opinii poszkodowany pewnie dostałby tylko te 120 tysięcy, które ubezpieczyciel wypłacił przed procesem.

4. Żądajcie odsetek

O tym pisałem w poprzednim artykule, ale powtórzę: zawsze żądajcie odsetek od dnia opóźnienia. W opisywanej sprawie były to dziesiątki tysięcy złotych dodatkowe.

Refleksja

Roszczenie bezpośrednie to jedno z tych narzędzi prawnych, które naprawdę ułatwiają życie poszkodowanym. Zamiast gonić za sprawcą, który może być niewypłacalny, możecie od razu iść do ubezpieczyciela.

Ale – i to ważne – musicie wiedzieć, że takie roszczenie Wam przysługuje. Z mojego doświadczenia wynika, że wielu poszkodowanych o tym nie wie. Albo słyszeli, ale nie są pewni, jak z tego skorzystać.

Teraz już wiecie. Sprawca ma ubezpieczenie OC? Dochodzicie roszczenia bezpośrednio od ubezpieczyciela. To prostsze, szybsze, skuteczniejsze.

A jeśli ubezpieczyciel odmówi wypłaty lub zaniży odszkodowanie? Cóż, wtedy pozew do sądu. Tak jak w opisywanej sprawie, gdzie poszkodowany dostał prawie o 77 tysięcy więcej, niż oferował ubezpieczyciel.

Czy korzystaliście z roszczenia bezpośredniego? Jak przebiegała Wasza sprawa? Piszcie w komentarzach!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawospadkowepoznan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl

Kto zapłaci za pogrzeb ofiary wypadku? O prawach bliskich zmarłego

Są tematy w prawie odszkodowawczym, które zawsze wywołują we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony fascynacja przepisami i orzecznictwem, z drugiej – świadomość ludzkiego dramatu, który stoi za każdą taką sprawą. Dziś chcę napisać o jednym z najtrudniejszych aspektów mojej pracy: o kosztach pogrzebu po wypadku śmiertelnym. To temat, o którym niechętnie się mówi, bo dotyka śmierci, bólu, straty. A przecież prawo oferuje tu konkretne rozwiązania, o których warto wiedzieć – szczególnie w obliczu tragedii, gdy oprócz żalu przychodzi jeszcze stres związany z kosztami pochówku.

Statystyki są brutalne: co roku na polskich drogach ginie kilka tysięcy osób. Choć liczby te maleją (w 2015 r. było to ok. 3000 zgonów), każda z tych cyfr to czyjaś matka, ojciec, dziecko, przyjaciel. W większości przypadków śmierć jest zawiniona przez sprawcę wypadku – kierowcę, który jechał za szybko, nie ustąpił pierwszeństwa, potrącił pieszego na pasach. I choć żaden przepis nie cofnie czasu ani nie przywróci bliskiej osoby, prawo próbuje chociaż złagodzić konsekwencje finansowe tragedii. Jednym z takich narzędzi jest zwrot kosztów pogrzebu, o którym mówi art. 446 § 1 Kodeksu cywilnego.

Co mówi prawo? Art. 446 § 1 KC i zwrot kosztów pogrzebu

Przepis jest krótki, ale jednoznaczny: „Obowiązany do naprawienia szkody wynikłej ze śmierci człowieka ponosi koszty leczenia i pogrzebu tego, kto je poniósł” (art. 446 § 1 KC). W praktyce oznacza to, że sprawca wypadku (lub jego ubezpieczyciel OC) musi zwrócić koszty pogrzebu osobie, która faktycznie je pokryła – bez względu na stopień pokrewieństwa czy relację ze zmarłym.

Z mojego doświadczenia wiem, że wielu bliskich zmarłych w ogóle nie wie o tym uprawnieniu. Słyszę wtedy: „Ależ panie mecenasie, już dostaliśmy zasiłek pogrzebowy, czy mamy prawo domagać się czegoś więcej?”. Odpowiadam zawsze tak samo: zasiłek pogrzebowy to jedno, a odszkodowanie od sprawcy (lub jego ubezpieczyciela) to drugie. Zasiłek pogrzebowy to świadczenie z ZUS-u lub innych systemów ubezpieczeniowych, które ma pokryć podstawowe koszty pochówku. Ale często tych środków nie wystarcza – szczególnie gdy rodzina chce godnie pożegnać bliską osobę. I tutaj właśnie pojawia się roszczenie z art. 446 § 1 KC.

Jakie koszty wchodzą w zakres odszkodowania?

Pierwsze pytanie, które zawsze pada w mojej kancelarii: „Co dokładnie możemy odzyskać?”. Prawo i orzecznictwo wypracowały tutaj dość szeroki katalog kosztów, które podlegają zwrotowi. Oto one:

1. Przewóz zwłok

Jeśli ciało zmarłego trzeba było przewieźć z miejsca wypadku do szpitala, a potem do domu pogrzebowego – te koszty są refundowane. To szczególnie istotne w przypadku wypadków dalekich od miejsca zamieszkania rodziny.

2. Trumna

Koszt trumny to jedna z większych pozycji. Ubezpieczyciel nie może wymagać, by rodzina kupowała najtańszą trumnę – przepisy mówią o „kosztach przeciętnych”, dostosowanych do lokalnych warunków i statusu społecznego zmarłego.

3. Miejsce na cmentarzu

Zakup miejsca na cmentarzu, opłaty administracyjne, koszty pochówku – wszystko to wchodzi w zakres odszkodowania.

4. Opłacenie księdza i grabarza

Koszty ceremonii religijnej (jeśli rodzina zdecydowała się na nią) oraz usług cmentarza (np. grabarza) także podlegają zwrotowi.

5. Nagrobek

Co ciekawe, prawo dopuszcza zwrot kosztów postawienia nagrobka. Ale uwaga – nagrobek musi mieć „przeciętny” koszt. Jeśli rodzina zdecyduje się na przepiękny, marmurowy pomnik za 50 000 zł, ubezpieczyciel może zrefundować tylko część kosztów, odpowiadającą cenom lokalnym za standardowy nagrobek.

6. Wieńce i kwiaty

Wydatki na kwiaty i wieńce na pogrzeb to kolejna pozycja do odzyskania.

7. Odzież żałobna

To jest element, o którym wielu zapomina. Koszt zakupu czarnych ubrań na pogrzeb (szczególnie dla najbliższej rodziny) wchodzi w zakres odszkodowania.

8. Poczęstunek (stypa)

Wydatki na poczęstunek dla uczestników pogrzebu (tzw. stypę) także można dochodzić. Ale znowu – muszą to być koszty rozsądne. Jeśli rodzina zorganizowała wielogodzinną imprezę w ekskluzywnej restauracji, ubezpieczyciel może zakwestionować wysokość kosztów.

Kto może domagać się zwrotu kosztów pogrzebu?

Tu pojawia się ciekawe pytanie, z którym spotykam się w praktyce: czy zwrot kosztów przysługuje tylko najbliższej rodzinie? A może sąsiadowi, który pokrył koszty, bo rodzina nie miała środków?

Odpowiedź dały sądy i brzmi ona zaskakująco szeroko: bez znaczenia jest stopień związania zmarłego z osobą, która pokryła koszty pogrzebu. To oznacza, że odszkodowanie przysługuje faktycznie każdemu, kto poniósł koszty – bez względu na to, czy jest spadkobiercą, członkiem rodziny, czy po prostu dobrym człowiekiem, który pomógł w trudnej sytuacji.

Sąd Apelacyjny w Katowicach w wyroku o sygn. akt III APr 34/96 wyraźnie wskazał: „zobowiązany do naprawienia szkody (sprawca lub jego zakład ubezpieczeń w zakresie OC) na podstawie art. 446 § 1 k.c. powinien zwrócić koszty leczenia i pogrzebu temu, kto je faktycznie poniósł, niezależnie od tego czy jest spadkobiercą poszkodowanego, bowiem roszczenie to jest samodzielne”.

Przykład z praktyki: Pamiętam sprawę, gdzie koszty pogrzebu pokrył brat zmarłego, ponieważ jedyna córka zmarłego (spadkobierczyni) mieszkała za granicą i nie mogła szybko dotrzeć do Polski. Ubezpieczyciel próbował kwestionować roszczenie brata, twierdząc, że zwrot przysługuje tylko spadkobiercom. Sąd odrzucił ten argument, powołując się właśnie na wyrok SA w Katowicach – liczy się, kto faktycznie poniósł koszty, a nie kto jest spadkobiercą.



Moja rada: dokumentuj wszystko i nie bój się dochodzić swoich praw

Jeśli znajdziesz się w sytuacji, gdy muszą pokryć koszty pogrzebu bliskiej osoby zmarłej w wypadku, od razu zacznij zbierać dokumentację. Wiem, że w momencie żałoby trudno myśleć o fakturach i rachunkach, ale to niezbędne, by później móc skutecznie dochodzić zwrotu kosztów.

Co zachować:

  • Faktury i rachunki: za trumnę, miejsce na cmentarzu, usługi zakładu pogrzebowego, księdza, grabarza, kwiaciarni
  • Paragony: za zakup odzieży żałobnej, poczęstunek (faktury z restauracji/cateringu)
  • Dokumentację przewozu zwłok: jeśli miał miejsce
  • Umowy i kosztorysy: związane z nagrobkiem (tu warto zasięgnąć opinii prawnika przed zamówieniem, by nie przekroczyć „kosztów przeciętnych”)

Bez dokumentacji trudno będzie udowodnić poniesione koszty – ani przed ubezpieczycielem, ani przed sądem.

Kolejna rada: nie daj się zniechęcić ubezpieczycielowi, jeśli zaniży odszkodowanie lub odmówi wypłaty. Z doświadczenia wiem, że wiele zakładów ubezpieczeń próbuje ograniczyć koszty, kwestionując np. wydatki na stypę czy nagrobek. Ale przepisy są jasne – zwrot kosztów pogrzebu to Twoje prawo, a nie łaska ubezpieczyciela.

Refleksja na koniec: prawo to nie tylko paragrafy, to ludzkie historie

Po latach pracy w prawie odszkodowawczym wiem, że za każdym artykułem Kodeksu cywilnego kryje się ludzka tragedia. Art. 446 § 1 KC to nie tylko suchy przepis – to historia rodzin, które straciły bliskich w wypadkach, często z winy nieodpowiedzialnych kierowców. To ból matki, która musi pochować swoje dziecko. To rozpacz męża, który traci żonę.

Prawo nie przywróci bliskiej osoby. Ale może chociaż złagodzić konsekwencje finansowe, zabezpieczyć rodzinę przed dodatkowymi trudnościami. I choć odszkodowanie za koszty pogrzebu to niewielka rekompensata w obliczu tak wielkiej straty, to jednak wyraz sprawiedliwości – sprawca (lub jego ubezpieczyciel) musi ponieść konsekwencje swojego czynu.

Jeśli macie pytania, chcecie podzielić się swoją historią lub potrzebujecie wsparcia w takiej sprawie – zostaw komentarz lub napisz do mnie. Pomogę, jak tylko będę mógł.


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.blogoodszkodowaniach.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Źródła:

  • Kodeks cywilny, art. 446 § 1 (zwrot kosztów pogrzebu)
  • Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach, sygn. akt III APr 34/96

Kolejne decyzje ubezpieczyciela a przedawnienie – pułapka, która kosztuje tysiące złotych

Kiedy kartka papieru staje się bombą zegarową

Jakiś czas temu pisałem o przedawnieniu roszczeń wobec zakładów ubezpieczeń – temacie, który dla wielu brzmi abstrakcyjnie, dopóki nagle nie okazuje się, że roszczenie o zadośćuczynienie warte dziesiątki tysięcy złotych… przepadło. Z mojego doświadczenia wynika, że jedną z najczęstszych pułapek, w które wpadają poszkodowani, jest błędne rozumienie wpływu kolejnych decyzji ubezpieczyciela na bieg terminu przedawnienia.

Dziś chcę rozwinąć ten wątek, bo widzę, jak wielu ludzi traci swoje roszczenia przez pozornie logiczne, ale prawnie błędne przekonanie: „Skoro ubezpieczyciel ciągle wydaje nowe decyzje, to termin przedawnienia biegnie od ostatniej, prawda?”. Nieprawda. I to może bardzo drogo kosztować.

Art. 819 § 4 KC – przepis, który przerywa przedawnienie

Zacznijmy od podstaw. Roszczenia wobec ubezpieczycieli przedawniają się – co do zasady – w terminie trzech lat. Ale co ważne, bieg przedawnienia ulega przerwaniu w wyniku zgłoszenia roszczenia ubezpieczycielowi. I tu wkracza kluczowy przepis – art. 819 § 4 Kodeksu cywilnego:

„Bieg przedawnienia roszczenia o świadczenie do ubezpieczyciela przerywa się także przez zgłoszenie ubezpieczycielowi tego roszczenia lub przez zgłoszenie zdarzenia objętego ubezpieczeniem. Bieg przedawnienia rozpoczyna się na nowo od dnia, w którym zgłaszający roszczenie lub zdarzenie otrzymał na piśmie oświadczenie ubezpieczyciela o przyznaniu lub odmowie świadczenia.”

Innymi słowy: gdy zgłaszasz szkodę ubezpieczycielowi, „zatrzymujesz” zegar przedawnienia. Zaczyna on biec na nowo dopiero od momentu, gdy otrzymasz pisemną decyzję ubezpieczyciela – czy to przyznającą odszkodowanie, czy odmawiającą jego wypłaty.

Do tej pory wszystko jasne. Problem zaczyna się, gdy ubezpieczyciel wydaje kolejne decyzje.

Scenariusz z życia wzięty

Wyobraźmy sobie typową sytuację. Poszkodowany zgłasza szkodę – wypadek samochodowy z poważnymi obrażeniami ciała. Ubezpieczyciel wydaje pierwszą decyzję: przyznaje 10 000 zł zadośćuczynienia. Poszkodowany, po konsultacji z prawnikiem, wnosi odwołanie – uważa, że to stanowczo za mało, biorąc pod uwagę trwałe następstwa zdrowotne.

Ubezpieczyciel analizuje odwołanie i wydaje drugą decyzję: podtrzymuje swoje stanowisko, nadal oferuje 10 000 zł. Poszkodowany nie rezygnuje – zbiera dodatkową dokumentację medyczną, wysyła kolejne pismo. Mijają miesiące. W końcu ubezpieczyciel łaskawie wydaje trzecią decyzję: dopłaca 5 000 zł, ale nadal daleko do realnej wartości krzywdy.

I tu poszkodowany zadaje sobie pytanie: od której decyzji liczyć termin przedawnienia? Może od ostatniej? W końcu to ona jest „finalna”, prawda?

Zimna prawda – liczy się tylko pierwsza decyzja

Niestety, odpowiedź jest brutalna: dla biegu przedawnienia istotna jest tylko i wyłącznie pierwsza decyzja, w której poszkodowany został poinformowany o przyznaniu lub odmowie wypłaty odszkodowania.

Nie ma zatem znaczenia, że:

  • W pierwszej decyzji ubezpieczyciel odmówił wypłaty, a po roku uznał swoją odpowiedzialność.
  • Kolejne „przepychanki” z ubezpieczycielem trwały jeszcze miesiące lub lata.
  • Wydano pięć, dziesięć kolejnych decyzji – dopłacających, odmownych, uzupełniających.

Termin przedawnienia biegnie od dnia otrzymania pierwszej pisemnej decyzji – i kropka.

Dlaczego tak jest?

Z perspektywy prawnej argumentacja jest prosta: celem art. 819 § 4 KC jest stworzenie pewności prawnej – zarówno dla poszkodowanego, jak i dla ubezpieczyciela. Gdyby każda kolejna decyzja resetowała termin przedawnienia, to postępowanie likwidacyjne mogłoby trwać w nieskończoność, a termin przedawnienia nigdy by nie rozpoczął biegu na nowo.

Dlatego ustawodawca wyraźnie wskazał: bieg przedawnienia rozpoczyna się na nowo od dnia otrzymania pierwszej pisemnej decyzji. Kolejne decyzje nie mają już wpływu na bieg tego terminu.

Pułapka w praktyce

Z mojego doświadczenia wiem, że ta zasada bywa dla poszkodowanych zaskoczeniem. Często klienci przychodzą do mnie z problemem: „Panie mecenasie, ubezpieczyciel wydał mi pierwszą decyzję trzy lata temu, ale ciągle coś dopłacał, pisaliśmy, negocjowaliśmy… i teraz nagle mówią, że roszczenie się przedawniło?!”

I rzeczywiście – może się przedawnić. Jeśli od pierwszej decyzji minęły trzy lata, a powództwo nie zostało złożone, roszczenie przepada. Nawet jeśli ubezpieczyciel przez cały ten czas wydawał kolejne decyzje, odpowiadał na pisma, negocjował.

Świadome granie na czas?

Co ciekawe, niektórzy ubezpieczyciele wykorzystują tę zasadę. Wydają pierwszą decyzję, a potem prowadzą długotrwałą korespondencję, licząc, że poszkodowany „przegapi” termin przedawnienia. To nieuczciwe, ale legalne.

Wyjątki – kiedy kolejna decyzja ma jednak znaczenie

Jak to w prawie bywa, są wyjątki od reguły. Warto zwrócić uwagę na dwie okoliczności:

1. Nowe roszczenia zgłoszone po pierwszej decyzji

Jeśli w toku postępowania poszkodowany zgłasza dalsze roszczenia dotyczące szkody, która nie była znana w momencie pierwszej decyzji, to decyzja w tej sprawie ma charakter autonomiczny.

Przykład z praktyki: Poszkodowany zgłosił szkodę w pojeździe, otrzymał decyzję o wypłacie odszkodowania za uszkodzenia mechaniczne. Później, już po naprawie auta, przedłożył fakturę za wynajem samochodu zastępczego. Decyzja ubezpieczyciela dotycząca kosztów najmu to nowe roszczenie – termin przedawnienia tego roszczenia liczy się niezależnie od pierwszej decyzji.

To samo dotyczy np. późniejszych powikłań zdrowotnych, które ujawniły się dopiero po wydaniu pierwszej decyzji o zadośćuczynieniu.

2. Problem z doręczeniem pierwszej decyzji

Drugi wyjątek ma charakter bardziej praktyczny. Ubezpieczyciele zazwyczaj przesyłają decyzje listem zwykłym – a to oznacza, że to ubezpieczyciel będzie musiał udowodnić, że decyzja została poszkodowanemu doręczona w określonej dacie.

Z mojego doświadczenia wiem, że to pole do popisu dla dobrego prawnika. Jeśli ubezpieczyciel podnosi zarzut przedawnienia, a jednocześnie nie ma dowodu doręczenia pierwszej decyzji (np. zwrotnego poświadczenia odbioru), to można kwestionować, kiedy faktycznie bieg przedawnienia się rozpoczął.

Praktyczne porady

Co z tego wszystkiego wynika dla poszkodowanych? Oto kilka wskazówek, które mogą uratować Twoje roszczenie:

  1. Pilnuj daty pierwszej decyzji – to ona, nie kolejne „aktualizacje”, uruchamia zegar przedawnienia. Zapisz ją, zaznacz w kalendarzu, ustaw przypomnienie.
  2. Nie ufaj, że kolejne decyzje „przedłużają” termin – tak niestety nie działa. Jeśli zbliża się trzeci rok od pierwszej decyzji, a sprawa nie jest zamknięta, skonsultuj się z prawnikiem.
  3. Zachowuj kopie wszystkich decyzji – szczególnie pierwszej. Jeśli ubezpieczyciel będzie twierdził, że roszczenie się przedawniło, będziesz miał dowód, kiedy faktycznie otrzymałeś decyzję.
  4. Sprawdź, czy decyzja była doręczona prawidłowo – jeśli przyszła listem zwykłym, a nie masz pewności, kiedy ją otrzymałeś, może to być argument w sporze o przedawnienie.
  5. Rozróżniaj roszczenia – jeśli zgłaszasz nową szkodę (np. koszty leczenia, które ujawniły się później), to nowe roszczenie z nowym terminem przedawnienia.
  6. Nie zwlekaj z pozwem – jeśli negocjacje z ubezpieczycielem nie przynoszą rezultatu, lepiej złożyć pozew przed upływem trzech lat od pierwszej decyzji. Pozew przerywa bieg przedawnienia.
  7. Skonsultuj się z prawnikiem – prawo odszkodowawcze jest pełne niuansów, a termin przedawnienia to nie żarty. Lepiej zapłacić za konsultację, niż stracić roszczenie warte dziesiątki tysięcy.

Refleksja na koniec – prawo nie zawsze jest intuicyjne

Ta sprawa pokazuje coś, co fascynuje mnie w prawie odszkodowawczym: to, co wydaje się logiczne, niekoniecznie jest prawne. Z punktu widzenia zdrowego rozsądku – skoro ubezpieczyciel ciągle wydaje decyzje, to sprawa jest „żywa”, więc termin powinien biec od ostatniej decyzji, prawda?

Ale prawo działa inaczej. I tu właśnie ujawnia się rola prawnika – nie tylko reprezentować klienta w sądzie, ale też ostrzegać przed pułapkami, których przeciętny człowiek nie zauważy, dopóki nie będzie za późno.

Z mojego doświadczenia wiem, że wielu poszkodowanych dowiaduje się o tej zasadzie dopiero wtedy, gdy ubezpieczyciel podnosi zarzut przedawnienia. I wtedy już niewiele można zrobić. Dlatego piszę tego bloga – żeby dzielić się taką wiedzą, zanim będzie za późno.

A Wy – spotkaliście się z problemem przedawnienia roszczeń wobec ubezpieczyciela? Może macie pytania? Piszcie w komentarzach, chętnie odpowiem!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza jest indywidualna i wymaga analizy konkretnych okoliczności.

Odszkodowanie za uszkodzony oldtimer – kiedy Mercedes „beczka” jest wart więcej niż mówi Eurotax

Kiedy zabytek spotyka się z Audatexem

Z mojego doświadczenia w sprawach odszkodowawczych wynika, że jednym z najbardziej frustrujących momentów dla klienta jest sytuacja, gdy ubezpieczyciel wycenia jego samochód na podstawie suchych danych z programu komputerowego, ignorując to, co dla właściciela najważniejsze – rzeczywistą wartość pojazdu. A gdy mówimy o pojazdach zabytkowych, oldtimerach z duszą i historią, problem staje się jeszcze bardziej dotkliwy.

Dziś chcę opowiedzieć o sprawie, która doskonale ilustruje, jak nieadekwatne mogą być standardowe metody wyceny w przypadku aut kolekcjonerskich – i jak można o swoje walczyć w sądzie.

Mercedes W123 „beczka” – nie każdy wrak to wrak

W praktyce kancelarii reprezentowaliśmy właściciela warsztatu samochodowego, który oprócz napraw aut prowadził skromną, ale fascynującą kolekcję pojazdów zabytkowych. Wśród nich znajdował się różowy Cadillac – jak z czasów Presleya – oraz Mercedes W123, popularnie zwany „beczką”. Te auta nie tylko stały w garażu jako eksponaty. Zarabiały na siebie, jeżdżąc do ślubów i innych okolicznościowych wydarzeń.

I właśnie ta „beczka” stała się bohaterem naszej batalii z ubezpieczycielem.

Stłuczka i zimny prysznic od PZU

Mercedes uczestniczył w stłuczce. Nic poważnego, ale szkoda wymagała naprawy. Właściciel zgłosił zdarzenie do PZU, spodziewając się standardowej procedury – wycena, kalkulacja, naprawa. Tymczasem przyszedł… zimny prysznic.

PZU przesłało kalkulację naprawy i wycenę auta, z której wynikało coś, co w branży nazywamy „szkodą całkowitą” – czyli sytuację, gdy koszt naprawy przewyższa wartość pojazdu. Koszt naprawy? Kilka tysięcy złotych. Wartość auta według ubezpieczyciela? Nieco ponad półtora tysiąca złotych.

Ostatecznie PZU zaproponowało wypłatę kilkuset złotych tytułem odszkodowania za szkodę całkowitą – czyli różnicy między wartością auta przed szkodą a wartością wraku.

Problem: oldtimer to nie zwykłe auto

Klient oczywiście nie mógł się z taką wyceną zgodzić. Owszem, Mercedes W123 w katalogach samochodowych jako auto ponad 20-letnie był wart tyle co nic. Ale w tym przypadku pojawiło się nowe kryterium: walor zabytkowy auta, jego charakter oldtimera.

Mercedes „beczka” w dobrym stanie technicznym i estetycznym, utrzymywany z pasją kolekcjonera, to zupełnie inna kategoria niż zwykły „gruchot” z lat 80. To pojazd poszukiwany przez entuzjastów motoryzacji, który na rynku wtórnym osiąga ceny wielokrotnie wyższe niż sugerują standardowe katalogi.

Nie pozostało nic innego – musieliśmy skierować sprawę do sądu.

Batalia sądowa – gdy biegły idzie na łatwiznę

Niestety, sprawa w sądzie nie okazała się oczywista. Sąd powołał biegłego sądowego do wyceny pojazdu i szkody. I tu pojawił się problem, który – z mojego doświadczenia – jest częsty w tego typu sprawach: biegły poszedł na łatwiznę.

Zamiast zbadać specyfikę pojazdu, jego stan, charakter zabytkowy i realną wartość rynkową, biegły zrobił to, co najprościej – wrzucił dane Mercedesa do programu Audatex (lub Eurotax) i uzyskał… dokładnie taki sam wynik jak PZU. Auto warte półtora tysiąca, szkoda całkowita, kilkaset złotych odszkodowania.

Kwestionowanie opinii – kluczowy moment

W takiej sytuacji nie było innego wyjścia – musieliśmy opinię kwestionować. Klient postarał się o prywatną wycenę w lokalnym Automobilklubie, która uwzględniała realną wartość oldtimera. Znaleźliśmy także kilka ofert sprzedaży tego typu aut w serwisach aukcyjnych – ceny wskazywały na kolekcjonerską wartość pojazdu, znacznie przekraczającą wycenę biegłego.

Biegły został wezwany na rozprawę i ustnie podtrzymał swoją opinię. Nie przekonały go nasze argumenty. Wtedy złożyliśmy kluczowy wniosek:

„Po zapoznaniu się z ustnym stanowiskiem biegłego, który w zasadzie podtrzymał swoją opinię, wnoszę o przeprowadzenie opinii innego biegłego z tej samej dziedziny, przy czym wnoszę, aby biegły ten posiadał specjalizację lub wiedzę dotyczącą wyceny pojazdów zabytkowych, na okoliczność po pierwsze, czy sporny pojazd posiada cechy zabytkowe i po drugie, na okoliczność wartości pojazdu na dzień szkody.

Jeżeli tej specjalności Sąd nie będzie mógł ustalić na podstawie samej listy biegłych, wnoszę o zwrócenie się do Polskiego Związku Motorowego Zarząd Okręgowy PZM w Poznaniu (ul. Cześnikowska 30) i do Automobilklubu Wielkopolskiego (ul. Towarowa 35/37, Poznań) o wskazanie rzeczoznawcy samochodowego, który ma wiedzę w zakresie wyceny wartości pojazdów zabytkowych, ze szczególnym uwzględnieniem pojazdów marki Mercedes.”

Dodaliśmy również istotny argument:

„Sam biegły wskazał zresztą, iż sposób, w jaki wyliczył szkodę na podstawie programu komputerowego, nie może być stosowany do pojazdów zabytkowych. Tym samym, jeżeli uzna się, iż pojazd ten ma takie cechy, to wyliczenia biegłego nie znajdą zastosowania.”

Zwrot akcji – nowy biegły, realna wycena

Argumentacja przekonała Sąd. Zlecono kolejną opinię innemu biegłemu – tym razem ze znajomością specyfiki oldtimerów. I tu nastąpił przełom.

Nowy biegły ustalił wartość Mercedesa w oparciu o ceny rynkowe sprzedaży aut podobnych, ignorując zupełnie – i zgodnie z naszym wnioskiem – eksperckie programy komputerowe typu Audatex czy Eurotax. Wycena była wielokrotnie wyższa, co przełożyło się na realne odszkodowanie dla klienta.

Praktyczne porady – jak walczyć o odszkodowanie za oldtimera

Z praktyki kancelarii wiem, że sprawy odszkodowawcze dotyczące pojazdów zabytkowych wymagają szczególnego podejścia. Jeśli znalazłeś się w podobnej sytuacji, oto kilka wskazówek:

  1. Nie zgadzaj się na pierwszą propozycję ubezpieczyciela – jeśli Twoje auto ma walor zabytkowy, standardowa wycena z programu komputerowego będzie zaniżona.
  2. Zbierz dowody wartości pojazdu – znajdź oferty sprzedaży podobnych aut na portalach aukcyjnych (np. Allegro, OLX, giełdy oldtimerów), zachowaj ogłoszenia, zrób screenshoty z cenami.
  3. Uzyskaj prywatną wycenę – zwróć się do Automobilklubu lub innej organizacji zajmującej się pojazdami zabytkowymi o wycenę Twojego auta. To będzie kluczowy dowód w sporze z ubezpieczycielem.
  4. Dokumentuj stan pojazdu – zdjęcia, filmy, dokumentacja przeglądów, faktury za naprawy i części – wszystko to pokazuje, że Twoje auto to nie zwykły „gruchot”, ale zadbany oldtimer.
  5. Kwestionuj opinię biegłego, jeśli jest nieadekwatna – jeśli biegły sądowy użył tylko Audatexu czy Eurotaxu, masz prawo wnioskować o opinię specjalisty od pojazdów zabytkowych. Proś Sąd o kontakt z PZM lub Automobilklubem, aby wskazali właściwego eksperta.
  6. Powołaj się na specyfikę oldtimerów – podkreśl, że programy komputerowe nie uwzględniają wartości kolekcjonerskiej, zabytkowej i rynkowej takich pojazdów.
  7. Nie rezygnuj – jak pokazuje nasza sprawa, walka może być długa, ale opłaca się. Różnica między wyceną ubezpieczyciela a realną wartością oldtimera może sięgać kilku, a nawet kilkunastu tysięcy złotych.

Refleksja na koniec – prawo vs rzeczywistość

Ta sprawa nauczyła mnie czegoś ważnego: prawo odszkodowawcze nie zawsze nadąża za rzeczywistością. Standardowe procedury wyceny, które sprawdzają się w przypadku zwykłych, współczesnych aut, całkowicie zawodzą wobec pojazdów zabytkowych.

Ubezpieczyciele i biegli sądowi często idą na łatwiznę, korzystając z programów komputerowych, które ignorują walor historyczny, kolekcjonerski i emocjonalny oldtimerów. Ale jak widać, z odpowiednią argumentacją i determinacją można to zmienić.

Z doświadczenia wiem, że każdy oldtimer ma swoją historię – i ta historia ma swoją cenę. Czasem trzeba po prostu walczyć, żeby ta cena została doceniona także w sądzie.

A Wy – macie swoje doświadczenia z wycenami pojazdów zabytkowych? Piszcie w komentarzach, chętnie podyskutuję!


Bartosz Kowalak – radca prawny, wspólnik w KOWALAK JĘDRZEJEWSKA KONRADY I PARTNERZY ADWOKACI I RADCOWIE PRAWNI. Od lat zajmuję się prawem odszkodowawczym z pasją. Więcej o mojej praktyce znajdziecie na www.prawnikpoznanski.pl oraz www.prawnikododszkodowan.pl.

Masz pytanie lub chcesz podzielić się swoją historią? Zostaw komentarz lub napisz: kancelaria@prawnikpoznanski.pl


Disclaimer: Niniejszy artykuł ma charakter informacyjny i nie stanowi porady prawnej. Każda sprawa odszkodowawcza jest indywidualna i wymaga analizy konkretnych okoliczności.